GW 170817: narodziny nowej astronomii (17 sierpnia 2017)

Komitet Noblowski, przyznając tegoroczną nagrodę, wiedział już o kolejnym efektownym potwierdzeniu istnienia fal grawitacyjnych. W sierpniu zaobserwowano bowiem bardzo długi sygnał pochodzący od fal grawitacyjnych wysyłanych przez parę gwiazd neutronowych tuż przed połączeniem się ich w nowy obiekt: być może gwiazdę neutronową (która mogła się przekształcić następnie w czarną dziurę) albo czarną dziurę. Tym razem zarejestrowano także sygnały elektromagnetyczne z tego zdarzenia, i to w wielu różnych długościach fal. Pracowały nad tym obserwatoria na całym świecie i w przestrzeni kosmicznej. To początek zupełnie nowego podejścia do obserwacji, wymagający oczywiście współpracy tysięcy ludzi. więcej szczegółów można znaleźć na filmie.

Oryginalne doniesienie z pełną listą autorów: tak wygląda współczesna astronomia. Poniżej zestawienie obserwacji z różnych urządzeń z tej pracy.

I pomyśleć, że to dopiero czterysta lat od pierwszych teleskopów. Długo w skali życia ludzkiego, lecz niezwykle krótko nawet w historii pisanej, nie mówiąc o historii naszego gatunku Homo sapiens. To jedna z chwil, gdy zasługujemy na dumny przymiotnik: sapiens.

Reklamy

Thomas Wright: kosmos jako ogród Boga (1750)

Kopernik odebrał Ziemi wyjątkowy status ciała centralnego, ciężkiego i bezwładnego, zbudowanego z innej materii niż świetliste i lekkie ciała niebieskie. Bardzo to uwierało rzymską Kongregację Indeksu, która w 1620 roku ogłosiła „korektę” dzieła, zalecając na użytek wiernych poprawki, np. „Ziemia nie jest gwiazdą (tzn. ciałem niebieskim), jaką ją czyni Kopernik”. Autor nie żył już od niemal osiemdziesięciu lat, ale nic to: poprawki mogli wprowadzić samodzielnie czytelnicy, by ich własne oko nie musiało się gorszyć (a przyjaciele nie donieśli komu trzeba). Jak wykazała kwerenda Owena Gingericha do zaleceń tych zastosowano się jednak niechętnie, nawet w Italii i Hiszpanii, a więc krajach ultrakatolickich, nieskażonych zarazą protestantyzmu. Poza tym im dalej od Rzymu, tym gorzej.

Zakazy kościelne okazały się patetycznie bezsilne wobec fali nowej nauki wzbierającej nawet w Italii, gdzie po skazaniu Galileusza należało uciekać się do rozmaitych wybiegów. Np. Giovanni Alfonso Borelli ogłosił teorię ruchu księżyców Jowisza, choć w oczywisty sposób chodziło mu o ruch planet wokół Słońca. Matematycznie było to to samo, a nie drażniło się inkwizycji. Nauki ścisłe i eksperymentalne opuszczały jednak Italię i rozkwitały głównie w Anglii, Holandii i Francji, dokąd nie sięgały zakazy teologów rzymskich. Protestanci z upodobaniem głosili poglądy sprzeczne z tym, co głosili „papiści”. Korelacja wyznania i wkładu do rewolucji naukowej w XVII i XVIII wieku jest wyraźna. Różnica kulturowa między Europą północno-zachodnią a południowo-wschodnią stawała się coraz głębsza. Protestantyzm był tu zresztą raczej symptomem niż przyczyną. Chrześcijaństwo Lutra i Kalwina było oczyszczone i odnowione, starało się „odczarować” świat, odrzucając magiczne aspekty religii. Tamten podział Europy istnieje do dziś, podobnie jak w badaniach społecznych widać granice zaborów w Polsce.

Uznanie wszechświata za nieskończony a Słońca za jedną gwiazd (w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, a więc ciała niebieskiego, które świeci w zakresie widzialnym) nie wynikało z kopernikanizmu w sensie logicznym, ale było jego naturalną konsekwencją. Galileusz bardzo podkreślał, że nie tylko Ziemia nie spoczywa w środku świata, ale wszechświat zapewne nie ma w ogóle żadnego środka. Nie zgadzał się z tym jego największy współczesny Johannes Kepler, który wierzył, że Słońce spoczywa w centrum świata, a gwiazdy są światłami na nieruchomej sferze niebieskiej. Po Isaacu Newtonie nieskończony wszechświat wydawał się jedyną realną możliwością: gwiazdy w skończonym i statycznym wszechświecie musiałyby się zapaść grawitacyjnie do wspólnego środka masy. Nieskończony wszechświat mógłby teoretycznie znajdować się w stanie równowagi nietrwałej. Sytuację taką zasugerował teolog Richard Bentley w listownej dyskusji z Newtonem, a ten niechętnie uznał to za możliwe. Sam raczej sądził, że grawitacja wywołuje rzeczywiście niestabilność, ale Stwórca od czasu do czasu daje prztyczka ciałom niebieskim, aby je przywołać do porządku bądź zbudować nowy porządek. Na przykład księżyce Jowisza mogłyby być zapasowymi planetami trzymanymi na przyszłość. Hipoteza nieskończonego wszechświata prowadziła też niektórych do wniosku, że niebo w nocy powinno świecić jak powierzchnia Słońca. To poważne zastrzeżenie, które Newton, a właściwie Halley starał się obalić niezbyt przekonującymi argumentami.

Protestancka swoboda spekulacji kosmologicznych zaowocowała sporą liczbą różnych traktatów, w których starano się pogodzić prawo ciążenia i dane astronomiczne z Pismem św. Nie było tu mrożącego efektu inkwizycji. Nie tylko teologowie, ale różnego rodzaju samoucy zastanawiali się nad budową i dziejami wszechświata. Do tej ostatniej kategorii zaliczał się Thomas Wright, który niewiele chodził do szkoły. Jako syn cieśli nie mógł liczyć na głębszą edukację, tym bardziej że rozgniewany ojciec spalił mu kiedyś książki, nad którymi jego zdaniem syn spędzał zbyt wiele czasu. Terminował w zawodzie zegarmistrza, potem w sztuce budowania przyrządów nawigacyjnych. Uczył nawigacji marynarzy spędzających zimy na handlu węglem i czekaniu na sezon żeglugowy. Z czasem uczył także nauk matematycznych w domach arystokratycznych, zaczął też projektować ogrody, na co był spory popyt.

