Pascal, Voltaire i Bóg Abrahama, 1734

W roku 1734 Voltaire ośmielił się wejść w polemikę z Blaise’em Pascalem, jansenistą, traktowanym przez wielu jak nieoficjalny święty. Spór dotyczył kwestii najważniejszych: jakie jest miejsce człowieka w świecie i jak powinno się żyć. Wizji chrześcijańskiej Voltaire przeciwstawił życie skupione na doczesności, cywilizowane, roztropne, nie gardzące stopniowymi ulepszeniami bytu. Po trzystu latach ich spór nie tylko nie wygasł, lecz wydaje się przeradzać we współczesnym świecie w wojny kulturowe, których agresywność przywodzi na myśl religijne polemiki z okresu Reformacji.

Blaise Pascal był człowiekiem nieszczęśliwym i udręczonym, lecz obdarzonym bezlitosnym, precyzyjnym i analitycznym umysłem. Neurotyczny i ciągle chory, nie potrafił żyć blisko ludzi. Jedyną osobą, którą kochał, była jego siostra, co napełniało go poczuciem winy. Wierzył w Boga, ale sądził, że trzeba dla tej wiary wyrzec się wszystkiego innego: uczuć do ludzi, nawet własnego talentu matematycznego. Ta bezkompromisowa wiara zbliżyła go do jansenistów, nieformalnego ruchu wśród katolików, którzy szli za św. Augustynem, wierząc, że Bóg niemal wszystkich skazał na potępienie i Jego łaski nie można osiągnąć żadnymi dobrymi uczynkami ani sposobem życia – człowiek przychodząc na świat jest już z góry skazany na zbawienie albo potępienie. Ta doktryna predestynacji głoszona była przez kalwinów i w związku z tym jansenistów chętnie oskarżano o kryptokalwinizm. Pragnęli oni jednak być katolikami i mimo licznych papieskich potępień oraz wrogości Ludwika XIV do ich ruchu przetrwali wiele lat. Jansenistą był starszy brat Voltaire’a, Armand Arouet, prawnik, który nie chciał się z Voltaire’em pojednać nawet nad grobem ich siostry.

Myśli są okruchami wielkiego dzieła, które Pascal zamierzał napisać. Pragnął w nim wykazać, iż ludzkie życie bez Boga jest puste i pozbawione sensu, napełnione lękiem i trwogą, absurdalne. Jedynie wiara może mu nadać sens. Sądził też, że potrafi wykazać, iż tylko wiara katolicka jest prawdziwa, a wszystkie inne fałszywe (wynikać to miało z proroctw, które potem się spełniły).
Oto jeden z Pascalowskich obrazów sytuacji człowieka:
„Widząc zaślepienie nędzy człowieka, patrząc na cały wszechświat niemy i człowieka bez światła, zdanego samemu sobie, jak gdyby zbłąkanego w tym zakątku świata bez świadomości, kto go tam rzucił, ani co tam robi, co się z nim stanie po śmierci, niezdolnego do jakiej bądź wiedzy, doznaję przerażenia, jak człowiek, którego by przeniesiono uśpionego na opustoszałą i straszliwą wyspę i który by się obudził bez świadomości, gdzie jest i bez sposobu wydobycia się stamtąd. I podziwiam, w jaki sposób może ktoś nie wpaść w rozpacz w tak opłakanym położeniu” (przeł. T. Boy-Żeleński, nr 693 w numeracji Brunschvicga).
Odpowiedź Voltaire’a jest płaska jak stół, przypomina reakcję wciąż zajętego, krzątającego się wokół własnych spraw ekstrawertyka na wyznania introwertyka pogrążonego w depresji. Cóż, ludzie bywają bardziej albo mniej szczęśliwi, tak samo zresztą jak zwierzęta. „Kiedy patrzę na Paryż albo Londyn, nie widzę żadnego powodu, by popadać w rozpacz, o której mówi pan Pascal; widzę miasto, które w niczym nie przypomina wyspy bezludnej, jest pełne ludzi, bogate, strzeżone przez policję i ludzie są tu szczęśliwi, na ile leży to w ich naturze. (…) Postrzegać wszechświat jako karcer, a ludzi jako zbrodniarzy, których czeka egzekucja, to pomysł fanatyka. Wierzyć, że świat jest miejscem rozkoszy, gdzie powinniśmy zażywać jedynie przyjemności, to mrzonka sybaryty. Sądzić, że ziemia, ludzie i zwierzęta są takie, jakie być powinny w porządku Opatrzności, to jak wierzę, myśl człowieka mądrego”.
Pascal bodaj pierwszy zwrócił uwagę, jak bardzo trudno jest żyć chwilą teraźniejszą, do jakiego stopnia żyjemy w stwarzanej przez nas samych rzeczywistości wirtualnej. „Niechaj każdy zbada swoje myśli, ujrzy, iż wszystkie zaprzątnięte są przeszłością i przyszłością. Nie myślimy prawie zupełnie o teraźniejszości; a jeśli myślimy, to jeno aby zaczerpnąć z niej treść do snucia przyszłości. Teraźniejszość nie jest nigdy naszym celem; przeszłość i teraźniejszość to nasze środki; jedynie przyszłość jest naszym celem. Tak więc nie żyjemy nigdy, ale spodziewamy się żyć; gotujemy się wciąż do szczęścia, a co za tym idzie, nie kosztujemy go nigdy” (nr 172).
Odpowiedź Voltaire’a: „Gdyby ludzie byli dość nieszczęśliwi, aby zajmować się jedynie teraźniejszością, nikt by nie siał, nie budował, nie zadrzewiał, nikt by się o nic nie troszczył…”

