Pierre Bayle, Myśli różne o komecie (1683)

Chrześcijaństwo należy do tradycji Europy – to prawda, lecz pamiętać musimy, że jego kształt zmieniał się bardzo z czasem. Czym innym był np. arystotelizm św. Tomasza, a czym innym reformy Lutra i Kalwina. Protestantyzm starał się chrześcijaństwo oczyścić przez powrót do źródeł oraz odrzucenie magicznej obrzędowości, był surowy, wymagał dużo od wiernych, którzy ściślej musieli się pilnować w życiu codziennym, by dostąpić łaski. Takimi właśnie surowymi protestantami, przez lata rozmyślającymi nad podstawami swej wiary, byli zarówno Isaac Newton, jak i Pierre Bayle. Protestantyzm towarzyszył przemianom mentalności europejskiej w XVI i XVII wieku, kształtował także założycieli Stanów Zjednoczonych. Nie przypadkiem nowożytna nauka i nowoczesna gospodarka rozwinęły się najbardziej w krajach protestanckich.

Kometa z lat 1680/1681 została przez Isaaca Newtona uwieczniona pierwszym obliczeniem orbity na podstawie prawa powszechnego ciążenia. Przyczyniło się to do rozwiania astrologicznych fantazji na temat związku komet z wydarzeniami na Ziemi. Był to proces powolny zapoczątkowany sto lat wcześniej odkryciem Tychona Brahego, że komety są prawdziwymi ciałami niebieskimi, tzn. nie są jakimś wyziewem górnych warstw atmosfery ziemskiej, jak sądzono od czasów Arystotelesa. Astrologia w drugiej połowie XVII wieku nie była już traktowana poważnie przez uczonych, podciął jej korzenie kopernikanizm: no bo skoro Ziemia jest tylko jedną z planet i komety też są rodzajem planet, to nie ma powodu uważać, aby zdarzenia historyczne czy meteorologiczne na planecie Ziemia dyktowane były akurat zjawieniem się jakiejś komety. Młody Isaac Newton kupił sobie książkę o astrologii na jarmarku na błoniach Stourbridge, szybko wszakże doszedł do wniosku, że zawiera bzdury. Nie potrafiąc narysować jakiejś figury omawianej w książce, sięgnął do Euklidesa. Niebawem już czytał Geometrię Kartezjusza, dzieło trudne, które jednak przestudiował. W ciągu roku opanował samodzielnie znaną wówczas matematykę i zaczął twórczość oryginalną. Niemal wszystkiego nauczył się sam i osiem imponujących tomów jego Mathematical Papers pokazuje, że matematyka towarzyszyła potem stale jego innym zainteresowaniom. Jest to zapewne jedyny przykład, gdy astrologia do czegoś realnego się przydała.


Niezbyt wierzono, przynajmniej w kręgach ludzi wykształconych, by komety zwiastowały nieszczęścia lub zostały zesłane z nieba w celu naszej moralnej poprawy, ale spotykało się wciąż rozmaite opinie. Możliwy do pomyślenia był oczywiście jakiś ich wpływ naturalny, np. katastrofa kosmiczna albo oddziaływanie z ziemską atmosferą. Tak czy owak zjawiska kometarne przesuwały się ze sfery cudownej i nadprzyrodzonej w domenę ciekawostek natury.
Madame de Sévigné, której listy stanowią jedno z arcydzieł języka francuskiego, pisała w na początku stycznia 1681 r. do swego kuzyna hrabiego de Bussy-Rabutina:

Mamy tutaj wielce okazałą kometę, która ma najpiękniejszy warkocz, jaki można oglądać. Wszystkie ważne osobistości wpadły w popłoch, gdyż wierzą mocno, iż niebiosa tak przejęły się ich stratą, że powiadamiają o niej poprzez ową kometę. Mówi się, że kardynała Mazarin, któremu medycy nic już nie potrafią pomóc, dworzanie poinformowali o pojawieniu się wielkiej komety, budzącej w nich lęk, ponieważ byłaby ich zdaniem cudem stosownym dla uczczenia śmierci kogoś tak wybitnego. Kardynał znalazł siłę, aby to wyśmiać i stwierdził żartobliwie, że kometa wyświadczyłaby mu zbyt wielki honor.

De Bussy-Rabutin odpisał z Burgundii, że i tam różne lokalne znakomitości obawiają się w związku z kometą o siebie. „Mercure galant” pokpiwał, że kometa najwyraźniej zapowiadała śmierć jakiejś wielkiej istoty, ponieważ umarł słoń trzymany w Wersalu.

Wykładowca hugonockiego kolegium w Sedanie, Pierre Bayle, zainteresował się nie tyle samą kometą z 1680/1681 r., ile mechanizmem społecznej wiary i niewiary, a także sensem religijnym tego zjawiska. Rozważaniom tym poświęcił książkę, wydaną anonimowo w roku 1683. Można by gorzko stwierdzić, iż w jego przypadku kometa była zapowiedzią znacznych zmian: w lipcu 1681 roku kolegium zamknięto. Było to jedno z posunięć króla Ludwika XIV w zbożnym dziele oczyszczania Francji z heretyków, tzn. z protestantów. Bayle spędził resztę życia w Rotterdamie, pisząc i stając się jednym z prekursorów Oświecenia. Obawiał się o swoją rodzinę we Francji, młodszy jego brat nie wytrzymał pobytu w lochach arcykatolickiego władcy, gdzie znalazł się wyłącznie z powodu swej wiary. Bayle pisał:

Gdyby wiedziano, jak ostrego sensu nabrało obecnie to słowo, nie zazdroszczono by Francji, że jest całkowicie katolicka pod panowaniem Ludwika XIV. Już od dawna bowiem ci, którzy mają się za wcielenie katolicyzmu, postępują w sposób budzący zgrozę, że uczciwy człowiek powinien miano katolika uważać za obelgę; a po tym, co zrobiliście ostatnio w owym arcykatolickim królestwie, powinno być teraz wszystko jedno, czy mówi się: religia katolicka, czy też: religia ludzi niegodziwych (przeł. J. Lalewicz).

Okoliczności zewnętrzne, a także daleko posunięta uczciwość intelektualna, skłaniały Bayle’a do sceptycyzmu wobec utartych mniemań. Podważał rolę tradycji, która ostatecznie zasadza się na tym, że powtarzamy czyjąś opinię, nie zadawszy sobie trudu jej przemyślenia. Gdyby więc trochę dokładniej przyjrzeć się temu, skąd biorą się różne tradycje, mogłoby się okazać, że w gruncie rzeczy powtarza się bezkrytycznie pogląd jednego czy dwóch autorów. Ta prosta myśl mogła podważyć nie tylko wierzenia dotyczące komet, ale i jeden z filarów Kościoła katolickiego, który z poszanowania tradycji robił swój wyróżnik, swoją differentia specifica, pośród doktryn chrześcijańskich.
Nie należy więc specjalnie wierzyć w argumenty z tradycji:

Tak więc świadectwa historyków dowodzą tego jedynie, że komety się pojawiały i że po nich występowały rozmaite niepokoje w świecie – niezmiernie stąd daleko do udowodnienia, iż jedna z tych rzeczy stanowi przyczynę bądź prognostyk drugiej, jeśli nie chcemy być jak owa kobieta z ulicy Saint Honoré [w Paryżu], która widzi przejeżdżające karety, ilekroć wyjrzy z okna i wyobraża sobie, że to ona jest przyczyną ich pojawiania się lub przynajmniej jej ukazanie się w oknie stanowi dla całej dzielnicy prognostyk, iż wkrótce przejedzie kareta (§5).

Bayle tak daleko zaszedł w intelektualnym sceptycyzmie, że wyrażano często wątpliwości, czy nie stał się ateistą. Głosił w każdym razie radykalne oddzielenie religii – domeny wiary, od filozofii – domeny rozumu. „Jeśli sprawiedliwy żyje swą wiarą, to filozof także powinien żyć swoją; znaczy to, że w swym osądzie rzeczy powinien być niezależny od tego, co sądzą inni. Powinien badać głęboko swoje przedmioty [roztrząsań]”.

