Élisabeth Ferrand, 1752

W roku 1753 Maurice-Quentin de La Tour wystawił osiemnaście pasteli przedstawiających różne znane w paryskim światku osoby, m.in. Jeana Jacquesa Rousseau, niedawno wsławionego zdobyciem nagrody Akademii z Dijon za dowodzenie, że postęp ludzkości równoznaczny jest z zepsuciem. Znalazł się tam także portret Jeana-Antoine’a Nolleta, znanego powszechnie jako abbé Nollet (czyli ksiądz Nollet) – zapalonego eksperymentatora, który salonowej publiczności demonstrował cuda fizyki, zwłaszcza machiny elektryczne, robiące wówczas niezwykłe wrażenie. W dni jego pokazów wszystkie pobliskie uliczki zatłoczone były karetami. Wystąpił nawet przed królem, któremu niezwykle się podobało, że trzymający się za ręce grenadierzy, podłączeni do odpowiedniej machiny, podskakiwali wszyscy jednocześnie.

abbe-nollet

Wśród pasteli La Toura znalazł się także znakomity portret panny Élisabeth Ferrand, zmarłej zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Miała ona 52 lata i chorowała dłuższy czas, zapewne pastel wielkiego artysty miał być wizerunkiem, jaki chciała po sobie pozostawić (w jej testamencie znalazł się zapis dotyczący wykonania przez La Toura kopii portretu dla jednego z przyjaciół, w istocie nie wiemy, czy zachowany portret nie jest właśnie tą kopią).

mademoiselle-ferrand-meditating-on-newton

Obraz zatytułowany był Mademoiselle Ferrand rozmyślająca nad Newtonem. Książka w tle to powiększony ze względów malarskich egzemplarz Elementów fizyki Newtona pióra Voltaire’a. Niektórzy sądzili, że to portret mieszczki w domowym dezabilu. Nic bardziej błędnego: panna Ferrand wywodziła się ze szlachty urzędniczej, a jej pozornie niedbały strój to atłasowa suknia z jedwabiu, a także czepek i angażanty z kosztownymi koronkami, rzeczy na tyle wartościowe, że wymienione w spisie inwentarza zmarłej.
Czemu Ferrand chciała być zapamiętana jako czytelniczka tej właśnie książki? Jest to swego rodzaju deklaracja. To trochę tak, jakby dziś ktoś się sportretował z Krótką historią czasu Stephena Hawkinga. Oświecenie stało po stronie nauki i wywodziło się w znacznej mierze z Newtona i Locke’a. Wpłynęli oni na zawodowych uczonych i filozofów, ale także niezmiernie szeroko, na całą czytającą publiczność. We Francji popularność angielskiego fizyka datuje się od czasu, gdy Voltaire uprzystępnił (i z konieczności spłycił) jego osiągnięcia na użytek szerokich kręgów – w owych czasach czytającą publiczność stanowiły przede wszystkim kobiety. Élisabeth Ferrand należała do tych inteligentnych gospodyń salonu, określanych wówczas specjalnym słówkiem: salonnière, przyjmujących ludzi wybitnych i umiejących z nimi rozmawiać. Mieszkała w klasztorze kongregacji zwanej Les Filles de Saint-Joseph, dokąd w swoim czasie wycofała się oficjalna metresa Króla-Słońce, pani de Maintenon. Klasztory były właściwie jedynym miejscem, gdzie kobiety mogły mieszkać bez mężczyzn, nie będąc nawet nominalnie pod czyjąś kuratelą. Jesteśmy jednak w wieku XVIII i nie należy wyobrażać sobie żadnych przesadnie surowych rygorów. Klasztor ten był eleganckim miejscem pobytu dla kobiet z wyższych sfer, mieścił się w Faubourg Saint-Germain, najbardziej szykownej dzielnicy Paryża. Élisabeth Ferrand miała tam kilkupokojowe mieszkanie i służbę. Obok mieszkała młodsza od niej o 10 lat wdowa, hrabina de Vassé, zapewne łączyło je coś więcej niż przyjaźń. W salonie Ferrand bywali Alexis Clairaut (wielce zasłużony w rozwijaniu ponewtonowskiej mechaniki nieba), encyklopedysta Helvétius, a także dwaj bracia, filozofowie i księża: de Mably i de Condillac. Słynny przykład Condillaca, posągu, który obdarzony choćby tylko jednym zmysłem, rozwinie w sobie życie umysłowe, pochodzić miał od panny Ferrand. „Locke, Berkeley i ja, wszyscy trzej byliśmy w błędzie. Dlaczego – spytajcie panny [ Ferrand], która mi to uświadomiła” – pisał Condillac w jednej ze swych prac. Umierając, Ferrand zapisała majątek pani de Vassé, a także niektórym ze swych przyjaciół: Condillac dostał np. 6000 liwrów „na książki” (była to suma rzędu dzisiejszych 120 000 dolarów). Portret La Toura oddziedziczyła pani de Vassé.

Korzystałem z pracy Neila Jeffaresa
http://www.pastellists.com/Essays/LaTour_Ferrand.pdf

Czy ludzie epoki wiktoriańskiej byli od nas inteligentniejsi?

