Einstein w Pradze (1911-1912)

Kariera akademicka Einsteina na dobre zaczęła się w 1909 roku, kiedy w wieku trzydziestu lat został profesorem nadzwyczajnym na uniwersytecie w Zurychu i mógł zrezygnować z posady w Biurze Patentowym. Kontrkandydatem na to stanowisko był Friedrich Adler, który się jednak wycofał, uznając, że sprawiedliwiej będzie, jeśli otrzyma ją Einstein (por. Einstein, gildia cór Koryntu i Friedrich Adler (1909)). Już w następnym roku pojawiła się perspektywa stanowiska bardziej prestiżowego: profesora zwyczajnego fizyki teoretycznej na uniwersytecie niemieckim w Pradze. W ówczesnym świecie uniwersyteckim profesora zwyczajnego od nadzwyczajnego dzieliła niemal przepaść. W szczególności oznaczało to też większą pensję. Einstein zaczął negocjacje z Pragą, które ciągnęły się dość długo. Wydział Filozoficzny w Pradze zaproponował Einsteina jako pierwszego z trzech kandydatów, drugim był Gustav Jaumann, uczeń Macha, profesor politechniki w Brnie. Minister kierujący oświatą w Wiedniu, Karl von Stürgkh, wolał Jaumanna, który był obywatelem Austro-Węgier. Jaumann wszakże w końcu nie zdecydował się na wyjazd do Pragi (legenda, że obraził na wieść o tym, iż uczelnia woli Einsteina, jest, jak się zdaje, nieprawdziwa). Wrócono w każdym razie do kandydatury Einsteina. Uczony musiał zadeklarować swoje wyznanie jako mojżeszowe, ponieważ cesarz Franciszek Józef nie uznawał żadnych dysydentów religijnych. Jeszcze jednym warunkiem była zmiana obywatelstwa, ale to żądanie Einstein po prostu zignorował i pozostał obywatelem szwajcarskim (por. Obywatelstwa Einsteina).

Kiedy w Zurychu dowiedziano się o propozycji z Pragi, studenci złożyli petycję o zatrzymanie młodego profesora, który chętnie rozmawiał ze studentami, a nawet zapraszał ich do kawiarni albo do domu w celu kontynuowania dyskusji, w ściśle hierarchicznym świecie akademickim była to postawa niespotykana. Pod petycją podpisało się piętnaście osób, w tym Polak, Stefan Straszewicz, matematyk, który został w Zurychu dłużej, pracując nad doktoratem u Ernsta Zermelo. Straszewicz, późniejszy profesor Politechniki Warszawskiej, opowiadał jako anegdotę, że uczył Einsteina (na jego prośbę) podstaw teorii mnogości. Środowisko matematyków i fizyków w Zurychu było na tyle małe, że wszyscy znali się tam nawzajem. Uniwersytet w Zurychu podniósł wprawdzie już po roku pensję Einsteina z 4500 do 5500 franków rocznie, ale i tak nie udało się go zatrzymać. Nie chodziło chyba tylko o pieniądze, Einstein wystąpił do władz uczelni, by zmniejszyły opłatę studencką za udział w jego seminarium pod pretekstem, że trwa ono nie dwie godziny, lecz tylko jedną – z pewnością pamiętał jeszcze dobrze chude studenckie życie i starał się ułatwić sytuację młodym ludziom. Pieniędzy mu już wtedy nie brakowało, pod koniec roku 1910 otrzymał bowiem trzyletnie prywatne stypendium wynoszące 5000 marek rocznie (ok. 6200 franków szwajcarskich), ufundowane przez anionimowego darczyńcę. Był nim Franz Oppenheim, przemysłowiec związany z firmą Agfa. Prace dotyczące termodynamiki i kwantów światła były uważnie czytane przez uczonych berlińskich takich, jak Walther Nernst, mający bliskie kontakty z przemysłem. Ostatecznie Einstein zrezygnował z posady w Zurychu i od 1 kwietnia 1911 roku został przez Jego Cesarsko-Królewską Apostolską Wysokość łaskawie mianowany na profesora fizyki teoretycznej w Pradze. Jego pensja wynosić miała 6400 koron (czyli 6720 franków szwajcarskich) plus spore dodatki. Nominacja ta zapewniała ustalone podwyżki co pięć lat „służby” – wszyscy bowiem profesorowie, tak jak urzędnicy i wojsko, służyli cesarzowi, któremu uroczyście zaprzysięgano wierność. Jako członek korpusu urzędniczego Cesarstwa Austro-Węgier sprawił sobie przepisowy piękny mundur, który czasem wkładał na spacer do parku, chcąc sprawić przyjemność Hansowi Albertowi (7 lat) – wyglądał w nim bowiem jak jakiś admirał. Jego służbowa kariera aż po emeryturę i śmierć uregulowana była ścisłymi przepisami. Nikt wtedy nie podejrzewał, że za siedem lat zniknie z mapy samo Cesarstwo. Einstein wytrwał w Pradze trzy semestry, latem 1912 wrócił do Zurychu, ale na stanowisko profesora zwyczajnego i nie na uniwersytecie, lecz w ETH, swej macierzystej uczelni, gdzie dwanaście lat wcześniej nie było dla niego miejsca. Niejako symbolicznie, w 1912 roku zmarł Heinrich Weber, profesor, który swego czasu wstrzymał karierę Einsteina na wiele lat (por. Student Einstein, profesor Weber i diamenty (1906)). Uczony miał tam zarabiać 11000 franków, ale po dwóch latach i tak przeniósł się do Berlina, który był wtedy światowym centrum fizyki.

Praga rozczarowała Einsteina, który jeszcze w tym samym roku zaczął negocjować stanowisko w Utrechcie i na ETH. Studenci byli tu na gorszym poziomie niż w Zurychu, uniwersytet niemiecki funkcjonował równolegle do uniwersytetu czeskiego, lecz miał znacznie mniej słuchaczy. Mniejszości niemiecka i żydowska (też niemieckojęzyczna) żyły w izolacji od społeczeństwa czeskiego. Uczony obracał się wyłącznie w kręgu niemieckojęzycznym.

Wśród zalet swej pozycji w Pradze uczony wymieniał dobrze zaopatrzoną bibliotekę oraz duży gabinet z czterema oknami wychodzącymi na piękny park, po którym spacerowali w pewnych porach wyłącznie mężczyźni, a w innych – kobiety. Zaintrygowany, spytał kogoś o powód tak osobliwej sytuacji i dowiedział się, że są to lżej chorzy pacjenci szpitala psychiatrycznego. Dużo w tym czasie pracował, często podróżował, m.in. został zaproszony na bardzo elitarny Kongres Solvayowski, gdzie mówił o kwantowym podejściu do drgań atomów w kryształach – jeszcze jednej ze swych rewolucyjnych prac (por. Student Einstein, profesor Weber i diamenty (1906)). Nieco wcześniej poznał osobiście Hendrika Lorentza, jedynego bodaj fizyka, przed którym czuł respekt. Na kongresie poznał też Marię Curie, atakowaną właśnie przez prawicową prasę francuską za romans z Paulem Langevinem („Żydówka-imigrantka, która rozbija katolicką rodzinę”, nie miało oczywiście żadnego znaczenia, że Maria Skłodowska nie była Żydówką, a Langevin miał poglądy zdecydowanie lewicowe, podobnie jak pani Curie). Znakomity matematyk, Henri Poincaré, nie zrobił na Einsteinie wrażenia kogoś, kto naprawdę rozumie problemy ówczesnej fizyki. Einstein natomiast robił na wszystkich znakomite wrażenie, bez przesady można powiedzieć, że był nadzieją fizyki – sądzili tak uczeni tak różni, jak Hendrik Lorentz, Max Planck, Arnold Sommerfeld, a także Henri Poincaré i Maria Curie (Planck rekomendował Einsteina do Pragi, a Poincaré i Curie do ETH).

Philipp Franck, który był następcą Einsteina na katedrze w Pradze i znał go osobiście, wspominał:

Bezpośrednie wrażenie, jakie Einstein wywierał na otoczeniu, było niejednoznaczne. Zachowywał się tak samo wobec wszystkich. Takim samym tonem zwracał się zarówno do najważniejszych urzędników uniwersytetu, jak i do sklepikarza czy sprzątaczki w laboratorium. Wskutek swych wielkich odkryć naukowych zyskał już głębokie poczucie pewności siebie. Presja, jaką często odczuwał w młodości, ustąpiła. Pogrążony był w pracy, której zamierzał poświęcić życie i do której się nadawał. Z perspektywy tej pracy problemy dnia codziennego wydawały mu się nieważne. (…) Widział sprawy codzienne w nieco komicznym świetle i coś z tego nastawienia wyzierało z jego słów; jego poczucie humoru rzucało się w oczy. Kiedy ktoś powiedział coś zabawnego, intencjonalnie albo niechcący, Einstein reagował bardzo żywiołowo. Wydobywający się z głębi jego jestestwa śmiech był jedną z jego charakterystycznych cech, które natychmiast zwracały uwagę. Dla ludzi dookoła był ów śmiech źródłem radości i ożywienia. Czasem jednak dawało się w nim wyczuć krytycyzm, który nie każdemu przypadał do gustu. Ludziom o wysokiej pozycji społecznej niezbyt się podobało, że Einstein uważa ich świat za śmiechu warty w porównaniu z wielkimi problemami, którymi sam się zajmuje. Jednak ludzie o niższej pozycji społecznej czerpali zawsze przyjemność z obcowania z Einsteinem. Jego sposób prowadzenia rozmowy sytuował się gdzieś między dziecinnymi żartami a gryzącym szyderstwem, tak że niektórzy nie wiedzieli, czy powinni się śmiać, czy obrazić. (…) Toteż wrażenie, jakie Einstein wywierał na otoczeniu, oscylowało między dziecinną wesołością a cynizmem.

Czasem wydawał się osobą, która „potrafi serdecznie przejąć się losem kogoś zupełnie obcego, a czasem egoistą, który przy bliższym kontakcie natychmiast zamyka się w sobie”. Owa dwoistość pogłębiała się z czasem, choć wszędzie potrafił Einstein znaleźć szybko przyjaciół. Albert Einstein z aparycji przypominał wówczas bardziej skrzypka wirtuoza niż profesora. Szybko zresztą znalazł w Pradze towarzyszy do uprawiania muzyki kameralnej, m.in. Georga Picka, wybitnego matematyka i zamiłowanego skrzypka. Poznał też Moritza Winternitza, profesora sanskrytu, ojca pięciorga dzieci, i zaprzyjaźnił się z nim oraz z całą jego rodziną. Szwagierka profesora, stara panna i nauczycielka muzyki, grywała
razem z nim, nie szczędząc słów krytyki, kiedy mu się coś nie udało. Towarzyski Einstein szybko się zadomowił w nowym miejscu, choć brak mu było partnerów do dyskusji naukowych. Gorzej wyjazd ten zniosła Mileva, zajęta wychowaniem dwóch synów, z których młodszy, Eduard, zwany w rodzinie Tete, przyszedł na świat zaledwie rok wcześniej. Małżonkowie
mocno się już od siebie oddalili, przyjaciołom rzucała się w oczy odmienność ich charakterów: Mileva niełatwo się zaprzyjaźniała z ludźmi, była milcząca, skłonna do melancholii i niezbyt towarzyska. Ich małżeństwo zaczynało się rozpadać, Mileva, niegdyś marząca o pracy naukowej, była teraz uwiązana w domu, coraz rzadziej towarzyszyła mężowi w jego podróżach, nie stała się też jego partnerką czy nawet powiernicą w sprawach naukowych.