Dzieliła ich nie tylko postawa wobec życia doczesnego. Voltaire uważał święte księgi religii chrześcijańskiej za absurdalny zbiór bezładnych i okrutnych opowieści, kwestionował wyprowadzanie moralności z tekstów tego rodzaju – uważając, że w najważniejszych sprawach podobne poczucie moralne mają wszystkie ludy, nawet te, które nigdy nie słyszały o Biblii. Sądził ponadto, że tekst Pisma św. ma bardzo luźny związek z różnymi dogmatami teologicznymi w rodzaju Niepokalanego Poczęcia czy Trójcy św. Nie rozumiał sensu obrzędów, nie wierzył, aby kapłani byli naprawdę pośrednikami między Bogiem a wiernymi, uważał księży za lichych komediantów, zainteresowanych przede wszystkim ziemskimi dobrami i władzą, ciemnych, niedouczonych, szerzących przesądy i zabobony, dostrzegających na każdym kroku cuda, starających się manipulować ludźmi.

Pascal głęboko wierzył w cuda, sam zaświadczył o cudownym uzdrowieniu swej małej siostrzenicy w klasztorze Port-Royal. Dziecko miało jakiś ropień oka, który zniknął, gdy dotknęło nim relikwii zawierającej cierń z korony Chrystusa. Był też mistykiem, przeżył coś, co uważał za osobiste zetknięcie z Bogiem. Oczywiście Voltaire nie mógł swobodnie krytykować u Pascala tego, co było rdzeniem wiary katolickiej. Zresztą janseniści i tak poczuli się oburzeni, książkę Voltaire’a (Listy filozoficzne) spalono ręką kata na dziedzińcu Pałacu Sprawiedliwości, a za autorem wydano list gończy.

Voltaire był jednym z pierwszych pisarzy postchrześcijańskich. Oskarżano go o bezbożność i ateizm. Niesłusznie. Był antyklerykałem, wyśmiewał patentowanych osłów w mitrach biskupich, ale cenił np. rozumnego papieża Benedykta XIV. Nie wierzył, aby Bóg kierował ręką tych, co spisali Biblię, ale wierzył, że istnieje Stwórca odpowiedzialny za porządek w świecie: Bóg-matematyk, a nie Bóg Abrahama, dokonujący na proroku okrutnego eksperymentu poświęcenia syna.

