Iwo Białynicki-Birula o „dobrej zmianie”

Warto dodać tu uwagę dla niefizyków. Otóż Iwo Białynicki-Birula to uczony klasy światowej, mający ogromny autorytet wśród kolegów. Jak się zdaje, młodsi uczeni zbyt rzadko zabierają głos na temat tego, co od roku dzieje się w Polsce.

Na razie jest to „tylko” festiwal kłamstw, niekompetencji, bufonady, zmasowanej propagandy, odwoływania się do przesądów i najgorszych emocji. Naigrawanie się z rozumu, moralności i wartości chrześcijańskich (które przecież powinny być bliskie niektórym katolikom, także arcybiskupowi Markowi). Psucie niemal każdej instytucji, którą można zepsuć. Szkoły nie są od nauczania, że człowiek ma duszę od chwili poczęcia. Ewolucja nie jest ekstrawaganckim przypuszczeniem niektórych naukowców. Powstanie warszawskie było tragedią, a nie triumfem i okazją do przebieranek. Lech Kaczyński był bardzo przeciętnym politykiem, który zginął tragicznie w wypadku lotniczym. Katastrofa w Smoleńsku nie miała w sobie nic z martyrologii, nikt tu nikogo nie zdradzał o świcie, był już późny ranek i usiłowano lądować, nie widząc lotniska. Doprawdy nie ma za co stawiać pomników. A spieszono się dlatego, że telewizje czekały na rozpoczęcie transmisji. W Katyniu bowiem miało nastąpić otwarcie kampanii wyborczej. Gdyby nie katastrofa Lech Kaczyński przegrałby jesienią 2010 roku wybory i dziś nikt by już o nim nie pamiętał.

Na razie mamy do czynienia z pokojową inwazją barbarzyńców, którzy w nosie mają standardy Europy i których bawi oddawanie stolca do fortepianu. Robią to, by przypodobać się swojemu naczelnikowi, człowiekowi małemu pod każdym względem, mściwemu i tchórzliwemu, który nie zna żadnego języka obcego, a swój własny nieznośnie kaleczy, posługując się nim w sposób pretensjonalny i niegramatyczny, niechlujnie wymawiając słowa. Mądrość naczelnika każe nam zrywać więzy z Niemcami i Francją, licząc na to, że naszej skóry będą bronić Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (czemu miałyby to robić, tego nie wiemy). W rezultacie przesuwamy się po mapie na wschód, mozolnie metr po metrze. Dzieje się to powoli, każdego dnia, i właściwie nie wiadomo, kiedy protestować, bo to jak protest przeciwko nasuwaniu się lodowca. Niedługo możemy niepostrzeżenie znaleźć się tam, gdzie Białoruś. Wielu Polaków nie widziałoby w tym pewnie niczego złego, w końcu żyliśmy przez tyle lat na skraju sowieckiego kołchozu i trzeba było jakoś się urządzić. Miało to zresztą pewne zalety: nie było bezrobocia, o wszystkim decydowały urzędy i można sobie było na nie po cichu narzekać. Za to jaki spokój! Media przynoszą same dobre wiadomości, policja ma kartotekę wszystkich nieprawomyślnych, kraj uporządkowany jest do imentu. Zresztą nie ma się co straszyć Białorusią, urodził się tam Adam Mickiewicz, a niedawno odwiedził ten kraj z wizytą Marszałek Senatu, który mówi, że Łukaszenka to ciepły człowiek, a do Bogdana Borusewicza nie ma zaufania.

Konstandinos Kawafis: Czekając na barbarzyńców (1898)

Na cóż czekamy, zebrani na rynku?

Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy.

Dlaczego taka bezczynność w senacie?
Senatorowie siedzą – czemuż praw nie uchwalą?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
Na cóż by się zdały prawa senatorów?
Barbarzyńcy, gdy przyjdą, ustanowią prawa.

Dlaczego nasz cesarz zbudził się tak wcześnie
i zasiadł – w największej z bram naszego miasta –
na tronie, w majestacie, z koroną na głowie?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
Cesarz czeka u bramy, aby tam powitać
ich naczelnika. Nawet przygotował
obszerne pismo, które chce mu wręczyć –
a wypisał w nim wiele godności i tytułów.

Czemu dwaj konsulowie nasi i pretorzy
przyszli dzisiaj w szkarłatnych, haftowanych togach?
Po co te bransolety, z tyloma ametystami,
i te pierścienie z blaskiem przepysznych szmaragdów?
Czemu trzymają w rękach drogocenne laski,
tak pięknie srebrem inkrustowane i złotem?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
a takie rzeczy barbarzyńców olśniewają.

Czemu retorzy świetni nie przychodzą, jak zwykle,
by wygłaszać oracje, które ułożyli?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
a ich nudzą deklamacje i przemowy.

Dlaczego wszystkich nagle ogarnął niepokój?
Skąd zamieszanie? (Twarze jakże spoważniały.)
Dlaczego tak szybko pustoszeją ulice
i place? Wszyscy do domu wracają zamyśleni.

Dlatego że noc zapadła, a barbarzyńcy nie przyszli.
Jacyś nasi, co właśnie od granicy przybyli,
mówią, że już nie ma żadnych barbarzyńców.

Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?
Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.

(przeł. Z. Kubiak)

Nie jest to najlepszy wiersz Kawafisa, nieco zbyt retoryczny, zbudowany katechizmowo, nie odwołuje się do konkretnej sytuacji historycznej, ironia jest tu zbyt łatwa. Ale nawet słabszy, wczesny Kawafis, to wciąż Kawafis: z wyobraźnią ożywiającą historię, pozwalającą widzieć zarówno materialne i psychologiczne szczegóły, jak i głębszy sens spektaklu. Oto mamy rozwiniętą cywilizację, która nie ma siły trwać, jej elity skoncentrowane są na dogadzaniu własnej próżności, popisywaniu się bogactwem, pomysłowością w sprawach trzeciorzędnych, błyskotkami i błahostkami. Wszyscy czekają na potop, który by odnowił oblicze ziemi.

Na kilkanaście lat przed wielką wojną światową i wielką rewolucją rosyjską, przed czekistami, czarnymi koszulami i brunatnymi koszulami, stalinami i hitlerami, łagrami i lagrami, poeta z prowincjonalnej Aleksandrii umiał zaglądać w głąb czasu i dobrze rozumiał, na czym polega znużenie światem i tęsknota za rządami silnej ręki, przecinającymi beznadziejne dylematy. Tak słodko wyrzec się wolności. Miliony miały sobie powtarzać: co nam po wolności, skoro i tak nasze życie przypomina dożywotnie więzienie, którego murów sami nie przebijemy.

