Ucieczka na Południe, 29 grudnia 1894 roku

Było to w końcu grudnia, niedługo po zimowym przesileniu. Lokomotywa posapywała i wypuszczała od czasu do czasu kłęby dymu i pary, które niknęły gdzieś pod dachem dworca. Wzdłuż oświetlonych elektrycznością peronów odbywała się spieszna krzątanina, słychać było podekscytowane nawoływania, jakaś dama ze szpicem na ręku szła poprzedzona karawaną kufrów niesionych przez bagażowych, wąsaty kolejarz flegmatycznie obstukiwał osie wagonów, sprawdzając hamulce pneumatyczne. Młody człowiek o bystrej twarzy, piwnych oczach i ciemnych kędzierzawych włosach, w magicznym wieku na granicy dzieciństwa i dorosłości, taszcząc walizkę i futerał na skrzypce, wsiadł do wagonu trzeciej klasy pociągu do Włoch. Potem rozległy się gwizdki zawiadowcy i trzaski zamykanych drzwi, pociąg ruszył, posapując, i po dłuższej chwili rytm kół stukających o spojenia szyn stał się równy i miarowy. Zniknęła hala dworca, w tyle zostało parę oświetlonych ulic i za oknem migały już tylko nieliczne światła domów.

Dworzec Główny w Monachium oświetlony lampami łukowymi firmy Siemens & Halske.

Scena ta nie przeszła do historii, możemy się jedynie domyślać jej dokładnego przebiegu. Wiemy, że był 29 grudnia 1894 roku. Wieczorny pociąg z Monachium w nocy przekraczał przełęcz Brenner, następnego dnia pasażerowie budzili się już we Włoszech: Trydent, Werona, wreszcie, o 3:46 po południu przybywali do Mediolanu. Ów młody człowiek, Albert Einstein, nie uprzedził rodziców o przyjeździe, zjawił się po prostu na progu ich mieszkania. Teraz następowało najtrudniejsze: musiał im to wszystko jakoś wytłumaczyć. Czemu porzucił gimnazjum, dlaczego nie chce wracać, nie tylko do Monachium, ale w ogóle do Niemiec. Trzeba było przekonać ich do rzeczy oczywistych: ta szkoła nie mogła go już niczego nauczyć, a on nie skończy jak ojciec, bez wykształcenia i bez sukcesów, wdając się w przedsięwzięcia od początku skazane na klęskę. Nie był taki jak ojciec, łączył w sobie najlepszy rozum Einsteinów i cierpliwość oraz inicjatywę Kochów. Wiedział, że da sobie radę i wiedział, że nie wróci do Niemiec. Musi tylko teraz przelać tę spokojną pewność na zatrwożonych rodziców.

Posługując się wystawionym przez lekarza, przyjaciela domu, zaświadczeniem o wyczerpaniu nerwowym Albert opuścił, a właściwie porzucił gimnazjum Luitpolda. Zakład naukowy noszący imię księcia-regenta mieścił się w okazałym gmachu dawnego lazaretu wojskowego, kadra nauczycielska miała w większości tytuły doktorów, niektórzy pisali prace naukowe. Szkoła ta z pewnością nie przynosiła stolicy Bawarii wstydu, wręcz przeciwnie: mogła być powodem do dumy. Jednak najwybitniejszy uczeń w jej dziejach nie wytrwał do matury.

A więc szkoła: jej duch, atmosfera, a także poszczególne przedmioty. Nie wytrzymałby kolejnych trzech lat. Siedem godzin łaciny i sześć godzin greki: Cyceron, Katon Starszy, Ksenofont, ciągle nowe, nigdy nie kończące się księgi Odysei. I od tego roku, nauczający owych skarbów użytecznej wiedzy wielmożny pan doktor Joseph Degenhart, Ordinarius, który stwierdził przy całej klasie, że Einstein „nigdy nie dojdzie do niczego w życiu”. Wszystkie pary oczu utkwione w niego w tym momencie. Na ustach Alberta lekko drwiący uśmieszek, nie zamierzał kapitulować wobec tego osła. To Degenhart nie wytrzymał, wezwał go do siebie po paru tygodniach i wyraził życzenie, aby pan Einstein opuścił szkołę. Na niewinne pytanie, co mu zarzuca, nauczyciel odparł, że samą swą obecnością podważa jego autorytet. Autorytet – owa rzecz bezcenna i tak krucha, iż trzeba by ją nosić ze sobą w osobnym futerale. Oto ja, a to mój autorytet. Sprawy zaszły za daleko, zresztą szkoda było czasu. W programie matematyki dopiero teraz, w siódmej klasie, zaczynały się równania kwadratowe i najprostsza trygonometria. Na lekcjach fizyki równia pochyła i prawo Archimedesa. A przecież Albert zajmował się już rachunkiem różniczkowym i całkowym oraz elektromagnetyzmem! Joseph Ducrue, który uczył obu przedmiotów ścisłych, bez oporu wystawił zaświadczenie, że uczeń Einstein opanował matematykę i fizykę w stopniu wystarczającym do matury.


Nie tylko przedmioty ścisłe, ale nawet język niemiecki, stanowiły zaledwie dodatek do programu klasycznego gimnazjum, ustępstwo na rzecz nowych czasów, niechętnie traktowane przez zwolenników tradycji. Nie chodziło o to, by wychować zastępy łacinników i znawców klasycznej greki. Prawdziwym celem było ćwiczenie charakteru, pamięci i sprawności myślenia na tym abstrakcyjnym materiale przypominającym marmur wypolerowany przez czas i ludzki dotyk. Celem było także nauczanie cnoty na uświęconych tradycją przykładach. Cezar podbijający Galię, wszystkie jej trzy części. Ale też Caesar pontifex. Cywilizacja zorganizowana jak mowa w senacie albo przemówienie do legionistów przed bitwą. Tych samych tekstów uczyli się chłopcy w całej Europie. Przekładali klasyczne okresy na swoje barbarzyńskie języki ze świadomością, że jest to właściwie niemożliwe: nie można bowiem dorównać klasykom, a już z pewnością nie mogą tego dokonać oni, niezbyt starannie przygotowani do lekcji, nieuformowani. Nie mogą też zadaniu temu sprostać ich ojczyste języki, które dopiero powoli zdobywały sobie prawo obywatelstwa. Już w samych usiłowaniach przekładu kryło się pewne ustępstwo wobec nowych czasów: uczniom nie groziły bowiem jak niegdyś plagi za używanie ojczystego języka między sobą na przerwach.

Właściwie tylko Ferdinand Reuss potrafił na lekcjach powiązać tę całą szacowną spuściznę z literaturą niemiecką i z jakimkolwiek życiem. Schiller, a zwłaszcza Goethe, prawdziwy olimpijczyk, panujący nad formą i głęboki bez widocznego wysiłku. To jednak coś więcej niż zjadliwość i sentymentalizm Heinego, choć wobec jego przenikliwej inteligencji – chapeau bas. Hermann und Dorothea – heksametry poświęcone prawdziwym uczuciom dwojga młodych, zbuntowanych przeciwko światu dorosłych, w którym liczą się jedynie kalkulacje, stanowiska i majątki. Wreszcie coś autentycznego, o żywych ludziach, a nie mitologicznych herosach. Zaczął doceniać subtelność języka niemieckiego, skończyły się długie godziny pamięciowego wkuwania. Nawet lekcje łaciny stały się mniej martwe. Za czasów Reussa, w szóstej klasie, osiągnął najwyższą swą notę z łaciny: jedynkę. Niestety, obecny rok szkolny od początku był katastrofą.
W sumie nie był złym uczniem. Po części dlatego, że nie chciał martwić rodziców, a po części dlatego, że nauka przychodziła mu bez trudu. Słabsze stopnie, dwójki, miał tylko z owej nieszczęsnej greki. Była to ocena dobra, ale i nic więcej: nie miał pamięci do słówek ani ambicji, by przygotowywać więcej, niż zadawał Degenhart. Gospodarz klasy bardzo chciał zmobilizować chłopców do rywalizacji, toteż krzywo patrzył na odmowę uczestnictwa w grupowym wysiłku. Albert miał jednak wadę wielu inteligentnych ludzi: nie cierpiał robić rzeczy, które wydawały mu się bez sensu. Pomysł, by posłać go do gimnazjum klasycznego, dobrze świadczył o ambicjach rodziców – były to w Niemczech szkoły elitarne, choć znaleźć je można było w każdym większym miasteczku. Większość ważnych stanowisk w kraju zajmowali absolwenci gimnazjum. Matura była świadectwem przynależności do lepszej części społeczeństwa i w zamian za bezsensowny trud uczenia się rzeczy zbytecznych przynosiła pewien prestiż, możliwość wzniesienia się ponad swoje pochodzenie. W przypadku Żydów wykształcenie stanowiło przepustkę do wolnych zawodów, czasem do działalności naukowej, gdyż służba państwowa, zarówno cywilna, jak wojskowa, była dla nich praktycznie niedostępna. Ojciec Alberta musiał poprzestać na szkole realnej i zająć się prowadzeniem interesów, nie było mowy o studiach, choć podobno był zdolny, a szczególnie dobrze szła mu matematyka.

Albert rozumiał to wszystko, nie chciał być ciężarem dla rodziców, widział zresztą, że ojciec nie jest bynajmniej obrotnym Semitą z ludowych anegdot, który zawsze znajdzie sposób, żeby wyjść na swoje. Czuł się jednak organicznie niezdolny do spędzania lepszej części każdego dnia w zimnym gmachu z budującymi maksymami na barokowych plafonach. Nie chciał słuchać dyrektora prawiącego o obowiązkach i „kategorycznym imperatywie naszego filozofa Kanta”. Bronił się przed nimi i nimi gardził: potrafili wszystko strywializować, wszelkie cnoty sprowadzić do posłuszeństwa wobec przełożonych. Formowano ich na przyszłych urzędników, niezawodne trybiki w machinie państwa. Nawet ci liberalni Bawarczycy coraz mocniej przesiąkali duchem pruskim. Dopiero w domu stawał się sobą, odzyskiwał równowagę: musiał zagrać Mozarta, żeby oczyścić umysł i zmyć cierpki osad absurdu przynoszony z tej niesłychanej instytucji niczym kurz na butach. Samo granie Mozarta nie mogło oczywiście wystarczyć, nigdy przecież nie zostanie wirtuozem. Na szczęście były książki: czyste intelektualne piękno matematyki, zbyt dostojne dla bandy dorastających chłopaków, którzy całą energię obracali na podglądanie bujnej Gretchen usługującej w piwiarni. Co oni mogli wiedzieć o falach Hertza i eterze?

