Czy ogon macha psem? – o pewnym argumencie na rzecz heliocentryzmu

W listopadzie 1948 roku Albert Einstein napisał w liście do starego przyjaciela:

U nas, jak dotąd, wszystko dobrze. Także moja siostra nie cierpi, choć obiektywnie jej stan pogarsza się w sposób widoczny. Czytam jej co wieczór – dziś np. dziwne argumenty wysuwane przez Ptolemeusza przeciwko poglądowi Arystarcha, że Ziemia się obraca, a nawet obiega Słońce. Nie mogę się oprzeć skojarzeniu z niektórymi argumentami współczesnych fizyków: uczone i wyszukane, ale bez wyczucia. Ocena wagi argumentów w roztrząsaniach teoretycznych to zawsze kwestia intuicji.

Maja Einstein cierpiała po udarze i powoli gasła, była jednak sprawna umysłowo, toteż brat czytał jej wieczorami rozmaite książki, przeważnie klasyczne (Maja miała doktorat z filologii romańskiej). W sprawie mechaniki kwantowej Albert Einstein zapewne się mylił, miał jednak rację, że póki dane rozwiązanie naukowe dopiero się kształtuje, jest in statu nascendi, dopóty nie ma prostego sposobu ustalenia, jakie argumenty są trafne, a jakie nie, trzeba zawierzyć intuicji.

Dyskusja na temat tez kopernikańskich była długa i zażarta. Spojrzymy tu tylko na jeden argument, który sam nie miał jakiejś ogromnej wagi i niczego nie przesądził, ale wiązał się wyraźnie z wyobrażeniem wszechświata. Według Kopernika porusza się niewielka Ziemia, a nie ogromne niebo. W szczególności to owa niewielka Ziemia krąży wokół znacznie większego Słońca, a nie na odwrót.

Johannes Kepler pisał (Astronomia nova, 1609, Introductio): „Popatrzmy tedy na ciała Ziemi i Słońca i zdecydujmy, któremu z nich bardziej przystoi być źródłem ruchu tego drugiego. Czy to Słońce, które porusza także pozostałe planety, porusza Ziemią, czy też Ziemia – Słońcem, poruszającym owe pozostałe [planety] i tylekroć od niej większym?” Myślał tu o układzie Tychona Brahego, w myśl którego wszystkie planety prócz Ziemi krążą wokół Słońca. Dla Keplera było to nieprawdopodobne, gdyż uważał, że to Słońce jest źródłem siły poruszającej planetami, z jego punktu widzenia układ Tychona nie miał uzasadnienia dynamicznego, bo ruchem Słońca wokół Ziemi rządziłoby wówczas jakieś inne i odrębne prawo. Ponadto Słońce jest znacznie większe od Ziemi. Mamy więc ogon machający psem.

cyrano

Co wiedziano na temat rozmiarów Słońca i Ziemi? Astronomowie mieli zwyczaj używania kąta, tzw. paralaksy (dziennej). Paralaksa Słońca to kąt, pod jakim ze Słońca widać byłoby promień Ziemi. Oczywiście, niełatwo taki kąt znaleźć. Od starożytności wierzono, iż kąt ten wynosi 3′, Kepler przypuszczał, że równy on jest 1′, pod koniec wieku XVII znano już w przybliżeniu prawidłową wielkość: p\approx 9''. Z trójkąta prostokątnego na rysunku łatwo wyznaczyć odległość Słońca w jednostkach promienia Ziemi. Ten sam rysunek moglibyśmy zastosować, zamieniając miejscami Słońce i Ziemię: otrzymalibyśmy wówczas kątowy promień tarczy słonecznej widzianej z Ziemi \theta. W takim razie stosunek promienia Słońca R_S do promienia Ziemi R_Z równy jest

\dfrac{R_S}{R_Z}=\dfrac{\sin\theta}{\sin p}\approx \dfrac{\theta}{p}\approx \dfrac{16'}{p}.

(Sinusy małych kątów możemy zamienić wielkościami samych kątów.) Ptolemeusz sądził więc, że Słońce jest 5 razy większe od Ziemi, Kepler – że jest 15 razy większe, a naprawdę jest ono przeszło sto razy większe.

Digges_Leonard_1596_A_prognostication_everlastinge_of_right_good_effect_Page_15(1)

Leonard Digges, Prognostication Everlasting, 1596

Co odpowiadano na taki argument? Uczony jezuita Giovanni Riccioli w swoim niezwykle obszernym i kompetentnym dziele Almagestum novum (1651) nie miał innego wyjścia niż zwalczać Kopernika, gdyż tak postanowił Kościół Święty, a przynajmniej ówczesny papież, w sprawie Galileusza. Na argument, iż łatwiej i mniejszym kosztem byłoby Bogu i Naturze poruszać niewielką Ziemią zamiast ogromnym niebem, Riccioli stwierdza, że po pierwsze wysiłek nie jest tu aż tak wielki, ponieważ we wszechświecie ruch nie napotyka żadnego oporu, a po drugie Bóg oraz Inteligencje łatwo by sobie poradziły, nawet gdyby jakieś opory występowały.