Niezwykle długie panowanie królowej Wiktorii: od 1837 do 1901 roku było wyjątkowe także z powodu niezwykłego postępu, jaki się w tym czasie dokonał. To prawda, że Anglia miała do dyspozycji zasoby całego swego imperium, ale była też krajem, który umiał z nich korzystać, przodował w przemyśle, handlu, wynalazkach, organizacji państwa, jak też w naukach podstawowych. Jeśli chodzi o naukę, wystarczy wyliczyć największe osiągnięcia naukowe stulecia: James Clerk Maxwell stworzył jednolitą teorię elektryczności, magnetyzmu i optyki, James Joule i William Thomson (późn. lord Kelvin) mieli wielki wkład w powstanie termodynamiki, a Charles Darwin przekształcił biologię z bezładnej opowieści o cudach stworzenia w spójną narrację dotyczącą dziejów życia na Ziemi. Były to czasy, gdy życie gentlemana było zdecydowanie komfortowe, ale także szerokie masy mogły wreszcie utrzymać się przyzwoicie ze swej pracy, nie głodując. W Anglii już od dawna nie było analfabetów, dużą popularnością cieszyły się popularne wykłady i książki naukowe (w Polsce międzywojennej wciąż około 20% ludności nie znało liter, a nauka nie była popularna właściwie nigdy).

Francis Galton był kuzynem Charlesa Darwina, mieli wspólnego przodka w osobie Erasmusa Darwina, wizjonera ewolucjonizmu. Galton, który sam był cudownym dzieckiem w wieku sześciu lat czytającym Shakespeare’a dla przyjemności, gdy chciał odpocząć od poważniejszych lektur, interesował się dziedziczeniem inteligencji i przeprowadził badania empiryczne czasu reakcji. Współcześni psychologowie uważają, że czas reakcji człowieka jest miarą sprawności jego aparatu poznawczego, jednym słowem, gdy potocznie mówimy, że ktoś jest bystry i rozumiemy przez to szybsze przetwarzanie danych w umyśle, nie jesteśmy daleko od istoty inteligencji. Współcześni badacze porównali dane Galtona dotyczące czasu reakcji z danymi uzyskiwanymi później. Wyniki nie są niestety korzystne dla współczesnego społeczeństwa.

1-s2.0-S0160289613000470-gr1

Czas reakcji w milisekundach. Wykres z pracy: Woodley, M.A., et al.,Were the Victorians cleverer than us? The decline in general intelligence estimated from a meta-analysis of the slowing of simple reaction time, „Intelligence” (2013), http://dx.doi.org/10.1016/j.intell.2013.04.006

Oczywiście można dyskutować nad statystyką i metodologią tej pracy, zainteresowani mogą sami się jej przyjrzeć. Załóżmy jednak, że wyniki są prawdziwe. Jest możliwe, że taka jest właśnie cena cywilizacyjnego postępu: szerszy dostęp do medycyny, kalorycznej żywności i higieny owocuje większym przyrostem naturalnym, także czy może przede wszystkim wśród osób o mniejszych zdolnościach poznawczych.

W ten sposób postęp cywilizacyjny, budowany przez stosunkowo nielicznych, byłby wykorzystywany przez innych, którzy wyłącznie go konsumują. Pomyślmy np. o imigracji. Każdy bogaty kraj zalewany jest falą imigracji i jedynie niewielką jej część stanowią ludzie, którzy chcą się rozwijać i mają autentyczne aspiracje, jak powiedzmy Chińczycy w USA. Polityczna poprawność każe uciekać od tematów tego rodzaju, jednak ludzie nie są równi i nic na to nie poradzimy, podobnie jak nie każda praca naukowa jest tyle samo warta, a nie każdy profesor jest wybitnym uczonym. (Nie znaczy to jednak, że ludzie nie powinni być równi wobec prawa – to zupełnie inna sprawa – albo że nie trzeba tworzyć im równych szans, nie opowiadam się tu za żadną dyskryminacją, nie jestem zwolennikiem wybranej rasy ani wybranego narodu!).

Wyniki tego badania są ciekawe także dlatego, że przeczą naszemu odruchowemu przekonaniu o postępie. A przecież kiedy się chwilę zastanowić, nie wszystko i nie zawsze zmienia się na lepsze. Np. wykształcenie Polaków bardzo się poprawiło, jeśli mierzyć je liczbą wydanych dyplomów, a pogorszyło się, jeśli mierzyć je liczbą czytanych książek (filmiki czy memy w internecie nie nauczą nas intelektualnego wysiłku, pokonywania trudności, książki dla umysłu są tym co siłownia czy sport dla mięśni). Nie chcę przez to powiedzieć, że dzisiejsi Polacy są mniej inteligentni, chodzi mi tylko o to, żeby uświadamiać sobie ukryte założenia w naszym myśleniu. To jedna z najtrudniejszych kwestii w życiu umysłowym i naukowym. Wiele razy w historii ludzie nie wyciągali wniosków z tego, co mieli przed nosem, tylko dlatego, że stały im na drodze jakieś niewidzialne przeszkody. Wielkość wybitnych uczonych, powiedzmy Galileusza czy Einsteina, polegała w znacznej mierze na umiejętności uwalniania się od takich oczywistych założeń. Galileusz znał cały zestaw argumentów przeciwko ruchowi Ziemi i wykazał, że można je wszystkie skutecznie rozbroić i że ruch Ziemi nie oznacza żadnej katastrofy dla jej mieszkańców. Einstein potrafił zakwestionować coś tak oczywistego jak wspólny dla wszystkich absolutny czas.

