Einstein i Mann: o tym, co pozostaje, kiedy wszystko jest stracone (1933)

Nie sądziłem, że dożyję czasów ciekawych dla historyka interesującego się fenomenem nazizmu. Bez wątpienia życie polityczne przyniesie w najbliższym czasie sporo materiału do przemyśleń. Oczywiście, wiem, wiem, obecna „pomarszczona rewolucja” w naszym kraju, to nie to samo. Ale i podobieństw nie brak.

Mamy przede wszystkim różnicę skali. Nie ma co porównywać Niemiec z lat trzydziestych do Polski. Giganta i średniaka. Kraju najbardziej zaawansowanego przemysłu z krajem z samego ogona Europy. Kraju teologów i intelektualistów z krajem, gdzie magicznym kultem otacza się nawet samochody, święcąc je uroczyście. Kraju gotyckich katedr i kraju bazyliki w Licheniu. Kraju wzorowej organizacji i kraju legendarnego bałaganu. Ojczyzny Wolfganga Goethego i ojczyzny Jarosława Marka Rymkiewicza. Kraju Richarda Wagnera i kraju Zenka Martyniuka. Kraju palącego ciała Żydów i kraju palącego kukły Żydów. Atmosferę linczu i przemocy już mamy, na razie jest to lincz medialny i przemoc symboliczna. Przemarsze kwazimodlitewne w ochronie tysięcy policjantów, zwalnianie z pracy ludzi o innych poglądach, i to nawet wtedy, gdy ich poglądy nie mają w danej pracy specjalnego znaczenia. Kary za udział w protestach. Brutalność mediów państwowych dorównujących już chyba propagandzie Goebbelsa, w dodatku działalność owych mediów finansowana jest w znacznej części z przymusowych składek pobieranych także od przeciwników reżimu (szatański pomysł, prawda?). Wszystko w dymie kadzideł i przy aprobacie niemal całego kościoła, który głosi jakąś przedziwną ewangelię rasy i narodu, a czasem ubogaca nas takimi myślami spod ołtarza, jak opinia arcybiskupa Marka, że pod Smoleńskiem prawa fizyki działały i dlatego był to zamach. To rzeczywiście jest zamach na zdrowy rozsądek i na moralność. Nie wierzę, by subtelny znawca francuskiej filozofii, uczeń Tischnera, nie rozumiał, czemu marsze z ONR-em są niezupełnie tym samym, co głosił Jezus.

Odbywa się to wszystko, jeśli nie z woli, to bez protestu narodu, który sam sobie zgotował ten los i będzie przez długi, długi czas za to płacił. Widać Polska nie potrafi zbudować państwa na dłużej niż dwadzieścia lat.

Zwolennicy Hitlera też myśleli, że budują lepszy i sprawiedliwszy kraj, w którym dla prawdziwych Niemców nastaną tysiącletnie rządy prawa i sprawiedliwości, a o tych paru Żydów i liberałów nie ma co się kłócić.

Trzeba pamiętać, że nawet w roku 1933 naziści dopiero zaczynali się rozkręcać i wciąż starali się zachować jakieś pozory. Nie wszyscy i nie od razu byli ludobójcami, to ich własny system zrobił z nich zbrodniarzy i skorumpował w miarę zdobywania i umacniania władzy. U nas też się będzie rozkręcało, tamy zostały zerwane, choć może nie zajdziemy na tej drodze tak daleko i skończy się na standardach ukraińskich albo białoruskich. Ale może i putinowskich, kto wie. Rosja Putina była zresztą zupełnie inna, kiedy zaczynał on rządzić i zupełnie inna jest teraz.

Wiosną 1932 roku Adolf Hitler przegrał wybory prezydenckie. W wyborach do Reichstagu jego partia zdobyła w lipcu tego roku 37% głosów, a w powtórnych wyborach w listopadzie już tylko 32%. Wystarczyło to jednak, aby przejąć władzę w kraju. W styczniu 1933 roku Hitler został kanclerzem.

W listopadzie 1933 w wyborach brała udział już tylko jedna partia, NSDAP, i zgadnijcie, kto wygrał? NSDAP oczywiście, choć nie otrzymała wszystkich głosów: 8% głosów było nieważnych. Tak sobie postanowiono, więc takie były wyniki wyborów.

Einstein i Mann byli ludźmi z innych światów: Żyd-internacjonalista i pisarz, który czuł się wcieleniem Goethego i niemieckiej tradycji mieszczańskiej i artystycznej. Obaj zmuszeni zostali do emigracji, niewątpliwie bardziej bolesnej dla Thomasa Manna, który nie był ani liberałem, ani Żydem, ani marksistą, ani dekadentem, ani zimnym spekulantem (wszystko to zarzucali mu naraz albo po kolei w Niemczech). Jego brat, Heinrich, pasował natomiast nieźle do tych karykaturalnych epitetów oprócz „zarzutu”, że jest Żydem, ma się rozumieć.