Huygens_Christiaan_1698_The_celestial_worlds_discoverd_Page_15

Christiaan Huygens, Cosmotheoros, wyd. ang., 1698 (wartość paralaksy Słońca jest już mniej więcej znana)

Popularną wersję odpowiedzi znajdziemy u Besiana Arroya, dokora Sorbony i teologa miasta Lyonu, który w 1671 roku napisał książeczkę Le Prince Instruit (Władca oświecony), zadedykowaną samemu królowi, w której oświeca przyszłych polityków. Otóż Ziemia tkwi nieruchomo w środku, ponieważ jest ciężka. Zgodnie z fizyką Arystotelesa, gdyby nawet się poruszyła, to tylko ruchem prostoliniowym, bo ciężkie ciała spadają ku centrum świata. Gwiazdy zaś (tzn. wszelkie ciała niebieskie) „wedle swej naturalnej dyspozycji są lekkie, okrągłe i ustanowione, aby oświetlać Ziemię, toteż muszą się poruszać zgodnie ze swą naturalną skłonnością i dążnością, jaką dał im Wszechmocny”. Śmiechu warty jest Kopernik, w jego systemie jest tak, jakbyśmy przenosili komnaty, stoły i całe domostwa w pobliże pochodni, by je oświetlić, zamiast wnieść pochodnię do środka. Zwolennicy filozofii Arystotelesa nie wierzyli w jedność materii: dla nich ciała niebieskie były z eteru, nie miały więc bezwładności i stosunkowo nietrudno było nimi poruszyć. Inaczej to wyglądało dla tych, którzy jak Kepler i Galileusz, szukali jednolitych praw i jednolitej materii w całym wszechświecie.

Chrześcijanie tradycyjni wierzyli także, że cały świat stworzony został dla człowieka, jego rozmiary świadczyły o potędze Boga. Sceptycy widzieli to nieco inaczej. Cyrano de Bergerac pisał: „Dorzuć pan do tego nieznośną a właściwą ludziom pychę, która wmówiła im, że Naturę dla nich jedynie stworzono, jak gdyby ktoś mógł dać wiarę, że Słońce, olbrzymie ciało 434 razy większe od Ziemi [chodzi o objętość – J.K.], zapalono tylko z tej racji, aby dojrzewała ich nieszpułki i aby obradzała kapusta” (Tamten świat, przeł. J. Rogoziński). Bernard Le Bovier de Fontenelle dopowiadał: „Do owego szalonego Ateńczyka niejako podobni jesteśmy, który sobie uroił, że wszystkie okręty do portu Pirejskiego przybijające do niego należały. Nasze szaleństwo w tym się wydaje, iż mniemamy, że cały świat dla naszych szczególnie stworzony został wygód, i gdy się pytamy filozofów, na co się przyda tak wiele gwiazd stałych, których jedna część też by czyniła skutki, które wszystkie razem czynią, odpowiadają ozięble, iż do ukontentowania oczu ich służą” (przeł. E. Dębicki, przekład uwspółcześniony. za: W. Voisé, Historia kopernikanizmu w dwunastu szkicach). Książkę Fontenelle’a przełożył na polski ksiądz pijar Eustachy Dębicki w 1765 roku, a więc osiemdziesiąt lat po jej napisaniu. W 1687 roku kwestię, co krąży wokół czego rozstrzygnął Isaac Newton. Stwierdził z pewną satysfakcją, że nikt dotąd nie miał racji, gdyż planety i Słońce krążą wokół wspólnego środka masy, więc ściśle biorąc także Słońce nie jest nieruchome.

W połowie wieku XVIII do przeszłości należały nie tylko fizyka Arystotelesa i boje o kopernikanizm, ale zdążył zapanować i upaść także kartezjanizm, i to nawet we Francji, gdzie był najmocniejszy. Nikt poważnie już nie wątpił w mechanikę Newtona. Rewolucja naukowa XVII wieku dopiero teraz zaczęła docierać także do Polski. Ksiądz Jędrzej Kitowicz, nie do końca świadomie, daje świadectwo potwornego zacofania, z jakiego zaczęto się wówczas wydobywać:

W akademiach zaś publicznych, czyli generalnych, jako to krakowskiej, zamojskiej i wileńskiej, prócz nauk dopiero wyliczonych były nadto: nauka matematyki wszelkiego rodzaju, astrologii, geografii, geometrii, kosmografii, do tego: jurisprudencji, medycyny, i zwały się te akademie universitates. Co się tycze ogółem filozofii – tej patriarchów nie było więcej jak dwóch: Arystoteles i św. Tomasz, ponieważ na wszystkich dysputach nie tłomaczyli się inaczej walczący z sobą, tylko albo „iuxta mentem Aristotelis”, albo „iuxta mentem divi Thomae”. W akademiach kto się promował do godności doktorskiej w filozofii, musiał przysięgać, jako inaczej nie będzie trzymał i uczył, tylko „iuxta mentem divi Thomae”; ci tedy, którzy się trzymali zdania Arystotelesa, zwali się peripatetici, a którzy św. Tomasza, zwali się thomistae.