Także starszy od Einsteina o kilka lat Thomas Mann nie cierpiał szkoły i nie doszedł do matury, stając się, jak to sam ujmował: „wykolejonym gimnazistą” . Pisarz wspominał: „Nienawidziłem szkoły i do samego końca nie mogłem sprostać jej wymaganiom. Gardziłem nią jako środowiskiem, krytykowałem maniery jej władców i wcześnie zająłem wobec niej stanowisko, które było swojego rodzaju literacką opozycją przeciw panującemu w niej duchowi, dyscyplinie, metodom tresury. Indolencja, może konieczna dla mego odrębnego rozwoju, potrzeba dużej ilości wolnego czasu na próżnowanie i spokojną lekturę, prawdziwe lenistwo umysłowe (…) – wszystko to sprawiało, że nienawidziłem przymusowej nauki i lekceważyłem ją przekornie”. Młody patrycjusz o artystycznych zainteresowaniach, tak samo jak przyszły uczony, nie potrafił się pogodzić z pamięciowym wkuwaniem i koszarowym kolektywizmem systemu nauczania. Obaj potrzebowali czasu na swobodne, niespieszne lektury. Albert Einstein twierdził później, że do edukacji młodzieży wystarczyłyby z powodzeniem cztery godziny dziennie lekcji w szkole i dwie godziny własnej nauki.

Obaj, przyszły pisarz i przyszły uczony, byli marzycielskimi nastolatkami, których urzekała muzyka i romantyczna poezja niemiecka. Obaj lubili improwizować na fortepianie, Albert uczył się od szóstego roku życia gry na skrzypcach.
Każdy inteligentny nastolatek odczuwa potrzebę buntu i przeżywa kryzys wiary w oficjalną moralność. Dobrze wówczas mieć towarzysza niedoli, który podobnie myśli i czuje, wydaje się naszym alter ego. Thomas Mann pisze o swej młodzieńczej przyjaźni: „Komitywa nasza przetrwała wszystkie lata szkolne bodaj z tej samej przyczyny, z której niegdyś powstała. Był to «patos dystansu» wobec większości naszych kolegów; zna go każdy, kto mając lat piętnaście czytuje potajemnie Heinego i w tercji wydaje zdecydowane sądy o świecie i ludziach”. Jak się zdaje, Albert Einstein przeżywał ów nietzscheański patos dystansu samotnie, w okresie życia, kiedy odczuwa się tak wielką potrzebę zwierzeń i bliskości, nie przyjaźnił się z żadnym rówieśnikiem. Występuje tu pewna osobliwość: Einstein, który później zaprzyjaźniał się z ludźmi łatwo, a nawet może zbyt łatwo i zbyt powierzchownie, w okresie pobytu w Monachium nie miał żadnego powiernika, nauczył się zachowywać dla siebie większość swoich myśli. Po latach pojawił się jakiś gimnazjalny kolega wspominający, jak Einstein czytał Kanta, nie ma wszakże żadnych dowodów, by przyjaźnili się bliżej w okresie szkolnym.

Przyzwyczaił się do osobności, może od początku był nieco osobny. Nawet mówić zaczął później i przez jakiś czas miał zwyczaj wygłaszać każde zdanie najpierw po cichu, a dopiero później powtarzał je na głos. Bawił się sam i wykazywał nieczęstą u dzieci cierpliwość w budowaniu wysokich budowli z kamiennych klocków Anker albo w ustawianiu domków z kart wysokich na czternaście kondygnacji. Nie była to zresztą dokładnie biorąc samotność, ponieważ miał matkę, która nad nim stale czuwała, nawet na odległość, a także młodszą siostrę. Często odwiedzała ich rodzina, miał wielu kuzynów i kuzynek, niemal codziennie bywał w fabryce, rozmawiał ze stryjkiem Jakobem i pracownikami. Rodzina nie zrywała też związków z gminą żydowską, nawet jeśli nie były one religijne. Co czwartek zapraszano na obiad ubogiego studenta medycyny z Polski, Maksa Talmuda. To on, obok stryjka Jakoba, zajmował się jego umysłowym rozwojem. Max był wyznawcą materializmu medycznego, zaczął przynosić Albertowi książki o nauce. Seria popularnych książeczek Aarona Bernsteina o cudach nauk, o planetach i atomach, światach, w których nie byliśmy, ale coraz więcej o nich wiemy. Ludwiga Büchnera Kraft und Stoff – „Siła i materia”. Istnieje tylko materia i działające na nią oraz poprzez nią siły. Nie ma świata nadprzyrodzonego, prawa przyrody są niewzruszone i nie zależą od naszego widzimisię. Zjawiska w przyrodzie przebiegają niezależnie od tego, czy ktoś je obserwuje i czy ktoś je rozumie. I nie zależą od naszej moralności. Przeświadczenie o ojcowskiej opiece Stwórcy stało się wkrótce dla Alberta tak samo nieprawdopodobne jak opowieści o Noem, który po Potopie przeżył jeszcze trzysta pięćdziesiąt lat, a w sumie lat dziewięćset pięćdziesiąt. Odkrył, że każda religia, żydowska, tak samo jak chrześcijańska, służy jedynie władzy – zamiast stawiać przy każdym policjanta, który by go pilnował, wmawia się ludziom, że ich czyny widzi Bóg, który choć jest wszechmocny i w najwyższym stopniu mądry, lecz z jakiegoś powodu z wielkim zainteresowaniem zajmuje się śledzeniem postępków każdego Barucha czy Hansa. Rozwiązanie tanie, choć coraz mniej skuteczne. Poczuł gorzką radość demaskatora: jeśli żywisz jakieś złe podejrzenia co do motywów postępowania poszczególnych ludzi, a także całych społeczeństw, to zapewne masz rację. Są tacy, jak przypuszczasz, albo i gorsi.

Przed cynizmem uchronił go pierwszy podręcznik geometrii i zachwyt dla niewzruszonej logiki rozumowań. Nie musimy sprawdzać, czy w każdym trójkącie prostokątnym kwadrat przeciwprostokątnej jest równy sumie kwadratów przyprostokątnych. Wystarczy to udowodnić raz na zawsze i ten dowód pozostanie słuszny, nawet dla trójkątów, których nikt jeszcze nie narysował albo takich, które ktoś już starł z tablicy. Myślał przez wiele dni, jak można udowodnić twierdzenie Pitagorasa, aż w końcu wpadł na pewien pomysł: trzeba wykorzystać podobieństwo trójkątów (dopiero później dowiedział się, że tak się to pojęcie nazywa). Podręcznik geometrii stał się jego „świętą książeczką”. Stryj Jakob, inżynier z głową pełną pomysłów, wprowadził go też w algebrę: „Gdy nie możemy znaleźć zwierzyny, na którą polujemy, chwilowo nazywamy ją x i kontynuujemy polowanie, póki nie wsadzimy jej do torby”. Albert z upodobaniem rozwiązywał zadania i zagadki podsunięte mu przez stryja.

Jeszcze bardziej cudowne było to, że wszechobecne i niewidzialne siły, mogące poruszać tłokiem maszyny parowej albo wytwarzać prąd elektryczny, jak w prądnicach stryja Jakoba, nie tylko dawały się zmierzyć i przewidzieć, lecz poddane były ścisłemu rygorowi matematyki! Jak święta książeczka geometrii stosowała się do mierzenia odległości gwiazd, tak samo prawa fizyki pozwalały obliczyć i zrozumieć ruch planet i komet, każdego atomu – cały wszechświat nabierał w ten sposób głębokiego sensu. I nie były to jedynie czcze urojenia fantastów z białymi brodami, wizjonerów, którym mylił się dzień z nocą i sen z jawą. Uczeni, wielka międzynarodowa wspólnota ludzi dokonujących dokładnych i cierpliwych pomiarów, analizujących zjawiska, przeprowadzających obliczenia – to oni byli byli prawdziwymi kapłanami, to oni poddawali się surowej regule nakazującej rzetelność, ścisłość i pokorę wobec tajemnic świata. To była prawdziwa świętość, której daremnie szukał w religii. Świat był świętością, choć ludzie tak często okazywali się świniami.

Ucieczka Alberta z Monachium była instynktowna, czuł, że w istocie nie ma wyboru. Dopiero potem przyszła pora na racjonalizację. Trzeba to było jakoś praktycznie urządzić. Rozum zazwyczaj lojalnie wspiera porywy uczuć, przedstawiając je w postaci zobiektywizowanej i możliwej do przyjęcia przez innych, niczym starszy brat lojalnie wstawiający się za młodszym. Nie chodziło przecież o brak rodziców, w życiu nastolatka rodzina stanowi raczej tło obrazu niż jego pierwszy plan. To prawda, od jesieni został w Monachium sam, jeśli nie liczyć wszystkich ciotek i znajomych matki, które należało odwiedzać w niedzielę. Rodzice i Maja wyjechali do Mediolanu. Ojciec poniósł klęskę w interesach i zmuszony został do zamknięcia firmy, sprzedaży jej wyposażenia, a nawet działki, na której mieściły się fabryka i ich dom rodzinny. Teren położony niedaleko Sendliger Tor kupił przedsiębiorca budowlany po to, żeby wszystko wyburzyć, miasto szybko się rozrastało i potrzebowało nowych kamienic. Koledzy w klasie nie znali szczegółów, można było udawać, że to nie bankructwo, lecz przeprowadzka. Prawda była jednak taka, że bracia Einstein nie otrzymali dużego zamówienia od miasta, mimo że byli jedyną fabryką z Monachium i mimo że to oni pierwsi zainstalowali elektryczne oświetlenie na Oktoberfest i zbudowali sieć elektryczną w Schwabing. Zamówienie trafiło do firmy Schukert i S-ka z Norymbergi, prowadzonej przez „prawdziwych Niemców”. Fabryczka braci Einstein nie miała zresztą szans w konkurencji z wielkimi firmami, które połykały mniejsze: Schukertwerke za kilka lat połączyły się z berlińskim potentatem Siemens & Halske, tworząc koncern funkcjonujący do dziś jako Siemens AG.