List Alberta Einsteina do Thomasa Manna, 29 IV 1933

Le Coq pod Ostendą 29 IV 1933

Pragnę powiedzieć panu coś zupełnie oczywistego: świadoma odpowiedzialności postawa, jaką zajął Pan i Pański Brat, stanowiła jeden z nielicznych jasnych punktów pośród wydarzeń rozgrywających się ostatnio w Niemczech. Pozostali powołani do duchowego przywództwa nie wykazali odwagi ani siły charakteru, aby odciąć się wyraźnie od tych, którzy dzięki posiadaniu środków przymusu występują dziś jako reprezentanci państwa. Poprzez to zaniechanie powiększyli jeszcze władzę, jaką posiada ten fatalny element, który szkodzi niewymownie imieniu Niemiec. Narazili się Panowie tym samym na niebezpieczeństwo, że ten sam motłoch, któremu tamci schlebiają, będzie miał Panów w pogardzie.

Jeszcze raz widać, że losy wspólnoty określone są w przeważającej mierze przez jej moralny poziom. Kiedy znowu utworzy się przywództwo godne tego miana, to odrodzi się ono tylko dzięki stopniowej krystalizacji wokół takich ośrodków, jakimi stali się Pan i Pański Brat. Nawet gdyby miał Pan tego nie dożyć, niech stanie się to dla Pana najlepszą pociechą w tych gorzkich czasach, jakie przeżywamy obecnie i jakie jeszcze przyjdzie nam przeżywać.

List Thomasa Mann do Alberta Einsteina, 15 V 1933

Bandol (departament Var)

Grand Hotel

Kilkakrotna zmiana miejsca pobytu sprawiła, że dopiero dziś mogę panu podziękować za Jego łaskawy list.

Był to największy zaszczyt, jaki spotkał mnie nie tylko w tych ciężkich miesiącach, ale może w ogóle w całym moim życiu; jednakże Pan chwali mnie za zachowanie, które było moim naturalnym odruchem, a więc nie zasługuje właściwie na pochwałę. Mniej naturalna jest dla mnie sytuacja, w którą przez to popadłem: jestem bowiem z natury zbyt dobrym Niemcem, aby perspektywa trwałego wygnania mogła nie być dla mnie bardzo ciężkim przeżyciem. Zerwanie z krajem, prawie nieuniknione, przygnębia i trwoży mnie bardzo, co jest dowodem, że stan ten nie odpowiada zupełnie mojej naturze, zdeterminowanej przez Goethowsko-reprezentatywne elementy tradycji i bynajmniej nie stworzonej do martyrologii. Tylko wyjątkowe zło i fałsz mogły mi narzucić tę rolę; bo też według mego najgłębszego przekonania cała ta „niemiecka rewolucja” jest z gruntu zła i fałszywa. Brakuje jej cech, które zjednywały sympatię świata prawdziwym rewolucjom, nawet najkrwawszym. W całej swej istocie jest nie „odrodzeniem” – cokolwiek by o tym mówili i wrzeszczeli jej wyznawcy – lecz nienawiścią, zemstą, pospolitą żądzą mordu i drobnomieszczańską małostkowością. Nie uwierzę nigdy, by mogło z tego wyniknąć coś dobrego, czy to dla Niemiec, czy to dla świata. Fakt, żeśmy do ostatka ostrzegali przed siłami, które doprowadziły do tej katastrofy moralnej i intelektualnej, na pewno będzie kiedyś dla nas tytułem do chwały, ale my zapewne przedtem zginiemy.

w: Tomasz Mann. Listy 1889-1936, przeł. W. Jedlicka, Czytelnik, Warszawa 1966, s. 436-437.

Nie ma w historii niezawinionych upadków, społeczeństwa albo stają na wysokości swego losu, albo nie.

Samotność Charlesa Darwina

Zaczniemy od cytatu z Thomasa Manna: „Gdyby pisarz od razu uświadomił sobie wszystkie trudności związane z dziełem i poznał jego samoistną wolę, nieraz bardzo odbiegającą od woli autora, opadłyby mu z pewnością ręce i nie starczyłoby odwagi do rozpoczęcia pracy. Dzieło posiada w pewnych okolicznościach swoją własną ambicję, która może iść znacznie dalej niż ambicja autora, i właśnie tak jest dobrze. Albowiem ambicja nie jest sprawą osobistą, nie może poprzedzać dzieła, lecz musi z niego wynikać i dopiero potem wpływać na nie. Myślę, że w ten sposób powstały wszystkie wielkie dzieła, a nie z ambicji, która z góry zakłada tworzenie arcydzieł” (Wstęp do Czarodziejskiej Góry dla studentów Princeton, 1939 rok, przeł. I. i E. Naganowscy).