Pierwsi pijarowie jakoś około roku 1749 czyli trochę wyżej odważyli się wydrukować w jednym kalendarzyku politycznym niektóre kawałki z Kopernika, dowodzące, że się ziemia obraca, a słońce stoi. Czego ledwo dostrzegli jezuici, nie omięszkali i swoich rozumów, co ich tylko mieli najbystrzejszych, użyć przeciwko pijarom, ciężkim przeciwnikom swoim, ale też inne zakony przeciw nim poburzyć o takową hypothesim, czyli zdanie dawnej nauce przeciwne. Rozruch ten po szkołach był na kształt pospolitego ruszenia przeciwko pijarom; wydawali książki zbijające takową opinią, zapraszali pijarów na dysputy i najwięcej z tej materii pijarom dokuczeć usiłowali. Ci atoli, coraz nowy jaki kawałek wyrwawszy z teraźniejszych wodzów filozoficznych: Kopernika, Kartezjusza, Newtona, Leibniza, dokazali tego, że wszystkie szkoły przyjęły neoteryzm, czyli naukę recentiorum [nowszych autorów], według której ziemia się obraca koło słońca, nie słońce około ziemi, tak jak pieczenia obraca się koło ognia, nie ogień koło pieczeni. Koloru nie masz żadnego w rzeczach, tylko te barwy, które na nich widziemy: białe, czarne, zielone, czerwone, żółte etc., sprawuje temperament oczu i światła, czego jest wielkim dowodem jabłko na przykład, w dzień zielone, które toż samo przy świecach wydaje się granatowe; że ból, świerzbienie i inne czucia nie mają swego placu w ciele, tylko w duszy, ponieważ ciało bez duszy nic nie czuje. (Opis obyczajów za panowania Augusta III, rozdział O szkołach publicznych).

Reklamy

Gottfried Wilhelm Leibniz: Dusze jako hologramy świata (list do księżnej elektorowej Zofii, 4 listopada 1696)

Wiek XVII to epoka, gdy zaczęła się współczesność. Nasze nauki, idee, koncepcje, metody i złudzenia mają swe źródła właśnie wtedy. Oczywiście, przedtem było średniowiecze, które nie zawsze było ciemne, a jeszcze przedtem Grecy z geometrią i z tragediami ilustrującymi, jak działa nieubłagane przeznaczenie. Dopiero jednak w XVII wieku różne nikłe strumyczki złączyły się w rzekę, która na złe i dobre niesie nas w nieznane.
Ojcowie założyciele nowożytnej nauki nie zawsze już są dla nas zrozumiali. Gottfried Wilhelm Leibniz jest jednym z najoryginalniejszych myślicieli tamtego wieku. Trwałym jego osiągnięciem okazał się rachunek różniczkowy i całkowy. Zajmował się Leibniz niemal wszystkim: od religii, historii i prawa, przez teologię, fizykę, logikę, matematykę aż po filozofię. Jeden z najmądrzejszych ludzi w Europie spędzał życie w służbie niezbyt rozgarniętych książąt. Nadrabiał to korespondencją, wiek XVII to pierwszy wiek dobrze działającej poczty w Europie. Rozpuszczeni internetem nie rozumiemy już, jak wielkie to było osiągnięcie, jak bardzo przyczyniło się do wymiany myśli. Pisanie listów zmuszało do przemyślenia poglądów, wyrażenia ich w formie kilkustronicowego skrótu, wciąż daleko było do czasów, gdy każdą ideę można zawrzeć w 140 znakach.

correspondance_leibniz

Świat Leibniza nie składa się z materialnych atomów, wypełniony jest bytami po brzegi, na wszystkich poziomach. Każdy jego fragment zawiera nieskończenie wiele mniejszych bytów, przypomina samopodobny zbiór Mandelbrota, który w powiększeniu przypomina do złudzenia sam siebie. Podstawowymi jednostkami są dusze – słynne monady, z których każda odzwierciedla cały wszechświat. Istnieją one, odkąd zostały stworzone, i będą istnieć, dopóki Stwórca ich nie unicestwi. Każda z owych dusz rozwija się niejako realizując wbudowany w nią od początku program. Nie ma śmierci, jest tylko przeobrażenie. Nic nigdy nie ginie ani nie powstaje, rozwija się tylko, ewoluuje ku większej doskonałości. Jest to piękny sen o racjonalnym świecie urządzonym przez dobrego Boga. W oczach Leibniza rzeczywistość była rodzajem uporządkowanego snu czy filmu, czymś w rodzaju rzeczywistości wirtualnej zaprogramowanej przez Stwórcę. Była ona przy tym zaprogramowana tak zmyślnie, że owe programy uwzględniały wszystkie pozostałe programy: dzięki temu możemy mieć wrażenie, iż uczestniczymy interaktywnie w rzeczywistym świecie, ale naprawdę mamy tylko nałożone okulary VR. Wszechświat jest holograficzny: ekstrahując informację z jego maleńkiego wycinka, z pojedynczej duszy, moglibyśmy poznać całą resztę dusz, a więc wszystko, co jest do poznania.

Samopodobieństwo zbioru Mandelbrota zobaczyć można np. tu i jeszcze w większym pliku tu.