Mieszkali teraz znacznie wygodniej, Einsteinowie po raz pierwszy mieli tu światło elektryczne – w Bernie używali lamp naftowych, w Zurychu oświetlenie było gazowe. Mieli także służącą na stałe. Hans Albert poszedł do katolickiej szkoły, gdzie lekcje religii były obowiązkowe, i  Einstein żartował, że dziecko zacznie sobie wyobrażać Boga jako kręgowca w gazowym stanie skupienia. Było to nawiązanie do tezy Ernsta Haeckla z Kongresu Wolnomyślicieli w roku 1904: „Antropomorficzny Bóg, kręgowiec w gazowym stanie skupienia, należy do dziedziny literatury mistycznej”.

Miasto bardzo się Einsteinowi podobało pod względem architektury, znacznie mniej jako miejsce do życia: woda była niezdrowa, a w powietrzu unosiła się sadza. Po wypielęgnowanych i schludnych miastach szwajcarskich stolica Czech wydawała się brudna i zaniedbana. Ludzie łączyli w sobie wyniosłość z oślizgłą służalczością, co także stanowiło
nieprzyjemny kontrast z atmosferą obywatelskiego społeczeństwa Szwajcarii. W każdej sprawie konieczne były pisma urzędowe i bez zgody namiestnika cesarskiego nie można było nawet zakupić środków czystości na potrzeby Instytutu.

Einstein zetknął się tu ze środowiskiem niemieckojęzycznych Żydów, będących pod wpływem Martina Bubera, poznał Franza Kafkę i Hugona Bergmanna, jednego z założycieli ruchu syjonistycznego. Kafka nie był wtedy znany jako pisarz, pisarza z kolei niezbyt interesował uczony, było to więc spotkanie bez żadnych konsekwencji. Wszyscy oni zbierali się w salonie artystycznym bogatej patronki, Berty Fanty (po czesku Fantová). Był to dla Einsteina, przyzwyczajonego do szwajcarskiej neutralności i panujących tam liberalnych wartości, zupełnie nowy świat. Dotąd nie myślał zbyt wiele o swej żydowskości, rzadko stykał się z przejawami antysemityzmu. Nawet jednak w szczęśliwej Szwajcarii Żydzi utrzymywali kontakty głównie z Żydami. Z czasem, w miarę upływu wieku XX, świadomość żydowska będzie się dla niego stawać coraz ważniejsza, choć wszelkie uczucia zbiorowe zawsze wydawały mu się podejrzane.

W roku 1912 przyjechał do Pragi na kilka dni Paul Ehrenfest, fizyk o rok młodszy od Einsteina, który dzielił wiele jego poglądów. Znali się dotąd ze swych publikacji. Ehrenfest, Żyd i wiedeńczyk, ożeniony z rosyjską matematyczką, Tatjaną Afanassjewą, mieszkał teraz w Sankt Petersburgu, gdzie doskwierała mu naukowa izolacja, myślał więc o powrocie do Europy. Einsteinowie powitali go na dworcu kolejowym i zaprosili do kawiarni, a potem panowie, już bez Milevy, udali się do Instytutu, gdzie mogli rozmawiać o fizyce. Obu im tego ostatnio brakowało, odkryli, że wiele ich łączy. Zaprzyjaźnili się w ciągu kilku godzin i była to przyjaźń na całe życie. Einstein proponował później, aby Ehrenfest objął po nim katedrę w Pradze, lecz ten, pryncypialny ateista, nie chciał za żadną cenę deklarować się jako wierzący

Wspomnienie Pragi wróciły do Einsteina w nieoczekiwanej postaci. W ostatnich latach życia pozostawał w bliskim związku z Johanną Fantovą, synową Berty Fantovej, której salon odwiedzał kiedyś w Pradze. Później zaprzyjaźnił się z Johanną w Berlinie, kiedy porządkowała mu bibliotekę. Niedługo przed wojną Fantová przyjechała do Stanów Zjednoczonych i spotkała się z Einsteinem w Princeton. Poradził jej, aby uczyła się bibliotekarstwa, po studiach została zatrudniona przez bibliotekę miejscowego uniwersytetu. Była dla niego częścią utraconego świata przedwojennej Europy. Czytała mu Goethego, on pisywał dla niej wierszyki. Das Ewigweibliche, pierwiastek kobiecy, pociągał go nawet w ostatnich latach życia, kiedy podupadał coraz bardziej na zdrowiu i powoli musiał wyrzekać się uroków świata. Zarówno w Berlinie, jak i w Princeton pływał z Johanną swoją żaglówką. Dziennik Fantovej w bibliotece Princeton University stanowi mało znany dokument z ostatnich lat uczonego.

Jak Albert Einstein wymyślił ruchy Browna (1905)

Albert Einstein kojarzy się głównie z teorią względności: szczególną i potem ogólną. Jego zainteresowania obejmowały jednak całość gmachu fizyki, jak nikt bowiem troszczył się o logiczną spójność i prostotę całości, wiele jego prac brało początek nie tyle z konkretnych problemów, ile raczej z potrzeby uzgodnienia różnych punktów widzenia. Tematyka teorii względności nie pochłaniała też większości jego czasu i uwagi. W pierwszym, najbardziej twórczym, ćwierćwieczu swej działalności był Einstein jednym z pionierów i mistrzów fizyki statystycznej. Dziedzina ta wyrosła z kinetycznej teorii gazów w sposób prawie niezauważalny w pierwszych latach XX wieku. Metody statystyczne zastosowane do gazów i rozwinięte przez Ludwiga Boltzmanna uogólnił Einstein w latach 1902-1904 na dowolne układy składające się z wielu cząstek. Nie wiedział wówczas, że dobiegający kresu życia Josiah Willard Gibbs sformułował tę samą teorię w książce Elementary Principles in Statistical Mechanics wydanej w Stanach Zjednoczonych w roku 1902. Gibbs, który spędził niemal całe życie w New Haven w Connecticut jako profesor uniwersytetu Yale, był pierwszym i aż do lat trzydziestych jedynym wybitnym teoretykiem amerykańskim. Jego prace znane były w Europie, lecz Einstein zapoznał się z książką Gibbsa dopiero po ukazaniu się jej niemieckiego przekładu i stwierdził, że gdyby znał ją wcześniej, to nie napisałby swoich trzech wczesnych prac dotyczących podstaw fizyki statystycznej. Bez wątpienia przyczyniły się one wszakże do jego naukowego rozwoju, technikami statystycznymi posługiwał się bowiem później z wielkim wyczuciem i pewnością.

Lata 1896-1905 są w rozwoju naukowym Einsteina okresem bodaj najciekawszym, wtedy właśnie ukształtował się uczony, który w roku 1905 ogłosił cztery przełomowe prace stawiające w nowym świetle kilka naraz dziedzin fizyki. Pierwsza z nich dotyczyła cząstkowej natury światła i była najbardziej może rewolucyjna. Czwarta dotyczyła teorii względności, czyli jak to wtedy mówiono, elektrodynamiki ciał w ruchu. Do swego przyjaciela Conrada Habichta Einstein pisał wtedy:

Praca druga zawiera określenie rzeczywistych rozmiarów atomów na podstawie dyfuzji oraz lepkości w rozcieńczonych roztworach substancji obojętnych. Trzecia natomiast dowodzi, iż z założeń molekularnej [kinetycznej] teorii ciepła wynika, że cząstki o średnicy rzędu 1/1000 mm, tworzące zawiesinę w cieczy, muszą wykonywać dostrzegalne, chaotyczne ruchy, spowodowane ruchami cieplnymi [cząsteczek cieczy]; w rzeczy samej, fizjologowie zaobserwowali niewyjaśnione [słowo skreślone przez autora listu – J.K.] ruchy małych nieożywionych cząstek w zawiesinach, które nazwano molekularnymi ruchami Browna.

Robert Brown, wybitny botanik, zaobserwował to zjawisko w roku 1827, badając pod mikroskopem pyłki klarkii nadobnej i wydzielane przez nie drobne cząstki (amyloplasty i sferosomy). Otóż cząstki te wykonywały nieustający zygzakowaty ruch. Brown sumiennie i metodycznie podszedł do swego odkrycia, stwierdzając, że podobne ruchy obserwuje się także w przypadku drobnych cząstek nieorganicznych, nie mają więc one nic wspólnego z życiem. Do końca wieku XIX zjawiskiem ruchów Browna zajmowali się od czasu do czasu fizycy, nie zaowocowało to jednak żadnymi charakterystykami ilościowymi. Mimo że rozwinęła się wówczas kinetyczna teoria gazów i powtarzano od czasu do czasu wyjaśnienie zjawiska za pomocą zderzeń z cząsteczkami cieczy, nikomu nie udało się wyjść poza ogólniki. Charakterystyczne są tu uwagi Henri Poincarégo w książce Nauka i hipoteza. Matematyk pisze tu o zjawiskach nieodwracalnych, podlegają one prawu wzrostu entropii, trudno więc uzgodnić je z zasadami mechaniki, które są odwracalne:

Przez długi czas termodynamika ograniczała się do badań nad rozszerzaniem się ciał i zmian w ich stanie. Od pewnego czasu stała się ona zuchwalszą i znacznie rozszerzyła swój zakres. Zawdzięczamy jej teorię stosu, teorię zjawisk termoelektrycznych; nie ma w całej fizyce kąta, który by nie był objęty jej badaniami; zaatakowała ona nawet chemię. Wszędzie panują te same prawa; wszędzie pod rozmaitością pozorów odnajdujemy zasadę Carnota [tj. drugą zasadę termodynamiki], wszędzie również owo tak niesłychanie abstrakcyjne pojęcie entropii, równie powszechne jak pojęcie energii i jak ono posiadające cechy czegoś realnego. Ciepło promieniste zdawało się jej nie podlegać; przekonano się niedawno, że i ono znajduje się pod panowaniem tych samych praw. (…)

Usiłowano również znaleźć wytłumaczenie mechaniczne tych zjawisk [nieodwracalnych] we właściwym znaczeniu. Nie nadawały się one jednak do tego. Aby wytłumaczenie to znaleźć, należało np. przypuścić, że nieodwracalność jest tylko pozorna, że zjawiska elementarne są odwracalne i ulegają znanym prawom dynamiki. Lecz elementy są nadzwyczaj liczne i mieszają się ze sobą coraz bardziej, tak iż dla tępych naszych oczu wszystko zdaje się zdążać do jednostajności, czyli wszystko zdaje się postępować w jednym kierunku, bez nadziei powrotu. Pozorna nieodwracalność jest tedy po prostu przejawem prawa wielkich liczb. Jedynie istota o zmysłach nieskończenie subtelnych, w rodzaju urojonego demona Maxwella, potrafiłaby rozwikłać tę poplątaną sieć i zawrócić świat wstecz.