Darwin nie był pustelnikiem, żył otoczony liczną rodziną i służbą, pisał mnóstwo listów do kolegów-przyrodników, do hodowców drobiu i gołębi, do podróżników – wszystkich, którzy mogli mu służyć jakąś ważną dla niego informacją albo przysłać interesujący okaz. Borykał się wprawdzie z kłopotami zdrowotnymi, lecz mimo to uczestniczył w wychowywaniu swych dzieci, był przyjazny ludziom i zwierzętom, zajmował się także wieloma sprawami, które go jakoś poruszyły. Odrazę budziło w nim niewolnictwo, zwalczał także powszechny wówczas sposób czyszczenia kominów przez spuszczanie do nich małych dzieci, mogących się przecisnąć przez przewód kominowy. Wielu właścicieli ziemskich nie widziało w tym procederze nic złego. Życie i zdrowie dziecka nie miało wielkiej ceny, zwłaszcza wśród ludzi biednych, mających więcej potomstwa niż środków do życia. Darwin należał do lokalnego stowarzyszenia zwalczającego ową praktykę. Nie był więc dziwakiem zamkniętym w pracowni i interesującym się jedynie swoją pracą. Jednak o najważniejszych jej wynikach mówił mało, z opóźnieniem i niezbyt chętnie.

Niewykluczone, że niektóre elementy przyszłej teorii ewolucji rozważał już podczas podróży na HMS Beagle, choć nie pisał o tym nawet we własnych notatkach. Także później, kiedy jego poglądy już się ukształtowały, mówił o nich lekko i w sposób niezobowiązujący: „Jestem prawie pewien (w przeciwieństwie do przekonania, jakie miałem na początku), że gatunki nie są (brzmi to jak wyznanie zbrodni) niezmienne” – pisze 11 stycznia 1844 roku do J. D. Hookera. Wiosną tego roku napisał zarys swej teorii, liczący 189 stron rękopisu. Napisał też list do żony z prośbą o opublikowanie tego zarysu, gdyby nagle zmarł, co przy jego stanie zdrowia nie byłoby zupełnym zaskoczeniem. Jesienią ukazała się anonimowa książka Vestiges of the Natural History of Creation wprowadzająca idee ewolucyjne w popularny, lecz bałamutny sposób. Vestiges odniosły ogromny sukces wydawniczy, choć pewnie nie takiego rodzaju, o jakim marzyłby Darwin. Książkę potępiali bowiem nie tylko duchowni, ale także wielu uczonych. Duchowni przywiązani byli do teologii naturalnej, w myśl której Stwórca przezornie zaopatrzył wszystkie istoty w to, co im potrzebne do życia, w związku z czym nie potrzeba żadnych dalszych zmian. Przyrodnicy, choć na ogół rozumieli już wtedy, że tak wygodny sposób myślenia nie daje się utrzymać, niechętnie myśleli o przemianach gatunków. Darwin zajął się na dobre parę lat wąsonogami, uważając być może, iż powinien zapracować na solidniejszą reputację wśród ekspertów, zanim wystąpi publicznie z tezą tak obrazoburczą jak zmiany gatunków bez żadnego opatrznościowego celu.

Po dziesięciu latach wrócił do – jak to nazywał – transmutacji gatunków. Poznał T.H. Huxleya, zoologa, który miał się stać „buldogiem” Darwina, na razie jednak był sceptyczny wobec ewolucji. Skrytykował np. bezlitośnie kolejne wydanie Vestiges, co Darwin skomentował z mieszanymi uczuciami: „Jest to niewątpliwie najlepsza recenzja tej książki, jaką czytałem. Myślę jednak, że jest Pan zbyt surowy dla biednego autora. (…) Może jednak nie jestem bezstronnym sędzią, ponieważ moje poglądy na sprawy gatunków (…) są równie nieortodoksyjne, choć mam nadzieję, że nie tak niemądre” (2 września 1854 do T.H. Huxleya, przeł. T. Opalińska).

Charles Darwin należał do niemal już wymarłego gatunku uczonych prywatnych. W minionych wiekach, kiedy instytucje naukowe nie były tak rozbudowane, stanowili oni całkiem pokaźne grono. Dziś są to pojedyncze postaci, jak np. Julian Barbour. W przypadku Darwina status uczonego prywatnego miał chyba decydujący wpływ na jego osiągnięcia naukowe. Nie był na co dzień pod presją poglądów kolegów, nigdy nie był członkiem żadnej grupy, mógł spokojnie robić swoje i, przede wszystkim: myśleć swoje. Latami dopracowywał swoją koncepcję. Przedstawił ją, kiedy był już gotów, kiedy zebrał liczne argumenty. Jego pozycja i dochody nie zależały od tego, czy teoria ewolucji zostanie dobrze przyjęta. Oczywiście, nauka współczesna jest bardziej skomplikowana i nie można badać w domu powiedzmy bozonu Higgsa czy genomu człowieka. Jednak w naukach teoretycznych ciągle liczą się indywidualne osiągnięcia. Wciąż nie da się myśleć zbiorowo, każdy skazany jest w tym względzie na własny mózg. Jak Andrew Wiles, który na siedem lat wycofał się z życia naukowego, by w skupieniu szukać dowodu wielkiego twierdzenia Fermata. Tyle samo lat spędził Hans Castorp na swej Czarodziejskiej Górze.