Księżna elektorowa Zofia była żoną Ernesta Augusta, księcia Brunszwiku-Lüneburga. Leibniz był ich nadwornym bibliotekarzem i historykiem, ta ostatnia dziedzina okazała się niezwykle istotna dla księcia – dzięki dokumentom odnalezionym przez uczonego został on podniesiony przez cesarza do godności elektora. Zofia pod koniec życia uzyskała prawo do tronu angielskiego, z którego skorzystał dopiero jej syn Jerzy I. Dynastia hanowerska rządzi w Anglii do dziś. List jest jednym z wielu, które uczony pisał do księżnej Zofii, osoby wykształconej i inteligentnej. Kobiety na tych dworach często miały zainteresowania intelektualne czy artystyczne, ich mężowie zwykle nie sięgali wyobraźnią poza bieżące machinacje polityczne oraz polowania.

Główne me rozważania obracają się wokół dwóch przedmiotów: jedności i nieskończoności. Dusze są jednościami, a ciała wielościami – lecz nieskończonymi, tak że najmniejszy pyłek zawiera jakiś świat z nieskończonością stworzeń. Mikroskopy ukazały naocznie, że w kropli wody znajdować się może więcej niż milion żyjątek. Jedności wszakże – choć są niepodzielne i nie mają części – nie przestają przedstawiać wielości, mniej więcej tak, jak wszystkie promienie okręgu łączą się w jego środku. Na takim właśnie złączeniu polega podziwu godna natura postrzeżenia; ono także sprawia, iż każda dusza jest osobnym światem, przedstawiającym wielki świat na swój sposób i wedle swego punktu widzenia, toteż każda dusza, skoro raz już zaczęła istnieć, musi być tak samo trwała jak ów świat, którego jest wiecznym zwierciadłem. Zwierciadła te są uniwersalne i każda dusza przedstawia dokładnie cały wszechświat. Gdyż nie ma w świecie niczego, co nie miałoby udziału w całej reszcie, choć wpływ staje się mniej dostrzegalny wraz odległością. Wśród wszystkich dusz nie ma bardziej wzniosłych niż te, które zdolne są rozumieć prawdy wieczne, zdolne nie tylko przedstawiać świat w niewyraźny sposób, ale także rozumieć i posiadać wyraźne idee piękna oraz wielkości substancji suwerennej. Znaczy to być nie tylko zwierciadłem wszechświata (jakim są wszystkie dusze), lecz również tego, co we wszechświecie najlepsze. To znaczy samego Boga; to właśnie zastrzeżone jest dla umysłów albo inteligencji, które dzięki temu zdolne są kierować innymi stworzeniami w naśladowaniu Stwórcy.
Skoro więc każda dusza przedstawia wiernie cały wszechświat, a każdy umysł przedstawia jeszcze dodatkowo samego Boga we wszechświecie, łatwo dojść do wniosku, iż umysły są czymś większym, niż się sądzi. Jest bowiem prawdą pewną, że każda substancja dojść musi do takiej doskonałości, do której jest zdolna i która zawiera się w niej niejako zwinięta. Dobrze jest też rozważyć, iż w tym życiu zmysłowym starzejemy się po osiągnięciu dojrzałości, ponieważ zbliżamy się ku śmierci, która jest jedynie zmianą sceny; ale życie wieczne dusz nie podlega śmierci i tak samo nie podlega starości. Dlatego doskonalą się one i dojrzewają ustawicznie, tak samo jak świat, którego są obrazem; nic bowiem nie ma na zewnątrz wszechświata, co mogłoby mu stanąć na przeszkodzie, toteż wszechświat musi stale doskonalić się i rozwijać.
Można by wysunąć zarzut, że to doskonalenie nie jest widoczne, a nawet, że niejako cofa się skutkiem panującego nieładu. Jest tak jednak tylko na pozór, co można stwierdzić na przykładzie astronomii: nam, znajdującym się na ziemskim globie, ruch planet wydaje się czymś nieuporządkowanym. Gwiazdy zdają się błądzić i poruszać bezładnie raz w przód, a raz wstecz, a nawet zatrzymywać się od czasu do czasu. Kiedy jednak dzięki Kopernikowi umieściliśmy się na Słońcu – przynajmniej przy pomocy oczu naszego umysłu – odkryliśmy ład godny podziwu. W ten sposób nie tylko że wszystko dokonuje się zgodnie z zasadami tego ładu, ale nawet i ludzkie umysły zdolne są zdać sobie z tego sprawę w miarę, jak czynią postępy.
(…) Mam nadzieję, że [umysły] we Francji odwrócą się stopniowo od tej mechanicznej sekty [kartezjan] i od tego małostkowego przekonania o ograniczonej szczodrobliwości natury, która tylko nam jednym miałaby przyznać przywilej posiadania duszy. Kto wniknie głębiej w przedstawione przeze mnie myśli na temat nieskończoności, ten wyrobi sobie zgoła inne pojęcie o majestacie wszechświata zamiast uważać go za warsztat rzemieślnika, jak czyni to autor wielości światów [Fontenelle] w rozmowach ze swoją markizą. Każda bowiem machina naturalna ma nieskończenie wiele narządów i co jest jeszcze bardziej godne podziwu, to właśnie dzięki temu każde zwierzę odporne jest na wszelkie przypadłości i nie zostaje nigdy zniszczone, lecz jedynie zmienione i oddzielone przez śmierć, tak jak wąż zrzuca starą skórę; narodziny i śmierć są bowiem tylko rozwijaniem i zwijaniem, aby przyswoić nowy pokarm i aby go potem porzucić, gdy posiądzie się jego istotę, a zwłaszcza gdy zatrzyma się w sobie ślady postrzeżeń, które się posiadło i które zostają na zawsze i nigdy nie ulegają całkowicie zapomnieniu i choć nie zawsze ma się okazję je przypomnieć, idee takie nie omieszkają się przypomnieć i stać użyteczne z biegiem czasu. Toteż można dowieść matematycznie, iż wszelkie działanie, jakkolwiek małe by ono było, rozciąga się do nieskończoności, zarówno pod względem miejsc, jak i w czasie, promieniując – by tak rzec – na cały wszechświat i przechowując się przez całą wieczność. Tak więc nie tylko dusze, ale i ich działania przechowują się wiecznie, a nawet działanie każdej z nich przechowuje się we wszystkich duszach wszechświata za sprawą współdziałania i zgodności wszystkich rzeczy; świat cały zawarty jest w każdej swej części, ale w jednych bardziej wyraźnie niż w drugich i na tym właśnie polega przewaga tych umysłów, dla których suwerenna inteligencja stworzyła wszystko inne, aby dać się poznać oraz kochać, niejako mnożąc się w ten sposób we wszystkich żyjących zwierciadłach, które ją przedstawiają.