W roku 1750 Wright ogłosił książkę pt. An original theory or new hypothesis of the Universe. Obiecywał w niej wyjaśnić ni mniej, ni więcej tylko budowę wszechświata, trzymając się praw natury i zasad matematycznych – zwłaszcza te ostatnie po Newtonie były w cenie. Dzięki tej modzie wiele dam spośród arystokracji pragnęło poznać tajniki nauk ścisłych i interesowało się astronomią. Szczególną wagę przywiązywał Wright do wyjaśnienia „zjawiska Via Lactea” – czyli Drogi Mlecznej na niebie. Można przypuszczać, że słuchaczki zadawały mu często pytanie, czym jest owa Droga Mleczna. W tamtych czasach marnego oświetlenia nie sposób było nie znać widoku nocnego nieba.

Już Galileusz po pierwszych obserwacjach przez teleskop twierdził, że Droga Mleczna to nagromadzenie słabych gwiazdek, które zlewają się w jednolitą poświatę. W czasach Wrighta wiedziano więcej na temat odległości gwiazd. Przede wszystkim starano się wykryć paralaksę roczną – zjawisko pozornego przemieszczania się gwiazd po sferze niebieskiej w rytmie obiegów Ziemi wokół Słońca. Albo Kopernik nie miał racji, albo gwiazdy były bardzo daleko. Ponieważ po Newtonie system heliocentryczny nabrał sensu fizycznego, więc należało przyznać, że odległości gwiazd od Słońca są niewiarygodnie wielkie. Paralaksa roczna z pewnością nie przekraczała 20”, na co wskazywały obserwacje Jamesa Bradleya. Oznaczałoby to, że gwiazdy są dalej niż 1000 odległości Saturna od Słońca. Można też było oszacować tę odległość na podstawie obserwowanej jasności. Należało wówczas założyć, że gwiazdy są takie jak Słońce i ich obserwowana jasność jest wyłącznie skutkiem ich oddalenia od nas. Newton szacował na tej podstawie, że odległość jasnych gwiazd jest rzędu 100 000 odległości Saturn-Słońce (*). Wszechświat był zatem bardzo pusty i gdyby nawet miał się zapaść, to nie nastąpiłoby to zbyt szybko – musimy pamiętać, że wiek świata liczono w tysiącach lat, zgodnie z Biblią. Newton (nb. fundamentalista biblijny) podał jednak oszacowanie wieku Ziemi na podstawie eksperymentów z czasem stygnięcia na co najmniej 50 000 lat. Wright następująco przedstawił znany wówczas Układ Słoneczny wraz z wydłużonymi orbitami komet (w roku 1750 nie zaobserwowano jeszcze żadnego przypadku komety okresowej).

Odległość do Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy na niebie, a więc zapewne także najbliższej przedstawił Wright na środkowym rysunku poniżej (nie udało mu się zachować proporcji). Na dolnym mamy proporcje orbit planetarnych, ukazujące, jak pusto jest nawet w samym Układzie Słonecznym.

Najważniejsze wszakże miało być objaśnienie, czemu widzimy Drogę Mleczną. Najlepiej przedstawia to rysunek.

Jeśli Słońce jest gwiazdą A na rysunku i znajduje się wewnątrz płaskiego zbiorowiska gwiazd, to patrząc w kierunku H albo D widzimy wiele gwiazd, a w kierunku B i C niezbyt wiele. W ten sposób układ gwiazd będzie nam się jawił jako pas wokół sfery niebieskiej.

Mniej więcej w tym miejscu kończy się wkład Wrighta do kosmologii i astronomii. Recenzję z jego książki, bez rysunków, przeczytał w pewnym czasopiśmie pewien zupełnie nieznany magister na prowincjonalnym uniwersytecie w Królewcu. Nazywał się Immanuel Kant i kilka lat później zainspirowany pomysłami Wrighta napisał całą książkę na temat wszechświata. Długo pozostawała ona nieznana, właściwie zwrócono na nią uwagę dopiero po latach, kiedy Kant zdobył sławę, lecz nie jako astronom, tylko jako twórca systemu filozofii.

Thomas Wright nie ograniczył się do tego, co wiadomo z obserwacji i teorii naukowych. Pragnął przede wszystkim zbudować model wszechświata, w którym jest przestrzenne miejsce dla Zbawienia i Potępienia. Jak niemal wszyscy wówczas, traktował dane religijne jako równie pewne jak naukowe. Tradycyjny średniowieczny model świata zawierał Piekło w środku Ziemi i Raj poza sferą gwiazd stałych. Wright spróbował niejako przenicować ten model: w środku miał się znajdować Raj, na zewnątrz, w ciemnościach, Piekło.

Pomysł Wrighta polegał na tym, że wszechświat jest trwały, bo gwiazdy poruszają się po orbitach wokół centrum. Nieporządek wśród gwiazd jest pozorny, patrzymy po prostu z niewłaściwego miejsca. Wcześniej o czymś takim rozmyślał Johannes Kepler, który pisał:

Musielibyśmy bowiem uznać, że Bóg uczynił coś w świecie bez powodu, nie kierując się najlepszymi racjami. Nikt nie przekona mnie do takiego poglądu, gdyż sądzę, że [rozumny ład] panuje nawet wśród gwiazd stałych, których położenia wydają nam się zupełnie bezładne, niczym ziarno rzucone przypadkiem w zasiewie. (Tajemnica kosmosu, rozdz. 2)

Wright go chyba nie czytał, zaczerpnął pomysł zapewne od Williama Whistona, arianina i następcy Newtona na katedrze Lucasa w Cambridge (Whiston miał poglądy religijne zbliżone do Newtona, lecz w odróżnieniu od swego poprzednika głosił je otwarcie, toteż go zwolniono).

Gdyby nasza perspektywa była taka jak Stwórcy, dostrzeglibyśmy ład.

Rzeczywisty obraz wszechświata jest bowiem taki

Słońce A zawarte byłoby wewnątrz ogromnej cienkiej powłoki kulistej. Inną rozpatrywaną przez śmiałego ogrodnika możliwość przedstawia rysunek poniżej:

Takich systemów gwiezdnych miało być nieskończenie wiele.