Bóg zdaniem Bayle’a nie mógł być kapryśnym władcą, swego rodzaju Królem-Słońce na niebiesiech, kierującym się przesądami i gniewem. Filozof żadną miarą nie potrafił wierzyć w Boga, który posługuje się teatralną maszynerią przyrody: kometami, by siać lęk i przerażenie, wykorzystując do swoich celów ludzką łatwowierność i skłonność do doszukiwania się magicznych powiązań w świecie. Nie chciał być jak jezuici z upodobaniem sięgający po światło, dźwięk i dekoracje dla wzmocnienia wymowy religijnego przesłania. Ludzkość zbyt łatwo ulega rozmaitym złudzeniom, zbyt łatwo daje się oszukiwać i dobry nauczyciel nie powinien się uciekać do tego rodzaju tanich sztuczek nawet w dobrej intencji. Jego Bóg był wyższy ponad moralne kuglarstwo. Nie powinien też rozbudzać pychy, która i tak jest właściwa ludziom:

Im dłużej zgłębia się człowieka, tym lepiej się poznaje, iż pycha jest jego dominującą namiętnością i że sili się on na wielkość w najbardziej nawet żałosnej nędzy. Będąc stworzeniem tak lichym i znikomym, zdołał przecież sobie wmówić, że jego śmierć nie może nie wstrząsnąć całą przyrodą i nie zmusić Niebios do specjalnych zachodów dla uświetnienia jego pogrzebu. Głupia i śmieszna to próżność. Gdybyśmy mieli właściwe pojęcie o wszechświecie, rychło zrozumielibyśmy, że śmierć lub narodzenie jakiegoś władcy to rzecz tak znikoma w odniesieniu do całej natury, iż nie ma powodu, by się nią w niebie wzruszano (przeł. J. Lalewicz, §83).

Zabobonność, idolatria: w oczach Bayle’a były to najgorsze cechy nierozumu. Protestantyzm pragnął chrześcijaństwo oczyścić z magii, z kultu obrazów, posągów i relikwii. Sama religia może bowiem rozbudzać w ludziach absurdalne wierzenia i uprzedzenia:

By powrócić do zabobonnego usposobienia, które Szatan znalazł w ludzkim umyśle – twierdzę, że ten wróg Boga i naszego zbawienia tak się przyłożył i tak dobrze wykorzystał okazję, że to, co jest na świecie najlepsze, a mianowicie religię, uczynił zbiorem niewiarygodnych dziwactw, niedorzeczności i niesłychanych zbrodni; a co gorsze, za pośrednictwem takich skłonności wciągnął ludzi w najśmieszniejsze i najbardziej odrażające bałwochwalstwo, jakie sobie można wyobrazić” (przeł. J. Lalewicz, §67)

Bayle mówił tu o religii pogańskiej, ale oczywiście chodziło mu o to, by nie sprowadzać wiary do uczestnictwa w obrządkach i nie urządzać procesji i modłów z okazji komety, praktykując jednocześnie najróżniejsze występki. „Wiara, iż religia, w której zostało się wychowanym, jest jak najlepsza, nader często idzie w parze z praktykowaniem wszelkich  zakazanych przez nią występków, i to zarówno wśród wielkiego świata, jak wśród ludu”.
Powiedział wreszcie Bayle, że można sobie wyobrazić społeczeństwo ateistów, które bynajmniej nie składałoby się z samych potworów, a nawet może byłoby lepsze od społeczeństwa chrześcijan. Ateizm w oczach Boga wcale nie jest gorszy od zabobonu. Wręcz przeciwnie, ateiści, którzy potrafili porzucić zabobony i idolatrię, mogą być ludźmi lepszymi niż pełen uprzedzeń tłum, dostrzegający w religii jedynie magię.

Poglądy Bayle’a raziły wielu, nie tylko katolików, ale także i protestantów. Gwałtownie polemizował z nim Pierre Jurieu, niecierpliwie wyglądający znaków upadku Antychrysta, tzn. papieża. Swoistą polemiką z Bayle’em była także Teodycea Gottfrieda Wilhelma Leibniza. Bayle twierdził bowiem, iż zło i grzech są dla nas niezrozumiałe, są tajemnicą, jeśli wierzymy we wszechmocnego i najlepszego Boga. Nie może bowiem być wyjaśnieniem zdanie, że Bóg dopuszcza grzech, aby z móc z niego potem z Jego pomocą wyjść.

Bóg byłby wówczas jak ojciec rodziny, który pozwala swym dzieciom połamać nogi tylko po to, aby przed całym miastem ukazać swą zręczność w nastawianiu kości; albo jak monarcha, który pozwalałby rozkwitać buntom i zamieszkom w swoim państwie, by zyskać chwałę tego, który je stłumił” (Dictionnaire, 1725, t. 3: N-Z, Pauliciens, przyp. g, s. 160).

Leibniz podjął się uzasadnienia, iż świat, jaki znamy, jest zarazem najlepszym z możliwych: gdyby zmienić w nim cokolwiek, byłby jeszcze gorszy – Bóg stosuje swego rodzaju zasadę najlepszych skutków, optymalizując bieg zdarzeń. Jeśli zdaje się nam, że nie żyjemy na najlepszym ze światów, to tylko z powodu ograniczonej perspektywy, gdybyśmy mogli widzieć całość, zrozumielibyśmy wielki boży zamysł.

Ciąg dalszy napisał Voltaire, zresztą wielki czytelnik Bayle’a:

Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło trzy czwarte Lizbony, mędrcy owej krainy nie znaleźli skuteczniejszego środka przeciw całkowitej ruinie, jak dać ludowi piękne autodafé. Uniwersytet w Coimbre orzekł, iż widowisko kilku osób spalonych uroczyście na wolnym ogniu jest niezawodnym sekretem przeciwko trzęsieniu ziemi.
W myśl tego zapatrywania pochwycono jakiegoś Biskajczyka, któremu dowiedziono, iż zaślubił swą kumę, oraz dwóch Portugalczyków, którzy, jedząc kuraka, oddzielili tłustość (…)
Kandyd, przerażony, oszołomiony, odurzony, cały zakrwawiony i drżący, powiadał sam do siebie: „Jeżeli to jest najlepszy z możliwych światów, jakież są inne? mniejsza jeszcze, gdyby mnie tylko oćwiczono, toż samo zdarzyło mi się u Bułgarów; ale, o drogi Panglossie! największy z filozofów, trzebaż, bym patrzał, jak dyndasz, nie wiadomo za co! o, drogi anabaptysto, najlepszy z ludzi, trzebaż było ci utonąć w porcie! o, panno Kunegundo! perło dziewic, trzebaż, aby ci rozpruto żołądek! (przeł. T. Boy-Żeleński)

 

Reklamy

Voltaire czyli uśmiech rozumu

Pisał Thomas Carlyle:

Niezliczone zastępy strojnych panów, bogów tego niższego świata, obróciły się w nieorganiczny pył, nie zostawiając po sobie ani jednego miłego czy użytecznego wspomnienia; a ten biedny Voltaire, który nie miał nic oprócz własnego języka i umysłu, świeci wciąż blaskiem dla wszystkich narodów, mnie zaś proszą gorąco: „Opowiedz nam o nim, oto człowiek!”.
(Th. Carlyle, History of Friedrich II of Prussia, t. 16)

Różni pustogłowi mędrcy lubią twierdzić, że Oświecenie to epoka naiwna albo nawet złowroga, która w dodatku źle się skończyła, bo Rewolucją Francuską. Zwłaszcza francuscy philosophes, a wśród nich zwłaszcza Voltaire, podkopali religię. Swoim narzekaniem na upały ściągnęli nam na głowę gradobicie. Gdyby nie oni, żylibyśmy dotąd jak u Pana Boga za piecem, nieświadomi zwątpienia, przyjmując choroby i cierpienie jako dopust boży, może głodni, ale przekonani, że kto był dobrym człowiekiem, tego nagroda w niebie nie minie, a władcom należy się cześć niemal taka jak biskupom. Ten okropny, próżny, zarozumiały, cyniczny Voltaire…

A w dodatku, jak pisał. Przeczytajmy tylko jeden krótki liścik (cała jego korespondencja zajmuje pięćdziesiąt tomów, co stanowi jedną trzecią tego, co napisał). Autor ma siedemdziesiąt pięć lat, z wyglądu przypomina szkielet, mieszka w Ferney, blisko Genewy, gdyż we Francji groziłoby mu więzienie z powodu zbyt śmiałych tekstów. Adresatką jest trzydziestotrzyletnia Suzanne Curchod, znana pod nazwiskiem mężowskim jako pani Necker, dama bogata, wpływowa i inteligentna, w której paryskim salonie bywają encyklopedyści, d’Alembert i Diderot, pisarze, artyści. Goście pani Necker wpadli na pomysł, by zebrać pieniądze na posąg Voltaire’a. Wśród subskrybentów znalazło się dwóch królów: Danii i Prus, lecz nie Ludwik XV – ten nigdy Voltaire’a nie lubił. Zadanie wyrzeźbienia posągu otrzymał Jean Baptiste Pigalle, który wybrał się w tym celu do Szwajcarii.