Francesco Algarotti: Newtonizm dla dam, 1737

Tytuł książki Algarottiego: Newtonizm dla dam czyli dialogi na temat światła i kolorów wydaje nam się dziś niezbyt poważny. Książka przeznaczona była dla ludzi eleganckich, a w wielkim świecie gust dyktowały damy. Algarotti wzorował się na Fontenelle’u co do formy – były to rozmowy filozofa z pewną damą, był jednak nowoczesny co do treści.

Wenecjanin, syn bogatego kupca, wykształcony w Rzymie i Bolonii, wcześnie zabłysnął na polu nauki, jako nastolatek powtarzając publicznie eksperymenty optyczne Newtona. Rzecz nie była całkiem trywialna, wielu wybitnych ludzi nie potrafiło uwierzyć Newtonowi, gdyż nie udawało im się powtórzyć jego eksperymentów. Dla Algarottiego Newton stał się symbolem eksperymentalnej nauki, która obala zmurszałe chimery Kartezjusza i innych. Angielskiemu uczonemu udała się nie lada sztuka: napisał Optykę tak, jakby to same doświadczenia przemawiały i niepotrzebna była żadna interpretacja. Tak oczywiście nie jest, fakty same nie mówią, zawsze mówią w ich imieniu ludzie. Jednak przez długi czas Newtonowska retoryka wydawała się nie do obalenia.

Algarotti nie miał cierpliwości do pracy akademickiej, miał za to wielkie talenty towarzyskie, znał się na sztuce i właściwie na wszystkim po trosze. Zaczął podróżować i poznawać ludzi. Najpierw objechał Italię, potem zawitał do Paryża razem z Andersem Celsiusem, o mało nawet nie pojechał razem z Maupertuisem do Laponii. Spędził jakiś czas w Cirey u markizy du Châtelet i Voltaire’a. Pisał tam swoją książkę. Voltaire donosił swemu przyjacielowi: „Mamy tu markiza Algarottiego, młodego człowieka, który zna języki i obyczaje wszystkich krajów, pisze wiersze jak Ariosto i zna Locke’a oraz Newtona. Czyta nam swoje dialogi dotyczące ciekawych dziedzin filozofii. Ja (…) także napisałem swój mały traktat metafizyczny, bo należy sobie zdawać sprawę z rzeczy tego świata. Odczytujemy czasem kilka pieśni z Dziewicy Orleańskiej albo jakąś tragedię w moim guście czy rozdział z Wieku Ludwika XIV. Potem wracamy do Locke’a i Newtona, nie bez wina szampańskiego i dobrej kuchni, bo jesteśmy filozofami wielce zmysłowymi…” Wyjeżdżając z Cirey, Algarotti otrzymał od markizy du Châtelet portret, który posłużyć miał do frontispisu książki. Widzimy na nim parę przypominającą ich oboje.