Nb. także i dziś niektórzy uczeni nie rozumieją, że ewolucja nie ma żadnego celu, jak o tym świadczy niniejszy tekścik: „Podstawowe założenia syntetycznej teorii ewolucji wykazują, że najważniejszym zadaniem każdego gatunku jest przekazanie genów następnemu pokoleniu. Stanowi ono motor ewolucji i podstawę istnienia gatunku„. Dreimal hundert Professoren – Vaterland, du bist verloren!

Thomas Mann, Moje czasy, 1950

W chwili pisania tego eseju Mann ma 75 lat i świadomość, że nie zostało mu wiele życia: „to właśnie są czasy mi dane, klepsydra dla mnie postawiona, a piasku przesypującego się delikatnym strumykiem tak niewiele u góry zostało, że mógłby mnie ogarnąć lęk, gdyby w wypadku czasu nie chodziło o coś tak osobliwie cennego i płynnego, że mała jego ilość wciąż jeszcze pozostaje ilością wielką”. Wzbrania się pisać o sobie, woli pisać o epoce, którą wyrażał w swoich książkach.

Mówi o swoim pokoleniu. „Nie chcemy, jak to powiedziano w dawnej niemieckiej kolędzie: «zazdrościć sobie darów» i chełpić się ich pięknem. Wszystkie pokolenia będą obdarowane. A jednak chciałbym podkreślić pewną zaletę, jaką mogą poszczycić się ludzie urodzeni w roku 1875 względem tych, którzy przyszli na świat w 1914 lub później: Nie jest bez znaczenia, że mogliśmy żyć w ostatniej ćwierci dziewiętnastego stulecia – wielkiego stulecia – że mogliśmy być obywatelami schyłkowej fazy kultury mieszczańskiej, epoki liberalnej, że mogliśmy żyć jeszcze w tym świecie, wchłaniać jego atmosferę…”. Były to czasy budowania potęgi Niemiec Bismarcka, zwycięskich w wojnie z Francją w 1870 roku. Czasy Reichsbanku, o którym mówiono, iż jest tak dobrze zorganizowany, że gdyby jego prezes oszalał, to jeszcze przez cały rok nie odbiłoby się to na działaniach podległej mu instytucji. Pisze Mann: „Fakt, że funt angielski wart był 20 marek, dolar cztery, że za jedną markę Rzeszy Niemieckiej kupić można było 120 centymów włoskich, szwajcarskich czy francuskich, wydawał się czymś nienaruszalnym i zgodnym z wolą Boga. Ktoś, kto nie miał w ręku złotych pieniędzy, ten nie poznał aurea aetas [złotego wieku] mieszczaństwa, dziś jeszcze, w głębokiej starości, odczuwam drżenie, wspominając, że pierwsze honorarium autorskie otrzymałem w postaci trzech złotych dziesięciomarkowych monet. Rysem charakterystycznym tej epoki były solidność i przyzwoitość”. Nie obnażano ciał, jedynie na uroczystych balach panie odsłaniały ramiona i dekolty. Za czasów Manna pojawił się kant na męskich spodniach i odstawiono do muzeum ostatni konny tramwaj w Monachium. Nastąpiła rewolucja, czy może nawet ciąg kolejnych rewolucji w oświetleniu: lampy naftowe, gazowe, potem elektryczne. Pojawiły się rowery, samochody, samoloty.