Krzysztof Michalski, Płomień wieczności: Eseje o myślach Fryderyka Nietzschego

Czytam Płomień wieczności Krzysztofa Michalskiego. Od lat wybierałem się przeczytać jego książkę o Heideggerze, ale jakoś nic z tego nie wychodziło. Liberał ma wiele powodów, by Heideggera niezbyt lubić. Wierzę też, że współczesna cywilizacja Zachodu znacznie więcej znalazła i wynalazła, niż straciła i zagubiła. Co innego Nietzsche, olśniewający pisarz i aforysta, a przy tym ktoś przeżywający własną filozofię. Bo filozofia z nurtu sokratejskiego musi być przeżywana, a nie tylko nauczana ex cathedra czy podczas niespiesznych spacerów po wygracowanych ścieżkach.

„Możemy pojąć tylko świat, który sami zrobiliśmy” (Nietzsche). I możemy pojąć tylko świat, również mentalny, który sami przeżyliśmy na nowo. Krzysztof Michalski bez wątpienia głęboko przeżywał myśli Nietzschego, dostrzegał, jak w Nietzschem, ale i w jego interpretatorze, Michalskim, zbiegają się ważne wątki europejskiej kultury, ale i naszej, każdego z osobna, egzystencji: przemijającej, a jednak wciąż zwróconej ku wieczności – która przecież jest czymś innym i ważniejszym niż tylko bezterminowym pobytem dla wybranych w łagodnym klimacie, z dala od burz i wstrząsów.

Pisze Michalski: „By żyć, przybieramy tę czy inną postać, obrastamy w cechy, charaktery, instytucje, otorbiamy się światem, faktami, twardą rzeczywistością. Z nieufnością patrzymy na czas. Nietzsche chce nam pokazać, za pomocą metafor silniejszych niż każda ich interpretacja, że nie jest to ostateczna rzeczywistość. Życie, opowiada Nietzsche, kryje w sobie także absolutny niepokój, bodziec w ciele, co nie da się ani usunąć, ani przyswoić: ten niepokój, ów bodziec, to jego istota. Nietzsche chce nam pokazać pochłaniający wszystko pożar. Żar pod chłodną powierzchnią rzeczy. Chce nas nauczyć, jak zamienić w «światło i płomień wszystko, czym jesteśmy, wszystko, co nas dotyczy»”. Tym bodźcem tkwiącym nieusuwalnie w naszym ciele jest perspektywa śmierci, wobec której jesteśmy bezradni, wobec której bezradny był Chrystus konający na krzyżu. „Umiera w głębokim niepokoju, w budzącej trwogę niepewności, w poczuciu samotności i opuszczenia przez wszystkich, także przez swego Boga i Ojca” (Michalski).

Nietzsche, z taką gwałtownością oskarżający chrześcijaństwo, sąsiaduje u Michalskiego z Pascalem, św. Janem Ewangelistą, Ojcami Pustyni i mistykami. Ale także z Shakespeare’em, Emily Dickinson, D.H. Lawrence’em, Céline’em, Emilem Cioranem i Franzem Kafką. Bo śmierć Boga to coś znacznie więcej niż przemądrzała niechęć do obrządków czy wrogość wobec chrześcijaństwa. Bóg dawnych wieków rozmywa nam się w nieskończonej przestrzeni, coraz trudniej uwierzyć, że powtarzanie prostych formuł przeszłości może zbawić nas, tak jak zbawiało naszych przodków. Bóg rozmywa się nie tylko ateuszom, rozrzedza się i przezroczyścieje także tym, którzy owych ateuszy gromią i obrażają, fanatykom i cynikom w równym stopniu. Kultura Zachodu od czasów Nietzschego nie nauczyła się radzić z utratą metafizycznego rdzenia, źródła wszelkiej pewności. Dlatego ważny jest każdy głos autentycznego myśliciela.

„Tamten wieczór, w parku Żeromskiego: bawiliśmy się z Joasią w chowanego, leżałem na wilgotnej ziemi, w krzakach, nie chciałem wyjść. Joasia długo chodziła po alejkach – zapadł mrok – i wołała:«Krzysiu! Krzysiu! Gdzie jesteś?!» Tak dobrze to pamiętam – ale to było kiedyś, już nie jest teraz. (…) Ludzie, zdarzenia, rzeczy wymykają nam się z rąk, uciekają nam ostatecznie, bezpowrotnie; mijają, stają się byłe, stają się przeszłością. Nie potrafimy do nich wrócić: coś przeszkadza. Wszystkie inne przeszkody, inne ściany dają się rozwalić: buldożerem, głową, marzeniem. Ta nie”.