Każdy czytelnik musi zadać sobie nieuchronne pytanie: kim są owi barbarzyńcy. Dla Greków byli to ci, którzy nie mówili po grecku. Definicja ta w jakimś sensie pozostaje użyteczna do dziś, jeśli rozumieć ją szerzej, a więc nie tylko w odniesieniu do języka, ale i do tego, co się myśli. Grecy nauczyli nas szacunku dla człowieka, podziwu dla jego ciała, umysłu, czasem także charakteru. Uczyli pokory wobec świata, przestrzegali przed hybris, zgubną pychą, która narusza prawa boskie i nieuchronnie wiedzie do katastrofy. Zaszczepili nam zmysł tragedii i koncepcję filozofii. Arystotelesowska definicja prawdy nigdy nie przestała być aktualna (w sformułowaniu św. Tomasza jest to zgodność naszych pojęć z faktami, coś niełatwego do osiągnięcia, lecz bezcennego). Zresztą bez Greków chrześcijaństwo byłoby zaledwie jedną więcej egzotyczną żydowską sektą, nigdy nie osiągnęłoby metafizycznej subtelności i intelektualnej dojrzałości. Także prawa logiki i ich nadużycia, retoryka i demagogia, skodyfikowane zostały przez Greków. Ani druk, ani internet nie dodały tu nic nowego oprócz zgiełku i narastającego z czasem przeświadczenia, że liczy się tylko dzień dzisiejszy, a co wczoraj niewarte jest pamiętania. Zasypywani powodzią nieistotnych słów i obrazów, niczym nartniki po powierzchni wody, ślizgamy się po teraźniejszości, niewiele z niej rozumiejąc.

Jakich barbarzyńców obawia się dzisiejszy świat Zachodu? Islamskich terrorystów, chińskich producentów, kolorowych imigrantów, własnych społeczeństw? Cywilizacje mają swoje przypływy i odpływy, ta zachodnioeuropejska i amerykańska prawdopodobnie chyli się ku upadkowi, a ci, którzy chcą jej bronić są gorsi niż barbarzyńcy przybywający od granic. Zdegenerowane chrześcijaństwo, które nie rozumie, kim był żydowski prorok Jezus z Nazaretu i które jest tylko bezmyślnym klepaniem magicznych zaklęć, wznoszeniem nienawistnych okrzyków i paradowaniem z faszystowskimi symbolami, bez żadnej przyszłości. Ludzie, którzy kłamią, nawet wtedy, kiedy się nie odzywają. Uczestnicy polowań z nagonką na Bogu ducha winne ofiary – ale przecież nikt nie jest niewinny. Nowi dygnitarze, bezmyślni albo powtarzający sobie w duchu, że tak trzeba. Prymitywy, których uniwersum mieści się w telefonie. Barbarzyńców nie trzeba daleko szukać – oni są w nas, w naszych sąsiadach, krewnych i znajomych, wystarczą sprzyjające okoliczności, a chamstwo i brutalność wezmą górę. Jacyś barbarzyńcy zawsze się znajdą, wezmą władzę, która leży na ulicy, i ustanowią swoje prawa, proste jak pałka i płaskie jak umysł towarzysza Płaszczaka.

Martin Heidegger: wielki filozof i szachrujący Żydzi

Jego poglądy sprawiają wrażenie podobne do dzieł Wagnera: znajdujemy w nich zarówno przebłyski genialności, jak pretensjonalną intelektualną grafomanię, często splecione w węzeł niemożliwy do rozwikłania. Martin Heidegger był znakomitym wykładowcą, a filozofia – najbardziej prestiżowym przedmiotem na niemieckich uniwersytetach. Sława uczonego przyciągała studentów spragnionych kontaktu z wielką osobowością, z guru, przewodnikiem, duchowym ojcem. Były to czasy kultu wielkich jednostek. Spór między Naphtą a Settembrinim wygrał, jak pamiętamy Mynheer Peeperkorn. Wspominano jeszcze po latach, jak niepozorny profesor wchodził do sali wykładowej i zrazu przyciszonym, a potem coraz pełniejszym głosem, przeprowadzał swoje rozumowania, panując całkowicie nad zaczarowanymi słuchaczami. Cieszył się sławą mistrza, który uczy myśleć. Bo też jego najmocniejszą stroną były nowatorskie interpretacje klasycznych tekstów, dostrzeganie aktualnych problemów w znanych od dawna sformułowaniach: lektura fragmentów Heraklita, Nietzschego czy Hölderlina nie była szkolarskim ćwiczeniem, prowadziła do odkrywania problemów współczesności. Filozofowanie nie odsłaniało prawd odwiecznych, wiecznie tych samych, lecz zanurzone było w bieżącej chwili i jej historycznych uwarunkowaniach.

Studentom imponował uczony, który nie był jedynie chodzącą maszynką do mielenia cudzych poglądów, który oddawał się myśleniu całym sobą i u którego było ono żywym, ciągle postępującym procesem. Zjeżdżali do niego tłumnie, wielu z jego uczniów zdobyło później sławę. Wykładowca miał zwyczaj sypiania z co ładniejszymi studentkami, pobudzało go to bowiem twórczo, żonie geniusza, Elfriede, musiały wystarczyć zapewnienia, że ma swoje osobne i niezagrożone miejsce w jego życiu. Filozof wywodził się ze wsi w Schwarzwaldzie i całe życie pielęgnował związki z ziemią rodzinną, chętnie pisał w chacie za miastem, odmówił też objęcia katedry w stołecznym Berlinie, zbyt dla niego kosmopolitycznym. Nosił szczególny strój: „coś w rodzaju chłopskiej sukmany ze Schwarzwaldu, z szerokimi wyłogami i na poły wojskowym kołnierzem, na dodatek spodnie do kolan, wszystko z ciemnobrązowego sukna (…) Brąz sukna dobrze pasował do jego kruczoczarnych włosów i smagłej cery” (przeł. J. Wolska-Stefanowicz, B. Baran). Konserwatywny syn katolickiego kościelnego, omal nie został jezuitą, szybko jednak porzucił seminarium; studiował teologię, od której przeszedł do filozofii. Jego ambicje sięgały znacznie dalej niż samo tylko twórcze uprawianie filozofii, pragnął ni mniej, ni więcej, tylko porzucenia obowiązujących na Zachodzie kanonów myślenia i powrotu do źródeł, do presokratyków, i rozpoczęcia myślenia od nowa. Wobec tradycji idącej od Platona przez Kartezjusza do Kanta nastawiony był wrogo, podobnie jak do nauki, a zwłaszcza do techniki i „amerykanizacji” życia. Głęboko wierzył, że cywilizację Zachodu uratować mogą tylko Niemcy. Wierzył w „szczególne, wewnętrzne pokrewieństwo języka niemieckiego z językiem i myśleniem Greków”. Potwierdzać to mieli rzekomo także Francuzi: „Gdy tylko zaczynają myśleć, sięgają do języka niemieckiego, zapewniają przy tym, że ich język się do tego nie nadaje” (przeł. M. Łukasiewicz). O angielskim nawet nie warto w tym kontekście wspominać, zostawał więc jedynie niemiecki. Heidegger rzeczywiście wykorzystywał jego szerokie możliwości słowotwórcze do budowania własnego słownika dziwotworów i neologizmów, jakby także w języku chciał się postawić poza tradycją. Gdyby skończył jako profesor-dziwak, którego jedni głęboko podziwiają i otaczają kultem, a inni traktują jak humorystyczne zwieńczenie systemu akademickiego, rodzaj gargulca wystającego z szacownej fasady, nie byłoby to jeszcze dla Heideggera najgorsze.