Niemożliwe są jednak zmiany ograniczone wyłącznie do sfery materialnej, nowe wynalazki i odkrycia bez wpływu na świat mentalny, wyobraźnię, poczucie moralne. Niełatwo tu zresztą ocenić, co jest przyczyną, co skutkiem, a co tylko przygodną zbieżnością w czasie. Równolegle do republiki uczonych, polityków, nuworyszów, dorabiających się majątku, na czym tylko się dało, płynął nurt romantyzmu, sprzeciwu wobec „szkiełka i oka”, dostrzegania tego, co wydawało się nieistotne, a nawet nieprzyzwoite – w imię prawdy uczuć czy prawdy społecznej. Za mieszczańską fasadą kształtowała się nowa buntownicza wrażliwość: Wagner, odsłaniający ciemną potęgę pierwotnych namiętności, miłość mocną jak śmierć i bohaterów, którzy muszą wypełnić swe przeznaczenie, choćby musieli przypłacić to życiem. Niepokojące sny zostały podniesione do rangi zbiorowego mitu. Niedaleko już było do Freuda i Junga. Nie jest też przecież przypadkiem, że festiwale w Bayreuth tak cenił Adolf Hitler. Pojawili się mistrzowie demaskacji, jak Nietzsche, z bolesnym zapamiętaniem odwracający znaki mieszczańskich wartości, jak Marks, doszukujący się w religii, instytucjach państwa i całym publicznym dyskursie nie ponadczasowych treści, lecz żałosnych prób uzasadnienia gnijącej cywilizacji kapitalizmu, przedłużenia krzyczącej niesprawiedliwości w podziale dóbr.

Stanem świadomości europejskiej na początku wieku XX zajmuje się Czarodziejska góra, dojrzała powieść Manna, która ukazała się w 1925 roku, gdy jej autor przekroczył półwiecze. O duszę jasnowłosego prostaczka Hansa Castorpa, niedoszłego inżyniera okrętowego z Hamburga, walczą tam różne siły, personifikowane przez Kławdię Chauchat, a także dwóch ideologicznych pedagogów: nacjonalistę i liberała Lodovica Settembriniego oraz jezuitę i rewolucjonistę Leona Naphtę. Kławdia jest Rosjanką, piękną, choć trawioną gorączką i mało sobie robiącą z konwenansów kobietą o oczach szkolnego kolegi, pierwszej miłości Hansa. To ona przywiązuje go na siedem baśniowych lat do międzynarodowego sanatorium Berghof w Davos, sprawiając, że zrywa wszelkie kontakty z „nizinami”. Siłą tej psychomachii jest rozdzielenie racji. Mannowi bliżej zapewne do Settembriniego, lecz za nieznośne uważa jego wzniosłe deklamacje o ludzkości i lepszym jutrze. Naphta jest zagrożeniem (mówiono, iż pierwowzorem tej postaci był György Lukács, filozof marksistowski), ponieważ lepiej rozumie, że człowiek niekoniecznie chce być dobry i że gotów jest popełnić niejedną zbrodnię choćby z ciekawości, obojętności albo dla poczucia wspólnoty. Jak mówi ćwierć wieku później sam Mann: „można postawić pytanie, czy człowiek, kierując się potrzebą psychicznych i metafizycznych więzi, od wolności nie pragnie bardziej grozy”.

Artysta, Thomas Mann, za swój obowiązek uważał zawsze służenie prawdzie – prawdzie artystycznej, gdyż naukowej zbytnio nie cenił. Być może uczeni są przy kimś takim jak Mann jedynie naiwnymi inżynierami z Hamburga, uruchamiającymi moce, nad którymi nie potrafią zapanować, ponieważ nie rozumieją sami siebie. Czy na gruncie uczciwego podejścia do prawdy mogliby się kiedyś spotkać? I czy są jeszcze pisarze, traktujący swe posłannictwo z taką mieszczańską sumiennością i odpowiedzialnością za słowo jak Thomas Mann?

„Jako pisarz, jako psycholog, jako kreator tego, co ludzkie, zaprzysiągłem wierność prawdzie, jestem na nią skazany. Lubię jej wdzięk, lubię, gdy przenika mnie jej godność i pogarda dla nieprawdy”. Szczególnie ostre słowa ma Thomas Mann dla nieprawdy wykorzystywanej do celów politycznych. „Gregorovius w swoich Dziejach miasta Rzymu w okresie średniowiecza, tam, gdzie omawia powstanie Kościoła chrześcijańskiego i dogmatów jego wiary, na przykład prymat biskupa Rzymu, a zatem utrwalanie się władzy papieskiej, pisze z całym spokojem zdanie: «Jeśli zatem władza czcigodnej, spoczywającej na kilkuwiekowej wierze tradycji jawi się jako coś cudownego, to należy rozważyć kwestię, iż w obrębie wszelkiej kształtującej się religii tradycje i legendy tworzą fundament praktycznej działalności. Gdy tylko uzna je świat, stają się faktami.» Osobliwą grozą napawa mnie to flegmatyczne zdanie. Jak to jest? Legendy, gdy tylko «uzna je świat», stać się mogą prawdą – mity, baśnie, fałszerstwa, kłamstwa fundamentem dziejowej rzeczywistości? (…) W takim razie są one ohydną odmianą poezji, poezji przemocy, gdyż wszelkie usprawiedliwianie nieprawdy jest w końcu przemocą, podobnie jak nią jest choćby najłagodniejsze wykorzystywanie ludzkiej potrzeby wiary”. Mann odnosi swe refleksje do totalitaryzmu, który z kłamstwa tworzy nową religię. I rzeczywiście, totalitaryzmy najmocniej eksploatowały ludzką potrzebę wiary i wspólnoty, ale czy tylko one? Czy wszelka władza, kiedy tylko nie napotyka oporu, nie ulega totalitarnym pokusom? Czy abstrakcyjne, wirtualne wspólnoty dzisiejszego świata wolne są od fałszywych mitów założycielskich? Czy nie jesteśmy w coraz większym stopniu manipulowani przez specjalistów od wmawiania nieprawdy i odwracania uwagi?
Warto czytać Thomasa Manna.