Do Pani Necker
Kiedy ludzie z mej wioski ujrzeli, jak Pigalle rozkłada narzędzia swojej sztuki, powiadali: „Ho, ho, będą mu robić sekcję; ależ będzie zabawa!” Gdyż, jak pani wiadomo, każde widowisko zabawia publiczność; równie dobrze można pójść do teatru marionetek, na ognie świętojańskie, do Opery Komicznej, na sumę czy na pogrzeb. Mój posąg wzbudzi uśmiech paru filozofów i sprawi, że zmarszczy brew jakiś łajdak hipokryta czy jakiś łobuz pismak; marność nad marnościami!
Lecz przecież nie wszystko jest marnością; moja tkliwa wdzięczność dla mych przyjaciół, a przede wszystkim dla ciebie, pani, nie jest marnością.
Tysiąc czułych wyrazów oddania dla pana Necker.
Ferney, 19 czerwca 1770
(przeł. Z. Żabicki)

Anegdotka z początku listu została pewnie zmyślona przez Voltaire’a. Nie chodzi jednak tylko o to, by rozbawić panią Necker. Wprowadzając prostych ludzi i ich sposób widzenia świata, autor podkreśla dystans do własnej osoby i do zniszczonego ciała, które przyszło artyście rzeźbić za pomocą całego instrumentarium. W jednym z poprzednich listów tak opisał siebie po niedawno przebytej chorobie: „Oczy mam zapadnięte na trzy cale, moje policzki przypominają stary pergamin źle przyklejony do kości, które na niczym się nie trzymają. Wypadła mi resztka zębów, które miałem. Nie rzeźbiono dotąd żadnego nieboraka w takim stanie” (przeł. K. Arustowicz). Żarty z samego siebie, owszem, ale bez natarczywego zwracania uwagi na stronę fizyczną starczego rozpadu, byłoby to niestosowne i niesmaczne. Toteż Voltaire nie epatuje zbyt długo swoim stanem, z udaną rezygnacją zgadza się dostarczać innym widowiska. Bo publiczność uwielbia wszelkiego rodzaju zbiegowiska, zgromadzenia, procesje, spektakle, obojętne czy będą wysokiego lotu, czy nie – w dobie Facebooka powinniśmy świetnie rozumieć, że liczy się widowisko i efekt nowości, mniejsza o pretekst. Pani Necker rozumie to oczywiście równie dobrze jak autor, mający za sobą pół wieku doświadczeń w pisaniu i wystawianiu sztuk teatralnych. Suma i pogrzeb także trafiają na listę spektakli: bo przecież i one są przedstawieniami, zwłaszcza w wydaniu wielkoświatowym, gdy liczy się decorum, podniosłość, manifestowanie hierarchii społecznej znacznie bardziej niż treść duchowa owych zgromadzeń. Voltaire, wychowanek jezuitów, nigdy nie rozumiał przeżyć religijnych, uważał je za szalbierstwo albo przesąd kucharek i lokajów (potrzebny zresztą do utrzymania porządku w państwie). Wynikiem zabiegów Pigalle’a miał być posąg, niemający zbyt wiele wspólnego z rzeczywistym wyglądem modela. Przedstawiał on raczej pewien byt idealny, Voltaire’a na Polach Elizejskich (nie tych paryskich, lecz tych antycznych), gdzie znajdzie się wśród innych sławnych postaci.

jeanbaptistepigalle_voltairenude

Bo ostatecznie, jakie to ma znaczenie dla potomności, czy jakiś blok marmuru przypomina tego, a nie innego człowieka”.

Spektakle próżności to oczywiście marność nad marnościami, ale dalecy jesteśmy od tonu Księgi Koheleta: nie wszystko jest marnością. Na przykład przyjaźń. Delikatna, nie narzucająca się, pełna empatii przyjaźń jest jednym z najcenniejszych uczuć tej epoki, która niezbyt wiele sobie robiła z miłości, nie potrafiąc jej traktować z mieszczańską solennością ani z młodzieńczym ponuractwem romantyzmu. Voltaire, zjadliwy i szyderczy wobec wrogów, umiał być niezwykle wyrozumiały wobec tych, którzy mienili się jego przyjaciółmi. Nawet wtedy, gdy pielęgnował tylko złudzenie, nawet wtedy, gdy go to sporo kosztowało, a rzekomy przyjaciel był raczej pieczeniarzem albo obłudnikiem.

Styl Voltaire’a, jego zwięzłość, lekkość, starannie przemyślana prostota to jeden ze szczytów literatury francuskiej i światowej. Po poprzednikach otrzymał język zdolny do wyrażania wielu treści: język Molière’a, Racine’a, Pascala. Potrafił go udoskonalić na tysiącach przykładów, wydestylować co najlepsze z żartobliwego dialogu salonowego, w którym największą zbrodnią jest nudzić. Jego klarowna proza nie utrudniała dotarcia do myśli, przeciwnie, to autor brał na siebie lwią część trudu, nie każąc czytelnikowi przedzierać się przez zawiłe okresy zdaniowe. W dziedzinie stylu najwięcej chyba zawdzięczał Pascalowi, którego poglądy leżały na antypodach jego własnych. Voltaire nie potrafił zrozumieć ponurej zaświatowości tego wybitnego umysłu, opętanego jedną tylko kwestią: własnego zbawienia. Pascal starał się uratować katolicyzm przed życiem ułatwionym i algebraiczną moralnością jezuitów, w której złe i dobre uczynki sumowały się w jednym bilansie i nietrudno było wyjść na swoje. Jego kościół wybrał jednak barokową teatralność, gwałtowne gesty świętych rażonych nagłym widzeniem, cuda ułatwione i dostępne zmysłom. Wybrał jezuitów przeciwko jansenistom. Voltaire nie rozumiał ani jednych, ani drugich, choć po kasacie zakonu przygarnął pewnego jezuitę, z którym grał w szachy.

Wystan Hugh Auden

Voltaire w Ferney 

Teraz prawie szczęśliwy, oglądał gospodarstwo.
Tu zegarmistrz-emigrant w oknie go przywitał
I powrócił do pracy. Gdzie szybko rósł szpital,
Cieśla uchylił czapki. Ogrodnik meldował,
Że dobrze idą drzewa, które sam plantował.
Białe Alpy błyszczały. Był wielki. Było lato.

Tam daleko w Paryżu, gdzie jego przeciwnicy
Syczeli, że jest podły, w sztywnym swoim krześle
Stara, ślepa, czekała na śmierć i na listy. Do niej
„Nic lepszego nad życie” pisał. Gdyż jest bojem.
To coś warte. Oprawców, kłamców straszył nieźle.
Pleć chwast. Cywilizować. I tylko to się liczy.

Słodki, cięty, intrygant, prześcignął wszystkich dawno.
Inne dzieci rozważnie wiódł na święte wojny
Przeciw obrzydłym dorosłym. A chytrość miał dziecka.
Wiedział kiedy udawać, że jest już pokorny,
Chronić się w dwulicowość, łgać dla bezpieczeństwa,
Ale jak chłop cierpliwie trwał wiedząc, że upadną.