Oczywiście, wszystko to było czystą fantazją Thomasa Wrighta, który z upodobaniem mieszał rozmaite symbole chrześcijańskie, masońskie i starożytne. Zachował się następujący plan ogrodu kuchennego autorstwa Wrighta, wzorowany na kosmosie.

(*) Interesujące są szczegóły oszacowania odległości do gwiazd. Newton podał je w swoim De mundi systemate liber, czyli popularnej wersji III księgi Matematycznych zasad filozofii przyrody. Metoda opublikowana została w 1668 roku przez szkockiego matematyka Davida Gregory’ego. Co zabawne, oszacowanie to znalazło się w książce opublikowanej w Padwie, a więc za zgodą władz kościelnych, które widocznie nie przyglądały się zbyt dokładnie zawartości książki albo cenzor uznał, że formalnie jest to tylko hipoteza, a więc nie twierdzenie i nie może przeczyć prawdzie natchnionego tekstu. Trudność była w porównaniu jasności Słońca z jasnością jakiejś gwiazdy, nikt nie potrafił wówczas mierzyć jasności. Tak się jednak składa, że planeta Saturn ma średnicę kątową 17” albo 18”. Saturn świeci dla oka niezuzbrojonego jak gwiazda pierwszej wielkości. Znaczy to, że na tę planetę pada 1/(21\cdot 10^8) światła słonecznego, bo w takiej proporcji jest pole powierzchni dysku planety \pi r^2 do pola powierzchni sfery o promieniu R równym wielkości orbity Saturna. mamy

\dfrac{\pi r^2}{4\pi R^2}=\dfrac{1}{4}\left(\dfrac{r}{R}\right)^2.

Wielkość w nawiasie to promień dysku Saturna w radianach. Jeśli przyjmiemy, że jedna czwarta światła słonecznego jest odbijana od powierzchni Saturna, to znaczy, że dysk Saturna świeci 42\cdot 10^8 razy słabiej niż Słońce. A więc gwiazda pierwszej wielkości jest \sqrt(42)\cdot 10^4 razy dalej niż Saturn. Zaokrąglając w górę, otrzymał Newton wartość 100 000. Gregory otrzymał z podobnego rachunku 83 190 jednostek astronomicznych, czyli odległości Ziemia-Słońce, a więc o rząd wielkości mniej. Istniało też oszacowanie Huygensa 27 664 jednostek astronomicznych.

Statyczny wszechświat nie może być stabilny, ten problem przenosi się na teorię grawitacji Einsteina. W przypadku Newtonowskim można łatwo oszacować z III prawa Keplera czas spadku gwiazdy na Słońce, byłby on dla danych Newtona rzędu 30\cdot 10^{5\cdot 3/2}\approx 10^9, liczba 30 to okres obiegu Saturna w latach.

Nobel z fizyki 2017

Już w zeszłym roku było wiadomo, że odkrycie fal grawitacyjnych to coś wybitnego nawet wśród prac zasługujących na Nagrodę Nobla. Po pierwszym zarejestrowaniu fal grawitacyjnych pojawiły się następne, teraz detektory pracują już w trzech miejscach na Ziemi, co pozwala wyznaczyć kierunek sygnału. Nie ma wątpliwości, że zjawisko zostało rzeczywiście wykryte. Nagrodzeni zostali dwaj pionierzy (nie wszyscy zresztą dożyli), którzy rozpoczynali te prace cztery dekady temu i jeden z obecnych liderów projektu. Przez cały ten czas poprawiano próg czułości aparatury, która mierzy niewiarygodnie małe zmiany odległości zwierciadeł wywołane odkształceniami samej przestrzeni. W końcu udało się osiągnąć czułość, przy której rejestruje się fale wyemitowane podczas wielkich katastrofalnych epizodów połączenia się dwóch czarnych dziur w jedną. Wszystkie one wydarzyły się miliardy lat temu. Obserwacje te potwierdzają teorię grawitacji Einsteina w nowym kontekście i zaczynają być nowym źródłem informacji dla astrofizyków. Tak to jest: jeśli nasze teorie działają, to można je wykorzystać do zbierania nowych informacji o świecie.

Więcej na temat fal grawitacyjnych

Najmniejsze działanie: od kształtu liny do zasady Hamiltona

Isaac Newton nie traktował trzech zasad dynamiki jako swego szczególnie ważnego odkrycia; sądził, że formułuje tylko fakty znane wcześniejszym badaczom, takim jak np. Christiaan Huygens. Jednak to jego sformułowanie okazało się kanoniczne i trafiło do podręczników. Nie jest to zupełny przypadek: zasady te pozwoliły bowiem zbudować konsekwentną naukę o ruchu i określiły sposób myślenia jego następców. Newton pojawił się w odpowiedniej chwili historycznej, gdy kwestia ruchu w mechanice dojrzała do ścisłego przedstawienia i kiedy pojawiła się stosowna matematyka – czy to w postaci rachunku fluksji samego Newtona, czy rachunku różniczkowego i całkowego Leibniza i Johanna Bernoulliego.

Mechanikę można sformułować na kilka innych sposobów. Zwłaszcza Newtonowskie pojęcie siły jest było nowatorskie i zapewne by się nie pojawiło, gdyby nie samotnik z Cambridge. Nauki ścisłe także są konstrukcją ludzką i tylko częściowo odkrycia w nich przypominają odkrycia geograficzne: kto pierwszy zobaczy wyspę Kuba, automatycznie staje się jej odkrywcą. Nie ma tu bowiem platońskiego świata idei do odkrycia, a w każdym razie idee te mogą przyjmować zupełnie różne kształty i ich zarysy stają się widoczne dopiero wtedy, kiedy ktoś taki jak Albert Einstein albo Andrew Wiles je nam wskaże.

We współczesnej fizyce, zarówno klasycznej, jak kwantowej, najważniejszym sposobem zapisywania praw są zasady najmniejszego działania (in. zasady wariacyjne). Historycznie pojawiły się one później niż Newtonowskie siły, ich znaczenie stopniowo jednak rosło. Gdyby Albert Einstein dostatecznie mocno wierzył w zasady wariacyjne, to zapewne sformułowałby równania swej teorii grawitacji kilka lat wcześniej, jeszcze w Zurychu, a nie w Berlinie, oszczędzając sobie mnóstwa ciężkiej pracy i frustracji z powodu niepowodzeń. Klasyczne zasady najmniejszego działania nabrały nowego sensu w fizyce kwantowej, w Feynmanowskich sumach po historiach. Model Standardowy cząstek elementarnych, czyli sumę naszej wiedzy o mikroświecie, też zapisuje się za pomocą działania.