Prawdopodobnie obaj byliby zdumieni, gdyby znaleźli się we współczesnym świecie. Pascal poczułby się niezmiernie obco w skomercjalizowanej cywilizacji Zachodu, wybrałby zapewne życie gdzieś na uboczu albo przeniósł do któregoś z krajów islamskich – jedynych, które serio traktują religię. Voltaire byłby zdumiony potęgą islamu i chrześcijaństwa, wciąż odradzającym się głodem cudów, próbami zwalczania ewolucjonizmu za pomocą Biblii, możliwością głoszenia dowolnych bzdur w imię swobody religijnej, obłąkańczymi religijnymi spektaklami na stadionach, wiarą w opętania i egzorcyzmy współistniejącą ze współczesną medycyną.

Szaleństwo doktora Semmelweisa, 1865

Nauka jest strukturą, która się samokoryguje, i jest to wspaniałe, przynajmniej dla tych, którzy dożyją stosownej korektury. Pesymista Max Planck mawiał, że nowa teoria zajmuje miejsce starej dopiero wtedy, gdy zwolennicy starej wymrą. Jeśli nawet nie zawsze prawda wygląda tak okrutnie, to z pewnością jest faktem, że uczeni słuchają tylko tego, co chcą usłyszeć: pionierzy zwykle nie są nawet wygwizdani, lecz po po prostu przemilczani.

Ignaz Philipp Semmelweis był młodym węgierskim położnikiem, pracującym w klinice w Wiedniu. Do jego obowiązków należało prowadzenie dokumentacji. Zamartwiał się wysokim odsetkiem zachorowań na gorączkę połogową w swojej klinice, znacznie wyższym niż w drugiej podobnej klinice i wyższym niż u kobiet rodzących w domu. Gdy w 1847 roku umarł jego przyjaciel, zraniony przypadkowo skalpelem podczas sekcji zwłok, Semmelweis stwierdził, że przyczyna śmierci wydaje się podobna do gorączki połogowej (nie znano jeszcze roli drobnoustrojów w przenoszeniu chorób i można było polegać jedynie na wyglądzie tkanek). Tak się składa, że pracownicy pierwszej kliniki brali też udział w autopsjach zwłok. Semmelweis wykazał, że mycie rąk personelu podchlorynem wapnia skokowo obniża liczbę zakażeń wśród kobiet. Statystyki były niezwykle wymowne.

800px-Monthly_mortality_rates_1841-1849Niestety, ta opowieść nie ma happy endu. Statystyki nie przekonały środowiska lekarskiego. Semmelweis był wyśmiewany bądź ignorowany. Zwolniono go z kliniki wiedeńskiej, robiono mu trudności w dalszej karierze, także w Peszcie, dokąd powrócił, miejscowe środowisko lekarskie raczej go sekowało. Ostatecznie wylądował w zakładzie dla umysłowo chorych, gdzie zmarł od zakażonej rany, która powstała, kiedy szarpał się z pielęgniarzami.

Zimne światło rozumu

„Przesądy wydają cały świat na pastwę płomieni. Filozofia je gasi”. To jedno z bardziej znanych powiedzeń Voltaire’a. „Przesądy” – a więc dla Voltaire’a wszystko, co w nas nieracjonalne, przede wszystkim różne dziwne rzeczy, w które wierzą ludzie religijni i które można wyczytać w Księdze Ksiąg – Biblii. „Filozofia” – rozum w szerokim sensie, a więc i nauka.

Światło rozumu jest zimne i nieludzkie. Nie ma sekt zwolenników myślenia, amatorzy nauki nie wysadzają się w powietrze, aby dać świadectwo, nie wykrzykują, jacy są dumni z tego, że są biali albo żółci. Rozum jest niemedialny, „gadające głowy” to dla dziennikarzy synonim nudy. Co innego jeśli ktoś zamorduje dziecko albo wypowie publicznie jakiś żenujący idiotyzm – mamy wtedy emocje, żywych ludzi, konflikt.

Właściwie nie wiadomo, czemu mamy taki duży mózg. Jest on pewną ekstrawagancją ewolucyjną, pochłania 20% tlenu, a w czasie gdy powstawał, nasi przodkowie mieli bardzo proste problemy do rozwiązania, tak że nie ma pewności, czy bardzo się wówczas przydawał do przetrwania. Mamy go jednak i dla niektórych jest on czymś więcej niż przystawką do facebooka (choć zabiegi o pozycję w stadzie – coś w rodzaju prafacebooka – były niezwykle ważne dla naszych przodków i mogą mieć coś wspólnego z rozwojem mózgu).