Czy trudniej być Żydem, czy synem bankruta? Jako jedyny Żyd w klasie chodził wprawdzie na lekcje judaizmu, lecz nie czuł się potomkiem proroków. Edukacja była liberalna, nikt nie wymagał od niego deklaracji wiary. Owszem, przeszedł parę lat temu okres przypływu uczuć religijnych, chwilami graniczyło to z ekstazą. Ku zdumieniu całej postępowej rodziny przestał jeść wieprzowinę i zaczął układać hymny na cześć Pana, które nucił po drodze do szkoły i z powrotem. Ku niekłamanej uldze ojca, ta faza religijna szybko minęła, jeszcze przed bar micwą, nie powstał więc kłopotliwy problem praktykującego syna przy pokpiwającym z ortodoksji ojcu. Żydostwo było zatem nie tyle religią, ile specyficznym rodzajem obcości wśród Niemców, jakimś oddzielnym rodzajem niemieckości. W gimnazjum na ogół mu tego nie wytykano, ponieważ obowiązywało tu dobre wychowanie. Profesorowie zazwyczaj zachowywali się grzecznie, jak na oficerów przystało. Uczniowie także starali się im dorównać, Albert nie reagował zresztą na krzywe uśmieszki i grube aluzje. Co innego w szkole podstawowej. Zetknął się tam z drobnym ludkiem katolickim i wracając ze szkoły musiał dobrze uważać, żeby nie popędziła za nim banda uliczników z okrzykami: „Żyd, Żyd…” Nie były to prawdziwe prześladowania, raczej wybryki pospólstwa ogłupianego przez równie przesądnych księży, bredzących o zabójcach Pana Jezusa. Ponieważ najlepsza jest nauka poglądowa, katecheta przyniósł kiedyś ogromny gwóźdź, oświadczając, że właśnie takie posłużyły do ukrzyżowania Chrystusa. Na szczęście nikt nie pokazał go przy tym palcem, ale wystarczało to, aby czuć się obco, mimo że nie miał żadnej innej ojczyzny. Rodziny Kochów i Einsteinów mieszkały w Wirtembergii od wieków, wszyscy mówili tym samym językiem, jego szwabska odmiana była mową jego dzieciństwa. Przyzwyczaił się, że jest jedynym Żydem w klasie. Być może wzmocniło to tylko jego naturalne samotnictwo.

Einstein twierdził, że właściwie nie zetknął się w Bawarii z poważniejszym antysemityzmem. Żydowskie pochodzenie sprawiało tylko, że czuł się kimś trochę innym niż reszta Niemców. W mniejszym stopniu utożsamiał się też z państwem, które przeżywało wówczas upojenie nacjonalizmem. Powstanie II Rzeszy Niemcy odczuwali jako wielki akt dziejowej sprawiedliwości. Albert nie poddawał się tym uniesieniom, patrzył z boku. W jego oczach szkoła jawiła się jako przedłużenie cesarstwa niemieckiego, choć w nieco łagodniejszej wersji bawarskiej. Według słynnej i wielokrotnie powtarzanej oceny uczonego nauczyciele szkoły podstawowej przypominali feldfebli, a profesorowie gimnazjum – poruczników. Pruscy feldfeble uchodzili za okrutnych nadzorców dyscypliny, porucznicy dokładali do tego pewną zimną ogładę. Trzeba nam wiedzieć, czym w ówczesnych Niemczech był porucznik: „Pruski porucznik szedł przez świat jak młodszy bóg, a mieszczanin porucznik rezerwy – niczym półbóg”. Oficerami w armii byli niemal wyłącznie dobrze urodzeni. Dla młodzieńców z rodzin mieszczańskich (choć z wyjątkiem Żydów, ateistów, socjaldemokratów i katolików) stopień porucznika rezerwy był awansem i zbliżeniem się do elity. Einstein po latach wspominał, że jeden z jego nauczycieli był porucznikiem rezerwy i bardzo się tym szczycił. Lubowano się w uniformach i defilowaniu paradnym krokiem (od ćwiczenia owego kroku Thomas Mann dostał zapalenia ścięgna i jego służba wojskowa zakończyła się przedwcześnie po kilku miesiącach). Był to częsty widok – Monachium było także miastem garnizonowym. Może ta wszechobecność wojskowego drylu skłoniła Alberta do następującej refleksji: „Każdy, komu sprawia przyjemność maszerowanie w szeregu przy dźwiękach muzyki, już przez to samo wywołuje we mnie uczucie pogardy; jedynie przez przypadek obdarzono go wielką mózgownicą, gdyż mlecz pacierzowy wystarczyłby najzupełniej na jego potrzeby”. Nie były to poglądy popularne w kraju, w którym starano się upodobnić klasy szkolne do oddziałów wojska, a stosunki nauczycieli i uczniów kształtować na wzór dyscypliny militarnej. Obchodzono uroczyści Dzień Sedanu – rocznicę zwycięstwa nad Francuzami, zmarłemu kanclerzowi Bismarckowi stawiano pomniki, a także poświęcone mu kolumny, jak kraj długi i szeroki. Cesarz Wilhelm II publicznie oświadczał, że szkoły powinny kształtować żołnierską krzepę i wychowywać młodzież na Niemców, a nie na Greków czy Rzymian.

Czemu więc Albert Einstein uciekł z Monachium – miasta, w którym się wychował, jedynego, jakie znał? Nie był sentymentalny, ale mimo to może nas dziwić, że uczony, który później tak wiele podróżował i często zmieniał miejsca pobytu, omijał zawsze Monachium. Czy jeszcze po latach dokuczała mu pamięć banalnych szkolnych powikłań, czy chodziło raczej o głębszą niechęć wobec tego, co już jako chłopak dostrzegł w Niemcach, świadomość, że Monachium nie było i nie mogło być jego ojczystym miastem? Ponieważ niemieckość była zadrą, do której nie chciał się przyznać, więc wolał nie pamiętać o rodzinnym mieście? Bo przecież obiektywnie – gdyby w ludzkim świecie mogło istnieć coś obiektywnego – Monachium to jedno z najświetniejszych miast europejskich, nie miało może splendoru Paryża, energii Londynu czy starożytności Rzymu, ale kwitło tu autentyczne życie kulturalne, artystyczne, naukowe. Gdyby nie był Żydem, w jakimś wszechświecie alternatywnym, spojrzałby może na stolicę Bawarii przychylniej, tak jak widział ją (choć nie bez iskierki ironii) w roku 1902 Thomas Mann:

Monachium jaśniało. Nad paradnymi placami i białymi kolumnami świątyń, nad klasycyzującymi pomnikami i barokowymi pałacami, nad tryskającymi fontannami, nad pałacami i ogrodami rezydencji rozpościerało się promienne niebo z błękitnego jedwabiu, a szerokie, jasne, objęte zielenią i doskonale rozplanowane arterie uliczne zalane były słonecznym żarem pierwszego pięknego czerwcowego dnia.
Szczebiot ptaków i utajona radość nad wszystkimi ulicami. A na placach i w zaułkach turkoce, wzbiera i szumi niespieszne, wesołe życie tego pięknego i dostojnego miasta. Podróżni wszelakiej narodowości jeżdżą po nim małymi powolnymi dorożkami wybiegając z niewybredną ciekawością spojrzeniem w prawo i w lewo na ściany domów i wstępując na szerokie zewnętrzne schody, wiodące do muzeów.
Wiele okien jest otwartych i z wielu wybiega na ulice muzyka, ćwiczenia na fortepianie, skrzypcach lub wiolonczeli, rzetelne i pełne dobrej woli wysiłki dyletantów. W «Odeonie» jednak, jak słychać, odbywają się poważne studia przy wielu fortepianach.
Młodzi ludzie gwiżdżąc motyw Nothunga i zapełniając wieczorem ostatnie rzędy modnego teatru wchodzą i wychodzą przez drzwi uniwersytetu i biblioteki państwowej z pismami literackimi w bocznych kieszeniach kurtek. (…) Młodzi malarze w okrągłych kapelusikach, zsuniętych w tył głowy, luźno zawiązanych krawatach i bez laski, beztroskie chłopaki, co opłacają komorne kolorowymi szkicami, idą oto na spacer, chcąc, aby to błękitne przedpołudnie wywołało w nich nastrój.

Urodzony w Lubece, Thomas Mann właśnie w Monachium rozpoczynał swoją pisarską karierę, obracał się wśród pisarzy, artystów, uczonych, przedstawicieli cyganerii i akademików, korzystał z bogatego życia koncertowego i teatralnego. Pisarz ożenił się tu, wychowywał dzieci, założył dom i gdyby nie naziści, prawdopodobnie nadal Monachium stanowiłoby centrum jego pracowitego życia.

Tymczasem Albert Einstein zjawił się u rodziców w Mediolanie, przekonując, że teraz będzie uczył się sam i że będzie zdawać na Politechnikę w Zurychu, która nie wymagała matury, jeśli się zdało egzamin wstępny. Zaczął uczyć się włoskiego i wszystko go we Włoszech zachwycało: galerie obrazów, życie uliczne, słońce. Nic nie wiemy o jego wizytach w monachijskich przybytkach sztuki, tamtejsze muzea, teatry i koncerty nie pozostawiły żadnych śladów. Może był za młody, nie miał jeszcze szesnastu lat. Ale przecież ktoś, kto czytał Kanta, musiał także z pewnością słyszeć o Wagnerze, o artystach, o uniwersytecie. Wydaje się, jakby młody Albert Einstein dopiero w Mediolanie odkrywał to, co mógłby z powodzeniem znaleźć także w swym rodzinnym Monachium, mieście z pewnością nie mniej europejskim.

Oczywiście, mogło tu swoje zrobić odkrycie Południa, co dla przybyszy z mniej nasłonecznionych krain bywało przeżyciem nieledwie mistycznym. Pisał Friedrich Nietzsche: „Nie mam dość siły na Północ – królują tam ciężkie i przemyślne dusze, pracujące tak wytrwale i koniecznie nad środkami ostrożności, niczym bóbr przy swej tamie. I pomyśleć, że spędziłem wśród nich całą młodość!” Także na Albercie Einsteinie Włochy wywarły wrażenie, chętnie wracał później do wspomnień, a nawet do języka włoskiego, którego nieźle się zdążył nauczyć, mimo że zawsze deklarował brak zdolności językowych, tłumacząc tym nawet swoją niechęć do programu klasycznego gimnazjum w Monachium. Odkrycie Południa rozciągnęło się też chyba dla niego na dłuższy czas: pod koniec grudnia Mediolan niekoniecznie jest dużo jaśniejszy od Monachium. Albert nie widział zresztą zbyt wiele Włoch oprócz Mediolanu, Pawii i Genui, krótkiego pobytu w Wenecji. Nie starał się też nigdy o zamieszkanie we Włoszech na stałe, nie myślał, aby tam studiować. Wracał jedynie na okresy wolne od zajęć na Politechnice w Zurychu, wcześnie też zaczął odkładać pieniądze na uzyskanie obywatelstwa szwajcarskiego.