Nigdy, jak d’Alembert, nie zwątpił o wygranej.
Tylko Pascal był wielkim wrogiem. Ten czy ów
To szczury już otrute. Choć zostało wiele
Do zrobienia, a nie miał nikogo prócz siebie.
Poczciwy Diderot był głupi, starał się jak mógł.
Rousseau, wiedział to zawsze, wykpi się swoim łkaniem.

Więc, jak na warcie, nie spał. Noc była pełna ech:
Krzywdy, trzęsienia ziemi, egzekucje. Umrze,
A straszne niańki ciągle stoją nad Europą
Chcąc dzieci oblać wrzątkiem. Chyba tylko słowo
Wiersza mogło je wstrzymać; musiał pisać. W górze
Nie skarżące się gwiazdy składały jasny śpiew.
(przeł. Cz. Miłosz)

Stara, ślepa korespondentka to markiza du Deffand, kobieta tyleż przenikliwa, co złośliwa, choć nie wobec wszystkich.

Flaszki Kleista i butelki lejdejskie: elektryczny szok uczonej Europy (1745-1746)

Ważne odkrycia niemal zawsze są niespodziewane, bywają także niebezpieczne, gdyż odkrywcy zwykle są w roli ucznia czarnoksiężnika, rozpętując moce, nad którymi nie potrafią zapanować. Odkrycie butelki lejdejskiej stanowiło przełom w badaniach elektryczności. Do tej pory była ona jedynie źródłem interesujących i zabawnych pokazów. Elektron znaczy po grecku bursztyn, i to bursztyn był pierwszą substancją używaną do wywołania zjawisk przyciągania i odpychania lekkich drobnych przedmiotów w rodzaju skrawków papieru. Zauważono, że także inne materiały, jak siarka albo szkło, elektryzują się przez tarcie. Znane było doświadczenie Graya, pokazujące, że elektryczność może być przekazywana także przez ciało ludzkie.

0154.P.2.1612.1032

Stephen Gray, farbiarz, astronom i okazjonalnie demonstrator eksperymentów w Towarzystwie Królewskim, został pod koniec życia pensjonariuszem Charterhouse, czegoś w rodzaju szpitala z domem starców dla gentlemanów (pojęcie w Anglii bardzo rozciągliwe) połączonego z sierocińcem i szkołą. Do eksperymentów używał czterdziestosiedmiofuntowego chłopca zawieszonego na jedwabnych izolujących pasach. Na rysunku widzimy jeden z wariantów takiego doświadczenia. Osoba B obraca tu za pomocą przekładni szklaną kulę C, która jest pocierana ręką osoby D. Zawieszony w powietrzu chłopiec stopami dotyka kuli, podając rękę dziewczynce G (stojącej na izolacyjnej podkładce z żywicy albo smoły). Jej ręka przyciąga skrawki złotej folii leżące na gerydonie H. Na drugim rysunku mamy naelektryzowaną szklaną rurkę TT, która za pomocą brązowego drutu B połączona jest z dzwonkiem A. Młoteczek C zawieszony jest na jedwabnym sznurze i jest na przemian przyciągany oraz odpychany przez A, w rezultacie oscyluje między dzwonkami A i E, wywołując ich dzwonienie.

Georg Matthias Bose, profesor filozofii naturalnej z Wittenbergi i autor marnych francuskich wierszy, w swych eksperymentach przejawiał iście germańskie poczucie humoru. Jeden z nich, znany jako Venus electrificata, polegał na tym, by naelektryzować damę stojącą na izolowanej podkładce. Gdy następnie jakiś kawaler próbował ją pocałować, rażony był iskrą wybiegającą z warg wybranki. Innym jego popisowym doświadczeniem była „beatyfikacja”: delikwent wkładał na głowę specjalną koronę, która po naelektryzowaniu świeciła. Mimo tak bezceremonialnego podejścia do aureoli i świętości starał się Bose o uznanie wszędzie, nawet w Turcji i u Ojca Świętego Benedykta XIV. To ostatnie ściągnęło na niego represje na macierzystej uczelni, kolebce luteranizmu, spór musiał zażegnywać król Fryderyk.

bub_gb_FSJWAAAAcAAJ-xx

Jesienią 1745 roku eksperymentami elektrycznymi zajął się dziekan luterańskiej kapituły katedralnej w Kamieniu Pomorskim, Ewald Georg von Kleist. Dwadzieścia lat wcześniej studiował on w Lipsku i w Lejdzie i mógł się już wtedy zetknąć z elektrycznością, choć bezpośredniej inspiracji dostarczyły mu stosunkowo niedawne eksperymenty Bosego, m.in. uzyskiwanie iskry z wody oraz zapalanie spirytusu za pomocą elektryczności. Wyobrażano sobie wówczas elektryczność jako jakiś pewien rodzaj rodzaj subtelnej materii jakoś spowinowaconej z ogniem, mówiono nawet o ogniu elektrycznym. Eksperymenty z czerpaniem ognia z wody bądź zamianą iskry elektrycznej na rzeczywisty płomień zdawały się potwierdzać bliski związek obu tych tajemniczych substancji. Kleist pragnął naelektryzować wodę i udało mu się to w następujący sposób: butelkę napełniał częściowo wodą, rtęcią albo spirytusem, następnie zatykał korkiem, przez który przechodził drut albo gwóźdź. Jeśli trzymało się ten wynalazek w ręku, podczas gdy gwóźdź podłączony był do machiny elektrostatycznej, można było go bardzo mocno naelektryzować. Kolba średnicy czterech cali po naelektryzowaniu potrafiła powalić chłopca w wieku ośmiu bądź dziewięciu lat, jak starannie odnotował dobry dziekan (nie podając wszakże wagi chłopca). Po raz pierwszy wytworzona przez człowieka elektryczność przestała być niewinną salonową zabawą. Jak pisał Kleist, każdemu odechciałoby się całowania tak naelektryzowanej Wenus.

flasche-xx

Rysunek von Kleista z listu do Pawła Świetlickiego, diakona luterańskiego kościoła św. Jana w Gdańsku, przedstawiający jego urządzenie (z listu tego korzystał D. Gralath)

Odkrycie von Kleista było przypadkowe: nie rozumiał on, dlaczego musi trzymać swoje urządzenie w ręku, aby działało. Chcąc nagromadzić dużą ilość elektrycznego ognia, należałoby raczej izolować naczynie zamiast trzymać je w ręku i w ten sposób uziemiać. Dziś wiemy, że flaszka Kleista, jak nazywano ją czasem w Niemczech, była po prostu kondensatorem: ręka i woda z gwoździem stanowiły jego dwie okładki rozdzielone szkłem. Z punktu widzenia ówczesnej wiedzy działanie tego urządzenia było jednak niezrozumiałe. Spośród kilku uczonych, którzy otrzymali listowne doniesienia Kleista, eksperyment zdołał powtórzyć chyba tylko Daniel Gralath (a właściwie jego pomocnik Gottfried Reyger) w Gdańsku. Niedługo później, już w roku 1746, podobne doświadczenie przeprowadzono niezależnie w Lejdzie. Także i tu pierwszym odkrywcą był naukowy amator, Andreas Cunaeus, prawnik, zabawiający się eksperymentami w pracowni miejscowego profesora Pietera van Musshenbroeka. Przypadkowo zauważył on to samo co Kleist, jego eksperyment powtórzył później pomocnik profesora, Jean Nicolas Allamand, a na koniec i sam Musshenbroek, który był nim tak mocno wstrząśnięty, że, jak wyznał swemu paryskiemu koledze, nawet za całe królestwo Francji nie chciałby tego przeżyć po raz drugi.

leiden exp-x

Strach niebawem minął i elektrowstrząsy za pomocą butelek lejdejskich zaczęli wytwarzać wszyscy eksperymentatorzy, choć przez pewien czas do dobrego tonu należało informować o przypadkach konwulsji, paraliżu, zawrotów głowy itp. Żona profesora z Lipska, Johanna Heinricha Wincklera, po dwóch wyładowaniach poczuła się tak słabo, że ledwie mogła mówić. Tydzień później mąż zaaplikował jej jeszcze jedno wyładowanie, po którym krew się jej puściła z nosa. Profesor Winckler humanitarnie wstrzymał się jednak od przeprowadzania eksperymentów na ptakach, nie chcąc zadawać owym stworzeniom niepotrzebnych cierpień. Abbé Jean Antoine Nollet, mistrz pokazów fizycznych, utrzymujący się z produkcji naukowych urządzeń dla bogatych klientów, takich jak np. Voltaire i pani du Châtelet, zaprezentował w obecności króla Ludwika XV żywy łańcuch 180 grenadierów, poprzez który rozładowywała się butelka lejdejska. Wszyscy oni jednocześnie podskakiwali, co tak bardzo podobało się suwerenowi, że kazał sobie ten eksperyment powtarzać.