heidegger

Ambitny nasz filozof żył bowiem w czasach gorączkowego wzmożenia narodowego w Niemczech. Młodzież śpiewała przy ogniskach pieśni o wspólnym działaniu i pragnęła lepszego świata. Słowo demokracja brzmiało jak imię sekretnej choroby. Jedni szukali ratunku w komunizmie, drudzy w nazizmie. Na ruch nazistowski życzliwie patrzyło wielu wybitnych profesorów, sympatyzowali z nim także Heidegger i Elfriede, i to jeszcze zanim Adolf Hitler został kanclerzem. „Trzeba się włączyć” – oświadczył swemu przyjacielowi Karlowi Jaspersowi wczesną wiosną 1933 roku. No i się włączył: został narodowosocjalistycznym rektorem uniwersytetu we Fryburgu, zgłosił akces do NSDAP, słał wiernopoddańcze telegramy do Hitlera i jego sfory. Wygłosił też słynną mowę jako rektor:

Niemieccy studenci, rewolucja narodowosocjalistyczna prowadzi do radykalnego przekształcenia naszego niemieckiego jestestwa. (…) Niech z każdym dniem i godziną umacnia się oddanie przywództwu i jego woli. (…) To nie twierdzenia i «idee» powinny stanowić reguły waszego bycia.

Führer sam, i tylko on, jest obecną i przyszłą rzeczywistością Niemiec i ich prawem.

W ostatniej rozmowie z Jaspersem przed zerwaniem stosunków (z powodu żony Żydówki nie nadawał się on już teraz na przyjaciela) Heidegger utrzymywał, że może Protokoły Mędrców Syjonu to nonsens, ale światowy żydowski spisek jest przecież niezaprzeczalną prawdą. Na pytanie: „Jak człowiek tak niewykształcony jak Hitler rządzić może Niemcami?”, Heidegger odparł: „Wykształcenie jest najzupełniej obojętne. Proszę się przyjrzeć, jak cudowne są jego ręce” (przeł. J. Wolska-Stefanowicz, B. Baran). Bardzo gorliwy w służbie nowej władzy, odesłał na emeryturę swego nauczyciela Edmunda Husserla (Żyd!), oboje z Elfriede zerwali z Husserlami wszelkie stosunki. Bardzo poważnie zastanawiał się też nasz filozof, korespondując na ten temat z gestapo, co zrobić z Hermannem Staudingerem, wybitnym chemikiem, dwadzieścia lat później noblistą – uczony ten bowiem w latach pierwszej wojny światowej (!) był pacyfistą i chciał nawet zmienić obywatelstwo na szwajcarskie, a teraz opowiadał się za nazizmem. Dla Heideggera jasne było, że ktoś tak dwulicowy nie powinien nauczać, nawet wysłanie go na emeryturę to za dużo, najlepiej byłoby go po prostu zwolnić, problem był tylko w tym, jak się go pozbyć bez międzynarodowego rozgłosu. Nie przeszkadzało również Heideggerowi rytualne palenie książek urządzone na jego uniwersytecie – zapewne dlatego, że Heraklit przecież książek nie pisał.

Heidegger tylko przez rok pełnił swoją funkcję rektora, odszedł, gdyż zawiódł się na nazistach. Nie chodziło jednak o brutalność, cynizm, rasizm, czy zbrodnie, jakich się dopuszczali na tysiącach, a niebawem na milionach ludzi. Główną przyczyną rozczarowania filozofa było poczucie niedocenienia przez kręgi przywódcze partii, której wiernym członkiem pozostał aż do 1945 roku. Heidegger inaczej wyobrażał sobie rewolucję, którą Niemcy powinny przeprowadzić (najlepiej pod jego duchowym przywództwem), aby ocalić świat, choćby wbrew niemu samemu. Walka z Żydami była według niego życiową koniecznością, reprezentowali oni bowiem siły nauki, techniki, finansów i analitycznego rozumu.

Przyczyna chwilowego wzrostu potęgi żydostwa leży w tym, że metafizyka Zachodu, zwłaszcza w wydaniu nowożytnym, dostarczyła punktu wyjścia do szerzenia dość pustej racjonalności i zdolności kalkulowania.

Owo próżne rezonerstwo miało zniknąć z powierzchni Ziemi. Przyszłe decyzje i problemy będą w ogóle niedostępne owej rasie. Słowo rasa opatrywał Heidegger cudzysłowem. Nie podzielał przesądów nazistów, nie był bowiem antysemitą rasistowskim, lecz historiozoficznym, wyrozumowanym. Żydzi jako ludzie w zasadzie mu nie przeszkadzali, niektórych nawet lubił, miał w swoim czasie gorący romans z młodziutką Hannah Arendt, która chyba do końca życia nie poznała wszystkich poglądów swego aryjskiego kochanka. Nie chodziło więc o ślepą nienawiść, lecz o racjonalne działanie i historyczną konieczność: Niemcy musiały unicestwić potęgę światowego żydostwa. Dlatego zbrodnie nazizmu nie zrobiły na filozofie żadnego wrażenia, uważał, że ofiary same były sobie winne. Bardzo natomiast był oburzony, kiedy przez kilka lat po wojnie zakazano mu nauczania, a przez kilka miesięcy nie mógł rozporządzać całym swoim domem, gdyż dokwaterowano mu jakichś przedstawicieli francuskich władz okupacyjnych. Wydane niedawno filozoficzne notatniki Heideggera, tzw. Czarne Zeszyty, pokazują, że w odniesieniu do Żydów cała pojęciowa i językowa subtelność autora bierze w łeb: posługuje się on prymitywnymi kliszami myślowymi, jakie moglibyśmy wyczytać w Mein Kampf. Wszystko to przyrządzone w sosie nieprzetłumaczalnych neologizmów robi przygnębiające wrażenie. To porażka kultury europejskiej i trudno o nią winić Platona czy Kartezjusza. Zresztą na długo przed dojściem nazistów do władzy Heidegger bolał nad „zażydzeniem” uniwersytetów niemieckich. Także i po wojnie pewnie nie zauważył, że wraz z Żydami Niemcy straciły większość swego potencjału duchowego – i w tym leży ich prawdziwa klęska, bo przemysł można odbudować, ale nie można sprawić, aby kraj przyciągał swymi ideami i kulturą. Niemcy przestały być krajem, do którego jeździ się myśleć – pod tym względem stały się takie, jak większość bogatej Europy, ani od niej lepsze, ani gorsze. W swoim ostatnim wywiadzie dla „Der Spiegel” w latach sześćdziesiątych XX wieku Heidegger, który nie zdobył się nigdy na żadne wyrazy potępienia dla Shoah, z wielką troską i niepokojem wypowiada się nie o tym, co się stało podczas wojny, lecz o powojennej cywilizacji (amerykanizacja!):

Wszystko funkcjonuje. Niesamowite jest właśnie to, że wszystko funkcjonuje i że to funkcjonowanie powoduje wciąż dalsze funkcjonowanie, i że technika coraz bardziej odrywa ludzi od ziemi i pozbawia ich korzeni. Nie wiem, czy panowie byli przerażeni, oglądając zdjęcia Ziemi wykonane z Księżyca. Ja przynajmniej byłem przerażony. Nie potrzeba wcale bomby atomowej, wykorzenienie ludzkości stało się już faktem. Nasze wzajemne stosunki są czysto techniczne. Ziemia, na której żyjemy, nie jest już Ziemią. (przeł. M. Łukasiewicz)

W latach trzydziestych Martin Heidegger twierdził z wielkim zacietrzewieniem, że w całych Niemczech należałoby zostawić na katedrach dwóch, może trzech filozofów. Gdyby mieli oni iść w ślady Heideggera, to może i jednego byłoby za wiele.