Newtonianismo per le dame

„Łabędź z Padwy”, jak ochrzcił go Voltaire, napisał całkiem dobrą książkę popularną (był w wieku dzisiejszych studentów), w której wyjaśniał różne Newtonowskie doświadczenia i doszedł nawet do pojęcia powszechnego ciążenia. Jego dbałość o usuwanie wszelkich trudności całkiem przypomina dzisiejszych autorów. Wtedy także, choć z innych powodów, nie można było liczyć na szkołę. Filozof objaśnia np. damie, co to takiego kwadrat liczby. Prawo zmniejszania się siły grawitacji jak kwadrat odległości, przywodzi jego rozmówczyni na myśl tempo słabnięcia miłości z czasem: po ośmiu dniach rozłąki miłość słabnie sześćdziesiąt cztery razy. Algarotti chciał nie tylko wyrobić sobie nazwisko, ale także zarobić na książce. Zachowywał się wprawdzie tak, jakby był niezwykle bogaty, naprawdę jednak potrzebował pieniędzy, rodzinny interes przejął bowiem jego starszy brat. Nie był też szlachcicem. Przystojny i dobrze wychowany człowiek mógł jednak bez trudu przezwyciężyć te drobne niedopatrzenia losu. Jego kariera przypomina nieco innego Wenecjanina, Giacomo Casanovę. Algarotti objechał całą Europę, w Anglii miał słynny romans z lordem Herveyem i lady Mary Wortley Montagu, którzy oboje się w nim kochali na zabój. Zaprzyjaźnił się też z pruskim następcą tronu, który potem jako król Fryderyk II zrobił go prawdziwym hrabią. Na swej książce wprawdzie nie zarobił, ale stał się znany. Zainteresowało się nim nawet Święte Oficjum: Newtonizm trafił na Indeks Ksiąg Zakazanych. Nie chodziło wcale o stwierdzenie, że Słońce spoczywa – sto lat po Galileuszu nawet inkwizycja nie próbowała tego kwestionować. Zastrzeżenia budziły raczej zdania powątpiewające w nieśmiertelność duszy czy brzmiące zbyt libertyńsko: cenzorów drażnił raczej Locke niż Newton. Także i z tej trudności wywinął się Algarotti gładko, zmieniając tekst następnych wydań swej książki.

Świat to opera: Fontenelle’a Rozmowy o wielości światów, 1686

Jaka opera? Np. Faeton Jeana Baptiste’a Lully’ego, wystawiany w Palais Royal w tamtych latach z wielkim powodzeniem i z użyciem machin, które pozwalały Faetonowi wznosić się ponad ziemię, powożąc wozem swego ojca, Heliosa. Wszystko skończyło się jak najgorzej dla młodzieńca, który nie docenił trudności przedsięwzięcia. Zuchwałość została ukarana. Brawa.

Ale opera to rozrywka zimowa, teraz, gdy czas jest piękny, znajdujemy się z dala od Paryża. Narrator i jego pełna wdzięku gospodyni, „urojona markiza”, wychodzą po kolacji na spacer do parku. Po upalnym dniu wieczór przynosi wytchnienie, świeci Księżyc i widać gwiazdy, rozmowa kieruje się więc na astronomię. Geometria powstała z potrzeb miernictwa, jest córką interesu. Co innego astronomia, zapoczątkowali ją chaldejscy pasterze – jest więc córką próżnowania. „Cieszę się, że poznałam tę genealogię nauk – mówi markiza – i widzę, że powinnam trzymać się astronomii”. Otóż natura jest wielkim spektaklem, takim jak w operze. Z lóż nie widać, jak to jest urządzone, że Faeton wzlatuje nad scenę. Zastanawia się nad tym może jakiś „machinista” siedzący na parterze, obserwujący sznury i domyślający się kół i bloków za kulisami, które muszą się przy tym obracać, obciążone jakimiś ciężarami. Uczeni przypominają takich machinistów: chcą poznać ukryte przyczyny widowiska. Wygadywano na ten temat wiele głupstw. Arystotelik powiedziałby, że Faeton wzlatuje, gdyż widocznie jego miejsce naturalne znajduje się u góry. Pitagorejczyk orzekłby, że przyczyną wszystkiego są liczby. Ale oto nadszedł Kartezjusz i podał wyjaśnienie: „Faeton wznosi się, ponieważ ciągną go sznury i ciężar większy od niego opada; tak że nie wierzy się już, by ciało poruszało się, gdy nie jest ciągnięte czy też raczej popychane przez inne ciało”.

Natura stała się więc nieomal trywialna, jak owe zmyślne machiny teatralne. Stała się jedynie mechanizmem, jak zegarek. „Wielu ludzi ma głowy nabite fałszywymi cudami i tajemnicami, które budzą ich respekt. W naturze podziwiają oni jedynie magię, której nie rozumieją. Dla nich rzecz, którą można pojąć, odarta jest z wzniosłości”. Fontenelle wiedział, o czym mówi, wkrótce napisze Historię wyroczni, gdzie przytacza historię złotego zęba, jaki wyrósł pewnemu dziecku na Śląsku w roku 1593. Napisano na jego temat kilka uczonych rozpraw i „pięknym tym dziełom niczego by nie brakło, gdyby tylko ów ząb był naprawdę złoty”. Niestety, znalazł się jakiś złotnik-niedowiarek i zdjął ze słynnego zęba cienką pozłótkę, która była nań nałożona. Takie też było ulubione zajęcie Fontenelle’a: zdejmować z rzeczy otoczkę iluzji i przesądów.