Voltaire i Émilie du Châtelet: umysłowe powinowactwa z wyboru

Kardynał de Polignac opowiadał kiedyś z przejęciem markizie du Deffand o męczeństwie św. Dionizego, który, zdekapitowany za wiarę, zabrał swoją głowę z miejsca kaźni i powędrował z nią z Paryża aż do miejsca, gdzie dziś wznosi się bazylika Saint-Denis.

– To całe dwie mile, madame, dwie mile!

– Och, monseigneur, w takich sytuacjach najtrudniejszy jest pierwszy krok – odparła markiza.

Nie doceniamy, jak trudno jest zrobić pierwszy krok. W nauce najtrudniejsze nie są bynajmniej popisy sprawności matematycznej czy technicznej, lecz przezwyciężenie trudności pojęciowych, dostrzeżenie problemu z właściwej strony, nowatorskie ujęcie, pozbycie się niepotrzebnego balastu myślowego. Dotyczy to twórców, ale też i tych, którzy wbrew panującym poglądom propagują myśli dotąd niespotykane.

Voltaire i Émilie du Châtelet wprowadzali do Francji, a tym samym do Europy, filozofię Locke’a i fizykę Newtona. Oznaczało to dla nich, że człowiek, posługując się rozumem i eksperymentem, może poznać budowę wszechświata. Dziś nie umiemy już sobie wyobrazić owego olśnienia: oto ludzkość nie jest skazana na dreptanie w kółko, jałowe spekulacje i wieczne powtarzanie błędów. Uchwyciliśmy początki prawdziwej wiedzy, która nie przeminie wraz z modą na pudrowane peruki.

Na razie jednak po dwóch stronach kanału La Manche wszechświat wydawał się zupełnie różny. Francuzi przyjęli, wprawdzie z niemal stuletnim opóźnieniem, poglądy swego rodaka-emigranta, Kartezjusza. Nauczał on, że nie ma próżni, gdzie bowiem jest rozciągłość, tam jest i materia. Świat miał być wypełniony najróżniejszymi cząstkami, które wciąż się poruszały i stale wypełniały nawet najmniejsze załomki przestrzeni. Ciała mogły się wedle Kartezjusza zderzać, ale w żadnym razie przyciągać. Zderzenia były przekazywaniem ruchu, jak w przypadku kul bilardowych. Przyciąganie na odległość było w tej filozofii wyklęte, było magią, nawrotem do scholastyki, dziwacznym przesądem „światło ćmiącym”. Anglicy widzieli to inaczej (gdyby Bóg nie zamierzał ich oddzielić od Francuzów, nie stworzyłby The English Channel). Isaac Newton przedstawił pewną teorię matematyczną dotyczącą przyrody. Gdyby planety były przyciągane przez Słońce siłą odwrotnie proporcjonalną do kwadratu odległości, to poruszałyby się tak, jak to obserwują astronomowie. Kosmiczny ośrodek tylko by w tym przeszkadzał. Gdyby taka siła działała, to i Słońce powinno być przyciągane przez planety. A także planety powinny się przyciągać wzajemnie. Gdyby to była prawda, to Ziemia powinna być spłaszczona u biegunów, a morza powinny podążać za ruchem Księżyca… Grawitacja była jednym z owych rzadkich gdyby, stopniowo zamieniających się w pewność.

Francuz, który przybywa do Londynu, zastaje tam mnóstwo zmian nie tylko w filozofii, lecz w ogóle wszędzie. Zostawił w Paryżu świat pełen, a tutaj zastaje go pustym. W Paryżu każdy widzi wszechświat złożony z wirów subtelnej materii, w Londynie nikt czegoś podobnego nie spostrzega. U nas ciśnienie Księżyca wywołuje przypływ morza, u Anglików zaś morze ciąży w kierunku Księżyca (…) Dowiecie się także, iż Słońce, które we Francji się do tego nie wtrąca, tutaj ma jedną czwartą udziału w rzeczonej sprawie. U waszych kartezjanów wszystko dzieje się na skutek impulsów, których nikt nie rozumie, u pana Newtona zawdzięczamy wszystko przyciąganiu, którego przyczyny także nikt nie zna. W Paryżu wyobrażacie sobie Ziemię okrągłą jak melon; w Londynie Ziemia jest na biegunach spłaszczona. Dla kartezjanina światło istnieje w powietrzu, a dla newtończyka przybywa ono ze Słońca w sześć i pół minuty [Listy filozoficzne, przeł. J. Rogoziński].

Pamiętajmy, że kiedy Voltaire to pisał, rozstrzygnięcie było nieznane. Ilu z dzisiejszych poetów potrafi prawidłowo rozpoznać, która z współczesnych teorii fizycznych będzie najpłodniejsza przez następne dwieście lat? I pamiętajmy, że książka, z której pochodzi ten cytat, została spalona ręką kata, a jej autor stał się człowiekiem wyjętym spod prawa. To nie było beztroskie głoszenie oryginalnych poglądów, można było drogo zapłacić za luksus opinii innej niż oficjalna. Oczywiście, prześladowcom Voltaire’a nie o samą naukę chodziło: Newton i Locke byli fragmentem obrazoburczej całości, w której monarchia mogłaby być bardziej oświecona, a kler nieco bardziej ewangeliczny – adresaci tych postulatów źle znosili uwagi jakiegoś tam poety, choćby i sławnego. Francja była na szczęście dyktaturą łagodzoną koneksjami, Voltaire schronił się więc u markizy du Châtelet w jej château Cirey.

2.Emilie_Chatelet_portrait_by_Latour

 

(portret Maurice’a Quentina de La Tour)

Kochali się i przez lata byli sobie wierni; fakt, że Émilie była mężatką, nie miał tu większego znaczenia. Był to bodaj pierwszy w historii związek dwojga ludzi, których prócz miłości, łączyły wspólne cele intelektualne i wymiana myśli (Heloiza i Abelard to jednak nie to samo). Émilie du Châtelet nie odebrała szkolnego wykształcenia – panny posyłano wówczas najwyżej do szkół klasztornych, gdzie edukacja była nader licha – ale znała łacinę i języki nowożytne, potrafiła nauczyć się matematyki. Nie zdążyła być wielką fizyczką, zaczęła zbyt późno. Lepiej wszakże niż Voltaire rozumiała matematyczne zasady Newtona – przełożyła jego legendarnie trudne Principia na francuski – do dziś nie ma innego przekładu. Oboje byli amatorami w najlepszym sensie tego słowa, wywodzącego się przecież od łacińskiego amare – kochać. Znaczyło to, że nie muszą zajmować się nudnymi rzeczami jedynie dla kariery, lecz mogą skupić się na tym, co ważne. Pracując we dwoje, dokonali więcej niż niejedno uczone towarzystwo. Nasza cywilizacja nie została stworzona wyłącznie przez odosobnionych geniuszy w rodzaju Newtona, wielką rolę odegrali także ci, którzy potrafili wielkie idee uczynić powszechną własnością – wprowadzanie w obieg wartościowych idei jest nie mniej ważne niż wprowadzanie w obieg rzetelnego pieniądza.