Piękna książka. Piękny człowiek.

Friedrich Nietzsche: Dziesięcioro przykazań wolnoducha

Nie będziesz ludów ani kochał, ani nienawidził.

Nie będziesz uprawiał polityki.

Nie będziesz ani bogaczem, ani żebrakiem.

Będziesz schodził z drogi sławnym i wpływowym.

Weźmiesz sobie kobietę z ludu innego niż twój.

Dzieci swoje wychowywać będziesz radością swoją.

Nie poddasz się żadnemu obrzędowi Kościoła.

Nie będziesz występku żałował, jeno z jego powodu jedno dobro więcej wyświadczysz.

Ażeby mieć możność mówienia prawdy, wybierzesz wygnanie.

Dasz światu wolną rękę wobec siebie i sobie wobec świata.

Fragment 137 (1876-1879), Pisma pozostałe, Kraków 2004, przeł. B. Baran.

Lamarck – siła przyzwyczajenia

Pięćdziesiąt lat przed Darwinem, arystokrata, żołnierz i przyrodnik, Jean-Baptiste Pierre Antoine de Monet, kawaler de Lamarck, starał się zrozumieć, skąd biorą się przystosowania zwierząt do ich środowiska i trybu życia. Otóż biorą się one z długotrwałego treningu i z przyzwyczajenia. Jego wyjaśnienia brzmią dziś naiwnie. Skąd biorą się rogi u zwierząt przeżuwających? „Mając niewiele siły w szczękach, które zaprawione są tylko w ścinaniu i miażdżeniu trawy, walczyć mogą jedynie uderzeniami głowy, kierując nawzajem ku sobie ich części szczytowe. W przypływach złości, które częste są zwłaszcza u samców, ich wewnętrzny sentyment silniej kieruje fluidy do tej właśnie części głowy i u jednych następuje wydzielanie materii rogów, a u innych materii kostnej zmieszanej z materią rogów, co prowadzi do powstania twardych wypukłości, dających zaczątek rogów i poroża, jakim uzbrojona jest głowa większości owych zwierząt”. Czemu żyrafa ma taką długą szyję? „Żyjąc w miejscach niemal zawsze suchych i pozbawionych roślinności, zmuszona jest skubać listowie drzew, wciąż wytężając się, by go dosięgnąć. Wskutek tego zwyczaju podtrzymywanego przez długi czas pośród wszystkich przedstawicieli tego gatunku, przednie ich nogi stały się dłuższe niż tylne, a ich szyja tak się wydłużyła, że zwierzę to może, nie stając na tylnych nogach, unieść głowę na wysokość nawet sześciu metrów” [Philosophie zoologique, Paris 1809, t. 1, s. 256-257].

Trzeba jednak wyjaśnienia Lamarcka oceniać na tle epoki. W roku 1802 wielebny William Paley ogłosił swoją słynną książkę Natural Theology, or Evidences of the Existence and Attributes of the Deity collected from the Appearances of Nature (Teologia naturalna, czyli dowody na istnienie i atrybuty Boga zebrane ze zjawisk natury). Paley twierdził, iż zwierzęta i rośliny są tak przemyślnie urządzone, że z całą pewnością nie może to być dziełem przypadku. To tak jakbyśmy na wrzosowisku natknęli się na zegarek – patrząc na niego, musielibyśmy wywnioskować, iż istniał jakieś rzemieślnik, który zaopatrzył go w cały ten sprawny mechanizm. Argumentacja Paleya była bardzo popularna, zwłaszcza w Anglii, przez całe półwiecze aż do Darwina. Niektórzy dopatrywali się działania Opatrzności nawet w tym, że zające mają białą łatkę pod ogonem – to po to, by myśliwym łatwiej było do nich celować.

Darwin także w zasadzie akceptował tezę Lamarcka, iż można dziedziczyć sprawności nabyte w trakcie życia. Nikt wówczas nie wiedział, jak funkcjonuje mechanizm dziedziczenia.

Zarówno Lamarck, jak i Darwin, starali się zrozumieć zjawisko życia, nie odwołując się do Stwórcy. Sądzę, że wysiłki tego rodzaju mają zawsze wartość, niezależnie od tego, co sobie wyobrażamy na temat religii. Po prostu hipoteza Stwórcy nigdy nie posuwa naszego zrozumienia jakiegokolwiek konkretnego zjawiska. Jeśli uda się coś zrozumieć w sensie naukowo sprawdzalnym, zawsze okazuje się, że nie trzeba było w tym celu fatygować Stwórcy. W XIX wieku zaczęło to być widoczne w biologii, wcześniej ulubioną dziedziną teologii naturalnej była astronomia. Newton uważał, że regularny ruch planet w jednej płaszczyźnie, wszystkich w jednym kierunku, niewątpliwie świadczy o działaniu ręki boskiego Architekta. Spekulował też na temat przyszłych boskich interwencji, które mogą stać się potrzebne, gdy grawitacja rozreguluje planetarny zegar. Sto lat później Pierre Simon Laplace wyjaśnił, że układ planetarny jest znacznie bardziej stabilny, niż przypuszczał Newton, a regularny ruch planet można wyjaśnić, jeśli się przyjmie, iż cały Układ Słoneczny powstał z jednego wirującego obłoku materii. Pytany przez Napoleona, czemu nie wspomina w swoim dziele o Bogu, Laplace miał odpowiedzieć: „Obywatelu Pierwszy Konsulu, nie potrzebowałem tej hipotezy”. Anegdota jest zapewne apokryfem. Jednak odpowiedź Laplace’a ma głęboki sens i powinna być wskazówką dla naukowców: starać się wyjaśnić jak największy obszar zjawisk w sposób racjonalny i sprawdzalny.

