Darwin czyli pochwała faktów

„Wie pan, wszystko jest rozwojem. Ta zasada wiecznie idzie naprzód. Najpierw była nicość, potem coś było; potem, zapomniałam co – chyba muszle, potem ryby; a potem my przyszliśmy, zaraz, czy to my byliśmy potem? Mniejsza z tym, w końcu byliśmy my, a następną zmianą będzie coś znacznie od nas wyższego, coś ze skrzydłami. Ach, już wiem: byliśmy rybami, a potem staniemy się chyba krukami. Musi pan to koniecznie przeczytać”.

Słowa te wypowiada lady Constance, bohaterka powieści Benjamina Disraelego Tancred; or, The New Crusade („Tankred, czyli nowa krucjata”). Książka ukazała się w roku 1847, a więc na dwanaście lat przed publikacją O powstawaniu gatunków Darwina. Niektórzy sądzili, że teoria ewolucji powstała już dawno, większość uczonych uważała ją za ostatecznie obalony przesąd.

W 1847 roku Darwin już od dziesięciu lat rozwijał swoją wersję teorii ewolucji, niemal nikt jednak wtedy o tym nie wiedział. Był uczonym prywatnym, mógł robić, co chciał, nie musiał się więc spieszyć, czekał, aż pewne myśli dojrzeją. Chciał także zebrać więcej faktów.

Od młodości był kolekcjonerem faktów i okazów przyrodniczych. Najpierw była podróż na pokładzie okrętu „Beagle”, znalazł się tam, gdyż porucznik FitzRoy obawiał się o zdrowie psychiczne i chciał mieć towarzysza podróży, drugiego dżentelmena, z którym mógłby rozmawiać przy obiedzie. Darwin był więc pasażerem, który sam płacił za podróż i miał wolną rękę w ekspedycjach przyrodniczych na ląd, wszystkie okazy zebrane w trakcie podróży były jego prywatną własnością. Po powrocie został członkiem kilku towarzystw naukowych, ale i to były organizacje prywatne, utrzymywane ze składek członków. Nigdy nie pracował zarobkowo. Nie musiał, gdyż majątku ojca wystarczyło na swobodne życie. Nie oznaczało to jednak żadnych ekstrawagancji, Darwin był oszczędny, skrzętnie prowadził rejestr wydatków i przychodów, niczego nie wyrzucał, szkoda mu było pozbywać się nawet kartek papieru zapisanych tylko po jednej stronie. Majątek w jego sferze pełnił rolę wskaźnika moralności: kto był zdrów, pomnażał talenty dzięki pracowitości i wstrzemięźliwości. Darwin przyznawał, że nigdy nie potrafił wypić kieliszka wina bez wyrzutów sumienia. Nie było mowy o wydatkach dla kaprysu. Staranność w prowadzeniu interesów sprawiła, że podwoił odziedziczony majątek, pod koniec jego życia wart on był 300 000 tysięcy funtów (jakieś 15 milionów dzisiejszych funtów).

W roku 1842 sprowadził się z rodziną do Down (dzisiaj Downe), niewielkiej wioski pod Londynem i tam spędził następne czterdzieści lat, niewiele wyjeżdżając. Gabinet, dom, najbliższa okolica stały się na długie miesiące i lata jego całym światem.

Rozdz 8 Gabinet Darwina

Nad kominkiem wisiały trzy portrety: Josepha Hookera, botanika i najbliższego przyjaciela, Charlesa Lyella, geologa i mistrza, z którym różnił się w poglądach na ewolucję, oraz Josiaha Wedgwooda, wspólnego dziadka Darwina i jego żony Emmy, założyciela fabryki porcelany i fajansu, przedsiębiorcy i członka Towarzystwa Księżycowego, skupiającego uczonych i wynalazców. Drugi dziadek i przyjaciel Wedgwooda, Erasmus Darwin, głosił teorię ewolucji jeszcze przed Lamarckiem.