Voltaire i René-Joseph de Tournemine SJ: czy materia może myśleć? (1735)

Nauka i technika to jedyne może dziedziny, w których mamy do czynienia z rzeczywistym postępem. Dzisiejszy student wie więcej niż wszyscy starożytni uczeni, nawet gdy się specjalnie nie stara, korzysta bowiem ze zbiorowego dorobku stuleci. Wraz z tym postępem zachodzi też proces, który można by nazwać uniepotrzebnianiem się filozofii i teologii. W miarę, jak coraz więcej wiemy o różnych obszarach rzeczywistości, filozofia wypierana jest na dzikie pogranicze, gdzie dotąd nie zapanowały naukowe prawa i porządek (nie chcę przez to powiedzieć, że filozofia dziś jest już niepotrzebna!). Podobny proces dotyczy teologii, dziedziny dość specyficznej, bo chyba tylko w cywilizacji europejskiej tak mocno rozbudowanej i przesiąkniętej dogmatami i systemami. Europejczycy bardziej niż inni łaknęli rozumowych dowodów na istnienie Boga, nie wystarczała im sama tylko wiara.

Dziś trudno wierzyć w istnienie duszy, trzeba mieć w tym celu oczy mocno zamknięte i takiż umysł. Jasne jest przede wszystkim, że aparatura pojęciowa Greków czy scholastyków jest dla nas tak samo nieprzydatna jak chitony i zbroje. Przyzwyczajeni do rozróżnienia software’u i hardware’u, rozumiemy doskonale, że wiele dawnych pytań o myślenie przypominało dziecinne pytania w rodzaju: gdzie w komputerze kryje się Kaczor Donald z kreskówki.

Technika i jej wytwory wpływały zresztą zawsze na sposób myślenia: inaczej myśleli ludzie przed epoką maszyn (niemal wszystko wydawało im się ożywione), inaczej w erze różnych mechanicznych wynalazków (świat jako zegar), a jeszcze inaczej obecnie (świat jako komputer, informacja kwantowa, informacja w biologii). Dziś pytanie: czy materia może myśleć, wydaje się podobne do pytania: czy komputer może myśleć, i skłonni jesteśmy do ostrożnej odpowiedzi twierdzącej. W XVIII wieku samo dyskutowanie tej kwestii mogło mieć bardzo nieprzyjemne konsekwencje, jak w przypadku Voltaire’a: musiał uciekać, bo groziło mu więzienie.

Voltaire lubił drażnić dobrze myślących, wydawał się wielu ludziom niemalże złym duchem, który zaprzecza wszystkiemu, do czego byli przyzwyczajeni. W dodatku zamiast się oburzać, drwił bezlitośnie, parodiował, wyszydzał – stając się w ten sposób przeciwnikiem trudnym do ugodzenia.

491px-D'après_Maurice_Quentin_de_La_Tour,_François-Marie_Arouet,_dit_Voltaire_(château_de_Versailles)

Portret Voltaire’a z tego okresu, wg Maurice’a Quentina de La Toura

Wychowanek jezuickiego bardzo elitarnego kolegium Louis-le-Grand, na całe życie został antyklerykałem, choć wdzięczny był ojcom za nauki i wyrażał się o nich z szacunkiem. W 1734 roku wydał Listy filozoficzne, poświęcone głównie popularyzacji angielskiej nauki, filozofii, literatury, a także tolerancji religijnej. Francuscy czytelnicy poczuli się oburzeni tym, jak słabo wypadała w tym ujęciu Francja. Duchowieństwo katolickie oburzone było uwagami na temat swego złego prowadzenia się i niemoralnie wielkich majątków. Janseniści oburzeni byli uwagami na temat Pascala. Najbardziej konkretny zarzut dotyczył jednego zdania, przypisywanego zresztą Johnowi Locke’owi: „Nie sądzę, byśmy kiedykolwiek mogli dowiedzieć się, czy istota czysto materialna myśli, czy nie” (przeł. J. Rogoziński, Listy o Anglikach albo Listy filozoficzne, Warszawa 1953). Locke i Voltaire podważali więc istnienie osobnej substancji – ducha i deklarowali, że cały ten temat jest mętny i zapewne nierozstrzygalny.
W obronie wiary świętoszkowie wszczęli alarm: „Zabobonnicy są w społeczności tym, czym tchórze w wojsku: szerzą panikę”. Książka została zakazana przez parlament paryski: „Sąd postanowił i nakazał, by rzeczona książka została podarta i spalona na dziedzińcu Pałacu Sprawiedliwości u stóp wielkich schodów przez egzekutora sprawiedliwości, jako skandaliczna, sprzeczna z religią, dobrymi obyczajami, a także respektem należnym władzy; a także zakazuje i zabrania wszystkim księgarzom, drukarzom, kolporterom i innym, drukować, sprzedawać i rozprowadzać ją w jakikolwiek sposób pod groźbą kary cielesnej”. Posiadacze nieszczęsnej książki mieli ją oddać władzom, lecz historia milczy o takich przypadkach. W każdym razie 10 czerwca 1734 roku Listy filozoficzne zostały uroczyście spalone. Autora ścigała policja z królewskim nakazem aresztowania, lettre de cachet.
Po latach, ze szwajcarskiego oddalenia, Voltaire zauważył, że księgarze powinni płacić za takie potępienia i palenie nowości wydawniczych. Rzeczywiście, podnosiło to wielokrotnie cenę książki, nie przeszkadzając zbytnio w dystrybucji, wielu księgarzy gotowych było ryzykować więzienie dla dużego i szybkiego zysku. Sukces wydawniczy Listów był ogromny. W roku 1734 wyszło pięć wydań, a kolejnych pięć ukazało się do roku 1739. Łączny nakład książki przekroczył 20 000 (a był to przecież XVIII wiek!). Na tak wielki sukces będzie musiał Voltaire zaczekać aż do czasów Kandyda.
Także ojciec Tournemine, jeden z dawnych wychowawców Voltaire’a, wydawca wpływowego „Journal de Trévoux”, poczuł się w obowiązku skrytykować Listy filozoficzne. Sprowokował w ten sposób wymianę listów z Voltaire’em na temat tego, czy Bóg mógłby obdarzyć materię myśleniem, czy też jest to niemożliwe. Niemożliwe dla wszechmocnego Boga jest jedynie to, co logicznie sprzeczne: a więc, czy w pojęciu myślącej materii mamy logiczną sprzeczność.
– Czyż Bóg nie mógł udzielić materii obok zdolności ruchu, grawitacji, wzrostu (u roślin), także zdolności myślenia – pytał Voltaire.
– Nie, mój panie, nie mógł. – odpowiadał o. Tournemine – uorganizowane ciało jest podzielne, zmysł, który postrzega, jest z konieczności niepodzielny. (…) Kto wydaje osąd o jakimś przedmiocie, wydaje osąd o całym przedmiocie, musiał więc postrzegać cały ów przedmiot w sposób niepodzielny. Itd. itd.
Temat sporu był do pewnego stopnia zastępczy, chodziło w istocie o chrześcijańskie pojęcie duszy. Gdyby dusza rezydowała w materii, to zapewne nie byłaby też nieśmiertelna – toteż o. Tournemine wolał bronić, by tak rzec, zewnętrznego szańca, zamiast samej cytadeli.
Voltaire szukał sposobu publicznego czy półpublicznego dyskutowania kwestii fundamentalnych. Już i tak powiedział więcej niż było dozwolone. Zapłacił za to przebywaniem z dala od jedynego miejsca na świecie, gdzie czuł się naprawdę dobrze: z dala od Paryża, jego salonów i teatrów – a czuł się przede wszystkim autorem teatralnym. Sukces albo klapę kolejnej sztuki przeżywał niezmiernie głęboko, potrzebował uznania wyrobionej publiczności. Jeśli został pisarzem poszerzającym granice tolerancji, wolności słowa, tępiącym fanatyzm, zabobon, to w znacznej mierze dlatego, że na własnej skórze odczuwał nietolerancję, brak wolności wypowiedzi, ciężar przesądów i martwych tradycji. Jeśli był antyklerykalny, to dlatego, że nie mógł ścierpieć osłów w mitrach biskupich i zatrzęsienia labusiów, zajętych układaniem piosenek i pieczeniarstwem albo manipulowaniem pobożnisiami w imię własnych korzyści.
Jeden zwłaszcza argument Voltaire’a w sporze o duszę zasługuje na uwagę. Chodzi o nasze podobieństwo do zwierząt. Zdaniem Voltaire’a my też jesteśmy zwierzętami, inteligentniejszymi, ale jednak zwierzętami. „Przybywając z Marsa czy z Jowisza ląduję na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, w kraju Kaffirów, i z miejsca zaczynam szukać człowieka. Widzę małpy, słonie, Murzynów, i wydaje się, że wszyscy oni zdradzają przebłyski niedoskonałego rozumu. Wszyscy oni posługują się językami, których nie rozumiem, i wydaje się, że motywem wszystkich ich czynów jest stojący przed nimi cel. Gdybym oceniał rzeczy w oparciu o pierwsze wrażenie (…), to skłonny byłbym wierzyć, że spośród wszystkich tych zwierząt rozumny jest słoń. Ażeby pochopnie nie wyciągać wniosków, biorę młode tych różnych zwierząt. Badam dziecko murzyńskie w wieku sześciu miesięcy, małego słonia, małą małpkę, małego lwa, małego psa. Stwierdzam ponad wszelką wątpliwość, że te młode zwierzęta mają nieporównanie więcej sił i zręczności, więcej pojęć, więcej namiętności, obdarzone są lepszą pamięcią niż mały Murzynek oraz że wyrażają swe życzenia w sposób bardziej zrozumiały. Jednakże po upływie niedługiego czasu mały Murzynek przyswoił sobie już więcej pojęć niż wszystkie te zwierzęta razem wzięte. (…) w końcu pod wpływem własnych rozważań nad znikomą wyższością, jaką osiągają ostatecznie nad małpami i słoniami, zaryzykowałem konkluzję, że są to ludzie i opracowałem następującą definicję: «Człowiek jest to czarne zwierzę, z głową obrośniętą wełną, chodzące na dwóch nogach, prawie tak zręczne jak małpa, słabsze od innych zwierząt tej samej co ono wielkości, znające jednak nieco większą niż one liczbę pojęć, obdarzone większą łatwością wyrażania ich; niemniej odczuwa on wszystkie potrzeby, jakie odczuwają inne zwierzęta, rodzi się, żyje i umiera tak samo jak one»” (przeł. A. Neuman, w: J.S. Spink, Libertynizm francuski od Gassendiego do Voltaire’a, Warszawa 1974, s. 409-410).
Dla Voltaire’a, w odróżnieniu od katolików, nie było nic odrażającego w myśli, że biologicznie jesteśmy zwierzętami, sądzę, że gdyby mógł znać teorię ewolucji, nie widziałby w niej niczego obraźliwego dla człowieka. „Niektórzy filozofowie mówią mi: «Nie popełniaj błędu, człowiek różni się całkowicie od innych zwierząt; obdarzony jest niematerialną i nieśmiertelną duszą. (…) Nie dzieli się ona na części, jest prosta i nieśmiertelna, stanowi zarazem dzieło i wizerunek Boga». Słucham tych mistrzów i odpowiadam im ze zwykłym u mnie brakiem wiary w siebie, ale też bez zaufania do nich: «Jeżeli człowiek ma duszę, o czym mnie zapewniacie, to nie ulega wątpliwości, że ten pies i ten kret mają takie same dusze». (…) A więc wybierajcie, albo trzeba przyznać duszę nieśmiertelną pchle, robakowi, mikrobowi, albo też stać się takim jak one automatem” (ibid.).