Ucieczka z Monachium stała się dla młodego Alberta wyzwoleniem. Podobała mu się włoska bezpośredniość w obcowaniu z ludźmi, pod tym względem był raczej impulsywnym południowcem. Rzecz była jednak głębsza: on także nie należał do bobrów pracowicie wznoszących tamy, już prędzej był falą, która owe tamy przerywa. Włochy mogły też przemawiać do artystycznej strony jego osobowości, choć nigdy później nie interesował się szczególnie architekturą, rzeźbą czy malarstwem. Cenił ideał prostego życia ludzi wolnych, codzienną kulturę Włoch, ale bliższa stała mu się Szwajcaria i zapewne nie tylko z racji języka. W miarę jak kształtowały się jego poglądy polityczne, zaczął przeciwstawiać liberalną i demokratyczną Szwajcarię autorytarnym i zmilitaryzowanym Niemcom.

Jego ojczyzna i mała ojczyzna, Heimat, dały mu język: zarówno rubaszny szwabski dialekt, jak subtelny i dobitny środek wyrazu pisarzy i filozofów, uczył się coraz lepiej nim posługiwać, w nim formułował myśli, nie zmieniły tego nawet lata pobytu w Ameryce. Trudniejszym darem był trwały i głęboki głęboki sceptycyzm wobec obiegowych opinii. Postawy takiej nie nabywa się dobrowolnie i bezboleśnie, kto jednak potrafi z nią żyć i odnaleźć równowagę, ten nie będzie chciał się karmić łatwymi złudzeniami i nie zabraknie mu odwagi, by zrywać nawet silne więzy, kiedy wymaga tego wierność sobie. Albert Einstein nie mieścił się w żadnym opresyjnym systemie: to nie przypadek, że będzie jednym z nieprzejednanych przeciwników narodowego socjalizmu. Można sądzić, że nigdy by się z nim nie pogodził, nawet gdyby nie był Żydem.
Sceptycyzm łatwo prowadzi do zwątpienia. Einstein był jednak człowiekiem wiary. Dziecięcy zapał religijny przeniósł się na naukę i nigdy nie osłabł, nawet wtedy, gdy jego praca latami nie przynosiła owoców. Niezachwianie wierzył w bezosobowy i ponadosobisty ład świata i można by do niego zastosować, z większą może trafnością, to, co mówiono o Heinem: iż jest on Unglaubengenosse Spinozy – towarzyszem Spinozy w niewierze. Była to bowiem niewiara gorąca i żarliwa, a zarazem chłodna i poddana rozumowi i Albert gotów był jej służyć już w tamtej chwili, kiedy po raz pierwszy zadecydował o swym losie i na zawsze porzucił Monachium.

Pierwsze echa ogólnej teorii względności w Polsce (1920-1927)

Światowa opinia publiczna zetknęła się z postacią Alberta Einsteina jesienią 1919 roku, kiedy w Towarzystwie Królewskim w Londynie omawiano wyniki obserwacji światła w pobliżu tarczy słonecznej. Promienie świetlne biegnące od gwiazd miały zgodnie z teorią Einsteina odchylać się o kąt równy 1,7'' (d/R), gdzie d jest odległością kątową gwiazdy od środka tarczy słonecznej, a R – promieniem kątowym tarczy słonecznej. Elektromagnetyczna teoria światła nie dawała powodów do jakiegokolwiek odchylenia fali biegnącej w polu grawitacyjnym, zatem odchylenie powinno być równe zeru. Można było też wyobrazić sobie światło jako cząstki, wówczas ich odchylenie w polu grawitacyjnym byłoby naturalne i zgodnie z Newtonowskim prawem ciążenia powinno ono być dokładnie dwa razy mniejsze niż wynik Einsteina. Dwie ekspedycje brytyjskie uzyskały wyniki wskazujące dość zdecydowanie na wielkość Einsteinowską. Była to sensacja: po dwustu z górą latach teoria Newtona, bardzo solidnie do tej pory przetestowana obserwacyjnie, ukazała swoje ograniczenia.

Koncepcje Einsteina napotkały nieracjonalnie wielki opór. Jeden z powodów mógł być natury psychologicznej: oto podważone zostały dotychczasowe fundamenty wiedzy i to u samych podstaw: gdyż chodziło o czas i przestrzeń, które przestały grać rolę niezmiennej sceny wydarzeń i same stały się niejako aktorami. Zamiast absolutów pojawiły się płynne relacje, świat stawał się mniej bezpieczny. Byli i tacy, którym podobało się właśnie wzruszenie „bryły świata” i rewolucyjne zadekretowanie nowych praw. Uczony znalazł się w centrum społecznego imaginarium, postrzegany bądź jako egzystencjalne zagrożenie, bądź wyzwolenie z opresji. Na to wszystko nakładał się fakt, że Albert Einstein był Żydem, co przedtem nie miało dla niego znaczenia i co uświadomił sobie naprawdę dopiero po I wojnie światowej, kiedy zetknął się z niemieckim antysemityzmem, rozbudzonym przez pragnienie znalezienia winnych przegranej. Antysemici stworzyli w ten sposób wielu Żydów.

Dyskusja publiczna w Polsce, niezbyt zresztą żywa, obracała się w znacznej mierze wokół antysemickich stereotypów. Pozycja nauki w społeczeństwie nie była wysoka, podobnie jak dziś częste było o demonstrowanie nadąsanego prowincjonalizmu jako postawy krytycznej wobec tego, co docierało z Zachodu. Zabawnym przykładem jest artykuł ze „Słowa Polskiego” z października 1920 roku, a więc w chwili gdy Weyland i Gehrcke usiłowali zwalczać teorię Einsteina.

Jakie na to wszystko Einstein daje dowody? Tam są człony i kolumny matematyczne ciągnące się bez końca, mające niby dowieść czy uzupełnić słowny tekst. (…) Czy są tam jakieś konkretne przykłady wzięte z rzeczywistego świata? Nie ma. Z wyjątkiem jednego przykładu wozu wobec gościńca i pociągu wobec toru kolejowego z twierdzeniem, że ruch człowieka w wagonie wobec tego wagonu znajdującego się w biegu jest względny, jak w ogóle wszelki ruch na świecie. Poza tym są inne przykłady wzięte z fantazji, fikcje: jest jakaś teoretyczna spekulacja na temat równoczesności, z jaką dwa pioruny w dwie szyny żelazne strzelają, co z zegarkiem w ręku stojący człowiek przy tym torze bada czy ma badać; jest w przestrzeni jakaś skrzynia w kształcie pokoju, w której znajduje się jakiś człowiek; za sznur przyczepiony do tej skrzyni ciągnie bez ustanku jakaś istota tak, skrzynia w przyspieszonym tempie unosi się w górę; ten chłop zaś w skrzyni przekona się za jakiś czas, że jego skrzynia znajduje się w polu ciężkości czasowo stałym i że ona wisi w spoczynku, bo ruch jest względny, relatywny, ruchu nie ma. (…)

Ten, kto by twierdził, że jest zwolennikiem teorii Einsteina, że się z nią zgadza i ją akceptuje, uznaje ją za swoją, byłby podobny do człowieka, który stanąwszy przed pustą stajnią powiedział, że wszystkie konie, jakie tam się znajdują, należą do niego, chociaż w stajni nie ma ani jednego konia i oprócz gołych ścian i koni malowanych na nich nie ma tam nic. (…) Albert Einstein jest w odniesieniu do najwyższych zagadnień umysłu ludzkiego pseudofilozoficzny nihilista, który dla nauki, świata i jego przyszłości ma zgoła relatywne znaczenie

Androny te odbijają w krzywym polskim zwierciadle (te konie! ta stajnia! wóz na gościńcu!) zarzuty, które stawiano Einsteinowi także w bardziej oświecony sposób. Jednym z nich, powszechnym wśród filozofów, zwłaszcza kantowskiej proweniencji, było to, że jakaś teoria sformułowana w języku matematyki nie może określać, czym jest czas i jak on biegnie. Einstein rozszerzył bowiem wyraźnie zakres fizyki na badanie czasu i przestrzeni, tak jak bada się zjawiska. Zarzucano mu także, że jego teorie nie są poglądowe. Rzeczywiście, były one sformułowane matematycznie, w fizyce jednak nie ma znaczenia, czy łatwo nam sobie wyobrazić jakieś pojęcie, istotne jest jedynie, czy możemy wysnuć jakieś przewidywania, które zgodne są z obserwacjami. A także: czy rozumiemy więcej współzależności w świecie dzięki danej teorii.

Profesor Politechniki we Lwowie Maksymilian Tytus Huber próbował prostować dziennikarskie idiotyzmy w broszurze poświęconej teorii względności. On też przełożył na polski popularną książkę Einsteina poświęconą teorii względności.

Pełny tekst dostępny tutaj.

Pisał Huber:

Niestety, przyjęcie przez Einsteina odznaczenia od Royal Society w Londynie stało się niedawno w Niemczech hasłem do szowinistycznej nagonki na głośnego fizyka, niepozbawionej co najmniej dziwnego w tym wypadku antysemickiego zabarwienia. Do tej tylko na tle ogólnego zdziczenia wojennego możliwej akcji przyłączyła się pewna niewielka grupa uczonych, jak się zdaje, przeważnie filozofów, z tych, którzy widocznie nie mogli się wznieść na wyżyny myśli nowożytnego reformatora fizyki (…)

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga, jaką nasuwa artykuł p. J.Z., ziejący jakoby zbożnym zachowawczym wstrętem do przedsięwziętej i dokonanej przez Einsteina rewolucji w nauce. Taki wstręt da się obiektywnie usprawiedliwić jedynie w odniesieniu do wielkich przewrotów społecznych w rodzaju ostatniej rosyjskiej rewolucji, te bowiem wyrządzają ludzkości niewątpliwie trudne do powetowania szkody, które dałyby się prawie zupełnie uniknąć przez postawienie hasła ewolucji w miejsce rewolucji. W imię dobra całej ludzkości jest przeto całkiem zrozumiałym zwalczanie idei, że tylko gwałtowny przewrót może usunąć tzw. zła w ustroju społecznym. Jak natomiast niepotrzebną i bezrozumną byłaby obawa przed przewrotem w nauce, tego chyba dowodzić nie potrzeba, prócz bowiem pewnej przykrości dla niektórych uczonych i uczących, niezdolnych do przyswojenia sobie nowych poglądów, oraz marnowania czasu i papieru przez niefortunnych oponentów, żadnej innej szkody ludzkość przez przewrót naukowy nie poniesie, nie mówiąc już o korzyściach.