Charles Darwin, dżentelmen bez obowiązków, był człowiekiem iście tytanicznej pracy. Jego namiętność naukowa była niewiarygodna, nie potrafiły go powstrzymać nawet choroby, a przechorował całe lata. Twierdził, że dzięki złemu zdrowiu mniej czasu zmarnował na spotkania towarzyskie (które zresztą bardzo lubił).

Publikację swej teorii odkładał, ponieważ stale wydawała mu się niegotowa, wciąż miał nadzieję zebrać więcej faktów i zrozumieć więcej konkretnych szczegółów. Nauka jest bowiem niczym, jeśli nie jest strukturą, powiązaniem, a właściwie całą siecią powiązań, które wcale nie są oczywiste. Przed Newtonem nikt nie widział związku między ruchami planet a spadaniem jabłek z jabłoni. Przed Darwinem uczeni dziwili się, czemu różne organizmy są tak znakomicie przystosowane do swego trybu życia albo czemu np. wszystkie kręgowce mają zbliżoną budowę anatomiczną. Doniosłość pracy naukowej zmierzyć można tym, jak bardzo należało w jej wyniku zmienić podręczniki. Czasem chodzi o wzmiankę w jakiejś monografii, rzadko o cały rozdział, a już tylko zupełnie wyjątkowe są teorie, które zmuszają do napisania podręczników od nowa. Tak było w przypadku Newtona, tak było także w przypadku Darwina.

Co w takim razie było głównym wkładem Darwina? Przede wszystkim spostrzeżenie, że świat ożywiony nie wymaga Centralnego Planisty, który najpierw wszystko sobie ułożył, a potem wykonał. Nawet największe „cuda natury”, jak np. oko ludzkie, znakomicie przystosowane do zbierania i przetwarzania sygnałów świetlnych, nie świadczą o żadnym projekcie, są wynikiem kolejnych stopniowych udoskonaleń, które zwiększały możliwość przeżycia organizmów. Ewolucja przypomina nieco w działaniu technikę: kolejne urządzenia są niewielkim ulepszeniem (a czasami pogorszeniem) poprzednich, trwają jednak te, które najlepiej służą swemu celowi, zmieniając się z czasem coraz bardziej: pomyślmy, jak zmieniał się wygląd telefonu czy komputera. Żywe organizmy są więc wytworem historii, która być może nie musiała tak się potoczyć, ale skoro była taka, a nie inna, ma wpływ na chwilę bieżącą. Miewamy np. czkawkę, bo pochodzimy od ryb i płazów, które oddychały zarówno skrzelami (w wodzie), jak i prymitywnymi płucami (na lądzie), zostały nam po nich mięśnie zaciskające głośnię, które czasem uruchamiają się w kłopotliwy sposób. Itd. itp. Wymiar czasu został wprowadzony do nauki. Nie tylko biologia nabrała dzięki temu sensu, a być może stała się właśnie w tym momencie jednolitą dziedziną wiedzy, która ma swój jednolity kościec intelektualny – własny paradygmat. Myślenie historyczne istotne bywa i w innych dziedzinach: np. w kosmologii. W XX wieku zrozumiano, że swoją historię ma nie tylko życie na Ziemi, ale i Układ Słoneczny, a także cały wszechświat. Niektórzy, jak Lee Smolin, sądzą, że i w fizyce należy dopuścić jakiś rodzaj myślenia historycznego czy ewolucyjnego. To sprawa otwarta. Nie ulega jednak kwestii, że dzięki Darwinowi myślimy dziś inaczej. Może nawet, pamiętając o swych zwierzęcych przodkach, nauczymy się kiedyś lepiej panować nad swymi niektórymi skłonnościami. Ludzie przez wieki wierzyli, że są uczynieni na boże podobieństwo i jednocześnie dopuszczali się wszelkich możliwych okropieństw (często zresztą w imię boże, ostatecznie okrzyk: „Allahu akbar” nie różni się tak bardzo od: „Bij, kto w Boga wierzy”). Może przydałby się nieco trzeźwiejszy punkt widzenia: jesteśmy sprytnymi zwierzętami, które świetnie potrafią wykorzystywać swoje otoczenie, a często i współplemieńców. Należałoby z tego wyciągać wnioski, zamiast opowiadać o duszy nieśmiertelnej.