274

(Ilustracja: The Project Gutenberg, Francois Pierre Guillaume Guizot, A Popular History of France From The Earliest Times)

Był osobliwym człowiekiem, interesowały go jedynie sprawy ducha, nigdy nie ulegał żadnym gwałtownym uczuciom, pozwalał każdemu mówić, jak długo tamten chciał, zanim wypowiedział, uprzejmie i niezobowiązująco, własne zdanie. Nigdy się nie śmiał, jedynie się uśmiechał. Nie kochał się w nikim, jednej ze swych przyjaciółek przypominał jednorożca: zwierzę bajeczne, lekkie, zwinne, z którego głowy wyrasta coś wysuniętego do przodu. Doskonale zrównoważony, pisywał przez wiele lat oficjalne biogramy zmarłych członków Akademii nauk: tzw. Éloges – „Pochwały”, które nie były jednak nigdy prostym panegirykiem. Bardzo lubił gawędzić z damami, lubił swobodny, nieco żartobliwy styl salonowych rozmów, w którym był mistrzem. Kiedy był już stary – a stary był bardzo długo, przeżył bowiem niemal sto lat – powtarzał często, że chciałby jeszcze dożyć następnego sezonu na truskawki, które niezmiernie lubił. Umarł jedynie dlatego, że przecież trzeba umrzeć.

A jednak pitagorejczycy byli bliżsi prawdy, niż sądzili Fontenelle i Kartezjusz. Książka Fontenelle’a stała się przestarzała właściwie już rok później, kiedy wyszły Matematyczne zasady filozofii przyrody Isaaca Newtona. Mimo to kartezjanizm i newtonowskie zasady oraz grawitacja współistniały przez wiele dziesiątków lat, sąsiadując często nawet na kartach jednej książki. W Polsce przekład Fontenelle’a ukazał się dopiero w 1765 roku, co znaczyło, że jesteśmy zacofani już tylko o sto lat. Najważniejszą lekcją z dzieła Newtona, lekcją, której uczono się długo i opornie, była ta, że prawa świata nie są mechaniczne – jest dokładnie odwrotnie: to mechanika i wszystkie inne części fizyki są matematyczne. Dziś wiemy, że materii „prawie” nie ma: atomy są złożone z ogromnych pustych przestrzeni, w których poruszają się punktowe elektrony, kwarki i gluony.
Mówi się często, że należy uczyć dzieci matematyki: bo ćwiczy logiczne myślenie, ułatwia zrozumienie umowy kredytowej itd. itp. Nie wymienia się przy tym zwykle powodu najważniejszego: prawa świata są matematyczne. Żyjemy w świecie matematycznym, czy to się komu podoba, czy nie. Bez znajomości matematyki nie można go zrozumieć. I gotowi jesteśmy wówczas wierzyć w opowieści o złotym zębie albo cudownym uzdrowieniu portugalskiej zakonnicy.

Kuszenie księżnej Karoliny

Wilhelmina Karolina von Brandenburg-Ansbach była córką władcy niewielkiego księstwa Ansbachu, wchodzącego w skład Cesarstwa. Dzieciństwo miała raczej smutne, najpierw umarł na ospę jej ojciec, potem matka wyszła powtórnie za mąż za wysoko urodzonego brutala, który żył w związku ze swą przyrodnią siostrą i groził śmiercią żonie oraz jej dzieciom. Dwa lata później ojczym Karoliny i jego kochanka niemal jednocześnie zmarli, także na ospę. Niedługo później umarła jej matka i sierota trafiła na dwór pruski w Berlinie pod opiekę Fryderyka I i jego żony, Zofii Szarlotty.

W Berlinie inteligentna i urodziwa Karolina nabrała nie tylko ogłady, lecz zaczęła też prędko nadrabiać braki w wykształceniu. Zetknęła się tam z Wilhelmem Gottfriedem Leibnizem, który utrzymywał bliskie stosunki z Zofią Szarlottą i jej matką Zofią.

Caroline_Wilhelmina_of_Brandenburg-Ansbach_by_Sir_Godfrey_Kneller kadr1

Fragment portretu Karoliny jako księżnej Walii pędzla Godfreya

Leibniz, stary kawaler, uwielbiał towarzystwo, a zwłaszcza towarzystwo kobiet. Było to upodobanie na tyle niezwykłe, że wspomniał o nim nawet Fontenelle w oficjalnej eulogii, napisanej po śmierci niemieckiego polihistora. Filozof nie miał w sobie nic z zasuszonego profesora, był dowcipny i kurtuazyjny, nie znaczy to jednak wcale, że toczył puste i błahe konwersacje salonowe. Potrafił opowiadać o tysiącu rzeczy, na których się znał i którymi się zajmował, filozofii nie wyłączając. Kobiety w naturalny sposób były partnerkami do takich rozmów, gdyż, jak ujął to jeden z historyków, ówczesne dwory cechował „skrajny dymorfizm kulturowy”: mężczyźni zajmowali się wyłącznie polowaniami, wojskiem i polityką. W ten sposób sztuka, literatura i wszelkie zajęcia umysłowe stawały się domeną kobiet. Niektóre z nich interesowały się nawet naukami przyrodniczymi, filozofią i teologią. Leibniz sądził, że „ich ciekawość i subtelność mogłaby być bardziej użyteczna dla rodzaju ludzkiego i lepiej głosić chwałę Bożą, niż wszystkie plany zdobywców, gdy ci wprowadzają tylko zamęt i zniszczenie”.