Koncepcja ta, związana z teorią kinetyczną gazów, powstała kosztem wielkich wysiłków i ostatecznie okazała się mało płodną, może się stać nią jednak. Nie tutaj miejsce rozpatrywać, czy nie prowadzi ona do sprzeczności, i czy odpowiada ściśle rzeczywistej naturze rzeczy.

Wspomnijmy przecież o oryginalnych pomysłach fizyka Gouy’ego, dotyczących ruchu brownowskiego. Według tego badacza osobliwy ten rodzaj ruchu uchyla się od zasady Carnota. Cząstki, które wprawia on we wstrząśnienie, mają być mniejsze niż oka tej tak gęsto zasnutej sieci; mogą one przeto oka te rozwikłać i w ten sposób kazać światu postępować wstecz. [Nauka i hypoteza, przeł. M.H. Horwitza pod red. L. Silbersteina, Warszawa-Lwów 1908, pisownia uwspółcześniona]

Zaprezentowaliśmy ten cytat nie tylko dla zobrazowania poglądów panujących w pierwszych latach XX wieku, ale i dlatego, że książkę Poincarégo czytał Einstein z przyjaciółmi, Conradem Habichtem (adresatem listu powyżej) i Mauricem Solovine. Utworzyli oni nieformalną grupę samokształceniową, którą nazywali żartobliwie Akademią Olympia – wszyscy trzej byli raczej bez grosza i postrzegali siebie jako outsiderów wobec rozmaitych szacownych ciał oficjalnych. Niewykluczone, że Einstein wiedział na temat ruchów Browna tyle albo niewiele więcej niż można znaleźć u Poincarégo. 

Akademia Olympia w pełnym składzie, pierwszy z lewej Conrad Habicht.

W odróżnieniu od franuskiego luminarza nauki młody Einstein nie miał wątpliwości, że metody statystyczne Boltzmanna, czyli mechanika statystyczna, mogą objaśnić także zjawiska nieodwracalne (np. zamianę pracy na ciepło pod wpływem tarcia albo oporu ośrodka). Na poziomie molekularnym nie widać zresztą, w którą stronę płynie czas. Nie widać tego także w ruchach Browna. Drobna, lecz ogromna w skali molekularnej, cząstka pod mikroskopem porusza się pod wpływem chaotycznych zderzeń z cząsteczkami cieczy bądź gazu. Zderzenia te przekazują obserwowanej cząstce pewien pęd, ruch wypadkowy jest tu skutkiem nierównomierności tych zderzeń: czasem przekazują one pęd w jednym kierunku, czasem w innym. W rezultacie cząstka porusza się osobliwym zygzakowatym ruchem. Uczeni badający to zjawisko przed Einsteinem starali się np. zmierzyć prędkość ruchów Browna, otrzymywali jednak wyniki niespójne i nie dające się ująć w żadne prawidłowości. W ruchach Browna decydujące znaczenie mają odchylenia od średnich – fluktuacje statystyczne, a nie same średnie. Badanie fluktuacji metodami fizyki statystycznej stało się ulubionym podejściem Einsteina w wielu zagadnieniach. Nastawienie to odróżniało go nie tylko od konserwatystów w rodzaju Poincarégo, ale także od pionierów: Boltzmanna i Gibbsa, którzy koncentrowali się raczej na tym, jak metodami statystycznymi powtórzyć wyniki termodynamiczne. Młody uczony, którego na razie nikt nie traktował na tyle serio, by dać mu posadę na uczelni, szedł więc tutaj zupełnie samodzielną drogą. Można powiedzieć, że był prekursorem stosowania prawdopodobieństw w fizyce. Metody probabilistyczne odróżniają zdecydowanie fizykę XX wieku od szukającej wszędzie absolutnej pewności fizyki dziewiętnastowiecznej. Choć Einstein nigdy nie pogodził się z brakiem determinizmu na poziomie zjawisk podstawowych (słynne „Bóg nie gra w kości!”), to sam przyczynił się w znacznym stopniu do zmiany podejścia uczonych i wprowadzenia metod statystycznych. 

W pracy z 1905 roku Einstein nie był pewien, czy to, co opisuje to owe słynne ruchy Browna. Pisze:

Niewykluczone, że omawiane tu ruchy są identyczne z tak zwanymi molekularnymi ruchami Browna, ale dostępne mi dane na ich temat są tak nieprecyzyjne, iż nie mogłem w tej sprawie sformułować opinii. (przeł. P. Amsterdamski)

Warto zauważyć, że sto lat temu dostęp do informacji naukowej był zgoła niełatwy, zwłaszcza dla kogoś, kto pracował przez cały dzień w biurze i w godzinach pracy nie mógł chodzić do biblioteki naukowej. Oczywiście Einsteinowi chodzi tu o coś więcej niż samą kwestię ruchów Browna:

Jeżeli ruchy, które tu omówimy, rzeczywiście można zaobserwować i jeżeli spełnione są prawa, którym powinny podlegać, to nie sposób dalej utrzymywać, że termodynamika klasyczna zachowuje ważność w sytuacji, gdy poszczególne obiekty dają się odróżnić nawet za pomocą mikroskopu, i ścisłe wyznaczenie rzeczywistych rozmiarów atomowych staje się możliwe. Z drugiej strony, jeżeli przewidywania dotyczące tych ruchów okażą się błędne, fakt ten stanowiłby bardzo poważny argument przeci molekularno-kinetycznej teorii ciepła. (przekł. jw.)

Einstein stosuje do opisu ruchu cząstki brownowskiej rachunek prawdopodobieństwa. W jednym wymiarze rozkład prawdopodobieństwa zależny od położenia x i czasu t opisany jest funkcją p(x,t). Zakładamy, że położenia cząstki w chwili późniejszej t+\tau są statystycznie niezależne od położeń w chwili t. Mamy wtedy równanie:

p(x,t+\tau)={\displaystyle \int_{-\infty}^{\infty} p(x+\Delta, t)\phi(\Delta)d\Delta},

gdzie \phi(\Delta) jest pewnym symetrycznym rozkładem prawdopodobieństwa. Czytelnik zechce zauważyć podobieństwo do podejścia Louisa Bacheliera, o którym Einstein nic nie wiedział wtedy ani zresztą także i później, ich trajektorie naukowe nigdy się nie przecięły. Einstein rozwija w szereg Taylora funkcję po lewej stronie względem czasu, a po prawej względem położenia, ograniczając się do najniższych pochodnych dających nietrywialny wynik:

p(x,t+\tau)=p(x,t)+\tau\dfrac{\partial p}{\partial t}=p(x,t)+\dfrac{1}{2}{\displaystyle \dfrac{\partial^2 p}{\partial x^2} \int_{-\infty}^{\infty}  \Delta^2 \phi(\Delta)d\Delta}.

Po uproszczeniu otrzymujemy równanie dyfuzji:

\dfrac{\partial p}{\partial t}=D \dfrac{\partial^2 p}{\partial x^2}, \mbox{  gdzie  } D=\dfrac{1}{2\tau} {\displaystyle \int_{-\infty}^{\infty}  \Delta^2 \phi(\Delta)d\Delta}.

Jest to równanie opisujące rozkład prawdopodobieństwa położeń pojedynczej cząstki (jeśli cząstek jest niewiele, to ich ruchy powinny być niezależne). Rozwiązanie znane było powszechnie i można je zapisać następująco:

{\displaystyle p(x,t)=\dfrac{1}{\sqrt{4\pi Dt}}\exp{\left(-\dfrac{x^2}{4Dt}\right)}.}

 

Mamy więc mały cud: bardzo nieregularne ruchy odpowiadają gładkiemu rozkładowi gaussowskiemu, który rozpływa się z czasem. Wygląda to jakoś tak.

Biorąc pewną próbkę błądzących cząstek, otrzymamy histogram częstości, który dla wielu prób zbieżny będzie do rozkładu Gaussa. Jest to zagadnienie błądzenia przypadkowego, o którym pisaliśmy niedawno. Z punktu widzenia Einsteina najważniejsza była wartość średnia x^2, czyli dyspersja rozkładu (kwadrat odchylenia standardowego):

\langle x^2\rangle=2Dt.

Einstein powiązał współczynnik D z lepkością ośrodka \eta i promieniem cząstek brownowskich r oraz temperaturą T, otrzymując

\langle x^2\rangle=\dfrac{kT}{3\pi \eta r}t.

Zależność tę przetestował później Jean Perrin, potwierdzając wyniki Einsteina i Mariana Smoluchowskiego, który trochę później ogłosił równoważną teorię ruchów Browna. Dzięki temu potwierdzono istnienie atomów, a także słuszność fizyki statystycznej jako metody badania obiektów makro− i mezoskopowych. 

 

 

 

 

Louis Bachelier: Teoria spekulacji (1900)

Louis Bachelier był o dziewięć lat starszy od Einsteina. Prawdopodobnie nigdy się nie zetknęli i nie wiedzieli, że ich badania mają ze sobą coś wspólnego. Pierwszy badał ceny akcji na giełdzie, drugi – podstawowe prawa fizyki. Obaj stosowali metody rachunku prawdopodobieństwa. Na początku XX wieku podejście takie było awangardowe, zdarzenia losowe wydawały się marginesem dobrze naoliwionej i przewidywalnej machiny świata. Machina ta jest jednak zbyt złożona i zbyt wielka, abyśmy potrafili wyobrazić sobie wszystkie jej trybiki jednocześnie. Nie sposób np. przewidzieć ruchu cząstek w gazie, gdyż jest ich zbyt wiele i nie znamy dokładnie ich położeń i prędkości, a w dodatku zderzenia, które są nadwrażliwe na warunki początkowe, stale „tasują” owe położenia i prędkości. (Z podobnego powodu nigdy nie uda się obliczyć, jaka będzie pogoda za rok.) Także giełda zachowuje się w sposób przypadkowy:

Niezliczone są okoliczności, które mogą wpływać na ruchy giełdy: zdarzenia przeszłe, obecne, bądź tylko przewidywane, nie mając często widocznego związku z jej zachowaniem, wpływają jednak na notowania. Obok tych przyczyn niejako naturalnych wpływ mają także przyczyny sztuczne: giełda reaguje na samą siebie i bieżące jej ruchy są nie tylko funkcją ruchów uprzednich, ale także jej obecnego stanu. Określenie tych ruchów zależy od nieskończenie wielu czynników, nie można tu więc mieć nadziei na matematyczną przewidywalność. Sprzeczne opinie na temat tych zmian są tak podzielone, że kupujący liczą na wzrost cen, sprzedający zaś na ich spadek.