Zadziwiający wiersz o Lamarcku napisał na początku lat trzydziestych XX wieku Osip Mandelsztam. Przyjaźnił się on z biologami Borysem Sergiejewiczem Kuzinem i Nikołajem Leonowem. Kuzin siedział nawet jakiś czas w więzieniu za wyznawanie lamarckizmu. W tamtych latach można było siedzieć za wszystko, lepiej zresztą za lamarckizm niż za sabotaż. Nadieżda Mandelsztam, żona poety, wspomina, że „widok osobowych aut zawsze napełniał nas strachem” – burżujów już nie było, a pojazdów takich używał wiadomy resort.

Poeta interesował się biologią, czytał Darwina i Lamarcka i także innych autorów. Francuski uczony, który stracił pod koniec życia wzrok, wydawał mu się jedyną postacią szekspirowską w przyrodoznawstwie. Przyrównywał tę ślepotę do głuchoty Beethovena. Lamarck był dla niego człowiekiem, który przeżywa osobisty dramat, godząc się na ewolucję w świecie ożywionym.

„O honor żywej przyrody Lamarck walczył ze szpadą w ręku. Myślicie, że pogodził się z teorią ewolucji, jak te naukowe dzikusy z z XIX wieku? Jestem pewien, że smagłe policzki Lamarcka oblał wówczas wstyd za przyrodę. Nie wybaczył jej bowiem tej drobnostki, która nazywa się zmienność gatunków.
Naprzód! Aux armes! Zmyjmy z siebie hańbę ewolucji. (…)
Jest jakaś wielkość Dantego w Lamarcku, kiedy po drabinie żywych istot nie pnie się do góry, lecz schodzi na dół. Niższe formy bytu organicznego to dla człowieka piekło.
Długie siwe wąsy tego motyla miały ościstą strukturę i w gruncie rzeczy przypominały gałązki na kołnierzu francuskiego akademika i srebrne palmy ozdabiające trumny. Pierś silna, ukształtowana w łódeczkę. Głowa małoważna, kocia. Wielkookie skrzydła miał z pięknego admiralskiego jedwabiu, który bywał i w Cześnie, i w Trafalgarze. I nagle przyłapałem siebie na zdziczałym pragnieniu, aby spojrzeć na przyrodę wymalowanymi oczami tego straszydła” (Podróż do Armenii, przeł. R. Przybylski).

Dla poety idea bezdusznego, deterministycznego ewolucyjnego postępu była czymś głęboko nie do przyjęcia. Sam czuł się miażdżony machiną historii, która odbierała człowieczeństwo. W wierszu o Lamarcku zstępowanie do piekieł i wędrówka w dół drabiny stworzenia są ze sobą skojarzone. Zamiast dantejskich kręgów mamy wcielanie się w coraz niższe gatunki zwierząt, odejmowany jest kolejno wzrok, słuch i niepotrzebny już do niczego mózg. Rolę przewodnika w tym nieludzkim świecie odgrywa właśnie Lamarck.

Lamarck

Staruch był wstydliwy niczym chłopię,

Nieporadny, śmieszny nasz patriarcha.

Któż o cześć przyrody kruszył kopie?

Któżby, naturalnie, prócz Lamarcka!

Skoro na istnienia zmiętych kartkach

Wszystko brudnopisem jest zaledwie,

Ja najniższym szczeblem chcę w Lamarcka

Być drabinie, gdzie się życie lęgnie.
Ku rozgwiazdom zejść, ku wąsonogom,

W dół po stopniach giętkich w mroczną czeluść,

Gdzie jaszczurczy odrzucając ogon,

Zwinę się i zniknę jak Proteusz.

Płaszcz rogowy wdzieję, krwi wezbranej

Żar wygaszę, niepotrzebny odtąd,

Przyssawkami obrosnąwszy, w pianę

Oceanu wpiję się wilgotną.

Przeszliśmy owadów rząd z pełnymi

Kieliszkami oczu, z blaskiem na dnie.

Rzekł: „Przyrody próby się spełniły,

To spojrzenie twoje – już ostatnie.

Dość już – rzekł – harmonii pełnodźwięcznej,

Zduś niewczesny do Mozarta zapał:

Czas głuchoty zbliża się pajęczej

I musimy wszyscy w nią się zapaść”.