W roku 1704 Karolina stała się przedmiotem szczególnych zabiegów. Miała 21 lat i dzięki znakomitemu pochodzeniu zaczęto interesować się jej zamążpójściem. Pretendował do jej ręki arcyksiążę Karol Austriacki, brat przyszłego cesarza Austrii. Przeszkodą było luterańskie wyznanie Karoliny, przysłano więc uczonego jezuitę, ojca Ferdinanda Orbana, aby nawrócił ją na katolicyzm. Ojciec Orban przychodził dyskutować z Karoliną, przekonywał, naciskał, wynajdywał argumenty. Dziewczyna raz mówiła „tak”, innym razem „nie”, prowadzili długie i wyczerpujące seanse z tekstem Biblii w ręku. Ostatecznie jednak Karolina stwierdziła, że wyznania nie zmieni i basta. Ojciec Orban długo jeszcze zasypywał ją listami, lecz z konwersji (i z małżeństwa) nic nie wyszło. Stawka matrymonialna była wysoka: arcyksiążę Karol był kandydatem do tronu Hiszpanii i z czasem został cesarzem. Wśród książąt protestanckich Karolina stała się dzięki tej odmowie niezwykle popularna, trafiła nawet na karty powieści.

Wyszła za mąż za Jerzego Augusta, syna elektora Hanoweru. Niebawem elektor w wieku pięćdziesięciu czterech lat został królem Anglii Jerzym I, a tym samym jego syn i synowa zostali księciem i księżną Walii. I tu odegrało rolę przywiązanie do protestantyzmu, bo choć Jerzy I był bardzo dalekim krewnym zmarłej królowej Anglii, Anny, to jednak wszyscy pozostali (w liczbie kilkudziesięciu!) jako katolicy nie wchodzili w grę. Anglią nie mógł rządzić katolik, tak postanowił parlament.

Księżna Karolina przeniosła się wraz z całym dworem do Anglii, w Hanowerze został tylko samotny Gottfried Leibniz, któremu król zabronił podążyć za sobą. Leibniz miał najpierw ukończyć dzieło historyczne poświęcone domowi hanowerskiemu. Filozof starał się o stanowisko oficjalnego historyka Wielkiej Brytanii, ale król nie zamierzał antagonizować nowych poddanych nominacją cudzoziemca. Co więcej, Leibniz pozostawał wówczas w ostrym sporze z Isaakiem Newtonem na temat odkrycia rachunku różniczkowego i całkowego, był więc dla angielskich kół naukowych persona non grata.

Stary filozof musiał pogodzić się także i z tym, że jedyna życzliwa mu osoba na dworze angielskim – księżna Karolina, dostała się w orbitę Newtona i jego uczniów. Dawna czytelniczka Teodycei, dyskutowała teraz godzinami z Samuelem Clarke’iem, oglądała pokazy eksperymentów Newtona dotyczących kolorów i istnienia próżni – i czuła się „niemal nawrócona” na jej istnienie. (Był to jeden z licznych punktów spornych między wizją Newtona planet poruszających się w pustej przestrzeni niebios, a Leibniza, który utrzymywał, iż próżnia jest niemożliwa.) Leibniz postanowił walczyć o duszę księżnej Karoliny, postarał się ją ostrzec przed niebezpiecznymi poglądami Anglików. Pisał: „Wielu uważa dusze za cielesne, jeszcze inni za cielesnego mają samego Boga. (…) Pan Newton i jego stronnicy mają jeszcze jedno nader zabawne mniemanie o dziele Bożym. Wedle nich Bóg potrzebuje nakręcać od czasu do czasu swój zegar. W przeciwnym razie ustałoby jego działanie. Nie był bowiem na tyle przezorny, aby nadać mu ruch wieczny. (…) Moim zdaniem, siła i energia pozostają w tej machinie zawsze te same i tylko przechodzą z materii na materię zgodnie z prawami natury i z pięknym, ustanowionym wprzód porządkiem” (G.W. Leibniz, Wyznanie wiary filozofa, przeł. S. Cichowicz i H. Krzeczkowski, PWN, Warszawa 1969, s. 321). Karolina przekazała pismo Samuelowi Clarke’owi, ten zaś na nie odpisał. Wiemy dziś, że Clarke uzgadniał swe argumenty z Newtonem, tak że w istocie ścierali się tu Leibniz z Newtonem. Tak rozpoczęła się jedna z najsławniejszych debat w filozofii, prowadzona w formie listów między Clarke’iem a Leibnizem, kierowanych na ręce księżny, która miała być kimś w rodzaju arbitra. Anglik twierdził, że księżna znała z góry wiele argumentów Leibniza. Ostatecznie polemika pozostała nierozstrzygnięta i niezakończona, piąta odpowiedź Clarke’a nie doczekała się riposty, gdyż Gottfried Leibniz zmarł. Na pogrzebie największego filozofa Niemiec nie pojawił się ani król Jerzy I, który przebywał wówczas w ojczyźnie, ani nikt z jego dworu (Karolina została w Anglii).

Więcej o tym fundamentalnym sporze Leibniza z Newtonem na temat funkcjonowania świata:

http://www.toya.net.pl/~jerzykierul/Newton/31.htm

Korzystałem m.in. z pracy Gregory’ego Browna, Leibniz’s Endgame and the Ladies of the Courts, „Journal of the History of Ideas”, t. 65 (2004), s. 75-100.