Tymi słowami zaczyna się praca doktorska Bacheliera, zatytułowana  Théorie de la spéculation, czyli „Teoria spekulacji”, obroniona na Sorbonie w roku 1900. Opiekunem pracy był Henri Poincaré, matematyk, fizyk, filozof, uczony uniwersalny, który rozumiał, że matematyka powinna sięgać poza swe tradycyjne obszary zastosowań. Rzecz była pionierska, choć z czysto matematycznego punktu widzenia Bachelier nie osiągnął zbyt wiele. Rachunek prawdopodobieństwa nie miał wówczas ścisłych podstaw aksjomatycznych, te zapewnił mu dopiero Andriej Kołmogorow w latach trzydziestych. Kołmogorow cytował zresztą Bacheliera w odróżnieniu od jego francuskich kolegów. Kariera naukowa Bacheliera nie ułożyła się zbyt dobrze. Przed pierwszą wojną światową zajmował kiepsko płatną posadę wykładowcy na Sorbonie, potem jako szeregowy żołnierz brał udział w wojnie. Dopiero w 1927 toku udało mu się zostać profesorem w prowincjonalnym Besançon. Dziś nazywany założycielem matematyki finansowej, za życia pozostawał niezauważony. To zresztą typowy los pionierów w nauce. Ważną rolę w tłumieniu nowatorstwa odgrywają granice dyscyplin: Bachelier pojawił się zbyt wcześnie, by docenili go ekonomiści. Pół wieku później jego doktorat z uznaniem czytali późniejsi laureaci ekonomicznych Nagród im. Nobla. Słynny model Blacka-Scholesa dla ceny opcji mógłby w zasadzie powstać już przed pierwszą wojną światową, praca Bacheliera po niewielkich zmianach zupełnie by do tego wystarczyła. Trudność leżała tu nie po stronie matematyki, lecz ekonomii. Inaczej było w przypadku fizyki: tam prace Einsteina i Smoluchowskiego zostały szybko zaakceptowane. Być może czas potrzebny był w tym przypadku na pogodzenie się z myślą, że procesy zachodzące w ekonomii nie różnią się diametralnie  od zjawisk fizycznych. Być może po prostu język prawdopodobieństw i statystyk wszedł na trwałe do myślenia naukowego.

Bachelier wyobrażał sobie, że istnieje jakaś fundamentalna cena akcji, od której z czasem odchyla się cena rzeczywista. Jego rozważania dotyczyły odchyleń od tej wartości fundamentalnej. Przyjmował, że ich rozkład prawdopodobieństwa dla danego czasu t opisany jest słynną krzywą dzwonową Gaussa:

p(x,t) dx=C(t)\exp{({-a(t)^2 x^2})} dx,

gdzie p(x)dx jest prawdopodobieństwem znalezienia ceny w niewielkim przedziale (x,x+dx). Inaczej mówiąc, pole pod tą krzywą ma sens prawdopodobieństwa. Bachelier napisał też równanie, jakie powinny spełniać funkcje p(x,t). Zakładając, że ruchy naszej akcji w ciągu czasu t_1 i potem w ciągu czasu t_2 są niezależne statystycznie, mamy następujące równanie

p(x,t_1+t_2)=\displaystyle{\int p(x-y,t_2)p(y,t_1) dy. }

Sens tego wyrażenia jest następujący: prawdopodobieństwo, że cena w czasie t_1 odchyli się o y od początkowej wartości to p(y,t_1); prawdopodobieństwo, że w czasie t_2 cena przejdzie od wartości y do x jest równe p(x-y,t_2). Prawdopodobieństwa te mnożymy, ponieważ zdarzenia są niezależne, następnie sumujemy po wszystkich wartościach y, czyli całkujemy. Dziś równanie to nazywamy równaniem Chapmana-Kołmogorowa, a operację tworzenia z dwóch rozkładów prawdopodobieństwa trzeciego – splotem. Splatając dwie krzywe Gaussa, otrzymujemy trzecią krzywą Gaussa, przy czym spełniona musi być zależność:

\dfrac{1}{a(t_1+t_2)^2}=\dfrac{1}{a(t_1)^2}+\dfrac{1}{a(t_2)^2}.

Łatwo stąd zauważyć, że 1/a^2 powinno być proporcjonalne do czasu. Ostatecznie otrzymujemy dla funkcji p(x,t) wyrażenie

{\displaystyle p(x,t)=\dfrac{1}{\sqrt{4\pi kt}}\exp{\left(-\dfrac{x^2}{4kt}\right)}.}

Gęstość prawdopodobieństwa ceny akcji rozpływa się z czasem coraz szerzej. Współczynnik k określa, jak szybko. Wariancja naszego rozkładu równa jest 2kt. Mamy tu analogię ze zjawiskiem dyfuzji.

I nie jest to przypadek, gęstość prawdopodobieństwa spełnia bowiem równanie dyfuzji:

\dfrac{\partial p(x,t)}{\partial t}=k\dfrac{\partial^2 p(x,t)}{\partial t^2}.

Te samo równanie opisuje przewodnictwo cieplne, co badał Joseph Fourier. W nowoczesnej matematyce finansowej stosuje się rozkład Gaussa nie do wartości ceny, lecz do wartości jej logarytmu. Usuwa to natychmiast kłopotliwą obiekcję, jaką można mieć do rozważań Bacheliera: rozkład Gaussa jest niezerowy dla każdego x, więc cena dowolnej akcji mogłaby spaść poniżej zera z niezerowym prawdopodobieństwem.

 

Wieczny powrót od Retyka i Kopernika do Poincarégo

Niebo Greków składało się z wirujących z różną prędkością sfer. Jak pisał Platon w Timajosie:

…aby dać jasną miarę relatywnej powolności i szybkości, z którymi gwiazdy wykonują swoich osiem ruchów, Bóg umieścił na drugiej po Ziemi orbicie światło, które nazywamy teraz Słońcem, aby całe niebo było oświetlone, a jestestwa żyjące, wszelkie, jakie natura zamierzyła, mogły uczestniczyć w Liczbie, ucząc się arytmetyki przez obroty Tego Samego i podobnego. (…)  A na obieg innych gwiazd ludzie, z bardzo małymi wyjątkami, nie zwracają uwagi, nie nadają im nazw, nie porównują ich obiegów ilościowo, tak, że powiedzieć można, nie wiedzą, że czas to błędne wędrówki tych gwiazd nieprzeliczone i przedziwnie różnorodne. Mimo to można pojąć, że doskonała liczba czasu wypełnia rok doskonały wtedy, gdy wszystkie osiem obrotów, mających swoje względne stopnie szybkości, dokona się wspólnie i zakończy w tym samym czasie, mierzonym obrotem Tego Samego, które się porusza w sposób jednostajny. (39 c-39d)

Według Platona po 36 000 lat cykl kosmiczny się powtarza. W XVI w. Georg Joachim Retyk, jedyny uczeń Kopernika, powiązał epoki historyczne ze zmianami mimośrodu orbity Ziemi. Środek orbity Ziemi poruszał się bowiem u Kopernika po niewielkim kółku , a okres tego ruchu wynosił 3434 lat egipskich. Kiedy mimośród orbity Ziemi był największy Rzym stał się z republiki cesarstwem. Po ćwierci obiegu owego małego kółka powstał islam, a po następnej ćwierci ok. 1652 r. – upadnie, jak prorokował. Drugie przyjście Chrystusa miało nastąpić w roku 2510, gdy mimosród wróci po raz drugi do swej wartości w chwili stworzenia. W książce Kopernika nie znajdziemy rozważań tego typu. Nie ma jednak podstaw by sądzić, że ich nie aprobował. Astrologia była dziedziną respektowaną, głównym powodem badania położeń planet na niebie. Więc choć Kopernik nie był z pewnością entuzjastycznym astrologiem – nie zachowały się tworzone jego ręką horoskopy, to mógł wierzyć, że los Ziemi i jej mieszkańców jest powiązany ze zjawiskami niebieskimi. O obrotach było dziełem czysto astronomicznym i matematycznym, zatem umieszczanie w nim astrologicznych konkretów byłoby nie na miejscu.

Środek orbity Ziemi \bar{S} porusza się po małym kółku, rzeczywiste Słońce spoczywa sobie spokojnie obok, nie biorąc udziału w tych „rewolucjach”. Słowo użyte przez Kopernika w tytule De revolutionibus oznaczało obroty, a więc coś cyklicznego, z czasem zaczęło oznaczać wszelkie dramatyczne przemiany, na ogół już jednokierunkowe. Proporcje na rysunku są oczywiście przesadzone, inaczej niewiele byłoby widać.

Wraz z upadkiem idei sfer niebieskich znaczenie cyklów planetarnych zmalało, a czas zaczął wydawać się nieskończony niczym prosta euklidesowa: od minus do plus nieskończoności. Oczywiście, chrześcijanie obowiązani byli wierzyć w stworzenie świata i jego koniec, ale z braku dopływu nowych bodźców wiara ta wyraźnie słabła. Już w XVIII wieku niezbyt się buntowano, gdy Buffon obliczył wiek Ziemi na mniej więcej dziesięć razy dłuższy, niż wynikałby z Biblii. Potem Fourier, zajmując się stygnięciem Ziemi, jeszcze powiększył tę wartość. Mechanistyczny wszechświat najłatwiej było sobie wyobrażać jako trwający od zawsze i mający istnieć zawsze. Od połowy XIX w. do obrazu tego doszły dwie zasady termodynamiki. Według pierwszej – zasady zachowania energii – istnieje wielkość, która we wszystkich przemianach się nie zmienia, co przemawia za tym, że wszechświat nie ma końca. Według drugiej zasady energia rozkłada się z czasem coraz bardziej równomiernie, świat powinien stawać się jednolitym ośrodkiem o stałej gęstości i temperaturze. Tak więc choć istniałby zawsze, po pewnym czasie przechodziłby w postać mało interesującą i praktycznie martwą. Mówiło się o „śmierci cieplnej” wszechświata.

Pomysł wiecznego powrotu pojawił się w latach osiemdziesiątych XIX stulecia nie u uczonego, lecz u filozofa, Friedricha Nietzschego. Pisał on:

Jeśli wszechświat należy uważać za pewną ilość energii, za pewną liczbę ośrodków energii, a każda inna koncepcja pozostaje nieokreślona i przez to bezużyteczna, to wynika stąd, że wszechświat przejść musi przez obliczalną liczbę kombinacji w wielkiej grze losowej, którą jest jego istnienie. W nieskończoności, w takim albo innym momencie, zrealizowana musi zostać każda możliwa kombinacja; a nawet więcej: musi ona zostać zrealizowana nieskończenie wiele razy. (…) wszechświat ukazuje się więc jako ruch kolisty, który zdążył się już powtórzyć nieskończenie wiele razy i który toczy swą grę przez całą wieczność.