Ataki w Niemczech na Einsteina były rzeczywiście w jakimś stopniu skutkiem wojennego zdziczenia obyczajów i szukania winnych klęski. Nie miały one nic wspólnego z jakimkolwiek zachowaniem uczonego. Arthur Eddington chciał przyznania mu złotego medalu Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego i nawet napisał o tym do Einsteina. Jednak Rada Towarzystwa nie zgodziła się na medal dla Niemca, w rezultacie w roku 1920 nie nagrodzono nikogo. Nie mógł więc Einstein przyjąć angielskiej nagrody, ponieważ mu jej nie przyznano. Dopiero w 1925 r. dostał Medal Copleya Towarzystwa Królewskiego.

Uwagi Hubera o rewolucjach w ustroju państwa pozostały aktualne, a nawet nabrały w ciągu ostatnich dwóch lat nowej aktualności, niestety.

Wyśmiewane przez dziennikarza „Słowa Polskiego” rozważania o równoczesności uderzenia dwóch piorunów są jak najbardziej poważną ilustracją faktu, że chcąc ustalić, czy dwa zdarzenia w różnych miejscach zaszły równocześnie, musimy podać metodę eksperymentalnego ustalenia ich kolejności, a nie dysponujemy w tym celu niczym lepszym niż promienie świetlne. Z kolei zamknięty pokój na sznurku to winda Einsteina: naukowiec zamknięty w windzie nie może rozróżnić pola grawitacyjnego od skutków przyspieszenia windy (w szczególności w spadającej windzie znalazłby się w stanie nieważkości). Chodzi tu o zasadę równoważności – początek teorii grawitacji Einsteina.

Nawet w Niemczech, gdzie poziom fizyki był bez porównania wyższy niż w Polsce, do dyskusji czysto naukowych dołączało się rasistowskie zacietrzewienie. Żydzi z kolei siłą rzeczy często stawali się rzecznikami i popularyzatorami nowej teorii.

 

Józef Kramsztyk, fizyk z wykształcenia, jest tłumaczem – znakomitym zresztą – pierwszego tomu Czarodziejskiej Góry Thomasa Manna na polski. Przedwojenny przekład drugiego tomu (innych autorów) był nieudany i tom ten został po wojnie przełożony na nowo przez Władysława Tatarkiewicza, który akurat staraniem władzy ludowej miał kilka lat wolnych od pracy na uniwersytecie. Na karcie tytułowej filozof figuruje pod pseudonimem Jan Łukowski i nawet po upadku PRL-u nie wszyscy wydawcy wiedzieli, komu przypisać autorstwo przekładu do dziś wznawianego (Kramsztyk+Tatarkiewicz).

Innym popularyzatorem nauki w ogóle i teorii Einsteina w szczególności był Bruno Winawer, fizyk, dziennikarz, pisarz, popularyzator, a nawet aktor filmowy.

Wielu Żydów polskich interesowało się teorią względności w sposób naukowy. Na myśl przychodzą Jakob Laub, urodzony w 1872 r. w Rzeszowie pierwszy współpracownik naukowy Einsteina, Ludwik Silberstein, urodzony w tym samym roku w Warszawie wieloletni krytyk teorii grawitacji Einsteina, a z młodszego pokolenia, oczywiście Leopold Infeld (ur. 1898) oraz Myron Mathisson (ur. 1897 i zmarły na gruźlicę w 1940 r. w Cambridge), autor kilku wybitnych prac z teorii grawitacji Einsteina.

Atmosferę w latach dwudziestych obrazuje znakomicie primaaprilisowy tekst Juliana Tuwima (i Antoniego Słonimskiego) z roku 1921 poświęcony nauce Einsteina.

Bolszewizujący żydek z Pragi czeskiej Albert (!) Einstein z właściwą tej rasie arogancją rzuca się oto na podwaliny nauk ścisłych i ogłasza drukiem teorię, z której wynika, że czas jest rzeczą względną, że energia ma masę (tak!), że geometria Euklidesa jest abstrakcją (Sic!), że promień świetlny załamuje się w pobliżu ciał ważkich, że wszechświat nie ma granic, a jednak nie jest nieskończony (sik–sik!) itd. Nie zajmowalibyśmy się tymi bzdurami, gdyby nie to, że jad filozofii Einsteinowskiej płynie już szeroką strugą i ku nam. Prasa krakowska zwłaszcza poświęca sążniste artykuły zasadom cadyka z Pragi, profesorowie wszechnicy jagiellońskiej wygłaszają o nim odczyty, a najszanowniejsza z naszych bas bleus utrzymuje w wieloszpaltowym felietonie, iż ekspedycja złożona z wybitnych uczonych angielskich stwierdziła jakieś wyniki, zaobserwowała jakieś odchylenia światła i że Akademia londyńska otrąbiła na cały świat, jakoby ów Albert (!!!) był godnym następcą Newtona. Jeżeli zważymy, że Newton miał na imię Izaak, to zrozumiemy dopiero, jak daleko sięga solidarność tej rasy i nie zdziwimy się wcale, gdyby nawet mocarstwo anonimowe domagać się miało nagrody Nobla dla swego prowodyra. Nagroda Nobla jest, jak wiadomo, funduszem gadzinowym, z którego od dawna już najciemniejsze typy międzynarodówki wszechświatowej czerpią środków w celach przeciwpaństwowych. Sam fundator (przekonałem się o tym naocznie w niedzielę) pochodzi przecież z ulicy Furmańskiej, gdzie do dziś dnia na kamienicy nr 8 widnieje jeszcze źle zamalowany szyld z napisem: „Kierosin bratjew Nobel”. Nie wiem, w jakich celach wywędrował ten człowiek do Europy, nie wiem zwłaszcza, kto przy ulicy Miodowej i kiedy ośmielił się wydać mu paszport zagraniczny? W każdym bądź razie jest chyba rzeczą jasną, że w interesie młodego, powstającego do życia państwa nie może leżeć obalenie geometrii Euklidesa. Nie może młody, konsolidujący się dopiero organizm zezwolić na to, aby w poważnej prasie zagranicznej utarło się zdanie, że czas jest względny i zależy od ruchu danego układu. Po tylu gorzkich doświadczeniach wiemy niestety aż nadto dobrze, komu dziś w Europie zależy na tym, aby energia miała masę, i dla kogo to będzie wodą na młyn, jeżeli promień świetlny załamie się w pobliżu słońca. Co zaś do obserwatora, zamkniętego w szczelnym pudle i podróżującego, bez żadnej łączności ze światem, po przestworzach,obserwatora, o którym często wspomina Einstein w swojej Relatywności (sic!), to wiemy dokładnie, o kim tu mowa i każdej chwili odnośne dokumenty złożyć możemy na ręce komisji międzysojuszniczej! Doprawdy czas już skończyć nareszcie z potworną hydrą, wyciągającą mace i macki swoje poza wszelkie granice cierpliwości aryjskiej! Czas ma dla was wartość względną, ale chociaż czas to pieniądz, pieniądz ma jednak wartość bezwzględną! Czyż nie tak, panie Einstein?

Na marginesie tego żartu dodajmy, że ową sawantką (bas bleu) była zapewne Maria Sułkowska, która pisała w „Czasie” z 8 lutego 1920 roku o uznaniu dla Einsteina w Londynie. Imię Newtona nie świadczy oczywiście o pochodzeniu żydowskim, wśród protestantów częste były imiona starotestamentowe, ponieważ czytali oni Biblię (w odróżnieniu od katolików). Imię Albert nadali uczonemu liberalni rodzice (zgodnie z tradycją powinni dać mu imię dziadka Abraham).

 

 

 

Ernst Chladni: czy można zobaczyć dźwięk? (1787)

Że przedsięwzięcie to, mianowicie doświadczanie natury, wywoływanie jej fenomenów, „kuszenie” jej przez ujawnianie jej działalności przy pomocy eksperymentów – że wszystko to jest już całkiem bliskie czarnoksięstwa, ba, należy już nawet do jego zakresu i samo jest dziełem „kusiciela”, było przeświadczeniem minionych epok; przeświadczeniem godnym szacunku, jeśli mam tu wyrazić swe zdanie. Chciałbym wiedzieć, jakimi oczami spoglądano by wówczas na owego człowieka z Wittenbergi, który (…) przed stu kilkudziesięciu laty dokonał był eksperymentu z widzialną muzyką, co i nam niekiedy pokazywano. Do nielicznych przyrządów fizycznych, jakimi rozporządzał ojciec Adriana, należała okrągła i w środku jedynie na kolcu swobodnie oparta szklana płyta, na której się ów cud dokonywał. Płyta owa była mianowicie posypana drobniutkim piaskiem i ojciec przy pomocy starego smyczka od wiolonczeli, którym po jej brzegu z góry na dół przeciągał, wprawiał ją w drgania, poruszany zaś piasek przesuwał się i układał w zdumiewająco precyzyjne a różnorakie arabeski i figury. Ta wizualna akustyka, w której oczywistość i tajemnica, prawo i osobliwość, nader uroczo wspólnie występowały, bardzo się nam, chłopcom, podobała… [Th. Mann, Doktor Faustus, przeł. M. Kurecka i W. Wirpsza]

Adrian Leverkühn, kompozytor, będący dwudziestowiecznym wcieleniem doktora Fausta, zaprawiał się w ten sposób w początkach muzycznego czarnoksięstwa. Nie były to sztuczki błahe, gdy pamiętać, że śmierć jest mistrzem z Niemiec – u ich końca znajdowały się zniszczona i spustoszona Europa oraz klęska zarówno tych, co popierali, jak i tych, co nie potrafili się przeciwstawić szaleńczym wizjom tysiącletniej Rzeszy. A człowiekiem z Wittenbergi (tam niegdyś przybił Marcin Luter do kościelnych drzwi swoje tezy o zepsuciu kościoła) był Ernst Florens Friedrich Chladni, prawnik i przyrodnik, któremu ojciec surowo zabronił zajmować się muzyką przed dziewiętnastym rokiem życia. Profesor prawa nie życzył sobie najwyraźniej, by syn zarabiał na życie publicznymi występami. Ojciec zmarł, a syn zarabiał na życie nie jako muzyk wprawdzie – na to było za późno, ale jako objazdowy przyrodnik demonstrujący rozmaite zjawiska akustyczne oraz instrumenty muzyczne własnej konstrukcji.