Szczęśliwy błąd Charlesa Darwina: Glen Roy (1838)

Zwykle opowiadam o sukcesach nauki. Robię to z kilku przynajmniej powodów: nauka to jedyna dziedzina, w której postęp jest niewątpliwy i bezdyskusyjny; zawsze warto mówić o autentycznych sukcesach; sukcesy naukowe są pożyteczne dla całej ludzkości itd. Czasem także porażki i błędy do czegoś się przydają, i to nie tylko jako przestroga na przyszłość. Tzn. sam błąd jest tylko błędem – i tak jak zło w teologii chrześcijańskiej nie jest samodzielnym bytem, ale, by tak rzec, dziurą czy luką w bycie. Jednak wybitni uczeni w swoich najlepszych latach popełniali zwykle mnóstwo błędów. Oczywiście, popełniali nie same tylko błędy (dlatego ich pamiętamy), a poza tym ich błędy były nieraz na poziomie wyższym niż niejeden „sukces” ich kolegów. Ale nadal były to błędy.
Kiedy jesienią 1836 roku Charles Darwin przybił do wybrzeża Anglii i zszedł na ląd w Falmouth, pragnął gorąco zostać uznanym geologiem. Zebrał sporo obserwacji zwłaszcza z Ameryki Południowej, wokół której Beagle krążył przez kilka lat. Jego pragnienie się spełniło, wszedł w środowisko geologów, a nawet zaprzyjaźnił się z Charlesem Lyellem, znanym mu z książek, wybitnym uczonym i ówczesnym przewodniczącym Towarzystwa Geologicznego. Było to zresztą bardzo snobistyczne i elitarne Towarzystwo, geologia była w Anglii niebywale popularna. Charles Lyell mógł się utrzymać z drukowania co roku nowego wydania swoich Principles of Geology – nie sądzę, aby jakikolwiek autor naukowy w Polsce mógł kiedykolwiek dokonać podobnej sztuki (książka Lyella nie była podręcznikiem!).
Lyell cieszył się, że w osobie Darwina znalazł adepta, który gotów jest stosować jego podejście w praktyce. Chodziło o wyjaśnianie przeszłości geologicznej powolnymi, lecz bardzo długotrwałymi procesami. A więc nie jakieś trzęsienia ziemi, pożogi czy biblijny Potop, ale np. powolne podnoszenie się kontynentu Ameryki Południowej (i od czasu do czasu trzęsienia ziemi). Darwin sądził, że znalazł dowody obserwacyjne takiego podnoszenia się kontynentu. W ciągu dwóch lat po zejściu na ląd zajmował się najwięcej geologią, choć w notatnikach rozwijał pewną niezbyt ortodoksyjną teorię dotyczącą transmutacji gatunków: w myśl tej teorii żywe organizmy były ze sobą spokrewnione. Wiemy, co z tego wynikło. Lyellowskie podejście do geologii było dla Darwina dobrym punktem wyjścia, ponieważ epoki geologiczne musiały trwać długo, skoro zmiany zachodziły bardzo powoli. A jeśli trwały długo, to był wystarczająco dużo czasu, aby np. ze wspólnego przodka wyewoluowały zwierzęta tak różne jak koń, mysz, tapir i słoń (przykład Darwina).
Charles Darwin chciał także wnieść swój wkład do geologii Wielkiej Brytanii. Wybrał się więc w roku 1838 do Szkocji do doliny Glen Roy, gdzie znajdowały się słynne równoległe tarasy.