Poniżej przedstawimy dwa przykłady pokazujące, jak  można sformułować mechanikę w postaci zasad najmniejszego działania.

Kształt ciężkiej liny

Chcemy znaleźć kształt, jaki przyjmie ciężka lina zaczepiona w dwóch punktach.Stan równowagi odpowiada minimalnej energii całkowitej.

Mamy tu do czynienia z dwoma rodzajami energii. Z jednej strony działa grawitacja: im niżej znajdzie się dany element liny, tym niższa będzie jego energia potencjalna. Odcinek liny odpowiadający małemu przedziałowi (x, x+\Delta x) będzie miał masę \varrho dx i jego energia potencjalna będzie równa (g jest przyspieszeniem ziemskim):

\Delta V=-\varrho gy \Delta x.

Drugim rodzajem energii jest tu energia sprężysta. Wyobraźmy sobie, że zależy ona tylko od wydłużenia naszej liny i dla jej małego elementu równa jest

\Delta T=N(\Delta s-\Delta x),

gdzie N jest siłą napięcia liny.

Dla uproszczenia rachunków ograniczymy się do przypadku, gdy nasza lina ma niewielką strzałkę ugięcia, czyli dy jest znacznie mniejsze niż dx. Możemy wtedy przekształcić wyrażenie na energię sprężystą następująco:

dT=N(\sqrt{\Delta x^2+\Delta y^2}-\Delta x)\approx \dfrac{1}{2}N\left(\dfrac{\Delta y}{\Delta x}\right)^2 \Delta x.

W równości przybliżonej skorzystaliśmy z przybliżenia \sqrt{1+g}\approx 1+\frac{1}{2} g, słusznego dla wartości g\ll 1. Zauważmy, że działa ono nieźle nawet dla stosunkowo dużych wartości g, np. otrzymujemy \sqrt{2}\approx 1,5 zamiast 1,41, co oznacza błąd poniżej 10%.

Mamy więc dwa wkłady do energii: energia potencjalna obniża się, gdy dany odcinek liny znajdzie się niżej, ale żeby to było możliwe, lina musi się wydłużyć, co powiększa jej energię sprężystą. Pytanie, jakie sobie stawiamy, brzmi: jak znaleźć krzywą opisującą kształt liny?

Energia całkowita naszej liny jest równa

{\displaystyle E=\int_{0}^{L}\left(\dfrac{1}{2}N\left(\dfrac{dy}{dx}\right)^2-\varrho g y\right)dx.}

Jeśli zadamy krzywą y(x) i wstawimy ją do powyższego równania, to dostaniemy energię odpowiadającą danemu kształtowi. Matematycy mówią, ze mamy funkcjonał: czyli funkcji przypisujemy pewną liczbę. Dziedziną naszego funkcjonału jest zbiór różnych funkcji, które mogłyby opisywać kształt naszej liny.

Jak znaleźć minimum energii? Metodę postępowania podał w roku 1755 pewien bystry dziewiętnastolatek, Joseph Lagrange, w liście do słynnego Leonharda Eulera. Wyobraźmy sobie, że daną funkcję y(x) nieznacznie zmienimy na y(x)+\delta y(x). Jak wtedy zmieni się nasz funkcjonał? Łatwo pokazać, że zmiana energii jest w naszym przypadku równa

{\displaystyle \delta E=\int_{0}^{L}\left( N \dfrac{d^2 y}{dx^2}-\varrho g \right) \delta y(x) dx.} (*)

Pominięte zostały wyrazy zawierające  \delta y^2. Funkcja \delta y(x) (tzw. wariacja, czyli zmiana, y(x)) jest dowolna. W minimum niewielka wariacja y  nie powinna wpływać na wartość funkcjonału: kiedy jesteśmy już na dnie, to jest nam wszystko jedno, w którą stronę się przesuniemy, i tak będziemy na dnie. Jest to słuszne tylko w pierwszym przybliżeniu, gdy możemy pominąć wkłady kwadratowe i wyższe wariacji funkcji. Zatem warunkiem na minimum jest znikanie wariacji funkcjonału:

 \delta E=0  \Leftrightarrow N \dfrac{d^2 y}{dx^2}-\varrho g =0.

Ostatnia równoważność wynika stąd, że znikanie całki z nawiasu razy dowolna (niewielka) funkcja \delta y(x) musi oznaczać, iż ten nawias jest równy zeru dla każdego x.

Dwa wnioski: ogólny i szczegółowy.

Wniosek ogólny: Warunkiem minimum funkcjonału jest spełnienie pewnego równania zawierającego pochodną.

Wniosek szczegółowy: W naszym przypadku równanie to stwierdza, że druga pochodna y''(x) ma być stała. Znaczy to, że pierwsza pochodna y'(x) jest funkcją liniową, a sama funkcja y(x) jest kwadratowa, kształt krzywej to parabola. Żeby się te rozważania nie wydawały zbyt abstrakcyjne, proszę spojrzeć na obrazek.

Akashi Kaikyō Bridge, Wikipedia

Ruch rzuconego ciała

Teraz zapomnijmy o fizycznej treści poprzedniego punktu, pozostańmy przy samej matematyce: takie same równania mają takie same rozwiązania, jak uczył Feynman. Jeżeli wziąć za zmienną niezależną czas t zamiast x, to stała druga pochodna oznacza, ze mamy stałe przyspieszenie, czyli ruch w polu grawitacyjnym Ziemi. Możemy nieco zmienić oznaczenia N=\varrho=m, zamiast E napiszmy S, bo tak się standardowo oznacza działanie. Mamy więc zasadę wariacyjną i równoważne jej równanie różniczkowe:

 \delta S=0  \Leftrightarrow m \dfrac{d^2 y}{dt^2}-m g =0,

gdzie działanie równe jest

{\displaystyle S=\int_{0}^{T}\left(\dfrac{1}{2}m\left(\dfrac{dy}{dx}\right)^2-m g y\right)dx.}

Zamiast równań Newtona dla rzuconego ciała, możemy zażądać, aby znikała wariacja z działania. W naszym przypadku nadal rozwiązaniem jest parabola.