Mickiewicz duby smalone bredzi albo Czy romantyzm może zostać oświecony?

Polska jest krajem, w którym ledwie zaczęło się Oświecenie, a już nastał romantyzm. I w jakimś sensie trwa do dziś.
Oświecenie było kulminacją pewnej tradycji przenikającej całą historię świata greko-chrześcijańskiego. Isaiah Berlin podsumowuje ją w trzech punktach: na wszystkie istotne pytania można znaleźć odpowiedź (co nie znaczy, że zna ją każdy albo że zna ją już dziś ktokolwiek oprócz Boga); odpowiedź tę można nie tylko poznać, ale i nauczyć innych, jak dochodzić do prawidłowych odpowiedzi na temat świata i miejsca człowieka w nim; zbiór wszystkich tych odpowiedzi jest niesprzeczny. Istnieje więc, przynajmniej w sensie platońskim, coś w rodzaju idealnego świata – Utopii – gdzie rozstrzygnięte są wszystkie pytania. W tradycji tej dominuje rozum, to jego osąd ma decydujące znaczenie, a nie np. intuicja, iluminacja, objawienie, tradycja, religijny dogmat.
Polska nie miała szczęścia do Oświecenia: było go za mało i przyszło za późno. Pisał wprawdzie Stanisław Trembecki o Voltairze:

Grubsze straci przesądy i rozumu przetrze,
Kto ma szczęście Fernejskie oddychać powietrze.

(Ferney było słynną siedzibą Voltaire’a). Ale był już rok 1784, długowieczny Voltaire już nie żył, a Polska była właśnie po kawałku rozkrawana. Nie był to najlepszy moment na zimne światło rozumu, co świeci, nie grzejąc.
Pod koniec drugiej dekady XIX wieku Voltaire’a tłumaczył młodziutki Adam Mickiewicz. Z jednej strony wstydliwy, poważny i pracujący nad sobą, z drugiej krotochwilny, rubaszny, skłonny do świntuszenia. Jeszcze nie pomnik, o którym uczy się dzieci, pochłonięte Facebookiem.
Ponieważ o Mickiewiczu uczyliśmy się jako nastolatki, mamy skłonność uważać go za osobnika cokolwiek dziecinnego. Był jednak człowiekiem znakomicie wykształconym, wybitnie uzdolnionym i od samego początku cudownie władającym polszczyzną.
Oto kawałeczek wierszyka Pani Aniela. Było to naśladowanie z Voltaire’a, czyli luźny przekład, przystosowany do litewskich realiów, wierszowanej powiastki Gertrude ou l’Éducation d’une fille:

Aniela, choć na wielkim nieznajoma świecie,
Długi jednak trawiła czas przy toalecie.
Tam to były i ozdób, i świętości składy,
Tam Skarga sąsiadował słoikom pomady;
W pudrze leżał Akwinat, herezyi piorun,
A wśród peruk obrazek cudnej Matki z Borun.

Albo Dziewica z Orleanu, czyli La Pucelle d’Orléans, słynny poemacik Voltaire’a o świętej Joannie d’Arc, za życia autora równie namiętnie ścigany, jak potajemnie czytany. Voltaire nie oparł się w nim pokusie, aby wzorem Dantego wsadzić do piekła różne wybitne postaci historyczne, z którymi miał swoje porachunki.

Tam Antonin pobożny los Nerona dzieli,
Tam Trajan, wzór monarchów, tam Marek Aureli,
Scypijo, co zwyciężył miłość i Kartagę,
Plato – z takim rozumem! – padł w otchłań pożerczą,
W niej Cycero wymowny, boski Homer skwierczą.
Ty nawet, Sokratesie, ty, mądrości synu,
Ty dla prawego Boga umęczon wśród gminu.
(…)
„O losy, o srogości, o nieba! – zawoła,
Toż Konstantyn, bohater, podpora Kościoła?
Na tożeś dawnych bogów wyrugował z ziemi,
Ażebyś teraz w piekle jęczał razem z niemi?”
(…)
Coraz lepiej Wielebny zważał piekieł tajnie,
Wszędy się zastanawia, dziwi nadzwyczajnie.
Tu spotkał kardynały, ówdzie infułaty,
Doktory, kaznodzieje, opasłe prałaty.
Tam Włoszki przystrzyżone, tu kastylskie plechy,
Tamci królom za życia odpuszczali grzechy,
A owi, bogiń ziemskich pilnując serduszka,
Otwarte sobie mieli sumnienia i łóżka.
(…)
„To pewnie dominikan” – Burda z cicha rzecze.
Potem głośniej zapytał: „Kto jesteś, człowiecze?”
Na to podziemnym głosem cień mu odpowiada:
„Dominik święty jestem; ach, biada mnie, biada!”
(…)
Często lud stawi kościoł, kłania się pobożnie
Takiemu, co się z nami obraca na rożnie.
Inny znowu, od mnichów na ziemi wyklęty,
Śród anielskiego choru nuci: „Święty, święty!”
Co do mnie, bardzom słusznie w tej osadzon jamie:
Za co na albigensów zbrojne wzniosłem ramię?