 

Glen_Roy_18392Są to ułożone wzdłuż poziomic półki skalne biegnące wzdłuż zbocza. Tłumaczono je obecnością w tym miejscu jeziora, które kilkakrotnie zmieniało swój poziom. Darwin uznał, że półki te są dawnymi plażami morskimi i podobnie jak w Ameryce Południowej plaże te stopniowo się podniosły razem z całym lądem. W Ameryce Południowej mógł na takich obszarach znaleźć skamieniałości mięczaków, w Glen Roy nie było ani śladu muszli. Tarasy takie jak w Glen Roy nie występowały w sąsiednich dolinach: czemu morze miałoby zatopić jedną dolinę, nie zalewając sąsiednich? Oczywiście, były to trudności, ale Charles, przekonany, że ma rację, jakoś te wszystkie trudności objaśnił. Pisał do Lyella: „Nabrałem przekonania (mimo pewnych wątpliwości na początku), że tarasy są plażami morskimi; mimo że nie mogłem znaleźć ani jednej muszli, sądzę, że potrafię wyjaśnić większość, jeśli nie wszystkie trudności” – no właśnie: I can explain away most, if not all, the difficulties (to wspaniały czasownik: explain away). Napisał o Glen Roy bardzo długi artykuł: ponad czterdzieści stron w „Philosophical Transactions”. Dzięki temu artykułowi wybrano go do Towarzystwa Królewskiego, od czasów Isaaca Newtona najbardziej prestiżowego towarzystwa naukowego na Wyspach. Kiedy dwa lata później w te same góry przyjechał Louis Agassiz i znalazł ślady działalności lodowców, Darwin uznał, że to nieprawda. Napisał nawet długą pracę, w której dowodził, że w Ameryce Południowej głazy narzutowe wzięły się z gór lodowych, nie lodowców: a więc tereny te zalewało morze. Znalazł ślady lodowców w Walii – była to jego ostatnia wyprawa w teren (1842). Zatem lodowce mogły występować wszędzie, byle nie w „jego” Ameryce Południowej i nie w Glen Roy.
No dobrze, popełnił błąd, a potem się przy nim upierał, po co się nad nim znęcać… Otóż, sądzę, że Glen Roy było produktem ubocznym pewnego istotnego stanu ducha. Darwin w roku 1838 niemal szybował, nie dotykając ziemi, tryskał pomysłami i nie obchodziło go, dokąd zaprowadzą. Był w tym okresie wszystkim, lecz nie obiektywnym obserwatorem. Był skrajnie stronniczy, widział problemy wyłącznie ze swojej perspektywy. Wierzył w siebie i swoje pomysły. Niedługo po Glen Roy przeczytał Malthusa i wpadł na najważniejszy pomysł swego życia: to znaczy powziął ideę doboru naturalnego. Jego teoria miała istotne luki (części z nich nie udało mu się zresztą usunąć ani wtedy, ani później), ale mógł nad nimi przejść do porządku dziennego, podając jakieś lepsze czy gorsze wyjaśnienie (znowu: explain away). Nawet ożenić się postanowił w tym właśnie roku (co zresztą także było w jego przypadku świetnym pomysłem, bo potrzebował później stałej opieki). W ogólnym bilansie Glen Roy nie było zbyt wygórowaną ceną za teorię ewolucji.