Cytaty w przekładzie Huberta Orłowskiego za wyborem esejów Moje czasy, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2002.

Czy możemy być rozumni

„Zdrowy rozum jest to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej podzielona, każdy bowiem sądzi, iż jest w nią tak dobrze zaopatrzony, iż nawet ci, których we wszystkim innym najtrudniej jest zadowolić, nie zwykli pragnąć go więcej, niźli posiadają” (przeł. T. Boy-Żeleński). Zdanie to otwiera Rozprawę o metodzie René Descartesa i stanowi zapowiedź epoki, w której nie każdy może będzie miał myśli godne wielkiego uczonego, ale każdy będzie mógł zrobić użytek ze swego rozumu i ocenić, co jest prawdą, a co nie. Był rok 1637, zaledwie cztery lata po skazaniu Galileusza. Nawet tak dobry katolik jak Kartezjusz nie mógł bez zażenowania myśleć o tym wyroku. I żaden edykt władz świeckich czy kościelnych nie mógł już powstrzymać ludzi przed myśleniem na własną odpowiedzialność. Zbliżało się Oświecenie, epoka, o której w Polsce niektórzy wciąż mówią z przekąsem, może właśnie dlatego że do nas właściwie nie dotarła. Udało nam się konflikt idei sprowadzić na poziom mody: czy peruczka z harcapem, czy raczej kontusz z pasem słuckim. A chłopów (oczywiście niepiśmiennych) można było dalej bijać do woli, jeśli ktoś miał taką fantazję.

Przekonanie wyrażone przez Kartezjusza jest także podstawą demokracji: wierzymy, że nie tylko filozof, ale i, powiedzmy, cieśla ma dość zdrowego rozsądku (le bon sens u Kartezjusza), aby decydować, co najlepsze będzie w sprawach wspólnoty. I że wszyscy znamy się na tyle na ludziach, iż trudno nas oszukiwać permanentnie i uporczywie, bo w końcu się na tym poznamy. Kandydaci na urzędy musieli dawniej osobiście występować na wiecach przed wyborcami, ponosząc całe ryzyko osobistej konfrontacji z ludźmi niekoniecznie życzliwymi. W XX wieku wiele się zmieniło dzięki mediom. Przemówienia radiowe Hitlera stanowiły silny oręż propagandowy i przyczyniły się mocno do zahipnotyzowania Niemców. W Związku Sowieckim nawet ludzie siedzący w łagrach na dalekiej Północy z rozrzewnieniem myśleli o samotnym oknie na Kremlu, gdzie długo w noc pali się światło: to Józef Stalin rozmyśla, jakby jeszcze bardziej poprawić życie człowieka oraz wytworzyć nowy jego typ. Bo też wyłącznie o propagandę chodziło. Thomas Mann 11 lutego 1934 zapisał w swoim dzienniku: „Narodowosocjalistyczny literat nadworny mówi o propagandzie – nie zna bowiem nic innego, w jego mniemaniu sukcesy, oddziaływanie, zainteresowanie świata powstają dzięki propagandzie. (…) Brak zaś miłości i szacunku w świecie, na co skarżą się rządzące niemiecką Akademią i sowicie opłacane i rozpieszczane miernoty, wywodzi się z ich szlachetnego braku propagandowej zręczności. Cóż za żałosne odpady myślowe! Ale nikt nie odpowiada, nikt nie odpiera idiotycznego fałszowania sytuacji. Dlaczego? Bo po pierwsze jest to niemożliwe, a po drugie niewarte wysiłku. Czy naprawdę? Przecież na takim gnojowisku kłamstwa te prymitywne kreatury zbudowały swoje przerażające państwo” (przeł. I. i E. Naganowscy). Dziś mówi się o spin-doktorach i nadal niektórzy sądzą, że zdobycie władzy polega na zręczniejszym od konkurencji omamieniu publiki.

Wracam w tych zapiskach stale do kwestii związku między prawdą a etyką. Prawda i Dobro nie są może zaślubione sobie w platońskim niebie idei, ale też nie są dowolnymi fantazmatami, istnieją obiektywnie. Także ich związek jest realny, m.in. w tym sensie, że niezmiernie rzadko ktoś kłamie dla naszego dobra, zazwyczaj chodzi mu jedynie o władzę. Wszelkie podobieństwa do żyjących ludzi i rozgrywających się sytuacji nie są ani trochę przypadkowe.