Nauka kodyfikuje to, co ludzki rozum ustalił. Dzięki temu wiemy, jak spowodować, żeby samolot poleciał i dlaczego nie wystarczy w tym celu odmówić zaklęcia. Otacza nas świat nieludzki, jesteśmy raczej anomalią w Układzie Słonecznym, przydarzyliśmy się tej jednej planecie. Możemy oczywiście zajmować się wyłącznie naszymi emocjami i tym, co miała do powiedzenia panna Klara o pannie Róży, ale są to tylko sposoby oswajania świata, nadawania mu ludzkiej twarzy. Jeśli się o tym zapomni, można skończyć jak ten pan, co chciał mieć fajny film z wakacji w Afryce i dlatego zbliżał się coraz bardziej do stada lwów, aż któryś z nich uznał, że co za dużo to niezdrowo.

Czy można ustrzec się bzdurnych przekonań?

W Stanach Zjednoczonych spora część wyborców republikańskich, tzw. birthers, jest przekonana, że Barack Obama nie urodził się na terytorium amerykańskim i wobec tego nie ma prawa zasiadać w Białym Domu. Z kolei wyborcy Demokratów byli bardzo często przekonani, że republikańska administracja nie zapobiegła zamachom z 11 września 2001 roku albo wręcz była w nie zamieszana. Wielu ludzi wierzy, że od szczepionki można dostać autyzmu, a globalne ocieplenie to bajka. Oszczędzę przykładów z polskiego podwórka.

Kłopot z takimi przekonaniami polega na ich odporności na racjonalne argumenty. I nie da się tego łatwo sprowadzić do głupoty, choć i ona ma tu swoje oczywiste zasługi. Jednak często ludzie skądinąd rozsądni gotowi są na pewne tematy wygłaszać sądy, delikatnie mówiąc, niesprawdzone i niewiarygodne, a czasem nawet bronić ich zażarcie. Także eksperci nie wypadają pod tym względem dużo lepiej od innych, zwłaszcza gdy opuszczają wąskie ramy swej specjalizacji. Do problemu przyczyniają się też media, ich poszukiwanie konfliktów i sprowadzanie każdej dyskusji do walki personalnej. Media mają też manierę przedstawiania „dwóch stron” – niedługo zamiast prognozy pogody będzie się zapraszać górala, co wierzy w opady śniegu, i powiedzmy, rybaka, co twierdzi, że śniegu nie będzie. Niech sobie pogadają. Prawda leży pośrodku.

Znany jest efekt bumerangu, polegający na tym, że atakując pogląd, w który ktoś mocno wierzy, jeszcze mocniej utwierdzamy go w dotychczasowych poglądach. Przeprowadzono np. eksperyment, w którym osobom niewierzącym i wierzącym przedstawiono raport, z którego wynikało, że biblijna historia o zmartwychwstaniu jest niewiarygodna. Okazało się, że wierzący jeszcze bardziej identyfikowali się z wiarą, odrzucając całkowicie przedstawione argumenty. Wyniki te zgodne są z klasyczną pracą L. Festingera, H.W. Rieckena i S. Schachtera, Gdy proroctwo zawodzi. Badali oni amerykańską sektę, której przywódczyni, Dorothy Martin, głosiła, że światu grozi powszechna powódź i tylko jej zwolennicy zostaną uratowani, ponieważ przylecą po nich latające talerze. Ludzie rzucali rodziny i sprzedawali majątki, aby dostać się do sekty. Katastrofa nie nadeszła, co grupa zinterpretowała nie jako sygnał do zwątpienia w proroctwa, lecz jako skutek swego zaangażowania. Z tym większą energią zaczęli odtąd nawracać na kosmiczną wiarę innych. Nie musi to koniecznie oznaczać, że ich wiara wyszła bez szwanku. Niektóre badania wskazują, że ludzie mający wątpliwości co do swoich przekonań, głoszą je bardziej intensywnie i mocniej się angażują. Autorzy pracy zatytułowanej wymownie: When in Doubt, Shout! dowodzą na podstawie swoich eksperymentów, że silna skłonność do nawracania innych może wynikać właśnie z braku pewności. Ktoś, kto manifestuje swój entuzjazm i pewność, w głębi ducha może być zżerany wątpliwościami.