Czy naród można sobie amputować głowę? Przykład Niemiec (1933-1945)

W marcu 1933 r. Albert Einstein napisał: „Nie tylko jednostki, lecz i całe organizmy społeczne mogą ulegać chorobom psychicznym, zwłaszcza w okresach utrudnionej egzystencji” (przeł. J. Maliniak). Myślał oczywiście o swoim kraju, do którego nie mógł i nie chciał wracać w nowej sytuacji politycznej. Czy rzeczywiście nazizm był rodzajem zbiorowej sugestii, obłędu wywołanego przez charyzmatycznego wodza? Oglądając stare filmy z przemówieniami Hitlera, trudno pojąć, co Niemcy widzieli w tym chudym, miotającym się i wrzeszczącym histerycznie człowieczku. Nie wszyscy i nie od razu stali się nazistami, ale przy ogromnej bierności mas i wśród entuzjazmu swoich zwolenników Hitler w krótkim czasie zlikwidował wszelkie instytucje demokratyczne. Państwo było walczące, w kolejnych kampaniach demaskowano i piętnowano nowych albo wciąż tych samych wrogów: komuniści, Żydzi, zboczeńcy, niedorozwinięci umysłowo, Cyganie, obcokrajowcy, rekiny kapitału i co tam jeszcze mogła wymyślić utalentowana propaganda Dobrej Zmiany.

Nie wszyscy rozumieli logikę sytuacji i pewnie niewielu Niemców spodziewało się, że sprawy zajdą tak daleko. Hitler z 1933 roku nie ujawniał swoich wszystkich zamysłów, choć można je było wyczytać np. we wcześniejszym Mein Kampf. Nie było powodu wątpić, że nowy kanclerz posunie się tak daleko, jak tylko mu się uda. Ludzie zawsze jednak łudzą się nadzieją, że jakoś to będzie. Nowy system polityczny nie od razu się w pełni ujawnił, władza wolała nie szczycić się niektórymi posunięciami, dopóki nie podbiła wszystkich instytucji państwa i społeczeństwa. Kiedy mamy do czynienia z rządami, które zajmują się zdobywaniem coraz większej władzy zamiast rządzeniem i kiedy aparat państwowy oraz jego najwyżsi przedstawiciele atakują wybranych wybitnych obywateli, to czas zacząć się bać. To trochę jak z dziennikarskim kryterium, co jest newsem. Gdy pies ugryzie człowieka, to nie jest news, ale kiedy człowiek pogryzie psa, to już tak. Podobnie, obywatele występujący, demonstrujący przeciwko państwu, to nic nowego, ale kiedy państwo zaczyna atakować swoich wrogów wskazanych z nazwiska, to jest to wiadomość, i to bardzo zła, także dla pozostałych obywateli. Kiedy Gomułka zaatakował w przemówieniu Pawła Jasienicę, to oznaczało, że nawet jak na standardy komunistyczne, system wszedł w fazę ostrą. Einstein był jednym z pierwszych obywateli zaatakowanych w reżimowych mediach po objęciu władzy przez Hitlera. Zaledwie dziesięć lat wcześniej, przy okazji Nagrody Nobla, urzędnicy w Berlinie bardzo starali się wykazać, że uczony jest obywatelem Niemiec. W końcu dla świętego spokoju po kilku latach urzędowego pingponga Einstein przyjął niemiecki paszport, choć nigdy nie zrzekł się obywatelstwa Szwajcarii.

Nie rozstrzygniemy tu dyskusji na temat przyczyn nazizmu. Były oczywiście powody ekonomiczne, lecz kryzys i bezrobocie nie musiały prowadzić do czegoś tak chorego jak nazizm. Już bardziej zrozumiały wydawałby się komunizm. Szale się zresztą ważyły przez jakiś czas: komuniści i socjaliści mieli w sumie większe poparcie od nazistów, nie potrafili jednak wystąpić razem. Wielką rolę odegrał też fakt, że Niemcy źle się czuli w ustroju demokratycznym. Sądzili na ogół, że Republika Weimarska to spisek zagranicy oraz zdradzieckich elit (głównie Żydów!), których machinacje miały doprowadzić do przegrania wojny światowej i do niesprawiedliwego Traktatu Wersalskiego. Ten stan umysłów pokazuje karykatura z „Simplicissimusa” z roku 1919.

simplicissimus

Demonstrujcie w swoim domu! Każdego ranka profesor Groller z Berlina na znak swego ustawicznego protestu wymierza parę siarczystych policzków globusowi (Rys. Olaf Gulbransson)

Einstein uważał, że za nazizm odpowiadają wychowawcy narodu niemieckiego, w tym także profesorowie uniwersytetów. Na wielu z nich panowała przez lata atmosfera patriotycznego wzmożenia i niechęci do bezideowej demokracji. Nie przypadkiem Martin Heidegger, filozof niewątpliwie wybitny, opowiedział się entuzjastycznie po stronie nazizmu. Jesienią 1933 roku przemawiał jako rektor uniwersytetu we Fryburgu:

Niemieccy studenci, rewolucja narodowosocjalistyczna prowadzi do radykalnego przekształcenia naszego niemieckiego jestestwa. (…) Niech z każdym dniem i godziną umacnia się oddanie przywództwu i jego woli. (…) To nie twierdzenia i «idee» powinny stanowić reguły waszego bycia. Führer sam, i tylko on, jest obecną i przyszłą rzeczywistością Niemiec i ich prawem (przeł. J. Wolska-Stefanowicz i B. Baran).

Wola Führera ponad prawem – Niemcy nie chcieli być bezdusznymi sklepikarzami, pragnęli narodowego ducha w sztuce, w polityce, w szkole, a także na ulicy: wkrótce wszyscy, jedni chętnie, inni mniej chętnie, zaczęli używać pozdrowienia Heil Hitler. Przemawiał do nich romantyzm wspólnoty, masowych wieców, przemarszów z pochodniami, jednakowych mundurów i okrzyków niosących się echem po ogromnych placach. Obcy element gdzieś poznikał albo można było się nad nim bezkarnie pastwić, zmuszając np. Żydów do szorowania chodników, co było bardzo zabawne dla obserwatorów tej niewinnej rozrywki.