Einstein i Mann – koniec wielkich Niemiec

Einstein i Mann byli gigantami w swoich dziedzinach. Obaj też związani byli głęboko z kulturą niemiecką, czy szerzej, kulturą całej niemieckojęzycznej i mówiącej po niemiecku Europy. A język niemiecki był wtedy językiem  ludzi wykształconych, jak obecnie angielski. Wszędzie także słuchano niemieckiej muzyki. Po dojściu Hitlera do władzy obaj zajęli bardzo zdecydowane stanowisko w sprawach publicznych.

Einstein

Albert Einstein, mimo ucieczki z monachijskiego gimnazjum jeszcze przed maturą, zdobył wykształcenie nie tylko naukowe, ale także literackie, filozoficzne i muzyczne. Dzisiejsi uczeni rzadko bywają równie wszechstronni. Wcześnie też chyba nabrał dystansu do romantycznej i mitologicznej sfery niemieckiej kultury. Nacjonalizm, militaryzm, zbiorowe uniesienia nie były dla niego. Będąc niemieckim Żydem, wychowywanym w katolickiej Bawarii, tym silniej odczuwał swoją odrębność. Einstein na całe życie pozostał outsiderem, tak w nauce, jak w poglądach politycznych. Ściągało to na niego najróżniejsze podejrzenia i oskarżenia, np. zarówno naziści, jak i FBI, podejrzewali go o popieranie komunizmu. Nie wierząc w europejską tolerancję, popierał syjonizm i powstanie państwa Izrael, ale nie zawsze zgadzał się z syjonistami i z polityką Izraela.
Sprowadzony do Berlina jako najlepiej zapowiadający się fizyk świata, Einstein został członkiem Pruskiej Akademii Nauk i otrzymał obywatelstwo niemieckie (nie rezygnując ze szwajcarskiego). Zupełnie nie podzielał wojowniczego szowinizmu Niemców podczas I Wojny Światowej, czemu dawał wyraz, także publicznie. Po wojnie starał się, aby uczonych niemieckich nie traktowano jak trędowatych. Kiedy Hitler został kanclerzem Niemiec, Einstein nie miał żadnego wyboru ani złudzeń. Przesłał swoją rezygnację z członkostwa Akademii, z której go zresztą niemal jednocześnie usunięto. Pozbawiono go też obywatelstwa. Nikt z jego przyjaciół nie próbował stanąć w jego obronie. Nawet niemieccy Żydzi mieli mu za złe, że nie ukrywa swego stosunku do władz nazistowskich. Profesorowie niemieccy nie widzieli nic złego w obowiązku dostarczenia władzom zaświadczeń o swojej czystości rasowej, jeśli na to narzekali, to najwyżej, tak jak Werner Heisenberg, z punktu widzenia czysto praktycznego: szkoda mu było czasu. Max von Laue, jeden z najuczciwszych niemieckich przyjaciół Einsteina, chodził po ulicach z dwiema walizkami, aby nie musieć odpowiadać na nazistowskie pozdrowienie. Willa Einsteina, będąca podarunkiem od władz miasta Berlina (za który ostatecznie sam uczony musiał zapłacić), została natychmiast przeszukana, gdyż, jak donosiła prasa, mógł w niej ukrywać komunistyczną broń.
Tymczasem gazety publikowały karykatury Einsteina, jak ta z „Deutsche Tageszeitung” z 1 kwietnia 1933 roku.

(Źródło: Bildarchiv Pruessischer Kulturbesitz)

Autor tego dzieła, Johann von Leers, umarł ze starości długo po wojnie w Egipcie, gdzie był doradcą premiera Nasera, przeszedł nawet na islam.

Tymczasem radosna młodzież świętowała nowy rodzaj wolności.

(Źródło: Courtesy U.S. Holocaust Memorial Museum/NARA)

Niemieccy studenci i członkowie SA z książkami i rękopisami podczas publicznego palenia książek 10 maja 1933 roku. Warto popatrzeć chwilę na te roześmiane twarze młodych niemieckich patriotów. Wśród palonych wtedy książek znajdowały się także dzieła Einsteina.