Korzystałem m.in. z prac

S. Lewandowsky et al., Misinformation and Its Correction Continued Influence and Successful Debiasing, „Psychological Science in the Public Interest”, t. 13(3), (2012), s. 106–131.

David Gal, Derek D. Rucker, When in Doubt, Shout! : Paradoxical Influences of Doubt on Proselytizing, „Psychological Science”, t. 21 (11), (2010), s. 1701-1707.

Jeszcze o optymizmie

Zasada optymizmu wg Davida Deutscha: „Wszelkie zło spowodowane jest niedostatkiem wiedzy”. Ponieważ nie ma żadnej nieprzekraczalnej granicy naszej wiedzy, więc nie ma też żadnej nieprzekraczalnej bariery w ulepszaniu świata.

Optymizmowi tego typu przeciwstawia się zwykle długą listę zagrożeń. Np. naszej cywilizacji zagraża wiele różnych niebezpieczeństw, oprócz naturalnych, jak uderzenie planetoidy czy jakaś powszechna epidemia, jesteśmy też zagrożeni autodestrukcją na skutek np. wojny jądrowej. Jednak mnóstwo cywilizacji w dziejach wyginęło i bez broni atomowej. Wiele cywilizacji nie rozumiało istoty zagrożeń, z którymi przyszło im się zmagać, przez co same narażały się na ryzyko wyginięcia. „Czarna śmierć” – epidemia dżumy w Europie XIV wieku była tym straszniejsza, że nikt nie rozumiał prawidłowo mechanizmu rozprzestrzeniania się choroby. Próbowano odwrócić niebezpieczeństwo zbiorowymi aktami pokuty i procesjami, które niewątpliwie przyspieszały rozprzestrzenianie epidemii. Nawet perspektywa uderzenia planetoidy nie musiałaby w naszym przypadku oznaczać nieuchronnego końca cywilizacji. Zaczęto systematycznie obserwować planetoidy, które mogłyby potencjalnie zagrozić Ziemi. W razie realnego zagrożenia mielibyśmy zapewne trochę czasu na podjęcie jakichś środków zapobiegawczych. A jesteśmy pierwszą cywilizacją w historii Ziemi, która miałaby szansę takie środki przedsięwziąć.

Innym oczywiste zastrzeżenia wobec zasady Deutscha wynikają z tego, co widzimy na każdym kroku: ludzie nie są racjonalni, łatwo ulegają fanatyzmowi, rządzeni są przez instynkty popychające ich do zbrodni, nawet wówczas gdy grozi im za to kara. Systemy demokratyczne zagrożone są populizmem polityków i głupotą mas itd. itp. Przypuszczam, że odpowiedzią Deutscha byłoby zwrócenie uwagi na to, że mamy z czasem szansę poznać mechanizmy ludzkich zachowań i jakoś poprawić naturę. Może się to wydawać utopijne, ale pamiętajmy: nie ma żadnej nieprzekraczalnej granicy naszej wiedzy.

Gdyby nawet zasada optymizmu miała być fałszywa (kto bez nadprzyrodzonej wiedzy mógłby to wykazać?), to jej przyjęcie prowadzi z pewnością do rozumniejszego zachowania, a więc sprzyja rozwojowi cywilizacji.

Czy są naturalne granice rozwoju? W pierwszej chwili wydaje się, że oczywiście tak. Proszę jednak spojrzeć na wykres oczekiwanej długości życia noworodka w USA za ostatnie 150 lat. Nie widać, abyśmy zbliżali się do jakiejkolwiek naturalnej granicy.