Nietzsche, pogrążający się już w szaleństwie, przekonany był, że rozumowanie takie przeczy mechanistycznej nauce, którą traktował pogardliwie. Jednak w roku 1889 Henri Poincaré udowodnił, że w newtonowskiej mechanice także mamy do czynienia z wiecznym powrotem. Jego rozprawa zatytułowana O problemie trzech ciał i równaniach dynamiki zawierała nowatorskie podejście do klasycznego tematu za pomocą metod topologii, czyli rozważań operujących ogólnymi pojęciami takimi jak ciągłość, które okazały się bardzo owocne. Poincaré stał się prekursorem teorii chaosu. A metody topologiczne wykazywały jeszcze nieraz swą przydatność: np. w badaniu osobliwości w ogólnej teorii względności (czarne dziury, początek wszechświata) czy w badaniach osobliwych stanów materii (Nobel 2016).

Poincaré udowodnił następujące twierdzenie: Jeśli dopuszczalne stany układu mechanicznego zawarte są w pewnym ograniczonym obszarze D, to w dowolnym otoczeniu U każdego punktu obszaru D znajdzie się punkt s, który powraca do otoczenia U.

Można to narysować. Przestrzeń stanów to zbiór punktów, których współrzędnymi są położenia i pędy x,p (same położenia nie wystarczą, bo nie precyzują, jak zachodzi ruch; jest to tzw. przestrzeń fazowa układu). Naszym obszarem D jest niebieska elipsa (obszar ograniczony odpowiada temu, że np. energia układu jest stała). Rozpatrujemy dowolnie mały obszar U (u nas ma postać czerwonego kółka). Stany z obszaru U po jakimś kroku czasowym przechodzą w stany g(U), niemające wspólnego punktu z U (gdyby tak nie było, to już mamy tezę twierdzenia). Po kolejnych krokach czasowych otrzymujemy g^2(U),\ldots g^n(U). Wiadomo z mechaniki, że objętości tych wszystkich obszarów U, g(U),\ldots g^n(U) są jednakowe (twierdzenie Liouville’a). Skoro tak, to któryś z obszarów ciągu g^n(U) musi przeciąć się z U, a tym samym istnieć będzie punkt s należący zarówno do U, jak i g^n(U) (*)

Oznacza to, że wybierając dowolny stan początkowy i czekając dostatecznie długo, doczekamy się powrotu naszego układu jeśli nie do punktu początkowego to dowolnie blisko tego punktu. Wynik jest zupełnie ogólny, nie musimy nic wiedzieć na temat działających sił, a nasz układ może być dowolnie duży. Twierdzenie Poincarégo pokazuje więc, że na gruncie mechaniki mamy do czynienia z wiecznym powrotem. Można pokazać, że powroty takie będą się powtarzać nieskończenie wiele razy. Idea powrotu nie przeczy więc mechanicznemu światu, choć niezgodna jest ze śmiercią cieplną wszechświata. Poincaré zauważył filozoficzne konsekwencje swego twierdzenia. Zauważył je także młody matematyk Ernst Zermelo, asystent Plancka, który wystąpił z polemiką przeciwko koncepcji entropii Boltzmanna. Zermelo dał się potem poznać jako wybitny specjalista od podstaw matematyki, jego aksjomaty teorii mnogości stosowane są dziś powszechnie.

(*) Idea dowodu twierdzenia Poincarégo opiera się na zachowaniu objętości w przestrzeni fazowej. Kolejne zbiory g^k(U) mają takie same objętości, nie mogą więc być parami rozłączne, gdyż wtedy suma ich objętości przekroczyłaby każdą zadaną liczbę, a wszystko musi się zmieścić w większym obszarze D. Jeśli zaś jakaś para tych obszarów nie jest rozłączna, np. g^k(U) \cap g^l(U)\neq \O przy pewnych k>l\geq 0, to g^{k-l}(U)\cap U \neq\O , co oznacza, że dla jakiegoś punktu s\in U mamy s=g^{k-l}y, gdzie y\in S.

Zachowanie objętości kolejnych obszarów wynika stąd, że gdybyśmy wyobrazili sobie punkty przestrzeni fazowej jako punkty w poruszającej się cieczy, to dywergencja pola prędkości owej cieczy równa się zeru, a to jest warunek dla cieczy nieściśliwej, czyli zachowującej objętość. Oznaczając wektor prędkości \vec{q}=(\dot{x}_i,\dot{p}_i) dla i=1,\ldots, 3N (gdzie N jest liczbą cząstek składających się na układ), mamy

\mbox{div } \vec{q}=\dfrac{\partial\dot{x}_i}{\partial x_i}+\dfrac{\partial\dot{p}_i}{\partial p_i}=\dfrac{\partial^2 H}{\partial x_i \partial p_i}-\dfrac{\partial^2 H}{\partial p_i \partial x_i}=0,

gdzie H=H(x,p) jest hamiltonianem układu, po wskaźniku i sumujemy.

Dodatek matematyczny, twierdzenie Poincarégo w nowoczesnym sformułowaniu. Ujęcie to zawdzięczamy Constantinowi Carathéodory’emu, matematykowi z Getyngi, był już rok 1919. Pojawiło się pojęcie miary, będące uogólnieniem zwykłej objętości. Twierdzenie Poincarégo można uściślić w ten sposób, że zbiór punktów przestrzeni fazowej, które nigdy nie powracają do wybranego otoczenia jest miary zero. Zbiory miary zero, czyli zerowej objętości, mogą mieć skomplikowaną strukturę, ale są rzadkie w tym sensie, że nie można im przypisać żadnej dodatniej objętości. Nowoczesne pojęcie miary zbioru rozszerza dodawanie miar na zbiory przeliczalne (dające się ponumerować liczbami naturalnymi, ciągi zbiorów). Miara spełnia więc warunek:

\mu(\bigcup\limits_{i=1}^{\infty} A_i)=\sum\limits_{i=1}^{\infty} \mu(A_i),

gdy zbiory są parami rozłączne: A_i\cap A_j=\O, dla różnych wskaźników i,j. Pokażemy, że jeśli odwzorowanie g zachowuje miarę, a miara obszaru D jest skończona, to miara zbioru tych punktów D, które nie mają własności powracania, jest równa zeru. W tym sensie prawie każdy stan ma własność powracania.

Dla dowodu pokrywamy obszar D przeliczalną liczbą kul U_1, U_2, \ldots, . Dla każdej kuli U_n definiujemy jej podzbiór B_n jako zbiór tych s\in U_n, dla których g^k(s)\in U_n tylko dla skończenie wielu wartości wskaźnika k. Zbiór B=\bigcup\limits_{i=1}^{\infty} B_i jest zbiorem punktów niepowracających. Ponieważ \mu(B)\leq \sum\limits_{i=1}^{\infty} \mu(B_i), wystarczy udowodnić, że każdy ze zbiorów B_n jest miary zero.

W tym celu wybierzmy dowolny wskaźnik i. Będziemy teraz pisać oznaczenia U_i bez indeksu dla  uproszczenia zapisu.

Rozpatrzmy zbiór C=U\setminus \bigcup\limits_{p=1}^{\infty}g^{-p}(U). Punkt s\in g^{-k}(U) wtedy i tylko wtedy, gdy g^k(s)\in U oraz g^m(s)\notin U przy m>k. Zbiory g^{-i}(C), g^{-j}(C) są parami rozłączne, gdy wskaźniki i, j są różne, przy czym dopuszczamy, aby któryś z nich równał się zeru (g^{-0}(C)=C). Zbiór B_i=\bigcup\limits_{p=0}^{\infty}g^{-p}(C). Zatem mamy

\mu(B_i)=\sum\limits_{p=0}^{\infty}\mu(g^{-p}(C)).

Miary wszystkich zbiorów po prawej stronie są takie same, bo nasze odwzorowanie zachowuje miarę. Gdyby miary te były dodatnie, suma byłaby nieskończona, co jest niemożliwe, gdyż B_i\subset U_i, więc jego miara musi być skończona. Zatem wszystkie miary po prawej stronie są zerowe i \mu(B_i)=0. Zbiór B jest przeliczalną sumą B_i, zatem i on musi być miary zero. Dowód ten pochodzi z artykułu R. Daniela Mouldina, Probability and Nonlinear Systems, „Los Alamos Science” nr poświęcony Stanisławowi Ulamowi.

Twierdzenie Poincarégo o powracaniu ilustruje tzw. kot Arnolda (chodzi o Vladimira Arnolda, wybitnego matematyka rosyjskiego). Mamy tu ograniczoną przestrzeń stanów i pewną grupę stanów początkowych, które ułożone są w kształt kociego pyszczka. Gdy puścimy w ruch tę animację, zobaczymy, że w pewnych chwilach kot powraca.

 

Walter Ritz, rówieśnik Einsteina (1878-1909)

Nauka jest przedsięwzięciem zbiorowym, ostatecznie to społeczność uczonych – niczym chór greckiej tragedii – osądza protagonistów i komunikuje boskie wyroki. Jest przedsięwzięciem zbiorowym także w bardziej trywialnym i współczesnym znaczeniu mrowiska, w którym nie należy przeceniać roli poszczególnych mrówczych jednostek. Jednak „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”, a tragedia byłaby niemożliwa bez głównych postaci. Z jednej więc strony mamy etos mrówek trudzących się dla kolektywnego dobra, z drugiej – kult bohaterów, herosów wyobraźni i intelektu.