Mann

Thomas Mann czuł się niezwykle mocno związany z niemiecką kulturą, uważał się za następcę Goethego, lubił się z nim zestawiać. Był w głębokim sensie pisarzem edukacyjnym – jego bohaterowie przeżywają nie tyle swoje własne prywatne dramaty, ile przede wszystkim zmagają się z ważnymi ideami epoki. Thomas Mann, który sam nie  miał matury, stał się jednym z myślicieli śledzących meandry koncepcji Wagnera, Nietzschego, Schopenhauera, Freuda. Znajdziemy u niego dyskusje o niemieckiej tradycji, o liberalizmie i religijnym terroryzmie (Settembrini i Naphta w Czarodziejskiej Górze!), o czasie, fenomenie życia, muzyce i całym duchowym uniwersum niemieckiego mieszczaństwa. Może nikt głębiej od niego nie rozumiał i nie przyswoił sobie romantycznej spuścizny Niemiec. Niemców bowiem ukształtował romantyzm. Romantyczny był nawet ich nacjonalizm, popychający ku zjednoczeniu państwowemu. Tradycja ta obejmuje jednak również kult ofiary w imię zbiorowości, a także kult śmierci tout court. Niekoniecznie zresztą objawiający się w zagładzie Walhalli. Może on przybierać formy z pozoru niewinne. Hans Castorp w sanatorium Berghof żyje tak, jak żyje w naszej epoce większość mieszkańców Ziemi w zamożnych krajach: z dnia na dzień, szukając zapomnienia i rozrywek, uciekając od odpowiedzialności za sprawy ponadosobiste, snując niesprecyzowane marzenia, do których nie chce się przyznać nawet przed sobą.
Dla Thomasa Manna, pisarza, przeżywającego wówczas szczyt popularności, a przy tym konserwatysty, arystokraty ducha, Niemca do szpiku kości, emigracja była dramatem. Długo też wahał się, czy zerwać ostatecznie ze swoim krajem: oznaczało to nie tylko utratę domu, ale i utratę czytelników. Przez kilka lat rankami pisał cierpliwie stronica za stronicą swą powieść-rzekę Józef i jego bracia, popołudnia i wieczory spędzając na rozmowach, pisaniu i czytaniu listów, przeważnie na temat bieżących wydarzeń w ojczyźnie. Ostatecznie w roku 1936 zdecydował się na otwarte wystąpienie przeciwko reżimowi nazistowskiemu, co do którego prywatnie dawno już nie miał złudzeń. Pokusa nazizmu – jak nazwał to Fritz Stern – w jego przypadku została dość szybko i gruntownie przezwyciężona, Mann uznał, że reżim jest zbyt prostacki, bezwzględny i pozbawiony skrupułów, aby mogło się to skończyć dobrze dla Niemiec i Niemców. Przerażał go bezmiar cynizmu i głupoty maskowanej sprawnym kłamstwem propagandowym, jego odrazy nie zmniejszał ani trochę fakt, że represje dotyczyły często ludzi, do których nie czuł sympatii, np. komunistów albo lewicowych działaczy. Mann nie był naturalnym liberałem, pamiętamy, jak wyśmiewał „kataryniarza” Settembriniego. Do pasji doprowadzała go polityka demokratycznej Anglii, ułatwiającej Hitlerowi wejście do wielkiej polityki (miał w tym dziele swój udział i Kościół katolicki – konkordat z Watykanem był pierwszą umową międzynarodową nazistów). Ostatecznie Mann zdecydował się wypowiedzieć publicznie, w tzw. Liście noworocznym (1 stycznia 1937) do dziekana uniwersytetu w Bonn. Była to odpowiedź na suchą informację uczelni, iż pozbawia ona pisarza honorowego doktoratu. Tuż przedtem pozbawiono go obywatelstwa, które miał od urodzenia. Spokojna, a nawet  witana entuzjastycznie, nazyfikacja niemieckich uniwersytetów, pozostaje jedną z wielu czarnych plam w historii tego okresu. Albert Einstein i Thomas Mann zamieszkali ostatecznie w Stanach Zjednoczonych.

Albert Einstein i Thomas Mann w Princeton, 1938 r.

Ich emigracja oznacza symboliczne zamknięcie dziejów wielkich Niemiec. Współczesne demokratyczne Niemcy mimo potęgi gospodarczej i silnej nauki nie zdołały odegrać tak ważnej roli w kulturze Europy i świata.
Oczywiście, losy dwóch sławnych ludzi nie są w żaden sposób typowe. Ich dramat złagodzony był tym, że wiele krajów ubiegało się o nich, byli postaciami sławnymi, ludźmi rozpoznawanymi na ulicy. Jednak problem suwerennej oceny świata polityki pozostaje, a odpowiedzialność intelektualistów jest tym większa, im bardziej są sławni i słuchani. Nie wszyscy potrafili znaleźć uczciwe wyjście z tych dylematów. Przykłady sprzeniewierzenia się uczciwości intelektualnej nie ograniczają się przecież ani do Niemiec, ani do tamtych czasów. Zawsze jednak wśród symptomów złej sprawy znajduje się kłamstwo, celowe i świadome, bądź tylko wpółuświadomione, zamazywanie i przeinaczanie prawdy.