Zmieniła się jej interpretacja fizyczna: teraz opisujemy ruch jednowymiarowy, rzut pionowy. Skądinąd wiemy, że rozciągnięty w czasie rzut pionowy będzie miał kształt paraboli (mówimy tu o krzywej we współrzędnych t, y). Jeśli przyjrzeć się postaci działania, to oba składniki w nawiasie powinny nam się kojarzyć z energią kinetyczną i potencjalną:

 {\displaystyle S=\int_{0}^{T}\left(\dfrac{mv^2}{2}-V(y)\right)dt.}

Otrzymujemy w ten sposób zasadę Hamiltona najmniejszego działania. Równania, które z niej wynikają, nazywają się, żeby rzecz całą zagmatwać, równaniami Lagrange’a (są one równoważne zasadom dynamiki Newtona). Funkcja pod całką nazywa się lagranżianem i jest równa: {\cal L}=E_k-V. Należy zwrócić uwagę, że {\cal L} nie jest energią całkowitą, lecz różnicą energii kinetycznej i potencjalnej – przechodząc od liny do rzutu, zmieniliśmy znak. Zasada najmniejszego działania oznacza, że jeśli nieco zmienimy ruch w stosunku do ruchu rzeczywistego, to działanie się nie zmieni. Funkcje, które rozpatrujemy, zaczynają się w chwili 0 w punkcie y=0 i kończą w tym samym punkcie w chwili t=T. Można wybrać dowolne punkty przestrzeni, ustalony jest tu natomiast przedział czasu. Wszystkie rozpatrywane funkcje zaczynają się i kończą w tych samych chwilach i w tych samych dwu punktach. Rzeczywisty ruch cząstki spełnia zasadę najmniejszego działania.

Sformułowanie mechaniki za pomocą zasady Hamiltona ma wiele różnych zalet matematycznych, o których teraz nie będziemy pisać. Pojawiło się stosunkowo późno, bo w XIX wieku, choć zasada najkrótszego czasu w optyce znana była dwa stulecia wcześniej. Sam fakt, że na ruch można spojrzeć w taki sposób, jest interesujący i nowatorski. Polecam zupełnie elementarny wykład Feynmana na temat tej zasady.

Uwaga: Znikanie wariacji nie musi oznaczać minimum, tak samo jak znikanie zwykłej pochodnej funkcji niekoniecznie oznacza, że mamy do czynienia z minimum: może to być maksimum albo punkt przegięcia. Zwyczajowo mówi się o najmniejszym działaniu, choć w konkretnych przypadkach bywa to maksimum.

(*) Warto może przedstawić krótko procedurę obliczania wariacji funkcjonału. Sztuka polega na scałkowaniu przez części: jest to krok powtarzany do skutku we wszystkich obliczeniach wariacji. Chodzi o to, żeby zamiast \delta y'(x) mieć \delta y(x). Operacje różniczkowania \frac{d}{dx} i brania wariacji \delta są przemienne, bo pochodna różnicy to różnica pochodnych.

Pierwszy składnik pod całką zmienia się wskutek tego, że y'(x) zastępujemy przez y'(x)+\delta y'(x), różnica wyrażeń podcałkowych to

\frac{1}{2}N(2y'\delta y')=\frac{d}{dx}(Ny'\delta y)-Ny''\delta y,

gdzie pominęliśmy \delta y'^2. Po wstawieniu tego pod całkę otrzymujemy wynik, pamiętając, że nasze wariacje znikają na końcach przedziału: \delta y(0)=\delta y(L)=0.

Einstein i Mann: o tym, co pozostaje, kiedy wszystko jest stracone (1933)

Nie sądziłem, że dożyję czasów ciekawych dla historyka interesującego się fenomenem nazizmu. Bez wątpienia życie polityczne przyniesie w najbliższym czasie sporo materiału do przemyśleń. Oczywiście, wiem, wiem, obecna „pomarszczona rewolucja” w naszym kraju, to nie to samo. Ale i podobieństw nie brak.

Mamy przede wszystkim różnicę skali. Nie ma co porównywać Niemiec z lat trzydziestych do Polski. Giganta i średniaka. Kraju najbardziej zaawansowanego przemysłu z krajem z samego ogona Europy. Kraju teologów i intelektualistów z krajem, gdzie magicznym kultem otacza się nawet samochody, święcąc je uroczyście. Kraju gotyckich katedr i kraju bazyliki w Licheniu. Kraju wzorowej organizacji i kraju legendarnego bałaganu. Ojczyzny Wolfganga Goethego i ojczyzny Jarosława Marka Rymkiewicza. Kraju Richarda Wagnera i kraju Zenka Martyniuka. Kraju palącego ciała Żydów i kraju palącego kukły Żydów. Atmosferę linczu i przemocy już mamy, na razie jest to lincz medialny i przemoc symboliczna. Przemarsze kwazimodlitewne w ochronie tysięcy policjantów, zwalnianie z pracy ludzi o innych poglądach, i to nawet wtedy, gdy ich poglądy nie mają w danej pracy specjalnego znaczenia. Kary za udział w protestach. Brutalność mediów państwowych dorównujących już chyba propagandzie Goebbelsa, w dodatku działalność owych mediów finansowana jest w znacznej części z przymusowych składek pobieranych także od przeciwników reżimu (szatański pomysł, prawda?). Wszystko w dymie kadzideł i przy aprobacie niemal całego kościoła, który głosi jakąś przedziwną ewangelię rasy i narodu, a czasem ubogaca nas takimi myślami spod ołtarza, jak opinia arcybiskupa Marka, że pod Smoleńskiem prawa fizyki działały i dlatego był to zamach. To rzeczywiście jest zamach na zdrowy rozsądek i na moralność. Nie wierzę, by subtelny znawca francuskiej filozofii, uczeń Tischnera, nie rozumiał, czemu marsze z ONR-em są niezupełnie tym samym, co głosił Jezus.

Odbywa się to wszystko, jeśli nie z woli, to bez protestu narodu, który sam sobie zgotował ten los i będzie przez długi, długi czas za to płacił. Widać Polska nie potrafi zbudować państwa na dłużej niż dwadzieścia lat.

Zwolennicy Hitlera też myśleli, że budują lepszy i sprawiedliwszy kraj, w którym dla prawdziwych Niemców nastaną tysiącletnie rządy prawa i sprawiedliwości, a o tych paru Żydów i liberałów nie ma co się kłócić.