I przyroda lica odwróciła

Od nas, nie słuchając próśb ni pochlebstw,

I podłużny zbędny mózg wsadziła

Niczym szpadę zardzewiałą w pochwę.

Zaniedbała spuścić most zwodzony

I na zawsze zapomniała o tych,

Czyją dolą – ziemski grób zielony,

Migotliwy śmiech, gorący oddech…

(przeł. W. Woroszylski)

Wiersz jest olśniewający w całości i w różnych drobiazgach, które trudno oddać w przekładzie, jak rym мальчик – фехтовальщик albo owady z oczami jak pełne kieliszki: c наливными рюмочками глаз. Te owadzie skojarzenia miały się powtórzyć półtora roku później, gdy napisał o Stalinie:

Palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa,

Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.

Śmieją się karalusze wąsiska

I cholewa jak słońce rozbłyska.

(przeł. S. Barańczak)

Autor takich wierszy nie mógł umrzeć we własnym łóżku. A oto oryginał wiersza o Lamarcku.

Ламарк

Был старик, застенчивый как мальчик,

Неуклюжий, робкий патриарх…

Кто за честь природы фехтовальщик?

Ну, конечно, пламенный Ламарк.

Если все живое лишь помарка

За короткий выморочный день,

На подвижной лестнице Ламарка

Я займу последнюю ступень.

К кольчецам спущусь и к усоногим,

Прошуршав средь ящериц и змей,

По упругим сходням, по излогам

Сокращусь, исчезну, как Протей.

Роговую мантию надену,

От горячей крови откажусь,

Обрасту присосками и в пену

Океана завитком вопьюсь.

Мы прошли разряды насекомых

С наливными рюмочками глаз.

Он сказал: природа вся в разломах,

Зренья нет – ты зришь в последний раз.

Он сказал: довольно полнозвучья,–

Ты напрасно Моцарта любил:

Наступает глухота паучья,

Здесь провал сильнее наших сил.

И от нас природа отступила –

Так, как будто мы ей не нужны,

И продольный мозг она вложила,

Словно шпагу, в темные ножны.

И подъемный мост она забыла,

Опоздала опустить для тех,

У кого зеленая могила,

Красное дыханье, гибкий смех…

7 – 9 мая 1932

Rok 1859, O powstawaniu gatunków

„Jakże zajmujący jest widok wybrzeża, gęsto porośniętego roślinami wielu rodzajów, ze śpiewającym w gąszczach ptactwem, z krążącymi w powietrzu rozmaitymi owadami, z drążącymi wilgotną glebę robakami, gdy pomyśleć, iż wszystkie te kunsztownie zbudowane formy, tak różne i w tak różny sposób od siebie zależne, powstały w wyniku praw wokół nas działających. Prawami tymi w najszerszym znaczeniu są: wzrost i rozmnażanie; dziedziczność, zawarta niemal w pojęciu rozmnażania; zmienność pod bezpośrednim i pośrednim wpływem warunków życia, a także wskutek używania bądź nieużywania narządów; szybkie tempo rozmnażania się, prowadzące do walki o byt i w konsekwencji do doboru naturalnego, który pociąga za sobą rozbieżność cech i wymieranie form mniej udoskonalonych. Tak więc z walki w przyrodzie, z głodu i śmierci, bezpośrednio wynika najwznioślejsze zjawisko, jakie możemy pojąć, a mianowicie powstawanie wyższych form zwierzęcych. Majestatyczna jest ta wizja życia, które ze swymi licznymi zdolnościami, wywodzi się z kilku zaledwie bądź nawet jednej tylko formy pierwotnej; i kiedy glob nasz krążył zgodnie z niezmiennym prawem ciążenia, z początku tak prostego powstał i nadal powstaje na drodze ewolucji nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu”.

Tymi słowami kończy się napisane powściągliwie i skupione na szczegółowej argumentacji arcydzieło Charlesa Darwina w jego pierwszym, najbardziej bezkompromisowym wydaniu – bez wzmianki o Stwórcy i bez cofania się pod naporem krytyki. Darwin nie był kimś, kto lubi szokować, ważniejsza była dla niego logika wywodu, zawsze pamiętał, że jest tylko człowiekiem i może się w pewnych sprawach mylić, zapalczywe upieranie się przy swoim byłoby niegodne gentlemana. Mylił się sądząc, że zmiany nabyte podczas życia mogą być dziedziczone, jak nie przymierzając majątek rodziny Wedgwoodów czy Darwinów. Ale to były kwestie drugoplanowe.

Obserwując koszmarny z punktu widzenia człowieka spektakl wzajemnego pożerania się wszystkich gatunków, w jakimś sensie obejmujący także społeczeństwo ludzkie, szukał ukrytego sensu. Hipoteza Stwórcy była tu najzupełniej zbędna albo przynajmniej odsunięta do początkowej chwili tchnięcia życia w nieożywioną materię. Nie mogło jednak w owej początkowej chwili chodzić o Adama, już prędzej o amebę. Wspaniałe formy, zadziwiające i przemyślne bogactwo spotykane w przyrodzie byłoby więc wytworem wiecznej wojny. Zarówno tygrys, jak baranek, nie zostały stworzone jednorazowym aktem, lecz ukształtowały się stopniowo wskutek walki o byt. Ta doskonałość kupowana jest za cenę niezliczonych ofiar i nadaje im w pewien sposób sens. Jest to wizja tragiczna, w której źródłem pociechy może być tylko przyszłość, niewiele warta dla żyjących dzisiaj. Jak pokazuje przykład samego uczonego, człowiek nie unikający prawdy, nie musi być wyzbyty ludzkich uczuć, wręcz przeciwnie.