Pokaz Chladniego w salonie księcia Thurn und Taxis, Ratyzbona, 1800 r.

Public Domain Review

Owe Klangfiguren albo figury Chladniego przyniosły uczonemu sławę. Doszedł on do wielkiej biegłości w ich demonstrowaniu, przytrzymując palcami drgającą płytkę w odpowiednio dobranych miejscach. Pokaz ten fascynował publiczność w całej Europie znacznie bardziej niż wynalezione przez niego eufon i klawicylinder. W zasadzie Chladni nie był odkrywcą tego zjawiska, wspominał o czymś podobnym Leonardo da Vinci, a także Galileusz, który przytacza nie do końca wiarygodny opis doświadczenia, mającego wykazać związek długości fali drgania z wysokością dźwięku. Galileo, syn muzyka Vincenza, widział zapewne takie drgania, trudno to dziś przesądzić. Z fizycznego punktu widzenia chodzi o fale stojące, czyli drgania, których zależność przestrzenna jest ustalona: w pewnych miejscach amplituda jest większa, w innych spada do zera – te ostatnie tworzą w dwuwymiarowym przypadku linie węzłów (albo bardziej uczenie: linie nodalne). Przytrzymując płytkę w odpowiednich miejscach, można taką linię węzłów niejako „przytrzymać”.

Jednym ze szczytowych punktów kariery Chladniego były lata pobytu w Paryżu. Został tam w lutym 1809 roku przyjęty przez cesarza Francuzów Napoleona Wielkiego, który od czasu swoich studiów szkole artylerii żywił szczególne uznanie dla wiedzy fizycznej i matematycznej. Chladni otrzymał od cesarza subwencję na przetłumaczenie swego traktatu o akustyce na francuski. Cesarz raczył też ogłosić konkurs na matematyczną teorię owego zjawiska. Nagrodę 3000 franków przyznano ostatecznie, po pewnych perypetiach, w roku 1816 Sophie Germain, która z racji płci skazana była na pozostawanie na obrzeżach świata naukowego. Jej rozwiązanie nie było całkiem poprawne. Problem drgań poprzecznych dwuwymiarowej sprężystej płytki okazał się trudniejszy, niż początkowo sądzono. Dopiero w 1850 r. Gustav Kirchhoff rozwiązał to zagadnienie dla przypadku kolistej płytki. Rozwiązania przybliżone dla płytki prostokątnej podał Walter Ritz na początku wieku XX. Wbrew pozorom nie są to subtelności, które mogą zaciekawić jedynie matematyków. Jeden ze słynnych wypadków zawalenia się wiszącego mostu w Tacoma (USA) w r. 1940 związany był właśnie z drganiami przypominającymi figury Chladniego, a wywołanymi przez wiatr.

Einstein i Mann: o tym, co pozostaje, kiedy wszystko jest stracone (1933)

Nie sądziłem, że dożyję czasów ciekawych dla historyka interesującego się fenomenem nazizmu. Bez wątpienia życie polityczne przyniesie w najbliższym czasie sporo materiału do przemyśleń. Oczywiście, wiem, wiem, obecna „pomarszczona rewolucja” w naszym kraju, to nie to samo. Ale i podobieństw nie brak.

Mamy przede wszystkim różnicę skali. Nie ma co porównywać Niemiec z lat trzydziestych do Polski. Giganta i średniaka. Kraju najbardziej zaawansowanego przemysłu z krajem z samego ogona Europy. Kraju teologów i intelektualistów z krajem, gdzie magicznym kultem otacza się nawet samochody, święcąc je uroczyście. Kraju gotyckich katedr i kraju bazyliki w Licheniu. Kraju wzorowej organizacji i kraju legendarnego bałaganu. Ojczyzny Wolfganga Goethego i ojczyzny Jarosława Marka Rymkiewicza. Kraju Richarda Wagnera i kraju Zenka Martyniuka. Kraju palącego ciała Żydów i kraju palącego kukły Żydów. Atmosferę linczu i przemocy już mamy, na razie jest to lincz medialny i przemoc symboliczna. Przemarsze kwazimodlitewne w ochronie tysięcy policjantów, zwalnianie z pracy ludzi o innych poglądach, i to nawet wtedy, gdy ich poglądy nie mają w danej pracy specjalnego znaczenia. Kary za udział w protestach. Brutalność mediów państwowych dorównujących już chyba propagandzie Goebbelsa, w dodatku działalność owych mediów finansowana jest w znacznej części z przymusowych składek pobieranych także od przeciwników reżimu (szatański pomysł, prawda?). Wszystko w dymie kadzideł i przy aprobacie niemal całego kościoła, który głosi jakąś przedziwną ewangelię rasy i narodu, a czasem ubogaca nas takimi myślami spod ołtarza, jak opinia arcybiskupa Marka, że pod Smoleńskiem prawa fizyki działały i dlatego był to zamach. To rzeczywiście jest zamach na zdrowy rozsądek i na moralność. Nie wierzę, by subtelny znawca francuskiej filozofii, uczeń Tischnera, nie rozumiał, czemu marsze z ONR-em są niezupełnie tym samym, co głosił Jezus.

Odbywa się to wszystko, jeśli nie z woli, to bez protestu narodu, który sam sobie zgotował ten los i będzie przez długi, długi czas za to płacił. Widać Polska nie potrafi zbudować państwa na dłużej niż dwadzieścia lat.

Zwolennicy Hitlera też myśleli, że budują lepszy i sprawiedliwszy kraj, w którym dla prawdziwych Niemców nastaną tysiącletnie rządy prawa i sprawiedliwości, a o tych paru Żydów i liberałów nie ma co się kłócić.

Trzeba pamiętać, że nawet w roku 1933 naziści dopiero zaczynali się rozkręcać i wciąż starali się zachować jakieś pozory. Nie wszyscy i nie od razu byli ludobójcami, to ich własny system zrobił z nich zbrodniarzy i skorumpował w miarę zdobywania i umacniania władzy. U nas też się będzie rozkręcało, tamy zostały zerwane, choć może nie zajdziemy na tej drodze tak daleko i skończy się na standardach ukraińskich albo białoruskich. Ale może i putinowskich, kto wie. Rosja Putina była zresztą zupełnie inna, kiedy zaczynał on rządzić i zupełnie inna jest teraz.

Wiosną 1932 roku Adolf Hitler przegrał wybory prezydenckie. W wyborach do Reichstagu jego partia zdobyła w lipcu tego roku 37% głosów, a w powtórnych wyborach w listopadzie już tylko 32%. Wystarczyło to jednak, aby przejąć władzę w kraju. W styczniu 1933 roku Hitler został kanclerzem.

W listopadzie 1933 w wyborach brała udział już tylko jedna partia, NSDAP, i zgadnijcie, kto wygrał? NSDAP oczywiście, choć nie otrzymała wszystkich głosów: 8% głosów było nieważnych. Tak sobie postanowiono, więc takie były wyniki wyborów.

Einstein i Mann byli ludźmi z innych światów: Żyd-internacjonalista i pisarz, który czuł się wcieleniem Goethego i niemieckiej tradycji mieszczańskiej i artystycznej. Obaj zmuszeni zostali do emigracji, niewątpliwie bardziej bolesnej dla Thomasa Manna, który nie był ani liberałem, ani Żydem, ani marksistą, ani dekadentem, ani zimnym spekulantem (wszystko to zarzucali mu naraz albo po kolei w Niemczech). Jego brat, Heinrich, pasował natomiast nieźle do tych karykaturalnych epitetów oprócz „zarzutu”, że jest Żydem, ma się rozumieć.

List Alberta Einsteina do Thomasa Manna, 29 IV 1933

Le Coq pod Ostendą 29 IV 1933

Pragnę powiedzieć panu coś zupełnie oczywistego: świadoma odpowiedzialności postawa, jaką zajął Pan i Pański Brat, stanowiła jeden z nielicznych jasnych punktów pośród wydarzeń rozgrywających się ostatnio w Niemczech. Pozostali powołani do duchowego przywództwa nie wykazali odwagi ani siły charakteru, aby odciąć się wyraźnie od tych, którzy dzięki posiadaniu środków przymusu występują dziś jako reprezentanci państwa. Poprzez to zaniechanie powiększyli jeszcze władzę, jaką posiada ten fatalny element, który szkodzi niewymownie imieniu Niemiec. Narazili się Panowie tym samym na niebezpieczeństwo, że ten sam motłoch, któremu tamci schlebiają, będzie miał Panów w pogardzie.

Jeszcze raz widać, że losy wspólnoty określone są w przeważającej mierze przez jej moralny poziom. Kiedy znowu utworzy się przywództwo godne tego miana, to odrodzi się ono tylko dzięki stopniowej krystalizacji wokół takich ośrodków, jakimi stali się Pan i Pański Brat. Nawet gdyby miał Pan tego nie dożyć, niech stanie się to dla Pana najlepszą pociechą w tych gorzkich czasach, jakie przeżywamy obecnie i jakie jeszcze przyjdzie nam przeżywać.

List Thomasa Mann do Alberta Einsteina, 15 V 1933

Bandol (departament Var)

Grand Hotel

Kilkakrotna zmiana miejsca pobytu sprawiła, że dopiero dziś mogę panu podziękować za Jego łaskawy list.