Trzeba pamiętać, że nawet w roku 1933 naziści dopiero zaczynali się rozkręcać i wciąż starali się zachować jakieś pozory. Nie wszyscy i nie od razu byli ludobójcami, to ich własny system zrobił z nich zbrodniarzy i skorumpował w miarę zdobywania i umacniania władzy. U nas też się będzie rozkręcało, tamy zostały zerwane, choć może nie zajdziemy na tej drodze tak daleko i skończy się na standardach ukraińskich albo białoruskich. Ale może i putinowskich, kto wie. Rosja Putina była zresztą zupełnie inna, kiedy zaczynał on rządzić i zupełnie inna jest teraz.

Wiosną 1932 roku Adolf Hitler przegrał wybory prezydenckie. W wyborach do Reichstagu jego partia zdobyła w lipcu tego roku 37% głosów, a w powtórnych wyborach w listopadzie już tylko 32%. Wystarczyło to jednak, aby przejąć władzę w kraju. W styczniu 1933 roku Hitler został kanclerzem.

W listopadzie 1933 w wyborach brała udział już tylko jedna partia, NSDAP, i zgadnijcie, kto wygrał? NSDAP oczywiście, choć nie otrzymała wszystkich głosów: 8% głosów było nieważnych. Tak sobie postanowiono, więc takie były wyniki wyborów.

Einstein i Mann byli ludźmi z innych światów: Żyd-internacjonalista i pisarz, który czuł się wcieleniem Goethego i niemieckiej tradycji mieszczańskiej i artystycznej. Obaj zmuszeni zostali do emigracji, niewątpliwie bardziej bolesnej dla Thomasa Manna, który nie był ani liberałem, ani Żydem, ani marksistą, ani dekadentem, ani zimnym spekulantem (wszystko to zarzucali mu naraz albo po kolei w Niemczech). Jego brat, Heinrich, pasował natomiast nieźle do tych karykaturalnych epitetów oprócz „zarzutu”, że jest Żydem, ma się rozumieć.

List Alberta Einsteina do Thomasa Manna, 29 IV 1933

Le Coq pod Ostendą 29 IV 1933

Pragnę powiedzieć panu coś zupełnie oczywistego: świadoma odpowiedzialności postawa, jaką zajął Pan i Pański Brat, stanowiła jeden z nielicznych jasnych punktów pośród wydarzeń rozgrywających się ostatnio w Niemczech. Pozostali powołani do duchowego przywództwa nie wykazali odwagi ani siły charakteru, aby odciąć się wyraźnie od tych, którzy dzięki posiadaniu środków przymusu występują dziś jako reprezentanci państwa. Poprzez to zaniechanie powiększyli jeszcze władzę, jaką posiada ten fatalny element, który szkodzi niewymownie imieniu Niemiec. Narazili się Panowie tym samym na niebezpieczeństwo, że ten sam motłoch, któremu tamci schlebiają, będzie miał Panów w pogardzie.

Jeszcze raz widać, że losy wspólnoty określone są w przeważającej mierze przez jej moralny poziom. Kiedy znowu utworzy się przywództwo godne tego miana, to odrodzi się ono tylko dzięki stopniowej krystalizacji wokół takich ośrodków, jakimi stali się Pan i Pański Brat. Nawet gdyby miał Pan tego nie dożyć, niech stanie się to dla Pana najlepszą pociechą w tych gorzkich czasach, jakie przeżywamy obecnie i jakie jeszcze przyjdzie nam przeżywać.

List Thomasa Mann do Alberta Einsteina, 15 V 1933

Bandol (departament Var)

Grand Hotel

Kilkakrotna zmiana miejsca pobytu sprawiła, że dopiero dziś mogę panu podziękować za Jego łaskawy list.

Był to największy zaszczyt, jaki spotkał mnie nie tylko w tych ciężkich miesiącach, ale może w ogóle w całym moim życiu; jednakże Pan chwali mnie za zachowanie, które było moim naturalnym odruchem, a więc nie zasługuje właściwie na pochwałę. Mniej naturalna jest dla mnie sytuacja, w którą przez to popadłem: jestem bowiem z natury zbyt dobrym Niemcem, aby perspektywa trwałego wygnania mogła nie być dla mnie bardzo ciężkim przeżyciem. Zerwanie z krajem, prawie nieuniknione, przygnębia i trwoży mnie bardzo, co jest dowodem, że stan ten nie odpowiada zupełnie mojej naturze, zdeterminowanej przez Goethowsko-reprezentatywne elementy tradycji i bynajmniej nie stworzonej do martyrologii. Tylko wyjątkowe zło i fałsz mogły mi narzucić tę rolę; bo też według mego najgłębszego przekonania cała ta „niemiecka rewolucja” jest z gruntu zła i fałszywa. Brakuje jej cech, które zjednywały sympatię świata prawdziwym rewolucjom, nawet najkrwawszym. W całej swej istocie jest nie „odrodzeniem” – cokolwiek by o tym mówili i wrzeszczeli jej wyznawcy – lecz nienawiścią, zemstą, pospolitą żądzą mordu i drobnomieszczańską małostkowością. Nie uwierzę nigdy, by mogło z tego wyniknąć coś dobrego, czy to dla Niemiec, czy to dla świata. Fakt, żeśmy do ostatka ostrzegali przed siłami, które doprowadziły do tej katastrofy moralnej i intelektualnej, na pewno będzie kiedyś dla nas tytułem do chwały, ale my zapewne przedtem zginiemy.

w: Tomasz Mann. Listy 1889-1936, przeł. W. Jedlicka, Czytelnik, Warszawa 1966, s. 436-437.

Nie ma w historii niezawinionych upadków, społeczeństwa albo stają na wysokości swego losu, albo nie.

Einstein o patriotyzmie (1915)

Toczyła się wojna światowa, Niemcy napadły na Belgię, popełniając wiele zbrodni wojennych i łamiąc traktaty. Wszystko po to, aby raz jeszcze upokorzyć Francuzów i zdobyć Paryż, jak w roku 1871. Tym razem sztuka się nie udała i linia frontu ustabilizowała się na całe lata, ponieważ żadna ze stron nie potrafiła ustąpić. Einstein obserwował to ze zgrozą. Przeniósł się niedługo przed wybuchem wojny do Berlina, skuszony posadą członka Pruskiej Akademii Nauk (najmłodszego w dziejach) i brakiem obciążeń pedagogicznych. Był obywatelem Szwajcarii, jako nastolatek zrzekł się obywatelstwa Rzeszy, ponieważ nie chciał służyć w wojsku. Teraz, otoczony zewsząd entuzjazmem i bojowym nastawieniem niemieckich kolegów, pogrążył się w pracy. Czuł się jak ktoś zdrowy psychicznie w domu wariatów.