Dane pochodzą ze strony infoplease

Zaskoczenia

Karl Popper pisał: „O wielkości i pięknie nauki stanowi po części to, że poprzez własne krytyczne badanie dowiadujemy się, że świat jest całkowicie odmienny od tego, co sobie kiedykolwiek wyobrażaliśmy” (Logika odkrycia naukowego, s. 348). Przywołuję ten cytat, ponieważ zawsze tak to właśnie odczuwałem. Przyglądając się historii nauki zaczynamy lepiej rozumieć, że świat wciąż ludzi zaskakiwał, okazywał się zupełnie inny, niż sobie wyobrażali. Umeblowanie pojęciowe nawet wykształconego człowieka średniowiecza było zupełnie inne niż nasze. Można tamtej wizji świata żałować, jak np. C.S. Lewis w książeczce Utracony obraz. Straciliśmy elfy, anioły, prorocze sny i cudowne moce (z tym większą siłą kontratakują one w kulturze popularnej). A co zyskaliśmy w zamian?

Po pierwsze robimy sobie mniej złudzeń. Leki czy dobra dieta lepiej chronią od choroby niż amulet na szyi. Modlitwy, nawet poselskie, nie mają wpływu na opady atmosferyczne. Wyjaśnienia naukowe często są nam niemiłe, a przeważnie odzierają nas z iluzji. Może dlatego wielu ludzi postrzega rozwój nauk jako bolesny proces trzeźwienia i traktuje go nieprzyjaźnie. Należy jednak szukać racjonalnych wyjaśnień. To tak jak w filmach kryminalnych: detektyw może być antypatyczny, przepity i chory, jego prawdziwą siłę stanowią wyobraźnia i logika. Ostatecznie każda zagadka jest do wyjaśnienia.

Po drugie zaczynamy rozumieć, jak naprawdę powiązane są fakty. I choć nie ma kogo spytać o pierwszą przyczynę ani o ostateczny cel „tego wszystkiego”, to dowiadujemy się rzeczy fascynujących, nawet wtedy gdy są praktycznie nieprzydatne. Wiemy, jak długo będzie świecić Słońce i co stanie się później. Wiemy, że atomy żelaza w hemoglobinie zawdzięczamy wybuchom supernowych – bo w takich wybuchach są one wytwarzane. Wiemy, że planety występują powszechnie we wszechświecie. Że Układ Słoneczny położony jest na peryferiach Galaktyki i bardzo dobrze dla nas, że właśnie tak – mniejsze jest prawdopodobieństwo katastrofalnych procesów w naszym sąsiedztwie, moglibyśmy ich nie przetrwać. I że cały wszechświat jest w ruchu, rozszerza się gwałtownie, miał początek, przynajmniej w takiej postaci, jaką potrafimy zrozumieć naukowo.

Edwin Hubble, odkrywca rozszerzania się wszechświata, jeszcze w latach trzydziestych XX wieku nie był pewien, czy rzeczywiście chodzi o ruch, starał się pisać o swoich obserwacjach, nie przesądzając ich interpretacji. Kosmologie mityczne przedstawiały wszechświat jako coś statycznego, nasz dom na trwałych fundamentach. Także uczeni pragnęli świata trwałego: skoro sami jesteśmy śmiertelni, to niech przynajmniej wszechświat będzie wieczny. Tymczasem okazało się, że nasz dom jest odłamkiem eksplozji (dokładniej biorąc wyłonił się stopniowo z z odłamków).

Gdybyśmy cofnęli kosmologiczny film, dotarlibyśmy do fazy ogromnej gęstości cząstek i energii. Do Wielkiego Wybuchu, który nie był zdarzeniem w przestrzeni, lecz wybuchem całej przestrzeni wraz z tym, co ją wypełniało. Udało się dobrze powiązać różne klatki tego dziwacznego filmu, który ma początek, nie ma chyba jednak końca.

Laicy, obserwujący naukę z dystansu, skłonni są myśleć, że uczeni budują jeszcze jeden mit prapoczątku. A za jakiś czas zastąpią go nowym i tak w nieskończoność. I że ostatecznie wszystkie takie historie są tyle samo warte. To nieprawda. Ta dziwna opowieść zbudowana jest bowiem ze starannie powiązanych faktów. Zwykła logika detektywa stosowana z uporem i talentem prowadzi do rzeczywistych odkryć, zwykle dość zaskakujących. Nie przeczytamy o nich u C.S. Lewisa, nie wszystkie opowieści są prawdziwe.