Właściwie tylko nieliczni, z reguły emigranci, potrafili spojrzeć prawdzie w oczy. Jak Thomas Mann, który notował w marcu 1933 roku:

Niewyczerpana, nie dająca się zakończyć rozmowa o zbrodniczym i budzącym obrzydzenie szaleństwie, o sadystycznych, chorobliwych typach ludzi, którzy obłąkańczymi i bezwstydnymi środkami osiągnęli swój cel absolutnej, nie tolerującej żadnej krytyki władzy (…) Przy tym niesłychany entuzjazm mas, które wierzą, że rzeczywiście tego chciały (…) Do tego bicie dzwonów i upojenie wzniosłością. Znowu się sądzi, że jesteśmy wielkim narodem. Wojnę, klęskę ogłasza się za niebyłe ich skutki zostały zniwelowane namiastką wojny, którą nazywa się rewolucją… (przeł. I. i E. Naganowscy).

Nawet słynnemu pisarzowi niełatwo przyszło publiczne krytykowanie reżimu i ociągał się z tym dość długo. Większości Niemców nie przychodziło to nawet do głowy.

Działo się to w kraju wielkich artystów, pisarzy, uczonych. Do roku 1933 jedna trzecia wszystkich naukowych nagród Nobla trafiła w ręce Niemców. Było to dwa razy więcej niż dla następnych w kolejności Brytyjczyków. Prymat nauki niemieckiej był zupełnie bezsporny. Prawdopodobnie tak czy inaczej nie udałoby się im zachować tej dominującej pozycji, nadchodziła bowiem era Stanów Zjednoczonych, nadeszłaby jednak później i nie w takiej skali, gdyby Niemcy sami nie amputowali sobie głowy. Wśród uczonych wygnanych czy w jakiś sposób wypchniętych z Niemiec było siedmiu noblistów, dwudziestu dalszych otrzymało tę nagrodę w przyszłości. Do tego doszły tysiące mniej znanych, lecz wspaniałych badaczy, przeważnie Żydów, choć nie zawsze, sytuacje osobiste tych ludzi były bardzo różne. Chyba nawet ci, co zostali w Niemczech i udawali, że nic się nie stało, jak Max Planck, nie rozumieli, że to już jest koniec i ich nauka nigdy się z tego nie podniesie. Była w tym okrutna asymetria: niemieccy Żydzi w większości czuli się Niemcami i nie wyobrażali sobie życia w innym kraju (Einstein był tu wyjątkiem), ich „czyści rasowo” koledzy na ogół nie widzieli w tym exodusie nic zatrważającego, nawet jeśli prywatnie było im żal dotychczasowych kolegów czy nawet przyjaciół. Byli mentalnie gotowi na jakąś formę rozprawy z Żydami i „rozwiązania problemu żydowskiego”. Poglądy tego rodzaju były popularne w wielu krajach, u nas np. atakowano Tuwima, że nie umie pisać po polsku i w jego wierszach słychać rzekomo rasową obcość.

J. Schmidhuber zrobił wykresy ukazujące, jak wielka nauka, reprezentowana tu przez noblistów, przenosiła się za ocean (wykresy są kumulatywne, czyli podsumowują cały XX wiek aż do danego roku).

sci630

Widać, ile znaczy dobra tradycja i jak trudno ją zastąpić nawet znacznymi nakładami finansowymi. Amerykanie przygotowywali grunt pod swoje sukcesy już w XIX wieku, w okresie międzywojennym mieli znakomitych eksperymentatorów, w latach trzydziestych transatlantykami napłynęły nowe idee.

Także język angielski zaczął dominować w nauce stosunkowo niedawno – w co dziś trudno uwierzyć. Oczywiście, do jego dominacji przyczynili się także Anglicy, których rola wcale się nie zmniejszyła, mimo że stracili w tym czasie imperium.

scilang630

Nie mam rzecz jasna dowodów, ale podejrzewam, że bez nazistowskiego szaleństwa i II wojny światowej, którą wywołali niesprowokowani, Niemcy odgrywaliby dziś znacznie większą rolę na wszystkich polach od gospodarki po kulturę i naukę. Gdyby tylko potrafili być nieco bardziej racjonalni i gdyby nie rządziły nimi resentymenty…

Co Einstein sądził o Hitlerze

Szybolet czyli Polska będzie czytająca albo nie będzie jej wcale

Księga nad księgami wśród wielu cennych wskazań moralnych uczy nas także, na przykładzie Efraimitów, jaki jest pożytek z umiejętności językowych:

Następnie Gileadczycy odcięli Efraimitom drogę do brodów Jordanu, a gdy zbiegowie z Efraima mówili: «Pozwól mi przejść», Gileadczycy zadawali pytanie: «Czy jesteś Efraimitą?» – A kiedy odpowiadał: «Nie», wówczas nakazywali mu: «Wymówże więc Szibbolet». Jeśli rzekł: Sibbolet – a inaczej nie mógł wymówić – chwytali go i zabijali u brodu Jordanu. Tak zginęło przy tej sposobności czterdzieści dwa tysiące Efraimitów. (Sdz 12, 5-6)

Niestety, ani owa Księga, ani żadne inne nie są najwyraźniej Polakom potrzebne do szczęścia. To znaczy, nie są potrzebne rosnącej grupie, a są potrzebne grupie malejącej.

z19767649Q,Badania-czytelnictwa

Dane: Biblioteka Narodowa

Czytanie czegokolwiek to nie jest szczególnie wysoki próg: trzeba rozumieć (najczęściej własny) język i móc się skoncentrować na jednym przez dłuższy czas. Zwykle wyobrażamy sobie, że Stany Zjednoczone są „mało kulturalne” w porównaniu z Polską, że tylko elitarna edukacja i nauka jakoś tam funkcjonuje. Amerykanie też narzekają na spadek czytelnictwa, ale porównajmy liczby.

a0bd43b86

Nauka na najwyższym poziomie potrzebuje odpowiednio szerokiej bazy, ludzie utalentowani to niekoniecznie potomkowie zamożnych i kulturalnych rodziców. Oczywiście, nauka amerykańska przyciąga także wielu obcokrajowców, ale niemożliwy jest szczyt piramidy wiszący w powietrzu.

Na dobitek z ankiet wynika, że jak już ktoś u nas coś czytał, to najczęściej przychodzi mu do głowy Henryk Sienkiewicz. To tak jakby we Francji za najwybitniejszego pisarza uznać Alexandre’a Dumasa. Mówi to coś raczej o potrzebach czytelników: Sienkiewicz, choć językowo sprawny, myślowo i uczuciowo był zupełnie infantylny. Więcej prawdy o rzeczywistości znaleźć można w baśniach Andersena.

debinski

Trzeba jednak z nadzieją patrzeć w przyszłość, jak imć pan Jan Dębiński z Dębion, komornik graniczny województwa krakowskiego, który drukiem ogłosił swe najcenniejsze myśli o Polsce w roku 1727 w Częstochowie, w drukarni jasnogórskiej. Pan Dębiński taką oto ubogacił nas mową:

Słyszałem senatora jednego dyskutującego, który twierdził, że prowidencja boska widząc niesfornych, niezgodnych, nieporządnych Polaków, a nie chcąc, aby zginęli, kuratelę partykularną sobie nad onymi wzięła, w osobliwej ich protekcji swojej trzymając. I tać to prowidencja protekcji boskiej sprawuje, że ustawicznie się walimy, a przecie stoimy; ustawicznie gaśniemy, a przecie jako słońca jakie po zachodzie wschodząc, jaśniejemy (…)
Słyszałem u drugich ludzi godnych do tegoż zmierzający żart polityczny, że patrząc na to, co się w Polsce naszej dzieje, kiedy by o Panu Bogu po ludzku rozumieć się godziło, trzeba by mówić, że u niego ten świat jest jakaś Aula magni Principis (…) królestwa i państwa na różne dzieląc się ordines, różne też mają powinności i funkcje. Więc Polakom między inszymi i tę też funkcję naznaczył, żeby go rekreowali i cieszyli. I tak, kiedy Bóg z nieba na sejmy, na sejmiki, na wojenne wyprawy, na rządy i na wszystkie inne postępki nasze patrzy, bardzo się (po ludzku rozumiejąc) cieszy i rekreuje. (…) Żeby tedy ta rekreacja Bogu nie zginęła, oddał Polskę naszą prowidencji swojej w osobliwą opiekę, aby jej upadać nie dopuściła.

Pomylił się pan Dębiński, bo jak wiemy z historii, znudziło się w końcu Stwórcy patrzyć na polskie dziwowisko, a może dość miał już tego nieporadnego makaronicznego dukania. Rok 1727 był to rok śmierci Newtona, pochowanego w Opactwie Westminsterskim z wielkimi honorami, u nas nikt jeszcze nie słyszał nie tylko o nim, ale i o Kartezjuszu, który wystąpił niemal sto lat wcześniej. Nie chodziło tylko o jakieś nowinki dla intelektualistów, Thomas Newcomen już piętnaście lat wcześniej zastosował maszynę parową w kopalni. To jedna cywilizacja: myśląca naukowo i technicznie. Świat nam gwałtownie odjeżdżał. Widzimy, jaką wagę ma szybolet.

Albert Einstein o Hitlerze (1935)

W roku 1933 i latach następnych Adolf Hitler był w Niemczech niewątpliwie „człowiekiem roku”. Choć nigdy nie zdobył samodzielnej większości parlamentarnej, rządził, nie oglądając się na takie regulaminowe szczegóły. Zresztą opozycja najpierw była podzielona, później poparła go prawicowa DNVP, a jeszcze później rozwiązał wszystkie partie. Trudno dziś zrozumieć, co tak uwodzicielskiego miały wygłaszane przez niego paranoiczne brednie. Prawdopodobnie miliony ludzi pragnęły odreagować swoje własne upokorzenia i swoje własne niepowodzenia – Hitler był do nich podobny, lecz umiał to przekuć w sukces i władzę. Niemcy mieli kompleks osaczenia: wokół był zły świat, który dybał na ich dobrostan, nie pozwalał poszerzyć granic i miał pretensje o jakieś zbrodnie wojenne w Belgii. Zresztą wróg czyhał także wewnątrz: Żydzi knuli, spiskowali i manipulowali biednymi prostolinijnymi Niemcami.

„Berliner Illustrirte Zeitung”, która kiedyś zamieściła portret Einsteina, teraz miała nowych bohaterów.

ALBERT EINSTEIN (1879-1955). American (German-born) theoretical physicist. On the cover of 'Berliner Illustrirte Zeitung,' 1919.

BIZ-10.9.1933_a

Trudno wyobrazić sobie kogoś mniej podatnego na stadne emocje niż Einstein. Nie dlatego gardził Hitlerem, że był słynnym uczonym, którego nic w Niemczech nie trzymało. Gdyby nie odniósł sukcesu naukowego i pozostał nikomu nieznanym urzędnikiem biura patentowego, myślałby tak samo.

Każdy, komu sprawia przyjemność maszerowanie w szeregu przy dźwiękach muzyki, już przez to samo wywołuje we mnie uczucie pogardy; jedynie przez przypadek obdarzono go wielką mózgownicą, gdyż mlecz pacierzowy wystarczyłby najzupełniej na jego potrzeby. Ową hańbiącą plamę na honorze cywilizacji należałoby usunąć jak najprędzej. O jakże nienawidzę tego bohaterstwa na komendę, bezmyślnej przemocy i bogoojczyźniactwa [Vaterlenderei, słówko Nietzschego – J.K.]

A to jego niepublikowany tekst o Hitlerze. Nie został opublikowany prawdopodobnie dlatego, że mógłby zaszkodzić krewnym w Niemczech albo jego siostrze mieszkającej w faszystowskich Włoszech.

Ku wiecznemu wstydowi Niemiec rozgrywa się w sercu Europy groteskowy i tragiczny spektakl; nie przynosi on chwały wspólnocie narodów, które zwą się cywilizowanymi!

Przez wieki naród niemiecki poddawany był indoktrynacji przez niekończący się szereg nauczycieli i sierżantów od musztry. Niemców zmuszano do ciężkiej pracy i uczenia się wielu rzeczy, wpajając im jednocześnie ślepe posłuszeństwo, wojskową dyscyplinę i brutalność. Powojenna demokratyczna konstytucja Republiki Weimarskiej pasowała do obywateli Niemiec mniej więcej tak samo, jak szaty wielkoluda na Tomcia Palucha. Potem nadeszły inflacja i kryzys, i wszyscy żyli w strachu i napięciu.

Zjawił się Hitler, człowiek o miernych zdolnościach umysłowych, nienadający się do żadnej użytecznej pracy, zionący zawiścią i żółcią na wszystkich, których natura i okoliczności obdarzyły hojniej niż jego. Wywodząc się z dołów klasy średniej, miał na tyle dużo klasowej pychy, by nienawidzić nawet klasy pracującej walczącej o większą równość w poziomie życia. Najbardziej ze wszystkiego znienawidził jednak kulturę i wykształcenie, na zawsze mu niedostępne. W swym desperackim pragnieniu władzy odkrył, iż jego przemówienia, tak mętne i przesiąknięte nienawiścią, przyjmowane są z dzikim aplauzem przez tych, których sytuacja i orientacja podobne były do jego własnej. Pozbierał te ludzkie szumowiny na ulicach i w piwiarniach i zorganizował wokół siebie. W taki sposób rozpoczął karierę polityczną.

Tym jednak, co przesądziło o jego przywództwie, była nieprzejednana nienawiść do wszystkiego, co zagraniczne, a zwłaszcza jego odraza do bezbronnej mniejszości, niemieckich Żydów. Ich wrażliwość intelektualna wywoływała u niego niepokój, uznawał ją – do pewnego stopnia słusznie – za niegermańską.

Bezustanne tyrady przeciwko tym dwóm «wrogom» pozwoliły mu zdobyć poparcie mas, którym obiecywał wspaniałe triumfy i złoty wiek. Sprytnie wykorzystał do swoich celów odwieczne niemieckie zamiłowanie do dyscypliny, rozkazów, ślepego posłuszeństwa i okrucieństwa. W taki sposób został Führerem.