Zabijanie wrogów ojczyzny, w ogóle zabijanie, nie było w jego pojęciu łatwe do moralnego usprawiedliwienia. Wśród lektur uczonego znalazł się esej Lwa Tołstoja Chrześcijaństwo i patriotyzm, w którym autor pisał:

Wszyscy uważamy się za wolnych, wykształconych, humanitarnych ludzi, a także za chrześcijan, jednocześnie jednak znajdujemy się w takiej sytuacji, że gdyby jutro Wilhelm obraził się na Aleksandra albo pan N.N. napisał podburzający artykuł o kwestii wschodniej, albo jakikolwiek książę ograbił jakichkolwiek Bułgarów albo Serbów, albo jakaś królowa czy cesarzowa obraziła się z jakiegokolwiek powodu, to my wszyscy, humanitarni chrześcijanie, powinniśmy iść zabijać ludzi, których nie znamy i wobec których mamy takie same przyjazne uczucia jak wobec wszystkich ludzi. (…) Do tego, aby wprowadzić największe i najważniejsze zmiany w życiu ludzkości, nie potrzeba wielkich czynów: ani uzbrojenia milionowej armii, ani budowy nowych dróg i maszyn, ani urządzania wystaw, ani zakładania związków robotniczych, ani rewolucji, ani barykad, ani wybuchów, ani wynalazków, ani latania w powietrzu – potrzebna jest jedynie zmiana przekonań opinii publicznej.

Tołstoj porównywał w tym eseju patriotyczne uniesienia do swoistej społecznej epidemii, do czegoś na kształt opisanej przez profesora psychiatrii z Kijowa Iwana Sikorskiego malewanszczyzny: kiedy wśród chłopów z niektórych wsi guberni kijowskiej zaczęła szerzyć się wiara, iż niebawem nastąpi koniec świata, przestali pracować, zaczęli ucztować, rozdawać swoje mienie albo kupować rzeczy zupełnie im niepotrzebne, np. parasolki czy jedwabne chusteczki, i stracili zainteresowanie dla wszelkich codziennych obowiązków.

Einstein zgadzał się z zawartą w eseju krytyką wychowania społecznego. W samym środku gorączkowej pracy nad teorią grawitacji, na przełomie października i listopada 1915 roku, znalazł czas, by napisać krótki tekst zawierający jego poglądy na temat wojny. Powstał on na prośbę Towarzystwa Goethego (Goethebund), które przygotowywało właśnie„księgę pamiątkową ojczyzny”, Das Land Goethes 1914–1916 („Kraj Goethego 1914–1916”). Uczony pisał:

Psychologiczne korzenie wojny mają według mnie swe biologiczne podłoże w agresywnym charakterze samców. Nie tylko my – «korona stworzenia» – możemy się poszczycić tym wyróżnieniem; niektóre zwierzęta, np. byk i kogut, przewyższają nas w tym względzie. Owa skłonność do agresji wysuwa się na plan pierwszy, ilekroć poszczególne samce znajdą się obok siebie, a jeszcze bardziej, kiedy mają ze sobą do czynienia bliskie sobie społeczności. Prowadzi to niemal zawsze do sporów, które kończą się na kłótniach i morderstwach, jeżeli nie podejmie się stosownych środków zaradczych, aby im zapobiec. Nigdy nie zapomnę krwiożerczej i szczerej nienawiści, jaką żywili przez lata moi szkolni koledzy do pierwszoklasistów ze szkoły na sąsiedniej ulicy. Toczyły się niezliczone bójki na pięści, w wyniku których niejeden malec miał rozbitą głowę. Któż może wątpić, iż wendeta i pojedynki wyrastają z uczuć tego rodzaju?

(…) Mimo niewymownie smutnej sytuacji obecnej, przekonany jestem, że w najbliższej przyszłości będzie możliwe utworzenie w Europie ponadnarodowej organizacji, która sprawi, iż wojny europejskie staną się tak samo niemożliwe, jak teraz w Rzeszy Niemieckiej niemożliwa jest wojna pomiędzy Bawarią i Wirtembergią.

Opowiadał się też Einstein za przewietrzeniem ideału patriotyzmu, który pod pozorem świętości skrywa mordercze instynkty wobec innych, i otwarcie deklarował swe internacjonalistyczne przekonania:

Można zastanawiać się nad pytaniem: czemu podczas pokoju, kiedy wspólnota państwowa tłumi niemal każdą formę męskiej wojowniczości, ludzie nie tracą tych zdolności i motywacji, które umożliwiają im popełnianie masowych zbrodni na wojnie? Przyczyny wydają mi się następujące. Kiedy zaglądam do umysłu zwykłego dobrego obywatela, widzę w nim jasno oświetlony, przytulny pokoik. Gospodarz pokazuje każdemu gościowi swoją dumę: stojący w kącie, troskliwie przechowywany relikwiarz, na którym dużymi literami wypisane jest słowo patriotyzm. Zazwyczaj nie wolno otwierać tego relikwiarza. Co więcej, gospodarz sam nie wie albo ledwie się domyśla, że relikwiarz ów skrywa moralne rekwizyty bestialskiej nienawiści i masowych zbrodni, które wydobędzie z niego w razie wojny, by ich użyć. Relikwiarza tego rodzaju nie znajdziesz, drogi czytelniku, w moim pokoju i byłbym szczęśliwy, gdybyś i ty uznał, że w owym kącie twojego pokoju pianino albo półka z książkami byłyby bardziej na miejscu niż tamten mebel, który uważasz za znośny jedynie dlatego, że przywykłeś do niego od wczesnej młodości.
Nie mam zamiaru ukrywać swoich ponadnarodowych przekonań. Ludzie i ludzkie organizacje są mi bliskie zależnie od tego, jak oceniam ich zamiary i zdolności. Państwo, do którego należę jako obywatel, nie odgrywa w moim życiu duchowym żadnej roli, ponieważ postrzegam je raczej jako związek oparty na interesie, tak jak moje stosunki z towarzystwem ubezpieczeń na życie. (Z tego, co wyżej powiedziałem, powinno być jasne, że muszę starać się być obywatelem takiego państwa, które nie będzie mnie zmuszać do udziału w wojnie.)