Walter Ritz był człowiekiem niezwykle utalentowanym i zdążył wnieść oryginalny wkład do nauki, mimo że cierpiał na gruźlicę, która odbierała mu siły, a po kilku latach odebrała także i życie. Nie osiągnął tyle, ile by chciał i potrafił, ale zdążył już zaznaczyć swoją indywidualność. Chciałbym zestawić jego drogę naukową z biegiem życia i dorobkiem młodszego niemal dokładnie o rok Alberta Einsteina. Przed rokiem 1909 Einstein nie był jeszcze sławny, wręcz przeciwnie: słyszało o nim niewielu i jego kariera dopiero się zaczynała. Dopiero jesienią tego roku wziął po raz pierwszy udział w konferencji naukowej, zamienił także posadę w Biurze Patentowym w Bernie na stanowisko profesora nadzwyczajnego uniwersytetu w Zurychu. Pensja na obu stanowiskach była dokładnie jednakowa. Konkurentem Einsteina do posady był Walter Ritz, uczelnia by go wolała, „ponieważ jest Szwajcarem i według zdania naszego kolegi Kleinera jego prace wykazują nadzwyczajny talent graniczący z geniuszem”. Choroba nie pozwoliła jednak Ritzowi objąć tego stanowiska. Einstein otrzymał więc swoje pierwsze stanowisko naukowe niejako w zastępstwie za kolegę. Wcześniej ze starań o tę posadę wycofał się Friedrich Adler, który tak jak Einstein, zrobił doktorat u Alfreda Kleinera, profesora zwyczajnego na uniwersytecie w Zurychu. Drugi etat profesorski dla fizyka był skutkiem jego zabiegów, tak to się wówczas odbywało: mógł być jeden Ordinarius z danej dziedziny, ewentualnie tworzono także pomocniczy, nie tak prestiżowy i gorzej płatny, etat Extraordinariusa. Adler wszakże niezbyt walczył o stanowisko, bardziej interesowała go filozofia nauki i działalność socjalistyczna (był synem znanego psychologa i przywódcy austriackich socjalistów Victora Adlera). Pisał w roku 1908 do ojca: „Zapomniałem powiedzieć, kto prawdopodobnie otrzyma profesurę: człowiek, któremu z punktu widzenia społeczeństwa należy się ona znacznie bardziej niż mnie i kiedy ją otrzyma, będę się z tego bardzo cieszył mimo pewnej przykrości. Nazywa się Einstein, studiował w tym samym czasie co ja, chodziliśmy razem na niektóre wykłady. (…) Ludzie z jednej strony odczuwają wyrzuty sumienia z powodu tego, jak go wcześniej potraktowano, z drugiej zaś strony skandal jest szerszy i dotyczy całych Niemiec: żeby ktoś taki musiał tkwić w biurze patentowym”.

Walter Ritz był w tym czasie Privatdozentem w Getyndze. Pochodził ze Sionu w Szwajcarii, ojciec, malarz pejzaży i scen rodzajowych, przyrodnik, geolog, etnograf i alpinista, zmarł w 1894 roku po długiej chorobie. Walter uczęszczał w tym czasie do liceum i uchodził za nader utalentowanego. W 1897 zaczął studia na politechnice w Zurychu, był więc o rok niżej niż Einstein. Ritz z początku miał być inżynierem, lecz zmienił wydział na nauczycielski (jak Einstein). Obaj chodzili na wykłady tych samych profesorów. Albert Einstein nie cieszył się jednak dobrą opinią: profesor fizyki Heinrich Weber uważał go za przemądrzałego i aroganckiego i nie miał najmniejszej chęci zostawiać go na uczelni. Weber nie był wybitnym uczonym, ale Politechnika miała znakomitych matematyków, wśród nich dwóch wielkich: Hermanna Minkowskiego i Adolfa Hurwitza. Einstein w tamtym okresie niezbyt pasjonował się matematyką, toteż i na wykłady chodził rzadko. Minkowski, który później stworzył matematyczne sformułowanie teorii względności, nie spodziewał się zbyt wiele po Einsteinie: „Byłem niezwykle zdumiony, gdyż wcześniej Einstein był zwykłym wałkoniem. O matematykę w ogóle się nie troszczył” [C. Seelig, Albert Einstein, s. 45]. Nie lepszą opinię miał zapewne Hurwitz, kiedy Einstein, nie mogąc nigdzie znaleźć pracy, w akcie rozpaczy, zwrócił się do niego o asystenturę, spotkała go milcząca odmowa, choć nie prosił o wiele: Politechnika stale potrzebowała asystentów do prowadzenia ćwiczeń i sprawdzania prac studenckich.

Znacznie wyżej oceniany był Walter Ritz. W roku 1901 wyjechał on na dalsze studia do Getyngi. Minkowski, który był w stałym kontakcie ze swym przyjacielem Davidem Hilbertem, pisał: „W następnym semestrze będziesz miał u siebie matematyka stąd, W. Ritza, który wykazuje dużo zapału, ale jak dotąd wyszukiwał sobie same nierozwiązywalne problemy”. [List do Davida Hilberta, 11 III 1901, Briefe an Hilbert, s. 139] Uniwersytet w Getyndze stał się w tamtych latach najważniejszym ośrodkiem matematycznym, nie brakowało tam także fizyków teoretycznych i doświadczalnych. Centrum stanowili Felix Klein i David Hilbert, dwaj przyjaciele i znakomici matematycy, wytyczający kierunki badań w swej ukochanej dziedzinie. Niedługo dołączyć miał do nich Hermann Minkowski. Walter Ritz uczęszczał na wykłady Hilberta, a także zaczął pracować nad doktoratem pod kierunkiem fizyka teoretycznego i znawcy twórczości Bacha, Woldemara Voigta. Oprócz ważnych nauczycieli poznał Ritz w Getyndze także wybitnych rówieśników. Zaprzyjaźnił się niemal od razu z Paulem Ehrenfestem, a także z Tatianą Afanasevą, Rosjanką, przyszłą żoną Paula, także studiującą fizykę. Ehrenfest był studentem Ludwiga Boltzmanna w Wiedniu i do Getyngi przyjechał, gdy Boltzmann wywędrował z Wiednia.

Doktorat Ritza dotyczył spektroskopii atomowej. Chodziło o wyjaśnienie obserwowanych serii widmowych. Np. częstości widzialnych linii wodoru opisać można wzorem Balmera:

\nu=N\left( \dfrac{1}{4}-\dfrac{1}{n^2} \right), \mbox{ gdzie } n=3,4, 5, \ldots

Stosując mianowniki typu (n+\alpha)^2 można było opisać także inne serie widmowe, np. metali alkalicznych. Serie częstości nasuwały myśl o falach stojących, a więc układzie przypominającym strunę albo membranę. Ładunek drgający z częstością \nu wysyła falę elektromagnetyczną o takiej właśnie częstości. W przypadku kwadratowej membrany równanie ruchu ma postać:

\dfrac{1}{v^2}\dfrac{\partial^2 f}{\partial t^2}=\dfrac{\partial^2 f}{\partial x^2}+\dfrac{\partial^2 f}{\partial y^2}.

Jest to po prostu dwuwymiarowe równanie falowe (t,x,y są odpowiednio czasem i współrzędnymi kartezjańskimi w płaszczyźnie membrany, f opisuje wychylenie membrany, stała v jest prędkością fal w membranie). Łatwo stwierdzić, że dozwolone częstości własne opisane są wyrażeniem

\nu^2=A(n^2+m^2), \mbox{ gdzie }n,m=1,2,3,\ldots

Zakładamy tu, że krawędzie membrany pozostają cały czas nieruchome. Ritz spróbował znaleźć równania, które mogłyby opisać wzór Balmera i inne podobne przypadki. W przypadku wzoru Balmera odpowiednim równaniem okazało się

\partial_{t}^2\partial_{x}^4 \partial_{y}^4 f=B(\partial_{x}^2-\partial_{y}^2)^2 f.

Oznaczyliśmy tu pochodne cząstkowe po odpowiednich zmiennych przez \partial_{i}, gdzie i=x,y, t. Dobierając odpowiednio warunki brzegowe, udało się Ritzowi znaleźć także bardziej skomplikowane wzory na częstości linii widmowych. Równania te były wysokiego rzędu (tutaj dziesiątego), w dodatku o niespotykanej w fizyce postaci. Znak minus po prawej stronie oznacza, że zamiast laplasjanu (który wynika z symetrii obrotowej) do opisu membrany stosujemy pewne niestandardowe wyrażenie. Ritz pokazał, że jego równania wynikały z zasady wariacyjnej, formalnie więc były w porządku. Słabość tego podejścia tkwiła w braku jakiegokolwiek wyobrażenia drgającego atomu: po prostu bierzemy do obliczeń membranę, która nie może być czymś istniejącym w przyrodzie. Nikt wówczas nie miał pojęcia, jak wyglądają atomy, dopiero niedawno ustalono, że istnieją elektrony – naładowane cząstki o masie tysiące razy mniejszej niż masy atomów. Serie częstości w fizyce klasycznej odpowiadały zawsze falom stojącym, wystarczy pomyśleć o instrumentach muzycznych, które z punktu widzenia fizyka są rozmaicie zbudowanymi generatorami fal opartymi na falach stojących w strunie czy w słupie powietrza.

Model Ritza odniósł pewien sukces: przewidział, że w serii rozmytej potasu powinna istnieć linia widmowa odpowiadająca długości fali \lambda=6964 Å. W następnym roku, udało mu się tę linię zidentyfikować w widmie. Po doktoracie Ritz zaczął podróże naukowe: lato 1903 spędził w Lejdzie, gdzie słuchał wykładów H. Lorentza, potem znalazł się w Bonn, gdzie odkrył „swoją” linię potasu, w listopadzie pracował już w laboratorium profesora Aimé Cottona w École Normale w Paryżu. Zima paryska dała mu się we znaki, jakiś czas musiał spędzić w sanatorium w Sankt Blasien w Schwarzwaldzie. Gdy poczuł się lepiej, pojechał do Zurychu, aby wywołać swe klisze z widmami w podczerwieni naświetlone w Paryżu. Jakiś czas przemieszkał w Sion pod opieką matki. Lekarze zabraniali mu pracować, twierdząc, że to szkodzi jego zdrowiu. Zimą 1906/1907 pisał z Nicei do przyjaciela:

Zgodzi się pan ze mną, że nie mogę w takim stopniu co inni wierzyć w przyszłość, która miałaby mi wynagrodzić stan obecny. Pozostało mi zapewne niewiele czasu i jestem mocno zdeterminowany, aby spędzić go w środowiskach naukowych i intelektualnych, bo tylko tak znaleźć mogę zadowolenie i poczucie, że żyję, a może właśnie to stanowi warunek mojego wyzdrowienia? Drogi przyjacielu, nie mogę mieć nadziei ani na szczęście rodzinne, ani na dobre samopoczucie starego kawalera cieszącego się zdrowiem, pozostaje mi jedynie Nauka i życie intelektualne, i doprawdy nie mam siły zakopywać się tutaj w imię bardzo niepewnego celu.

Wrócił do pracy, zimę 1907/1908 spędził w Tybindze, gdzie współpracował z Friedrichem Paschenem, badającym eksperymentalnie widma pierwiastków. Ritz miał nowe pomysły na temat budowy atomu i mogli wymieniać się pomysłami oraz wynikami. Następnie wrócił do Getyngi, gdzie został Privatdozentem, choć nie prowadził zajęć ze względu na stan zdrowia. Henri Poincaré interesował się jego pracami i odwiedzając Getyngę, spotkał się z nim i ogłosił zamiar przyznania mu nagrody Lecomte’a przez francuską Akademię Nauk. Był to już ostatni rok życia Ritza.