Moralność, w której zabijanie albigensów niekoniecznie jest świadectwem głębokiej wiary chrześcijańskiej, była nowożytna, choć wywodziła się w prostej linii z chrześcijaństwa. Kościół jednak nie zawsze podążał za własnymi naukami.
Ciekawe, że młody Mickiewicz miał nadzieję tym przekładem zasłużyć na jakieś stypendium. Widocznie tekst przestał być do tej pory obrazoburczy i można go było uznać po prostu za ćwiczenie stylistyczne. Niewykluczone, że wielu jego nauczycieli niezbyt się przejmowało katolicką poprawnością polityczną. Oświeceniowi uczeni nie byli skłonni wierzyć zbyt literalnie we wszystko, co ludzie bają.
Jak wiemy, niedługo później Mickiewicz przestał czytać Voltaire’a i zaczął wierzyć w świtezianki, gusła, widziadła i zjawy. Zaczął wierzyć albo przynajmniej sądził, że tak jest ładniej. Cóż z tego, że mędrca „szkiełko i oko” nie dostrzega tych wszystkich dziwów. Tyle obszarów rzeczywistości nie mieści się w ramach nauk:

„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.

Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.

„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie –
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

Jako starzec ze szkiełkiem występuje tu zapewne Jan Śniadecki, znakomity astronom, ale także krytyk literacki i poeta. Dla poezji Mickiewicza to zerwanie z Oświeceniem było zbawienne, inaczej groziłoby mu zastygnięcie w rodzajowości albo kaligrafii. Jednak dla stanu ducha Polaków był to krok dość zgubny. W kraju, gdzie nie zdążono jeszcze przyswoić europejskiego dorobku ostatnich dwóch stuleci – a był to dorobek ogromny: Rewolucja naukowa ze wszelkimi następstwami – bardzo łatwo wrócono do bezkrytycznej wiary w znaki i cuda, tak bardzo drogiej ludzkiemu sercu.
Mickiewicz, jak wielu ludzi inteligentnych, miał wielką skłonność do zakłamywania rzeczywistości, jej mitologizowania. Największe arcydzieło polskiej literatury, Pan Tadeusz jest przecież od początku do końca mitem dzieciństwa śnionym przez dorosłego, który za wszelką cenę nie chce się zbudzić. A potem było tylko gorzej: Andrzej Towiański i Polska jako fragment Bożego planu. Stąd jest już tylko krok do wybuchu w Smoleńsku. Nie należy się dziwić, że krok ten został zrobiony: nie od dziś wiemy, że Stwórca ma swoje plany wobec Polaków.

Francesco Algarotti: Newtonizm dla dam, 1737

Tytuł książki Algarottiego: Newtonizm dla dam czyli dialogi na temat światła i kolorów wydaje nam się dziś niezbyt poważny. Książka przeznaczona była dla ludzi eleganckich, a w wielkim świecie gust dyktowały damy. Algarotti wzorował się na Fontenelle’u co do formy – były to rozmowy filozofa z pewną damą, był jednak nowoczesny co do treści.

Wenecjanin, syn bogatego kupca, wykształcony w Rzymie i Bolonii, wcześnie zabłysnął na polu nauki, jako nastolatek powtarzając publicznie eksperymenty optyczne Newtona. Rzecz nie była całkiem trywialna, wielu wybitnych ludzi nie potrafiło uwierzyć Newtonowi, gdyż nie udawało im się powtórzyć jego eksperymentów. Dla Algarottiego Newton stał się symbolem eksperymentalnej nauki, która obala zmurszałe chimery Kartezjusza i innych. Angielskiemu uczonemu udała się nie lada sztuka: napisał Optykę tak, jakby to same doświadczenia przemawiały i niepotrzebna była żadna interpretacja. Tak oczywiście nie jest, fakty same nie mówią, zawsze mówią w ich imieniu ludzie. Jednak przez długi czas Newtonowska retoryka wydawała się nie do obalenia.

Algarotti nie miał cierpliwości do pracy akademickiej, miał za to wielkie talenty towarzyskie, znał się na sztuce i właściwie na wszystkim po trosze. Zaczął podróżować i poznawać ludzi. Najpierw objechał Italię, potem zawitał do Paryża razem z Andersem Celsiusem, o mało nawet nie pojechał razem z Maupertuisem do Laponii. Spędził jakiś czas w Cirey u markizy du Châtelet i Voltaire’a. Pisał tam swoją książkę. Voltaire donosił swemu przyjacielowi: „Mamy tu markiza Algarottiego, młodego człowieka, który zna języki i obyczaje wszystkich krajów, pisze wiersze jak Ariosto i zna Locke’a oraz Newtona. Czyta nam swoje dialogi dotyczące ciekawych dziedzin filozofii. Ja (…) także napisałem swój mały traktat metafizyczny, bo należy sobie zdawać sprawę z rzeczy tego świata. Odczytujemy czasem kilka pieśni z Dziewicy Orleańskiej albo jakąś tragedię w moim guście czy rozdział z Wieku Ludwika XIV. Potem wracamy do Locke’a i Newtona, nie bez wina szampańskiego i dobrej kuchni, bo jesteśmy filozofami wielce zmysłowymi…” Wyjeżdżając z Cirey, Algarotti otrzymał od markizy du Châtelet portret, który posłużyć miał do frontispisu książki. Widzimy na nim parę przypominającą ich oboje.

Newtonianismo per le dame

„Łabędź z Padwy”, jak ochrzcił go Voltaire, napisał całkiem dobrą książkę popularną (był w wieku dzisiejszych studentów), w której wyjaśniał różne Newtonowskie doświadczenia i doszedł nawet do pojęcia powszechnego ciążenia. Jego dbałość o usuwanie wszelkich trudności całkiem przypomina dzisiejszych autorów. Wtedy także, choć z innych powodów, nie można było liczyć na szkołę. Filozof objaśnia np. damie, co to takiego kwadrat liczby. Prawo zmniejszania się siły grawitacji jak kwadrat odległości, przywodzi jego rozmówczyni na myśl tempo słabnięcia miłości z czasem: po ośmiu dniach rozłąki miłość słabnie sześćdziesiąt cztery razy. Algarotti chciał nie tylko wyrobić sobie nazwisko, ale także zarobić na książce. Zachowywał się wprawdzie tak, jakby był niezwykle bogaty, naprawdę jednak potrzebował pieniędzy, rodzinny interes przejął bowiem jego starszy brat. Nie był też szlachcicem. Przystojny i dobrze wychowany człowiek mógł jednak bez trudu przezwyciężyć te drobne niedopatrzenia losu. Jego kariera przypomina nieco innego Wenecjanina, Giacomo Casanovę. Algarotti objechał całą Europę, w Anglii miał słynny romans z lordem Herveyem i lady Mary Wortley Montagu, którzy oboje się w nim kochali na zabój. Zaprzyjaźnił się też z pruskim następcą tronu, który potem jako król Fryderyk II zrobił go prawdziwym hrabią. Na swej książce wprawdzie nie zarobił, ale stał się znany. Zainteresowało się nim nawet Święte Oficjum: Newtonizm trafił na Indeks Ksiąg Zakazanych. Nie chodziło wcale o stwierdzenie, że Słońce spoczywa – sto lat po Galileuszu nawet inkwizycja nie próbowała tego kwestionować. Zastrzeżenia budziły raczej zdania powątpiewające w nieśmiertelność duszy czy brzmiące zbyt libertyńsko: cenzorów drażnił raczej Locke niż Newton. Także i z tej trudności wywinął się Algarotti gładko, zmieniając tekst następnych wydań swej książki.