Był to największy zaszczyt, jaki spotkał mnie nie tylko w tych ciężkich miesiącach, ale może w ogóle w całym moim życiu; jednakże Pan chwali mnie za zachowanie, które było moim naturalnym odruchem, a więc nie zasługuje właściwie na pochwałę. Mniej naturalna jest dla mnie sytuacja, w którą przez to popadłem: jestem bowiem z natury zbyt dobrym Niemcem, aby perspektywa trwałego wygnania mogła nie być dla mnie bardzo ciężkim przeżyciem. Zerwanie z krajem, prawie nieuniknione, przygnębia i trwoży mnie bardzo, co jest dowodem, że stan ten nie odpowiada zupełnie mojej naturze, zdeterminowanej przez Goethowsko-reprezentatywne elementy tradycji i bynajmniej nie stworzonej do martyrologii. Tylko wyjątkowe zło i fałsz mogły mi narzucić tę rolę; bo też według mego najgłębszego przekonania cała ta „niemiecka rewolucja” jest z gruntu zła i fałszywa. Brakuje jej cech, które zjednywały sympatię świata prawdziwym rewolucjom, nawet najkrwawszym. W całej swej istocie jest nie „odrodzeniem” – cokolwiek by o tym mówili i wrzeszczeli jej wyznawcy – lecz nienawiścią, zemstą, pospolitą żądzą mordu i drobnomieszczańską małostkowością. Nie uwierzę nigdy, by mogło z tego wyniknąć coś dobrego, czy to dla Niemiec, czy to dla świata. Fakt, żeśmy do ostatka ostrzegali przed siłami, które doprowadziły do tej katastrofy moralnej i intelektualnej, na pewno będzie kiedyś dla nas tytułem do chwały, ale my zapewne przedtem zginiemy.

w: Tomasz Mann. Listy 1889-1936, przeł. W. Jedlicka, Czytelnik, Warszawa 1966, s. 436-437.

Nie ma w historii niezawinionych upadków, społeczeństwa albo stają na wysokości swego losu, albo nie.

Samotność Charlesa Darwina

Zaczniemy od cytatu z Thomasa Manna: „Gdyby pisarz od razu uświadomił sobie wszystkie trudności związane z dziełem i poznał jego samoistną wolę, nieraz bardzo odbiegającą od woli autora, opadłyby mu z pewnością ręce i nie starczyłoby odwagi do rozpoczęcia pracy. Dzieło posiada w pewnych okolicznościach swoją własną ambicję, która może iść znacznie dalej niż ambicja autora, i właśnie tak jest dobrze. Albowiem ambicja nie jest sprawą osobistą, nie może poprzedzać dzieła, lecz musi z niego wynikać i dopiero potem wpływać na nie. Myślę, że w ten sposób powstały wszystkie wielkie dzieła, a nie z ambicji, która z góry zakłada tworzenie arcydzieł” (Wstęp do Czarodziejskiej Góry dla studentów Princeton, 1939 rok, przeł. I. i E. Naganowscy).

Darwin nie był pustelnikiem, żył otoczony liczną rodziną i służbą, pisał mnóstwo listów do kolegów-przyrodników, do hodowców drobiu i gołębi, do podróżników – wszystkich, którzy mogli mu służyć jakąś ważną dla niego informacją albo przysłać interesujący okaz. Borykał się wprawdzie z kłopotami zdrowotnymi, lecz mimo to uczestniczył w wychowywaniu swych dzieci, był przyjazny ludziom i zwierzętom, zajmował się także wieloma sprawami, które go jakoś poruszyły. Odrazę budziło w nim niewolnictwo, zwalczał także powszechny wówczas sposób czyszczenia kominów przez spuszczanie do nich małych dzieci, mogących się przecisnąć przez przewód kominowy. Wielu właścicieli ziemskich nie widziało w tym procederze nic złego. Życie i zdrowie dziecka nie miało wielkiej ceny, zwłaszcza wśród ludzi biednych, mających więcej potomstwa niż środków do życia. Darwin należał do lokalnego stowarzyszenia zwalczającego ową praktykę. Nie był więc dziwakiem zamkniętym w pracowni i interesującym się jedynie swoją pracą. Jednak o najważniejszych jej wynikach mówił mało, z opóźnieniem i niezbyt chętnie.

Niewykluczone, że niektóre elementy przyszłej teorii ewolucji rozważał już podczas podróży na HMS Beagle, choć nie pisał o tym nawet we własnych notatkach. Także później, kiedy jego poglądy już się ukształtowały, mówił o nich lekko i w sposób niezobowiązujący: „Jestem prawie pewien (w przeciwieństwie do przekonania, jakie miałem na początku), że gatunki nie są (brzmi to jak wyznanie zbrodni) niezmienne” – pisze 11 stycznia 1844 roku do J. D. Hookera. Wiosną tego roku napisał zarys swej teorii, liczący 189 stron rękopisu. Napisał też list do żony z prośbą o opublikowanie tego zarysu, gdyby nagle zmarł, co przy jego stanie zdrowia nie byłoby zupełnym zaskoczeniem. Jesienią ukazała się anonimowa książka Vestiges of the Natural History of Creation wprowadzająca idee ewolucyjne w popularny, lecz bałamutny sposób. Vestiges odniosły ogromny sukces wydawniczy, choć pewnie nie takiego rodzaju, o jakim marzyłby Darwin. Książkę potępiali bowiem nie tylko duchowni, ale także wielu uczonych. Duchowni przywiązani byli do teologii naturalnej, w myśl której Stwórca przezornie zaopatrzył wszystkie istoty w to, co im potrzebne do życia, w związku z czym nie potrzeba żadnych dalszych zmian. Przyrodnicy, choć na ogół rozumieli już wtedy, że tak wygodny sposób myślenia nie daje się utrzymać, niechętnie myśleli o przemianach gatunków. Darwin zajął się na dobre parę lat wąsonogami, uważając być może, iż powinien zapracować na solidniejszą reputację wśród ekspertów, zanim wystąpi publicznie z tezą tak obrazoburczą jak zmiany gatunków bez żadnego opatrznościowego celu.

Po dziesięciu latach wrócił do – jak to nazywał – transmutacji gatunków. Poznał T.H. Huxleya, zoologa, który miał się stać „buldogiem” Darwina, na razie jednak był sceptyczny wobec ewolucji. Skrytykował np. bezlitośnie kolejne wydanie Vestiges, co Darwin skomentował z mieszanymi uczuciami: „Jest to niewątpliwie najlepsza recenzja tej książki, jaką czytałem. Myślę jednak, że jest Pan zbyt surowy dla biednego autora. (…) Może jednak nie jestem bezstronnym sędzią, ponieważ moje poglądy na sprawy gatunków (…) są równie nieortodoksyjne, choć mam nadzieję, że nie tak niemądre” (2 września 1854 do T.H. Huxleya, przeł. T. Opalińska).

Charles Darwin należał do niemal już wymarłego gatunku uczonych prywatnych. W minionych wiekach, kiedy instytucje naukowe nie były tak rozbudowane, stanowili oni całkiem pokaźne grono. Dziś są to pojedyncze postaci, jak np. Julian Barbour. W przypadku Darwina status uczonego prywatnego miał chyba decydujący wpływ na jego osiągnięcia naukowe. Nie był na co dzień pod presją poglądów kolegów, nigdy nie był członkiem żadnej grupy, mógł spokojnie robić swoje i, przede wszystkim: myśleć swoje. Latami dopracowywał swoją koncepcję. Przedstawił ją, kiedy był już gotów, kiedy zebrał liczne argumenty. Jego pozycja i dochody nie zależały od tego, czy teoria ewolucji zostanie dobrze przyjęta. Oczywiście, nauka współczesna jest bardziej skomplikowana i nie można badać w domu powiedzmy bozonu Higgsa czy genomu człowieka. Jednak w naukach teoretycznych ciągle liczą się indywidualne osiągnięcia. Wciąż nie da się myśleć zbiorowo, każdy skazany jest w tym względzie na własny mózg. Jak Andrew Wiles, który na siedem lat wycofał się z życia naukowego, by w skupieniu szukać dowodu wielkiego twierdzenia Fermata. Tyle samo lat spędził Hans Castorp na swej Czarodziejskiej Górze.

Nb. także i dziś niektórzy uczeni nie rozumieją, że ewolucja nie ma żadnego celu, jak o tym świadczy niniejszy tekścik: „Podstawowe założenia syntetycznej teorii ewolucji wykazują, że najważniejszym zadaniem każdego gatunku jest przekazanie genów następnemu pokoleniu. Stanowi ono motor ewolucji i podstawę istnienia gatunku„. Dreimal hundert Professoren – Vaterland, du bist verloren!

Thomas Mann, Moje czasy, 1950

W chwili pisania tego eseju Mann ma 75 lat i świadomość, że nie zostało mu wiele życia: „to właśnie są czasy mi dane, klepsydra dla mnie postawiona, a piasku przesypującego się delikatnym strumykiem tak niewiele u góry zostało, że mógłby mnie ogarnąć lęk, gdyby w wypadku czasu nie chodziło o coś tak osobliwie cennego i płynnego, że mała jego ilość wciąż jeszcze pozostaje ilością wielką”. Wzbrania się pisać o sobie, woli pisać o epoce, którą wyrażał w swoich książkach.

Mówi o swoim pokoleniu. „Nie chcemy, jak to powiedziano w dawnej niemieckiej kolędzie: «zazdrościć sobie darów» i chełpić się ich pięknem. Wszystkie pokolenia będą obdarowane. A jednak chciałbym podkreślić pewną zaletę, jaką mogą poszczycić się ludzie urodzeni w roku 1875 względem tych, którzy przyszli na świat w 1914 lub później: Nie jest bez znaczenia, że mogliśmy żyć w ostatniej ćwierci dziewiętnastego stulecia – wielkiego stulecia – że mogliśmy być obywatelami schyłkowej fazy kultury mieszczańskiej, epoki liberalnej, że mogliśmy żyć jeszcze w tym świecie, wchłaniać jego atmosferę…”. Były to czasy budowania potęgi Niemiec Bismarcka, zwycięskich w wojnie z Francją w 1870 roku. Czasy Reichsbanku, o którym mówiono, iż jest tak dobrze zorganizowany, że gdyby jego prezes oszalał, to jeszcze przez cały rok nie odbiłoby się to na działaniach podległej mu instytucji. Pisze Mann: „Fakt, że funt angielski wart był 20 marek, dolar cztery, że za jedną markę Rzeszy Niemieckiej kupić można było 120 centymów włoskich, szwajcarskich czy francuskich, wydawał się czymś nienaruszalnym i zgodnym z wolą Boga. Ktoś, kto nie miał w ręku złotych pieniędzy, ten nie poznał aurea aetas [złotego wieku] mieszczaństwa, dziś jeszcze, w głębokiej starości, odczuwam drżenie, wspominając, że pierwsze honorarium autorskie otrzymałem w postaci trzech złotych dziesięciomarkowych monet. Rysem charakterystycznym tej epoki były solidność i przyzwoitość”. Nie obnażano ciał, jedynie na uroczystych balach panie odsłaniały ramiona i dekolty. Za czasów Manna pojawił się kant na męskich spodniach i odstawiono do muzeum ostatni konny tramwaj w Monachium. Nastąpiła rewolucja, czy może nawet ciąg kolejnych rewolucji w oświetleniu: lampy naftowe, gazowe, potem elektryczne. Pojawiły się rowery, samochody, samoloty.