Cały ostatni fragment nie ujrzał wówczas światła dziennego – wypowiadanie publicznie myśli tego rodzaju podczas trwającej wojny mogłoby niepotrzebnie zdemobilizować czytelników.

Po cóż jednak tyle słów – kończył swą wypowiedź Einstein – skoro mogę wszystko zamknąć w jednym zdaniu, i to zdaniu, które mnie, jako Żydowi, szczególnie przystoi wypowiedzieć:

«Czcijcie Pana waszego, Jezusa Chrystusa, nie tylko słowami i pieśnią, lecz przede wszystkim uczynkami».

To, co czasem sprawiało u Einsteina wrażenie cynizmu, było raczej swego rodzaju prostotą; podobnie myślał Tołstoj, który nie potrafił zrozumieć, jak chrześcijanin może zabijać.

Jak długo spadał Lucyfer?

Nie tylko Wielki Wybuch głosi chwałę Pana. Także i obecność szatanów, co wszędzie są czynni. Najlepszym dowodem ich siły jest dzisiejsze radosne zgromadzenie na Stadionie Narodowym w stolicy naszego kraju. Ojciec John Bashobora oraz arcypasterz Pragi wraz z setkami duchownych wypędzać tam będą diabły na oczach 40 000 wiernych (bilety po 60 zł). Może i tym razem o. Bashobora kogoś wskrzesi, co mu się już nieraz zdarzało. Z całą pewnością uzdrowi wielu, dzięki czemu poprawią się finanse NFZ.

W środku świata przebywa Lucyfer, dlatego świat nasz zwiemy diablocentrycznym. Jaki był jednak fizyczny sposób, by strącić tam Księcia Tego Świata? Ciężkość. Wyobraźmy sobie tunel przewiercony przez Ziemię na wskroś. Gdyby wrzucić doń Lucyfera, to jak długo bestia by spadał? I czy zatrzymałby się w środku Ziemi, czy też przeleciał dalej, aż na antypody? Zdania były tu podzielone. Bartolomeus Amicus SJ, rówieśnik Galileusza, sądził, że kamień wrzucony do takiego tunelu doleci do środka Ziemi i świata, gdzie się zatrzyma. Pogląd ten był wypowiadany i wcześniej, stąd zapewne u Dantego w Boskiej Komedii mamy obraz Lucyfera zarytego w środku świata, z trzema paszczami, w każdej po jednym słynnym zdrajcy. Inaczej uważał Nicole Oresme, zwolennik impetusu. Jego zdaniem kamień (albo Lucyfer) w środku Ziemi osiągnie największy impetus, dzięki czemu przeleci dalej aż do antypodów. I będzie tak sobie oscylować, aż mu się impetus całkiem wyczerpie. Ostatecznie zalegnie Lucyfer w środku Ziemi, lecz po iluś zabawnych oscylacjach.

Fizyka Newtona pozwala obliczyć, jak długo spadałby Lucyfer do środka Ziemi. Rozpatrzymy dwa skrajne przypadki: gdyby Ziemia wypełniona była materią jednorodnej gęstości oraz gdyby jej cała masa skupiona była w punkcie centralnym. Prawda zawiera się gdzieś pośrodku: gęstość rośnie ku centrum Ziemi, lecz stopniowo, nie skokowo, jak w drugim przypadku.

Przypadek jednorodnej Ziemi

Przyspieszenie grawitacyjne naszego Lucyfera w odległości r od środka Ziemi byłoby równe

g(r)=\dfrac{Gm(r)}{r^2},

gdzie m(r) to masa małej kuli o promieniu r. Przyjmujemy, że gęstość materii ziemskiej jest wszędzie taka sama, masa jest więc proporcjonalna do objętości i przyspieszenie grawitacyjne będzie ostatecznie proporcjonalne do r:

g(r)=\dfrac{GMr)}{R^3}=\dfrac{g}{R}r \Rightarrow T=2\pi\sqrt{\dfrac{R}{g}}.

Przez G, M, R oznaczyliśmy odpowiednio stałą grawitacji oraz masę i promień Ziemi; g to przyspieszenie ziemskie na powierzchni Ziemi. Przyspieszenie Lucyfera jest więc proporcjonalne do odległości i równanie to jest takie samo jak dla wahadła matematycznego, promień Ziemi odgrywa tu rolę długości. Zatem będzie nasz Lucyfer oscylował z okresem opisanym wzorem dla wahadła matematycznego. Do środka Ziemi będzie to ćwierć oscylacji, co zajmie niecałe dwadzieścia jeden minut.

Przypadek całej masy skupionej w centrum

W tym przypadku przyspieszenie ziemskie rośnie w miarę zbliżania się do środka:

g(r)=\dfrac{GM}{r^2},

Czas spadku znaleźć można, tak jak zrobił to Newton, wyobrażając sobie najpierw ruch po elipsie o długości dużej półosi a=\frac{1}{2}R. Jeśli elipsę tę będziemy stopniowo spłaszczać (zachowując długość dużej półosi) okres się nie zmieni (III prawo Keplera). Ognisko elipsy będzie się przybliżać do jej wierzchołka. Czas spadku będzie połową okresu obiegu takiej elipsy.

Korzystając z III prawa Keplera mamy

T^2=\dfrac{4\pi^2 a^3}{GM}\Rightarrow T=2\pi\sqrt{\dfrac{R3}{8GM}}=\pi\sqrt{\dfrac{R}{2g}}.

Połowa tego okresu jest szukanym czasem, a więc w tej wersji Lucyfer będzie spadał niecałe piętnaście minut.

Dla rzeczywistej zależności m(r) dla Ziemi przyspieszenie ziemskie najpierw nieco rośnie w głąb planety, a potem zaczyna spadać mniej więcej liniowo, kiedy znajdziemy się w żelazowo-niklowym jądrze.

Rozważania średniowiecznych filozofów w rodzaju takiego hipotetycznego kamienia w hipotetycznym tunelu przez Ziemię przyczyniały się do zrozumienia zagadnień ruchu i grawitacji, były to ówczesne Gedankenexperimente. Oresme w XIV wieku miał jednak nowocześniejszą teorię niż Amicus w XVII. Pojęcie impetus, choć dalekie jeszcze od dzisiejszego pędu, miało przed sobą przyszłość. Samo jednak wyostrzanie pojęć jest na nic, dopóki nic nie można obliczyć, przynajmniej w fizyce.