Pieniądze płynęły obficie do jego skarbca, w niemałej części od klas posiadających, bo te widziały w nim narzędzie, mogące zapobiec społecznemu i ekonomicznemu wyzwoleniu narodu, które zaczęło się w Republice Weimarskiej. Grał przed ludźmi, wykorzystując romantyczną i pseudopatriotyczną frazeologię, do której zostali przyzwyczajeni w okresie poprzedzającym wojnę światową, a także oszustwo o rzekomej wyższości rasy aryjskiej czy nordyckiej, które jest mitem wymyślonym przez antysemitów do realizacji ich złowieszczych celów. Jego rozszczepiona osobowość sprawia, iż nie można stwierdzić, w jakim stopniu on sam wierzy w ów nonsens, który wciąż propaguje. Jednakże ci, którzy się wokół niego zgromadzili albo którzy wypłynęli na powierzchnię na fali nazizmu, to w przeważającej części zatwardziali cynicy, dokładnie świadomi fałszu stosowanych przez siebie metod.

Tymczasem koledzy Einsteina, tacy jak Max Planck, starali się dbać o naukę niemiecką (nieco skurczoną po wyjeździe Żydów), wszystko inne traktując jako nienależące do ich obowiązków. Tutaj widzimy Maksa Plancka na rocznicowym zebraniu Kaiser-Wilhelm Gesellschaft w 1936 roku.

planck 25 lat KWG 1936

Można powiedzieć, że bez Einsteina wszystko szło nawet lepiej: Instytut Fizyczny tego towarzystwa po Einsteinie miał nowego dyrektora Petera Debye’a, który nareszcie zdobył fundusze na wzniesienie budynku dla tej placówki – częściowo pochodziły z Ministerstwa Lotnictwa, częściowo zaś z Fundacji Rockefellera. Holender z pochodzenia, wybitny fizyk, Debye, jak się zdaje, nie był nazistą, starał się być apolityczny; nawet gdy wyjechał później do Stanów Zjednoczonych, urządził to tak, że był tylko urlopowany z Instytutu i pozostawiona w Berlinie córka pobierała jego wynagrodzenie.

Po wojnie Otto Hahn zaproponował Einsteinowi członkostwo w nowym Max-Planck-Gesellschaft, założonym po likwidacji Kaiser-Wilhelm-Gesellschaft.

„Postawa niemieckich intelektualistów – rozpatrywanych jako klasa – nie była lepsza niż motłochu” – odpisał mu Einstein, uzasadniając odmowę. Nie zezwalał też na wznowienia swoich książek w Niemczech.

Voltaire i René-Joseph de Tournemine SJ: czy materia może myśleć? (1735)

Nauka i technika to jedyne może dziedziny, w których mamy do czynienia z rzeczywistym postępem. Dzisiejszy student wie więcej niż wszyscy starożytni uczeni, nawet gdy się specjalnie nie stara, korzysta bowiem ze zbiorowego dorobku stuleci. Wraz z tym postępem zachodzi też proces, który można by nazwać uniepotrzebnianiem się filozofii i teologii. W miarę, jak coraz więcej wiemy o różnych obszarach rzeczywistości, filozofia wypierana jest na dzikie pogranicze, gdzie dotąd nie zapanowały naukowe prawa i porządek (nie chcę przez to powiedzieć, że filozofia dziś jest już niepotrzebna!). Podobny proces dotyczy teologii, dziedziny dość specyficznej, bo chyba tylko w cywilizacji europejskiej tak mocno rozbudowanej i przesiąkniętej dogmatami i systemami. Europejczycy bardziej niż inni łaknęli rozumowych dowodów na istnienie Boga, nie wystarczała im sama tylko wiara.

Dziś trudno wierzyć w istnienie duszy, trzeba mieć w tym celu oczy mocno zamknięte i takiż umysł. Jasne jest przede wszystkim, że aparatura pojęciowa Greków czy scholastyków jest dla nas tak samo nieprzydatna jak chitony i zbroje. Przyzwyczajeni do rozróżnienia software’u i hardware’u, rozumiemy doskonale, że wiele dawnych pytań o myślenie przypominało dziecinne pytania w rodzaju: gdzie w komputerze kryje się Kaczor Donald z kreskówki.

Technika i jej wytwory wpływały zresztą zawsze na sposób myślenia: inaczej myśleli ludzie przed epoką maszyn (niemal wszystko wydawało im się ożywione), inaczej w erze różnych mechanicznych wynalazków (świat jako zegar), a jeszcze inaczej obecnie (świat jako komputer, informacja kwantowa, informacja w biologii). Dziś pytanie: czy materia może myśleć, wydaje się podobne do pytania: czy komputer może myśleć, i skłonni jesteśmy do ostrożnej odpowiedzi twierdzącej. W XVIII wieku samo dyskutowanie tej kwestii mogło mieć bardzo nieprzyjemne konsekwencje, jak w przypadku Voltaire’a: musiał uciekać, bo groziło mu więzienie.

Voltaire lubił drażnić dobrze myślących, wydawał się wielu ludziom niemalże złym duchem, który zaprzecza wszystkiemu, do czego byli przyzwyczajeni. W dodatku zamiast się oburzać, drwił bezlitośnie, parodiował, wyszydzał – stając się w ten sposób przeciwnikiem trudnym do ugodzenia.

491px-D'après_Maurice_Quentin_de_La_Tour,_François-Marie_Arouet,_dit_Voltaire_(château_de_Versailles)