Inteligencja Charlesa Darwina

Sam miał o niej niewysokie mniemanie: „Nie odznaczam się ani wielką lotnością pojmowania, ani bystrością (…) Moja zdolność do śledzenia długiego i abstrakcyjnego toku myślowego jest bardzo ograniczona, nigdy zresztą nie osiągnąłem niczego w metafizyce lub matematyce”. W Cambridge pod koniec trzyletnich studiów najzdolniejsi próbowali sił w tripos – konkursowym kilkudniowym egzaminie końcowym z matematyki. Zwycięzca: Senior Wrangler, albo ci, którzy zajęli wysokie miejsce, byli bardzo fetowani, znajdujemy wśród nich wielu znanych uczonych, jak James Clerk Maxwell, William Thomson, John Herschel, Arthur Cayley, czy John Couch Adams, który jednocześnie z Leverrierem wykrył nową planetę za pomocą obliczeń (potem wystarczyło już tylko spojrzeć we wskazanym kierunku, planetą był Neptun).
Charles Darwin nawet nie próbował zdawać trudniejszej matematyki, miał kłopoty ze zwykłą algebrą, np. z usuwaniem niewymierności z mianownika albo z dwumianem Newtona (który niewiele ma wspólnego z Isaakiem Newtonem, ale to już inna historia). Musiał więc czuć się w Cambridge niezbyt pewnie – nawet profesorowie geologii, Adam Sedgwick, i botaniki, John Stevens Henslow, mieli w swoim czasie niezłe wyniki w tripos. Teolog, William Paley, z którego książek uczył się Darwin do swoich egzaminów, był w swoim czasie Senior Wranglerem.
Studia Darwin zapamiętał jako miły okres wesołych kolacji z przyjaciółmi i konnych wycieczek, poza tym zbierał w tym czasie namiętnie chrząszcze. Właściwie robił to nie do końca naukowo, bardziej zależało mu na posiadaniu jak najrzadszych okazów niż na badaniu ich życia. Był jednak skrupulatny, prowadził notatki do swoich zbiorów, uczył się też obserwować. Gdy wyruszał na okręcie Beagle w rejs dookoła świata, był zaawansowanym amatorem przyrodnikiem z dużym upodobaniem do sportów terenowych: polowania, jazdy konnej. Zdążył być na paru wycieczkach geologicznych. Powrócił do Anglii po pięciu latach jako ukształtowany geolog i przyrodnik, który przez te lata nie tylko zbierał próbki i okazy, ale także przeczytał i przemyślał niejedno, przede wszystkim dwa tomy Principles of Geology Charlesa Lyella. Po lekturze pierwszego nabrał przekonania, że procesy geologiczne na Ziemi potrzebowały bardzo długiego czasu – pogląd ten sprawdzał się w terenie. Tom drugi był krytyką ewolucjonizmu w wydaniu Lamarcka. Darwin poznał więc argumenty przeciwko ewolucjonizmowi, ale niezbyt uwierzył Lyellowi. „Jestem (…) marnym krytykiem; praca lub książka, którą czytam po raz pierwszy, budzi zazwyczaj we mnie podziw i dopiero po dłuższym zastanowieniu dostrzegam słabe jej punkty”. Nie był jeszcze ewolucjonistą, ale niezbyt wierzył lekturom, tak samo zresztą jak swoim mistrzom z Cambridge, którzy mocno wierzyli, że organizmy żywe zostały ukształtowane przez Stwórcę z myślą o pewnym celu. Są one rodzajem zegarków skonstruowanych przemyślnie przez Boskiego Zegarmistrza. Darwin niby się z tym zgadzał, ale nie do końca. Niewykluczone, że pomogła mu samotność w podróży: miał czas spokojnie i bez presji z zewnątrz zastanowić się nad różnymi kwestiami: „Od wczesnej młodości moim największym pragnieniem było zrozumienie i wyjaśnienie wszystkiego, cokolwiek podpadało mojej obserwacji, czyli podporządkowanie wszystkich faktów ogólnym prawom”. Widząc krajobraz, zastanawiał się Darwin, jak powstało wszystko, co widzi: skały, rośliny, zwierzęta. Czy kiedyś było tutaj morze? Dlaczego dziś go nie ma? Dlaczego wielkie kopalne zwierzęta Ameryki Południowej są tak podobne do dzisiejszych? Zastanawiał się i latami starał się ułożyć w głowie obraz dawno widzianego krajobrazu czy zwierzęcia tak, aby zrozumieć, jakie prawa nimi rządzą. „Moja gorliwość w obserwowaniu i gromadzeniu faktów była chyba tak wielka, jak to jest w ogóle możliwe”. Podczas podróży znaczyło to, że nie cofał się przed wyprawą w najbardziej oddalony zakątek kraju, jeśli miał nadzieję znaleźć tam coś ciekawego. Całymi tygodniami wędrował z gauchos i dzielił ich tryb życia albo wspinał się na jakieś góry w Ziemi Ognistej, obserwując, jak niewiele żywych organizmów może przetrwać w tak surowym klimacie. W Anglii gromadził już nie zbiory, lecz poglądy, ekspertyzy fachowców, różne ciekawostki znane przez ludzi praktycznych: hodowców, ogrodników, pszczelarzy. Ale także obserwował rozwój własnych dzieci albo chodził do zoo i wszystko skrzętnie zapisywał.