W książce z 1859 roku Darwin nie pisał o ludziach, od początku było jednak wiadomo, że najbardziej drażliwą kwestią jest powstanie gatunku Homo sapiens. Właściwie aż po dzień dzisiejszy nie ustał opór przed wizją Darwina. Choć dla biologów stała się ona czymś najbardziej oczywistym, językiem, którego na co dzień używają, to wciąż nowe pokolenia dzieci Ziemi uważają za stosowne zaczynać od początku i rozstrzygać wszystko w swoim umyśle na nowo. Wg statystyk (Level of support for evolution, Wikipedia) w Polsce około 30% badanych nie zgadza się na swoje zwierzęce pochodzenie, w Stanach Zjednoczonych nawet 40%. Czy można coś na to poradzić? Liberalna demokracja wywodzi się z etosu gentlemana, a gentleman nikomu nie narzuca swoich poglądów siłą.

Wielka Akademia Lagadyjska

W Wielkiej Akademii Lagadyjskiej Lemuel Gulliver zapoznał się z wynalazkiem pewnego profesora służącym do tworzenia wiedzy.

„Wiadomo, jak trudno przychodzi każdemu człowiekowi nauczyć się kunsztów i umiejętności, lecz dzięki jego wynalazkowi człowiek najbardziej nawet niewykształcony potrafi niewielkim kosztem i po lekkim ćwiczeniu ciała pisać książki filozoficzne, poetyczne, rozprawy o polityce, teologii i matematyce bez najmniejszej pomocy naturalnych zdolności lub nauk. Zaprowadził mnie do warsztatu, przy którym uczniowie stali ustawieni w szeregach.

Była to wielka rama, mająca dwadzieścia stóp kwadratowych; powierzchnia jej składała się z małych kawałków drzewa w kształcie kostki; niektóre z nich były większe od drugich, a wszystkie połączone ze sobą przez cienkie druty. Na powierzchni sześcianów przylepione były kawałki papieru, na których napisano wszystkie wyrazy języka krajowego w różnych odmianach, koniugacjach, deklinacjach, ale bez żadnego porządku. Profesor prosił mnie, ażebym uważał, bo chce machinę poruszyć. Na jego rozkaz uczeń ujął jedną z czterdziestu antab w ramie będących i obróciwszy je odmienił rozkład wyrazów. Rozkazał potem trzydziestu sześciu chłopcom, ażeby wiersze powoli czytali. Kiedy znajdowali ciąg kilku wyrazów mogących stanowić część zdania, dyktowali je czterem innym chłopcom, którzy to pisali. Ta operacja powtórzona została kilka razy, za każdym obróceniem sześcianki naokoło się obracały i wyrazy coraz inne zajmowały miejsca.

Sześć godzin dziennie pracowali uczniowie przy tej nauce; profesor pokazał mi wiele foliałów powstałych z ułamków zdań, obejmujących, jak zapewniał, skarb wszystkich kunsztów i umiejętności, które ułożyć i wydać zamyśla”.

Urządzenie wyglądało następująco:

swift

Dzięki postępom techniki można dziś owo zmyślne urządzenie zaprogramować, by generowało nie frazy czy zdania, lecz całe teksty naukowe, rozprawki i mini-eseje. Na razie tylko w języku angielskim, ale stanowi on przecież łacinę współczesnej nauki. Oto próbka możliwości owego zaprawdę cudownego wynalazku:

Marxism, the poststructural paradigm of expression and cultural discourse

G. Paul Werther

Department of Ontology, University of California, Berkeley

1. The textual paradigm of consensus and Lyotardist narrative

The primary theme of the works of Spelling is not theory, but neotheory. But the characteristic theme of Long’s[1] analysis of Lyotardist narrative is the role of the poet as reader.

If one examines the textual paradigm of consensus, one is faced with a choice: either accept cultural discourse or conclude that society, somewhat surprisingly, has intrinsic meaning. Lacan’s critique of subsemanticist cultural theory holds that reality is intrinsically elitist. It could be said that Sontag uses the term ‘the textual paradigm of consensus’ to denote the bridge between narrativity and society.

“Sexual identity is meaningless,” says Marx; however, according to Hamburger[2] , it is not so much sexual identity that is meaningless, but rather the rubicon, and eventually the absurdity, of sexual identity. The main theme of the works of Spelling is not theory, as Lyotard would have it, but pretheory. Thus, Bataille uses the term ‘cultural discourse’ to denote the role of the artist as observer.

The characteristic theme of la Fournier’s[3] essay on the textual paradigm of consensus is not, in fact, appropriation, but preappropriation. But the subject is interpolated into a subcapitalist paradigm of reality that includes sexuality as a paradox.