Portret Voltaire’a z tego okresu, wg Maurice’a Quentina de La Toura

Wychowanek jezuickiego bardzo elitarnego kolegium Louis-le-Grand, na całe życie został antyklerykałem, choć wdzięczny był ojcom za nauki i wyrażał się o nich z szacunkiem. W 1734 roku wydał Listy filozoficzne, poświęcone głównie popularyzacji angielskiej nauki, filozofii, literatury, a także tolerancji religijnej. Francuscy czytelnicy poczuli się oburzeni tym, jak słabo wypadała w tym ujęciu Francja. Duchowieństwo katolickie oburzone było uwagami na temat swego złego prowadzenia się i niemoralnie wielkich majątków. Janseniści oburzeni byli uwagami na temat Pascala. Najbardziej konkretny zarzut dotyczył jednego zdania, przypisywanego zresztą Johnowi Locke’owi: „Nie sądzę, byśmy kiedykolwiek mogli dowiedzieć się, czy istota czysto materialna myśli, czy nie” (przeł. J. Rogoziński, Listy o Anglikach albo Listy filozoficzne, Warszawa 1953). Locke i Voltaire podważali więc istnienie osobnej substancji – ducha i deklarowali, że cały ten temat jest mętny i zapewne nierozstrzygalny.
W obronie wiary świętoszkowie wszczęli alarm: „Zabobonnicy są w społeczności tym, czym tchórze w wojsku: szerzą panikę”. Książka została zakazana przez parlament paryski: „Sąd postanowił i nakazał, by rzeczona książka została podarta i spalona na dziedzińcu Pałacu Sprawiedliwości u stóp wielkich schodów przez egzekutora sprawiedliwości, jako skandaliczna, sprzeczna z religią, dobrymi obyczajami, a także respektem należnym władzy; a także zakazuje i zabrania wszystkim księgarzom, drukarzom, kolporterom i innym, drukować, sprzedawać i rozprowadzać ją w jakikolwiek sposób pod groźbą kary cielesnej”. Posiadacze nieszczęsnej książki mieli ją oddać władzom, lecz historia milczy o takich przypadkach. W każdym razie 10 czerwca 1734 roku Listy filozoficzne zostały uroczyście spalone. Autora ścigała policja z królewskim nakazem aresztowania, lettre de cachet.
Po latach, ze szwajcarskiego oddalenia, Voltaire zauważył, że księgarze powinni płacić za takie potępienia i palenie nowości wydawniczych. Rzeczywiście, podnosiło to wielokrotnie cenę książki, nie przeszkadzając zbytnio w dystrybucji, wielu księgarzy gotowych było ryzykować więzienie dla dużego i szybkiego zysku. Sukces wydawniczy Listów był ogromny. W roku 1734 wyszło pięć wydań, a kolejnych pięć ukazało się do roku 1739. Łączny nakład książki przekroczył 20 000 (a był to przecież XVIII wiek!). Na tak wielki sukces będzie musiał Voltaire zaczekać aż do czasów Kandyda.
Także ojciec Tournemine, jeden z dawnych wychowawców Voltaire’a, wydawca wpływowego „Journal de Trévoux”, poczuł się w obowiązku skrytykować Listy filozoficzne. Sprowokował w ten sposób wymianę listów z Voltaire’em na temat tego, czy Bóg mógłby obdarzyć materię myśleniem, czy też jest to niemożliwe. Niemożliwe dla wszechmocnego Boga jest jedynie to, co logicznie sprzeczne: a więc, czy w pojęciu myślącej materii mamy logiczną sprzeczność.
– Czyż Bóg nie mógł udzielić materii obok zdolności ruchu, grawitacji, wzrostu (u roślin), także zdolności myślenia – pytał Voltaire.
– Nie, mój panie, nie mógł. – odpowiadał o. Tournemine – uorganizowane ciało jest podzielne, zmysł, który postrzega, jest z konieczności niepodzielny. (…) Kto wydaje osąd o jakimś przedmiocie, wydaje osąd o całym przedmiocie, musiał więc postrzegać cały ów przedmiot w sposób niepodzielny. Itd. itd.
Temat sporu był do pewnego stopnia zastępczy, chodziło w istocie o chrześcijańskie pojęcie duszy. Gdyby dusza rezydowała w materii, to zapewne nie byłaby też nieśmiertelna – toteż o. Tournemine wolał bronić, by tak rzec, zewnętrznego szańca, zamiast samej cytadeli.
Voltaire szukał sposobu publicznego czy półpublicznego dyskutowania kwestii fundamentalnych. Już i tak powiedział więcej niż było dozwolone. Zapłacił za to przebywaniem z dala od jedynego miejsca na świecie, gdzie czuł się naprawdę dobrze: z dala od Paryża, jego salonów i teatrów – a czuł się przede wszystkim autorem teatralnym. Sukces albo klapę kolejnej sztuki przeżywał niezmiernie głęboko, potrzebował uznania wyrobionej publiczności. Jeśli został pisarzem poszerzającym granice tolerancji, wolności słowa, tępiącym fanatyzm, zabobon, to w znacznej mierze dlatego, że na własnej skórze odczuwał nietolerancję, brak wolności wypowiedzi, ciężar przesądów i martwych tradycji. Jeśli był antyklerykalny, to dlatego, że nie mógł ścierpieć osłów w mitrach biskupich i zatrzęsienia labusiów, zajętych układaniem piosenek i pieczeniarstwem albo manipulowaniem pobożnisiami w imię własnych korzyści.
Jeden zwłaszcza argument Voltaire’a w sporze o duszę zasługuje na uwagę. Chodzi o nasze podobieństwo do zwierząt. Zdaniem Voltaire’a my też jesteśmy zwierzętami, inteligentniejszymi, ale jednak zwierzętami. „Przybywając z Marsa czy z Jowisza ląduję na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, w kraju Kaffirów, i z miejsca zaczynam szukać człowieka. Widzę małpy, słonie, Murzynów, i wydaje się, że wszyscy oni zdradzają przebłyski niedoskonałego rozumu. Wszyscy oni posługują się językami, których nie rozumiem, i wydaje się, że motywem wszystkich ich czynów jest stojący przed nimi cel. Gdybym oceniał rzeczy w oparciu o pierwsze wrażenie (…), to skłonny byłbym wierzyć, że spośród wszystkich tych zwierząt rozumny jest słoń. Ażeby pochopnie nie wyciągać wniosków, biorę młode tych różnych zwierząt. Badam dziecko murzyńskie w wieku sześciu miesięcy, małego słonia, małą małpkę, małego lwa, małego psa. Stwierdzam ponad wszelką wątpliwość, że te młode zwierzęta mają nieporównanie więcej sił i zręczności, więcej pojęć, więcej namiętności, obdarzone są lepszą pamięcią niż mały Murzynek oraz że wyrażają swe życzenia w sposób bardziej zrozumiały. Jednakże po upływie niedługiego czasu mały Murzynek przyswoił sobie już więcej pojęć niż wszystkie te zwierzęta razem wzięte. (…) w końcu pod wpływem własnych rozważań nad znikomą wyższością, jaką osiągają ostatecznie nad małpami i słoniami, zaryzykowałem konkluzję, że są to ludzie i opracowałem następującą definicję: «Człowiek jest to czarne zwierzę, z głową obrośniętą wełną, chodzące na dwóch nogach, prawie tak zręczne jak małpa, słabsze od innych zwierząt tej samej co ono wielkości, znające jednak nieco większą niż one liczbę pojęć, obdarzone większą łatwością wyrażania ich; niemniej odczuwa on wszystkie potrzeby, jakie odczuwają inne zwierzęta, rodzi się, żyje i umiera tak samo jak one»” (przeł. A. Neuman, w: J.S. Spink, Libertynizm francuski od Gassendiego do Voltaire’a, Warszawa 1974, s. 409-410).
Dla Voltaire’a, w odróżnieniu od katolików, nie było nic odrażającego w myśli, że biologicznie jesteśmy zwierzętami, sądzę, że gdyby mógł znać teorię ewolucji, nie widziałby w niej niczego obraźliwego dla człowieka. „Niektórzy filozofowie mówią mi: «Nie popełniaj błędu, człowiek różni się całkowicie od innych zwierząt; obdarzony jest niematerialną i nieśmiertelną duszą. (…) Nie dzieli się ona na części, jest prosta i nieśmiertelna, stanowi zarazem dzieło i wizerunek Boga». Słucham tych mistrzów i odpowiadam im ze zwykłym u mnie brakiem wiary w siebie, ale też bez zaufania do nich: «Jeżeli człowiek ma duszę, o czym mnie zapewniacie, to nie ulega wątpliwości, że ten pies i ten kret mają takie same dusze». (…) A więc wybierajcie, albo trzeba przyznać duszę nieśmiertelną pchle, robakowi, mikrobowi, albo też stać się takim jak one automatem” (ibid.).