583px-Charles_Darwin_seated_crop

Darwin w roku 1855, cztery lata przed publikacją O powstawaniu gatunków.

 Nigdy się nużył myśleniem o przyrodzie, przeciwnie: to rozrywki, spotkania towarzyskie i teatr, szybko wywoływały u niego zniecierpliwienie. Zorganizował sobie życie tak, żeby jak najmniej rzeczy odrywało go od pracy. Od samego początku tylko on sam wiedział, po co zbiera dane informacje albo okazy, nikt nigdy nie kierował wyborem jego tematów badawczych. A Darwin nie zawsze informował, nawet przyjaciół, czym się zajmuje. Obawiał się, że wielu nie zrozumie jego poglądów i tak ostatecznie było. Poglądy ewolucyjne mają jakąś zdolność irytowania pewnych ludzi, podkopują chyba ich samoocenę. Tak jest nawet dzisiaj, półtora wieku temu w Anglii nie było lepiej, zwłaszcza że Darwin był gentlemanem i nie chciał uchodzić za jakiegoś rewolucjonistę, co to biega z bombą po ulicach. Kościół anglikański zrośnięty był z klasami rządzącymi, większość jego profesorów w Cambridge stanowili duchowni. „Te wszystkie przyczyny razem wzięte złożyły się na cierpliwość w rozważaniu i rozmyślaniu przez lata całe nad jakimś nie wyjaśnionym problemem. O ile mogę sądzić, nie mam skłonności do ślepego naśladowania bliźnich”. Nie miał. Wiktoriański gentleman powinien wyrobić sobie własny pogląd. Ostatecznie ten cichy, codzienny upór i spokojne rozważanie racji za i przeciw własnym pomysłom, gromadzenie faktów, ciągłe układanie ich w logiczną całość pozwoliły mu napisać – po dwudziestu latach zastanawiania się i kilku szkicach – O powstawaniu gatunków. Jak to kiedyś śpiewał Sting: „Be yourself no matter what they say”.

Cytaty Darwina: przeł. S. Skowron, Autobiografia.

Czy można wierzyć fizyce matematycznej? Darwin i Kelvin o wieku Ziemi

Darwin

W 1859 roku ukazało się dzieło Charlesa Darwina O pochodzeniu gatunków. Przyrodnik pisał: „Liczba przejściowych i wymarłych ogniw między żyjącymi i wygasłymi gatunkami musiała być olbrzymio wielką. (…) można by mi dalej zarzucić, że nie starczyłoby czasu na tak wielkie przemiany organiczne, które tylko bardzo powoli odbywać się mogą” (przeł. Sz. Dickstein i J. Nusbaum). Zmiany ewolucyjne są przypadkowe, nieukierunkowane, więc aby powstało np. zwierzę tak skomplikowane jak gepard albo człowiek, niezbędny jest bardzo długi czas.

Darwin szedł w ślady geologa Charlesa Leyella, który sądził, że przeszłość naszej planety przypominała stan dzisiejszy. Doktryna ta, zwana uniformitarianizmem, odsuwała początek Ziemi w jakąś daleką i nieokreśloną przeszłość. Na podstawie obserwowanej dziś szybkości działania różnych procesów geologicznych typu wietrzenia czy osadzania się kolejnych warstw można było wnioskować o wieku rozmaitych formacji. Otrzymywało się w ten sposób bardzo długie czasy, Darwin w I wydaniu swej książki podaje przykład denudacji Weald w Kencie, której wiek oblicza na 300 milionów lat. Jasne jest, że Ziemia musi być starsza od tej formacji geologicznej.