Co robiło tak wielkie wrażenie na jego współczesnych? Badania nad seriami linii widmowych – po doktoracie Ritz zaproponował jeszcze jeden model atomowy: była to drgająca i obracająca się wokół osi naładowana struna. Także i ten model stanowić miał jedynie matematyczne uzasadnienie dla obserwowanych prawidłowości widm, nie mówił nic na temat np. własności chemicznych czy budowy wewnętrznej atomu. Próbował za pomocą swego modelu wyjaśnić anomalny efekt Zeemana: zjawisko rozszczepiania linii widmowych w silnym polu magnetycznym. Cząstkową teorię tego zjawiska podał Hendrik Lorentz, za co otrzymał wraz z Peterem Zeemanem Nagrodę Nobla w roku 1902. Teoria Lorentza nie opisuje jednak wszystkich obserwowanych przypadków, te niewyjaśnione objęto określeniem: anomalny efekt Zeemana – jak to często bywa, za normalne uznajemy to, co dobrze rozumiemy. Prace Ritza zawierały jeden istotny szczegół techniczny: częstości linii widmowych były w nich różnicami dwóch wyrażeń. W istocie chodzi o zasadę zachowania energii:

h\nu=E_{n}-E_{m}.

(Stała h jest stałą Plancka). Ritz nie napisał jednak takiego równania i uznałby je za bezsensowne. Jego rozważania opierały się na klasycznej teorii drgań i nie było w nich miejsca na fotony. Równanie takie znalazło się po raz pierwszy u Bohra, choć on także nie wierzył w fotony. Duński uczony sądził, że energie po prawej stronie określone były warunkami kwantowania (zawierającymi stałą Plancka – sygnał, że mamy do czynienia z fizyką kwantową), ale przejścia miedzy poziomami energetycznymi prowadziły do wysłania fali o energii danej powyższym równaniem. Sama postać tego równania, nawet jeśli nie rozumiemy różnych stałych, może być przydatna. Np. dodając stronami dwa takie równania otrzymać możemy:

\nu_{nm}+\nu_{mk}=\nu_{nk}.

Jest to związek między wielkościami obserwowanymi, mówi się w tym kontekście o zasadzie kombinacji, wcześniej zauważonej przez Janne Rydberga. Ritz znalazł dla tej zasady wyjaśnienie, choć fałszywe. Postęp w rozumieniu budowy atomów oraz wyjaśnieniu widm nastąpił dopiero za kilka lat, po odkryciu przez Ernesta Rutherforda jądra atomowego i sformułowaniu przez Nielsa Bohra znanego modelu, który stanowił przełom w badaniach. Sam Bohr opowiadał później, że o widmach dowiedział się z książki Johannesa Starka Prinzipien der Atomdynamik (cz. 2), gdzie znalazły się wzory Balmera, jak i informacje o różnych pracach na ten temat, m.in. Waltera Ritza. Z kolejnych teorii atomu szwajcarskiego fizyka nie zostało nic. Nie da się zbudować teorii atomu bez fizyki kwantowej.

Wyjaśnienie anomalnego efektu Zeemana udało się dopiero po wprowadzeniu pojęcia spinu elektronu w 1925 r. Nie wiemy, co Walter Ritz potrafiłby wnieść do tych prac, gdyby nadal żył. Wiemy natomiast, że musiałby zmienić podejście, bo tą drogą nie doszedłby do sukcesu. Widać jednak ambicję młodego fizyka, by zmierzyć się z jednym z najtrudniejszych problemów fizyki.

Jedynym fizykiem, który mógłby zapisać równanie na różnicę energii, był w tym czasie Einstein. Energia fotonu to był jego pomysł, traktowany przez kolegów jako aberracja. Ritz nie wierzył ani w prace kwantowe Einsteina, ani w teorię względności. Najwyraźniej on także nie traktował serio pomysłów kolegi ze studiów. Teoria względności zastępowała pojęcia czasu i przestrzeni jedną wspólną rozmaitością: czasoprzestrzenią, co zauważył Hermann Minkowski, który od roku 1902  pracował już w Getyndze. Nienaruszona była przy tym elektrodynamika Maxwella w postaci nadanej jej przez Hendrika Lorentza. Ritz wybrał inną drogę: też nie wierzył w eter i uznawał zasadę względności, ale postulował, aby zmienić elektrodynamikę. Jego podejście oznaczałoby zarzucenie koncepcji pola elektromagnetycznego. Elektrodynamika Ritza została jedynie zarysowana, byłaby ona teorią bardzo skomplikowaną matematycznie i nieelegancką. Gdy źródło światła się poruszało, to jego prędkość powinna się dodawać do c. Einstein dyskutował na temat elektrodynamiki z Ritzem, ogłosili nawet razem króciutki protokół rozbieżności w tej sprawie. Zdaniem Einsteina należy startować z pojęcia pola – cała jego dalsza kariera była z tym pojęciem związana.

Innym osiągnięciem Ritza było sformułowanie eleganckiej metody przybliżonej dla opisu drgań, za jej pomocą rozwiązał zagadnienie figur Chladniego.

Osiągnięcia Ritza są niepełne i niedokończone za sprawą choroby. Jednak w chwili śmierci Ritza i on, i Einstein mieli dorobek porównywalny ilościowo: jeden solidny, pięćsetstronicowy tom dzieł. Einstein ceniony był w Berlinie, gdzie pracowali Max Planck, Max Laue i Walther Nernst. Inni zachowywali dystans wobec jego prac i albo o nich nic nie wiedzieli, albo nie wiedzieli, co myśleć. Hermann Minkowski też niezbyt często wymieniał nazwisko Einsteina, może wciąż go pamiętał jako leniwego studenta? Ritz również zajmował się problemami fundamentalnymi i był chyba lepiej rozumiany przez kolegów. W jego przypadku doktorat był początkiem kontaktów z wieloma uczonymi, niewątpliwie działała tu opinia doktoratu z Getyngi, jeśli nie miał wprost jakichś listów polecających. Można się zastanawiać nad tym, jak potoczyłaby się kariera naukowa Einsteina, gdyby mniej zrażał ludzi do siebie i nie był taki arogancki? Przecież on także mógłby trafić do Getyngi i poddać się czarowi eleganckiej, choć częstokroć jałowej fizyki matematycznej. Pomogłoby mu to niewątpliwie w dalszej karierze, chyba że nie przekonałby Minkowskiego. Czy nie zaszkodziłoby mu to jednak w sensie naukowym? Ritz spędził sporo czasu w naukowym odosobnieniu z powodu choroby, ale był już mimo młodego wieku szanowanym uczonym i miał kontakty. Einstein był w tym czasie niemal całkowicie izolowany. Pracował osiem godzin dziennie w biurze przez sześć dni w tygodniu i zadowolony był, że mają z Milevą co jeść i że zostają mu wieczory oraz niedziele na pracę naukową. Opowiadał potem Infeldowi, że do trzydziestki nie widział prawdziwego fizyka teoretyka. Nie jest to prawda w sensie ścisłym, bo poznał np. Maksa Lauego, ale z pewnością zaczynał jako kompletny autsajder, który niemal wszystkiego nauczył się sam z książek i artykułów.

Do Getyngi trafił Einstein znacznie później, już jako samodzielny mistrz. Przedstawił tam swoją teorię grawitacji w czerwcu roku 1915. Skończyło się to zresztą dwuznacznym incydentem, gdyż praca ta spodobała się Hilbertowi, co miało ten skutek, że pod koniec roku obaj pracowali nad nią równolegle i mało brakowało, a Einstein zostałby pozbawiony satysfakcji postawienia kropki nad i, tzn. zapisania równań pola. W Getyndze bowiem uczeni nie mieli oporów przed korzystaniem z wyników kolegów, traktując je jako rodzaj dobra wspólnego. Nazywało się to u nich „nostryfikacją” cudzych wyników.

Prace Einsteina cechuje ogromna intuicja: zazwyczaj miał on dobre wyczucie, czego należy się trzymać i w którą stronę zmierzać. Tak było np. z polem elektromagnetycznym. Einstein wiedział, że teoria Maxwella ma ograniczenia kwantowe, ale samo pojęcie pola traktował jako fundament. Cenił bardzo dorobek Lorentza (znany mu wyłącznie z publikacji), który na Ritzu nie zrobił wielkiego wrażenia, mimo że znał jego autora. Einstein przed rokiem 1905 rozpatrywał możliwość innej elektrodynamiki, zgodnej z mechaniką Newtona, była ona podobna do późniejszej propozycji Ritza. Dlatego później nie tracił już czasu na koncepcje, które kiedyś odrzucił po starannym namyśle. Prawdopodobnie właśnie przez to, że Ritz był umysłem o wiele mniej rewolucyjnym, współcześni cenili go wyżej, osiągnięcia Einsteina od początku wydawały się kontrowersyjne, niektórzy wielcy uczeni, jak Henri Poincaré podchodzili do nich bardzo sceptycznie. Nie wiemy, jak rozwinąłby się Walter Ritz, gdyby wcześniej odkryto penicylinę, ale można przypuszczać, że był już ukształtowany intelektualnie i nie stać by go było na żaden rewolucyjny skok w nieznane. Teoretycy rzadko robią coś rewolucyjnego po trzydziestce, chyba że kontynuują coś, co już wcześniej sami zaczęli. Dorobek Einsteina z tamtych lat jest bardzo mało techniczny, nie ma tam właściwie wcale skomplikowanych obliczeń, są raczej proste rozumowania i pomysłowe argumenty. W porównaniu prace Waltera Ritza wydają się znacznie bardziej zaawansowane. A jednak: „Ten piękny wysiłek w porównaniu z geniuszem jest tym, czym urywany lot świerszcza w porównaniu z lotem jaskółki” (A. Camus).

Jak można odtworzyć wzór Balmera? Szukając rozwiązań w postaci sinusów wzdłuż x i y oraz o częstości \nu, otrzymamy (a jest długością boku kwadratu):

f(x,y,t)=A \sin \dfrac{n\pi x}{a}\sin\dfrac{m\pi y}{a}\sin 2\pi\nu t.

Drugie pochodne sprowadzają się teraz do mnożenia przez odpowiedni czynnik, podstawiając do równania Ritza, otrzymamy

\nu^2 m^4 n^4 \sim (n^2-m^2)^2,

skąd przy m=2 dostajemy wzór Balmera.