Niemożliwe są jednak zmiany ograniczone wyłącznie do sfery materialnej, nowe wynalazki i odkrycia bez wpływu na świat mentalny, wyobraźnię, poczucie moralne. Niełatwo tu zresztą ocenić, co jest przyczyną, co skutkiem, a co tylko przygodną zbieżnością w czasie. Równolegle do republiki uczonych, polityków, nuworyszów, dorabiających się majątku, na czym tylko się dało, płynął nurt romantyzmu, sprzeciwu wobec „szkiełka i oka”, dostrzegania tego, co wydawało się nieistotne, a nawet nieprzyzwoite – w imię prawdy uczuć czy prawdy społecznej. Za mieszczańską fasadą kształtowała się nowa buntownicza wrażliwość: Wagner, odsłaniający ciemną potęgę pierwotnych namiętności, miłość mocną jak śmierć i bohaterów, którzy muszą wypełnić swe przeznaczenie, choćby musieli przypłacić to życiem. Niepokojące sny zostały podniesione do rangi zbiorowego mitu. Niedaleko już było do Freuda i Junga. Nie jest też przecież przypadkiem, że festiwale w Bayreuth tak cenił Adolf Hitler. Pojawili się mistrzowie demaskacji, jak Nietzsche, z bolesnym zapamiętaniem odwracający znaki mieszczańskich wartości, jak Marks, doszukujący się w religii, instytucjach państwa i całym publicznym dyskursie nie ponadczasowych treści, lecz żałosnych prób uzasadnienia gnijącej cywilizacji kapitalizmu, przedłużenia krzyczącej niesprawiedliwości w podziale dóbr.

Stanem świadomości europejskiej na początku wieku XX zajmuje się Czarodziejska góra, dojrzała powieść Manna, która ukazała się w 1925 roku, gdy jej autor przekroczył półwiecze. O duszę jasnowłosego prostaczka Hansa Castorpa, niedoszłego inżyniera okrętowego z Hamburga, walczą tam różne siły, personifikowane przez Kławdię Chauchat, a także dwóch ideologicznych pedagogów: nacjonalistę i liberała Lodovica Settembriniego oraz jezuitę i rewolucjonistę Leona Naphtę. Kławdia jest Rosjanką, piękną, choć trawioną gorączką i mało sobie robiącą z konwenansów kobietą o oczach szkolnego kolegi, pierwszej miłości Hansa. To ona przywiązuje go na siedem baśniowych lat do międzynarodowego sanatorium Berghof w Davos, sprawiając, że zrywa wszelkie kontakty z „nizinami”. Siłą tej psychomachii jest rozdzielenie racji. Mannowi bliżej zapewne do Settembriniego, lecz za nieznośne uważa jego wzniosłe deklamacje o ludzkości i lepszym jutrze. Naphta jest zagrożeniem (mówiono, iż pierwowzorem tej postaci był György Lukács, filozof marksistowski), ponieważ lepiej rozumie, że człowiek niekoniecznie chce być dobry i że gotów jest popełnić niejedną zbrodnię choćby z ciekawości, obojętności albo dla poczucia wspólnoty. Jak mówi ćwierć wieku później sam Mann: „można postawić pytanie, czy człowiek, kierując się potrzebą psychicznych i metafizycznych więzi, od wolności nie pragnie bardziej grozy”.

Artysta, Thomas Mann, za swój obowiązek uważał zawsze służenie prawdzie – prawdzie artystycznej, gdyż naukowej zbytnio nie cenił. Być może uczeni są przy kimś takim jak Mann jedynie naiwnymi inżynierami z Hamburga, uruchamiającymi moce, nad którymi nie potrafią zapanować, ponieważ nie rozumieją sami siebie. Czy na gruncie uczciwego podejścia do prawdy mogliby się kiedyś spotkać? I czy są jeszcze pisarze, traktujący swe posłannictwo z taką mieszczańską sumiennością i odpowiedzialnością za słowo jak Thomas Mann?

„Jako pisarz, jako psycholog, jako kreator tego, co ludzkie, zaprzysiągłem wierność prawdzie, jestem na nią skazany. Lubię jej wdzięk, lubię, gdy przenika mnie jej godność i pogarda dla nieprawdy”. Szczególnie ostre słowa ma Thomas Mann dla nieprawdy wykorzystywanej do celów politycznych. „Gregorovius w swoich Dziejach miasta Rzymu w okresie średniowiecza, tam, gdzie omawia powstanie Kościoła chrześcijańskiego i dogmatów jego wiary, na przykład prymat biskupa Rzymu, a zatem utrwalanie się władzy papieskiej, pisze z całym spokojem zdanie: «Jeśli zatem władza czcigodnej, spoczywającej na kilkuwiekowej wierze tradycji jawi się jako coś cudownego, to należy rozważyć kwestię, iż w obrębie wszelkiej kształtującej się religii tradycje i legendy tworzą fundament praktycznej działalności. Gdy tylko uzna je świat, stają się faktami.» Osobliwą grozą napawa mnie to flegmatyczne zdanie. Jak to jest? Legendy, gdy tylko «uzna je świat», stać się mogą prawdą – mity, baśnie, fałszerstwa, kłamstwa fundamentem dziejowej rzeczywistości? (…) W takim razie są one ohydną odmianą poezji, poezji przemocy, gdyż wszelkie usprawiedliwianie nieprawdy jest w końcu przemocą, podobnie jak nią jest choćby najłagodniejsze wykorzystywanie ludzkiej potrzeby wiary”. Mann odnosi swe refleksje do totalitaryzmu, który z kłamstwa tworzy nową religię. I rzeczywiście, totalitaryzmy najmocniej eksploatowały ludzką potrzebę wiary i wspólnoty, ale czy tylko one? Czy wszelka władza, kiedy tylko nie napotyka oporu, nie ulega totalitarnym pokusom? Czy abstrakcyjne, wirtualne wspólnoty dzisiejszego świata wolne są od fałszywych mitów założycielskich? Czy nie jesteśmy w coraz większym stopniu manipulowani przez specjalistów od wmawiania nieprawdy i odwracania uwagi?
Warto czytać Thomasa Manna.

Cytaty w przekładzie Huberta Orłowskiego za wyborem esejów Moje czasy, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2002.

Czy możemy być rozumni

„Zdrowy rozum jest to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej podzielona, każdy bowiem sądzi, iż jest w nią tak dobrze zaopatrzony, iż nawet ci, których we wszystkim innym najtrudniej jest zadowolić, nie zwykli pragnąć go więcej, niźli posiadają” (przeł. T. Boy-Żeleński). Zdanie to otwiera Rozprawę o metodzie René Descartesa i stanowi zapowiedź epoki, w której nie każdy może będzie miał myśli godne wielkiego uczonego, ale każdy będzie mógł zrobić użytek ze swego rozumu i ocenić, co jest prawdą, a co nie. Był rok 1637, zaledwie cztery lata po skazaniu Galileusza. Nawet tak dobry katolik jak Kartezjusz nie mógł bez zażenowania myśleć o tym wyroku. I żaden edykt władz świeckich czy kościelnych nie mógł już powstrzymać ludzi przed myśleniem na własną odpowiedzialność. Zbliżało się Oświecenie, epoka, o której w Polsce niektórzy wciąż mówią z przekąsem, może właśnie dlatego że do nas właściwie nie dotarła. Udało nam się konflikt idei sprowadzić na poziom mody: czy peruczka z harcapem, czy raczej kontusz z pasem słuckim. A chłopów (oczywiście niepiśmiennych) można było dalej bijać do woli, jeśli ktoś miał taką fantazję.

Przekonanie wyrażone przez Kartezjusza jest także podstawą demokracji: wierzymy, że nie tylko filozof, ale i, powiedzmy, cieśla ma dość zdrowego rozsądku (le bon sens u Kartezjusza), aby decydować, co najlepsze będzie w sprawach wspólnoty. I że wszyscy znamy się na tyle na ludziach, iż trudno nas oszukiwać permanentnie i uporczywie, bo w końcu się na tym poznamy. Kandydaci na urzędy musieli dawniej osobiście występować na wiecach przed wyborcami, ponosząc całe ryzyko osobistej konfrontacji z ludźmi niekoniecznie życzliwymi. W XX wieku wiele się zmieniło dzięki mediom. Przemówienia radiowe Hitlera stanowiły silny oręż propagandowy i przyczyniły się mocno do zahipnotyzowania Niemców. W Związku Sowieckim nawet ludzie siedzący w łagrach na dalekiej Północy z rozrzewnieniem myśleli o samotnym oknie na Kremlu, gdzie długo w noc pali się światło: to Józef Stalin rozmyśla, jakby jeszcze bardziej poprawić życie człowieka oraz wytworzyć nowy jego typ. Bo też wyłącznie o propagandę chodziło. Thomas Mann 11 lutego 1934 zapisał w swoim dzienniku: „Narodowosocjalistyczny literat nadworny mówi o propagandzie – nie zna bowiem nic innego, w jego mniemaniu sukcesy, oddziaływanie, zainteresowanie świata powstają dzięki propagandzie. (…) Brak zaś miłości i szacunku w świecie, na co skarżą się rządzące niemiecką Akademią i sowicie opłacane i rozpieszczane miernoty, wywodzi się z ich szlachetnego braku propagandowej zręczności. Cóż za żałosne odpady myślowe! Ale nikt nie odpowiada, nikt nie odpiera idiotycznego fałszowania sytuacji. Dlaczego? Bo po pierwsze jest to niemożliwe, a po drugie niewarte wysiłku. Czy naprawdę? Przecież na takim gnojowisku kłamstwa te prymitywne kreatury zbudowały swoje przerażające państwo” (przeł. I. i E. Naganowscy). Dziś mówi się o spin-doktorach i nadal niektórzy sądzą, że zdobycie władzy polega na zręczniejszym od konkurencji omamieniu publiki.

Wracam w tych zapiskach stale do kwestii związku między prawdą a etyką. Prawda i Dobro nie są może zaślubione sobie w platońskim niebie idei, ale też nie są dowolnymi fantazmatami, istnieją obiektywnie. Także ich związek jest realny, m.in. w tym sensie, że niezmiernie rzadko ktoś kłamie dla naszego dobra, zazwyczaj chodzi mu jedynie o władzę. Wszelkie podobieństwa do żyjących ludzi i rozgrywających się sytuacji nie są ani trochę przypadkowe.