The main theme of the works of Spelling is the stasis, and therefore the dialectic, of cultural reality. Thus, the subject is contextualised into a textual paradigm of consensus that includes narrativity as a reality.

Lacan uses the term ‘pretextual narrative’ to denote the role of the reader as artist. It could be said that the primary theme of von Ludwig’s[4] critique of Lyotardist narrative is a mythopoetical paradox.

Any number of materialisms concerning the textual paradigm of consensus may be found. In a sense, the subject is interpolated into a Lyotardist narrative that includes truth as a whole.

2. Contexts of failure

In the works of Spelling, a predominant concept is the distinction between feminine and masculine. The premise of subdeconstructive nihilism suggests that class has significance. But the subject is contextualised into a Lyotardist narrative that includes reality as a reality.

“Sexuality is part of the genre of consciousness,” says Derrida. If cultural discourse holds, the works of Spelling are empowering. In a sense, a number of discourses concerning the economy of conceptualist society exist.

If one examines Lyotardist narrative, one is faced with a choice: either reject Foucaultist power relations or conclude that the purpose of the participant is significant form, given that cultural discourse is valid. Sartre promotes the use of Lyotardist narrative to challenge capitalism. Thus, the subject is interpolated into a neodialectic desublimation that includes narrativity as a totality.

“Class is a legal fiction,” says Baudrillard; however, according to Werther[5] , it is not so much class that is a legal fiction, but rather the stasis, and some would say the paradigm, of class. In La Dolce Vita, Fellini analyses the textual paradigm of consensus; in 8 1/2, although, he affirms Marxist class. It could be said that the characteristic theme of the works of Fellini is the role of the writer as poet.

Debord suggests the use of cultural discourse to attack and modify consciousness. Therefore, Cameron[6] holds that we have to choose between Lyotardist narrative and materialist socialism.

Lacan promotes the use of the subconstructive paradigm of expression to deconstruct hierarchy. However, Derrida’s essay on the textual paradigm of consensus states that society, perhaps ironically, has intrinsic meaning.

The figure/ground distinction depicted in Fellini’s Satyricon is also evident in 8 1/2, although in a more self-supporting sense. It could be said that the subject is contextualised into a Lyotardist narrative that includes narrativity as a whole.

If cultural discourse holds, the works of Fellini are modernistic. However, the main theme of Cameron’s[7] model of Lyotardist narrative is not desituationism, as cultural discourse suggests, but predesituationism.

Tilton[8] suggests that we have to choose between the subsemiotic paradigm of context and textual predialectic theory. Therefore, Lacan uses the term ‘cultural discourse’ to denote a cultural paradox.

3. The neocapitalist paradigm of expression and patriarchialist theory

In the works of Eco, a predominant concept is the concept of posttextual art. If patriarchialist theory holds, we have to choose between the textual paradigm of consensus and the semioticist paradigm of reality. Thus, the fatal flaw, and thus the dialectic, of patriarchialist theory intrinsic to Eco’s The Limits of Interpretation (Advances in Semiotics) emerges again in Foucault’s Pendulum.

Sontag uses the term ‘Baudrillardist hyperreality’ to denote not deconstruction, but neodeconstruction. In a sense, Abian[9] holds that we have to choose between patriarchialist theory and subdialectic capitalism.

Any number of modernisms concerning the textual paradigm of consensus may be discovered. Therefore, Sartre uses the term ‘patriarchialist theory’ to denote the meaninglessness, and some would say the economy, of deconstructivist class.

The premise of cultural discourse implies that sexuality is used to marginalize minorities. It could be said that many theories concerning a self-fulfilling reality exist.

1. Long, T. ed. (1989) The Dialectic of Consensus: Cultural discourse and the textual paradigm of consensus. Cambridge University Press

2. Hamburger, R. K. S. (1970) Cultural discourse in the works of Lynch. Loompanics

3. la Fournier, Y. ed. (1998) The Reality of Paradigm: The textual paradigm of consensus and cultural discourse. University of Georgia Press

4. von Ludwig, T. L. (1974) Cultural discourse, the materialist paradigm of discourse and Marxism. University of Oregon Press

5. Werther, W. ed. (1997) The Defining characteristic of Reality: The textual paradigm of consensus in the works of Fellini. Panic Button Books

6. Cameron, S. N. J. (1983) Cultural discourse and the textual paradigm of consensus. Yale University Press

7. Cameron, L. O. ed. (1979) The Discourse of Meaninglessness: Cultural discourse in the works of Eco. University of Massachusetts Press

8. Tilton, J. U. F. (1988) The textual paradigm of consensus and cultural discourse. Loompanics

9. Abian, D. T. ed. (1975) Deconstructing Lyotard: Marxism, cultural discourse and postcapitalist cultural theory. University of North Carolina Press.

A oto link do cudownej maszynki

W dalszej kolejności można by pomyśleć nad automatycznym rozsyłaniem płodów elektronicznego ducha do redakcji pism naukowych i poprawianiem ich tak, by zmaksymalizować współczynnik H.