William Thomson (lord Kelvin)

Piętnaście lat młodszy od Darwina William Thomson był w tych latach jednym z najwybitniejszych fizyków brytyjskich, niebawem miał otrzymać tytuł szlachecki, a z czasem i tytuł barona, przybrał wtedy nazwisko Kelvin, pod jakim jest powszechnie znany. Thomson był jednym z odkrywców II zasady termodynamiki, opisującej nieodwracalność procesów w przyrodzie, tytuł szlachecki zawdzięczał jednak nie swoim odkryciom, lecz talentom inżyniersko-organizacyjnym, które wykazał przy układaniu podmorskiego kabla telegraficznego między Stanami Zjednoczonymi a Anglią. Darwin nigdy nie otrzymał tytułu szlacheckiego, ponieważ jego prace uważano za zbyt wywrotowe.

Niedługo po ukazaniu się dzieła Darwina Thomson przedstawił swoją pracę na temat wieku Ziemi. Uważano wówczas, że Ziemia była niegdyś bardzo gorąca i stopniowo wystygła. Proces takiego stygnięcia opisany jest równaniem kiedyś wprowadzonym przez Josepha Fouriera (przy okazji tych rozważań wprowadził on szeregi dziś zwane od jego nazwiska, stosowane dziś powszechnie w fizyce i technice). Można było obliczyć, jak szybko rosnąć powinna temperatura, gdy przesuwamy się w głąb Ziemi (od dawna było wiadomo, że w głębi Ziemi panują wyższe temperatury). Na początku Ziemia była kulą o temperaturze 4000 ºC, tylko tuż przy powierzchni jej temperatura była mniej więcej równa 0 ºC. Z czasem strome zbocze wykresu ulega rozmyciu.

Kelvin

Linie przedstawiają profil temperatury po 1, 10 i 100 milionach lat. Nachylenie krzywej temperatury na wykresie szybko maleje z czasem (podlega ono prostemu prawu skalowania \propto t^{-\frac{1}{2}}). Znając z pomiarów dzisiejsze nachylenie wykresu, można było obliczyć wiek Ziemi. Thomson uzyskał 100 mln. lat. Należało przypuszczać, że we wczesnych okresach zjawiska cieplne były bardziej gwałtowne. Wnioski Thomsona poparte były także rozważaniami na temat świecenia Słońca, wydawało się bowiem, że może ono świecić najwyżej przez kilkadziesiąt milionów lat.

Obliczenia Thomsona wynikały z modelu matematycznego, jego dane liczbowe były starannie zmierzone i bliskie są dzisiejszym. Przez następne czterdzieści lat, aż do początku wieku XX, wnioski szkockiego uczonego mogły wydawać się nieodparte, geologowie i przyrodnicy wierzący w ewolucję nie mogli mu przeciwstawić nic podobnie ścisłego. Darwin w kolejnych wydaniach swego dzieła szacował ostrożniej wiek denudacji Weald jako leżący gdzieś w przedziale 100 do 300 mln. lat. Jeśli Thomson miał rację, teoria Darwina miała kłopoty. A jednak Thomson się mylił.

Czy należy wierzyć modelom matematycznym?

Przypomina to sytuację z Dzienników gwiazdowych Stanisława Lema, gdzie uczony Flament występuje gwałtownie przeciw możliwości istnienia dwunożnych istot: „Jak gdybym jeszcze dwadzieścia pięć Płomieni temu nie udowodnił, że istota dwunożna, ledwo byś ją postawił, natychmiast wywróciłaby się jak długa! Sporządziłem nawet odpowiedni model i wykres, ale cóż wy, leniuchy, możecie o tym wiedzieć?”

Ostatecznie okazało się, że model jest prawidłowy, ale Thomson się mylił. Założenia modelu nie są spełnione w przyrodzie. W roku 1902 Pierre Curie i A. Laborde zmierzyli ciepło wydzielane przez promieniotwórczy rad. Istnienie izotopów promieniotwórczych wewnątrz Ziemi zmienia zasadniczo jej bilans energetyczny.

Obecnie dość dokładnie znamy wiek naszej planety, który jest równy 4,5 mld. lat. Intuicje Darwina szły w dobrym kierunku, Ziemia jest stara, ewolucja miała dużo czasu na wytworzenie geparda i człowieka. Zabawne, że Darwin też się pomylił. Denudacja Weald nie jest bowiem taka stara, jak przypuszczał.