Lew Tołstoj i Henri Poincaré o wartości nauki, 1884-1905

Wiele wiele lat temu, kiedy jeszcze studiowałem, przyjaciel oglądał moją bibliotekę i zauważył książkę Jak być dobrym, sięgnął po nią na półkę i wtedy dopiero zobaczył pełny tytuł: Jak być dobrym empirystą (był to zbiór artykułów Paula Feyerabenda) – i rozczarowany odłożył ją z powrotem. „Myślałem, że to książka Jak być dobrym człowiekiem” – wyjaśnił.
Pod koniec lat siedemdziesiątych wieku dziewiętnastego autor Wojny i pokoju i Anny Kareniny nabrał głębokiego przeświadczenia, iż jego życie utraciło sens: „No dobrze, będziesz bardziej sławny od Gogola, Puszkina, Shakespeare’a, Molière’a – wszystkich pisarzy świata – no i co z tego?”. Tołstoj przestał wtedy chodzić na polowania z obawy, że zbyt łatwo byłoby mu skończyć ze sobą, pozorując wypadek. Kusiła go myśl, że mógłby się powiesić we własnym pokoju, kiedy wieczorem zostawał sam. W naszym wieku medycyny i łatwych wyjaśnień powiedziano by zapewne, że popadł w depresję wieku średniego (przekroczył pięćdziesiątkę) i starano by się zaordynować pisarzowi jakieś leki antydepresyjne. Nie dowiemy się, czy mogłoby to pomóc. W każdym razie Lew Tołstoj, broniąc się przed rozpaczą, zwrócił się ku religii, starał się też zrozumieć, co mówią nauki w sprawach ważnych dla człowieka. Czytał książki, rozmawiał z najróżniejszymi ludźmi: profesorami, duchownymi, sekciarzami, starcami słynącymi pobożnością. Odrzucił z czasem wiarę prawosławną na rzecz ewangelicznego ubóstwa i prostych zasad, którymi ludzie powinni się kierować w życiu i które powinny zbliżać, a nie dzielić. Ich źródłem były nauki Sokratesa, ale i biblijnego Salomona czy Buddy. Cerkiew prawosławna zareagowała przewidywalnie: cenzurą i potępieniami. Jednym z zabawniejszych przykładów tej reakcji wzburzonych, acz niezbyt światłych, dostojników jest fresk namalowany w cerkwi ikony Matki Boskiej w Tazowie przedstawiający Lwa Tołstoja w piekle.Leo_Tolstoy_in_the_hell

Obrazek ten przywodzi na myśl ludową „teologię”, popularną wśród niektórych także i w polskim Kościele, że kapłani i zakonnice w zasadzie są bez grzechu, a zbawienie zapewnia im ich urząd bez względu na moralność. Posiadają oni także jako pasterze zdolność oddzielania owiec od kozłów, wyręczając w tym trudzie Stwórcę i wykonując niejako za Niego niewdzięczne zadanie wstępnej selekcji dusz.
Tołstoj może nas razić skrajnością niektórych poglądów, z pewnością jednak był człowiekiem niezwykle przenikliwym, obdarzonym zmysłem krytycznej – aż do bólu – obserwacji, nie zadowalającym się wygodnymi odpowiedziami na fundamentalne pytania.
Z jego punktu widzenia nauka przynosi jedynie rozczarowanie. Na pytanie: „Czemu żyję?” udziela bowiem odpowiedzi wykrętnej i pośredniej, objaśniając zjawiska zachowaniem jakichś obiektów coraz niższego poziomu, oddalając się stopniowo od pytań istotnych dla człowieka w stronę kwestii coraz bardziej abstrakcyjnych, a przez to nieważnych. Zamiast poznać lepiej jakiś przedmiot, który mamy przed oczami, oddalamy się od niego tak daleko, że nie widać już szczegółów jego powierzchni ani barw i zamienia się on dla nas w abstrakcję. Całą złożoność i zmienność świata nauka wciska siłą w prokrustowe łoże swoich praw. Co więcej, zamiast zbudować dom dla człowieka, informuje go o mnóstwie nieistotnych faktów, o które nikt nigdy nie pytał: mówi nam o składzie chemicznym gwiazd, o tym, że Słońce porusza się w kierunku gwiazdozbioru Herkulesa, o pochodzeniu gatunku Homo od zwierząt, o kształcie nieskończenie małych atomów i drganiach eteru. Na temat znaczenia i sensu życia ludzkiego ma natomiast tylko tyle do powiedzenia, że jesteśmy konglomeratami cząstek, które czas jakiś trwają, a potem się rozpadają. „Nauka bada wszystko – twierdzą naukowcy. Jednak wszystko to za wiele. Wszystko to niezliczona mnogość obiektów. Nie można badać wszystkiego jednocześnie. Tak jak latarnia nie może oświetlać wszystkiego, lecz oświetla jedynie miejsce, ku któremu jest zwrócona, albo kierunek, w którym idzie niosący ją człowiek, tak samo nauka nie może badać wszystkiego, lecz nieuchronnie bada jedynie to, ku czemu zwróci się jej uwaga. I jak latarnia oświetla najjaśniej te miejsca, które są najbliżej, a słabiej te położone daleko od niej i wcale nie oświetla przedmiotów, do których jej światło nie dociera, tak również ludzka nauka we wszystkich swoich odmianach zawsze badała i nadal najstaranniej bada to, co najważniejsze wydaje się badaczom, mniej starannie to, co wydaje im się mniej ważne, całkiem zaniedbując wszystko pozostałe”. Tołstoj sądzi, że nauka się wyalienowała, kierunki jej rozwoju określa bowiem zamknięta kasta uczonych, a nie ludzkie potrzeby.

essaysletters00
Krytyka Tołstoja nie zestarzała się chyba przez ostatnie sto lat. Wciąż wielu, może nawet większość ludzi, chciałaby się dowiedzieć, jak żyć, a nie że wszechświat liczy sobie 13,8 mld. lat i powstał w Wielkim Wybuchu. Pisarz sądził, że nauka zajmuje się pytaniami trywialnymi, bo niezbyt chyba cenił uczonych. Jego obserwacja jest natomiast trafna w tym sensie, że interesujące pytania w nauce zwykle pomieszane są z nieinteresującymi. Nie zawsze nawet od razu można stwierdzić, co jest interesujące. Pomiary oporu elektrycznego w zależności od temperatury są dość rutynowe, ale gdy odkryjemy zjawisko znikania tego oporu w pewnej temperaturze – nadprzewodnictwo – rzecz przestaje być rutynowa. Oczywiście, można by dalej sprawy nie badać i zadowolić się faktem. Lecz badania prowadzono, starano się zrozumieć, jaki jest mechanizm nadprzewodnictwa, co się udało w odniesieniu do niektórych materiałów. A kiedy to zrozumiano, okazało się, że podobne zjawiska zachodzą w zupełnie innej dziedzinie: cząstek elementarnych, co doprowadziło do odkrycia bozonu Higgsa. I rzeczywiście, nikt się nie spodziewał, że idąc stopniowo od pytania do pytania dojdziemy aż do bozonu Higgsa i masy cząstek elementarnych. Droga ta nie jest przypadkowa w tym sensie, że nie można zapewne przeskoczyć jej etapów. Tołstoj nie doceniał faktu, że nauka postępuje od pytania do pytania nie tylko dlatego, że to uczeni stawiają sobie jakieś cele, ale w dużym stopniu prowadzi ich pewna linia rozwoju: jedno odkrycie rodzi drugie. Marna nauka wiedzie na manowce, dobra prowadzi dokądś.
Można oczywiście twierdzić, że nadal nic z tego nie wynika, bo po co to komu. Są to wszystko jałowe ćwiczenia. Jednak wszelkie pozostałe metody porządkowania ludzkiego doświadczenia okazały się zdecydowanie bardziej jałowe: filozofia, religia, różne ideologie parareligijne czy totalitarne nie uczyniły ludzi z pewnością lepszymi, jak też niczego nie pozwoliły zrozumieć naprawdę. Być może potrzeby naszego serca nie są zaspokajane przez naukę: także i teraz „Magia i gnoza szerzą się jak nigdy”, a na Stadionie Narodowym w czerwcu 2013 po dość kameralnych Warszawskich Targach Książki odbyły się rekolekcje ojca Bashobory z udziałem arcybiskupa Hosera – tym razem stadion był nabity ludźmi, którzy pragnęli zostać uzdrowieni przez czarownika z Afryki. Cuda są fajniejsze od nudnych prawidłowości. Także od tej prawidłowości, że starzejemy się i kiedyś umrzemy. I jeśli nie pomoże nam medycyna, to zapewne nic nam nie pomoże.
Nauka prowadzi nas daleko od świata ludzkich doświadczeń, ale i sam ten świat się zmienia: dzisiejszy młody człowiek nierozstający się ze smartfonem ma inaczej umeblowaną głowę niż pańszczyźniany chłop rosyjski z czasów hrabiego Tołstoja. Nauka i technologia zmieniają także nas samych, nie wiem, czy znalazłoby się wielu chętnych, aby porzucić całą tę złą cywilizację, samemu orać i samemu szyć sobie buty.
Z Lwem Tołstojem polemizował znakomity matematyk francuski Henri Poincaré w książce O wartości nauki: „Nie możemy poznać wszystkich faktów i musimy wybrać te, które są godne poznania. Gdybyśmy mieli wierzyć Tołstojowi, uczeni wybieraliby na chybił-trafił zamiast mieć na względzie zastosowania praktyczne. Uczeni tymczasem uważają pewne fakty za bardziej interesujące niż inne, dlatego że uzupełniają one pewną harmonię niedokończoną lub też pozwalają przewidzieć wiele innych faktów. Jeżeli się mylą, jeżeli owa hierarchia faktów, którą postulują, jest tylko czczym złudzeniem, wówczas nie mogłaby istnieć nauka dla nauki, a więc też nie byłoby wcale nauki (…) pokazałem wyżej, jak wielką wartość posiadają fakty astronomiczne, nie dlatego aby nadawały się do zastosowań praktycznych, lecz dlatego że są najbardziej pouczające ze wszystkich faktów”. Poincaré zwraca uwagę, że właśnie astronomia – nauka o tym, co od nas najbardziej oddalone – dała początek całej nowożytnej fizyce i szerzej całej naszej cywilizacji. Francuski uczony pisze dalej: „Dziwiono się formule «nauka dla nauki», a przecież jest ona tyle przynajmniej warta, co «życie dla życia», a nawet tyle co «szczęście dla szczęścia», skoro życie jest tylko nędzą, skoro nie sądzimy, aby wszystkie przyjemności były jednakowej wartości, skoro nie godzimy się na to, aby cywilizacja miała na celu dostarczanie alkoholu tym, którzy lubią pić. (…) historia geologiczna uczy, iż życie jest tylko krótkim epizodem między dwiema nieskończonościami śmierci i że nawet w tym epizodzie świadoma myśl nie trwała i nie będzie trwała dłużej niż chwilę. Myśl jest zaledwie rozbłyskiem pośród długiej nocy, ale to ten rozbłysk jest wszystkim” (przekł. L. Silbersteina, zmodyfikowany).
Lew Tołstoj, Исповедь, 1884.
Lew Tołstoj, Предисловье к статье Эдуарда Карпентера ‚Современная наука’, 1898.
Henri Poincaré, Wartość nauki, Warszawa-Lwów 1908.

Ilustracja fresku: Wikimedia Commons, portret Tołstoja z wydania Essays and Letters, Henry Frowde, Oxford University Press 1911 (seria The World’s Classics).