Martin Heidegger: wielki filozof i szachrujący Żydzi

Jego poglądy sprawiają wrażenie podobne do dzieł Wagnera: znajdujemy w nich zarówno przebłyski genialności, jak pretensjonalną intelektualną grafomanię, często splecione w węzeł niemożliwy do rozwikłania. Martin Heidegger był znakomitym wykładowcą, a filozofia – najbardziej prestiżowym przedmiotem na niemieckich uniwersytetach. Sława uczonego przyciągała studentów spragnionych kontaktu z wielką osobowością, z guru, przewodnikiem, duchowym ojcem. Były to czasy kultu wielkich jednostek. Spór między Naphtą a Settembrinim wygrał, jak pamiętamy Mynheer Peeperkorn. Wspominano jeszcze po latach, jak niepozorny profesor wchodził do sali wykładowej i zrazu przyciszonym, a potem coraz pełniejszym głosem, przeprowadzał swoje rozumowania, panując całkowicie nad zaczarowanymi słuchaczami. Cieszył się sławą mistrza, który uczy myśleć. Bo też jego najmocniejszą stroną były nowatorskie interpretacje klasycznych tekstów, dostrzeganie aktualnych problemów w znanych od dawna sformułowaniach: lektura fragmentów Heraklita, Nietzschego czy Hölderlina nie była szkolarskim ćwiczeniem, prowadziła do odkrywania problemów współczesności. Filozofowanie nie odsłaniało prawd odwiecznych, wiecznie tych samych, lecz zanurzone było w bieżącej chwili i jej historycznych uwarunkowaniach.

Studentom imponował uczony, który nie był jedynie chodzącą maszynką do mielenia cudzych poglądów, który oddawał się myśleniu całym sobą i u którego było ono żywym, ciągle postępującym procesem. Zjeżdżali do niego tłumnie, wielu z jego uczniów zdobyło później sławę. Wykładowca miał zwyczaj sypiania z co ładniejszymi studentkami, pobudzało go to bowiem twórczo, żonie geniusza, Elfriede, musiały wystarczyć zapewnienia, że ma swoje osobne i niezagrożone miejsce w jego życiu. Filozof wywodził się ze wsi w Schwarzwaldzie i całe życie pielęgnował związki z ziemią rodzinną, chętnie pisał w chacie za miastem, odmówił też objęcia katedry w stołecznym Berlinie, zbyt dla niego kosmopolitycznym. Nosił szczególny strój: „coś w rodzaju chłopskiej sukmany ze Schwarzwaldu, z szerokimi wyłogami i na poły wojskowym kołnierzem, na dodatek spodnie do kolan, wszystko z ciemnobrązowego sukna (…) Brąz sukna dobrze pasował do jego kruczoczarnych włosów i smagłej cery” (przeł. J. Wolska-Stefanowicz, B. Baran). Konserwatywny syn katolickiego kościelnego, omal nie został jezuitą, szybko jednak porzucił seminarium; studiował teologię, od której przeszedł do filozofii. Jego ambicje sięgały znacznie dalej niż samo tylko twórcze uprawianie filozofii, pragnął ni mniej, ni więcej, tylko porzucenia obowiązujących na Zachodzie kanonów myślenia i powrotu do źródeł, do presokratyków, i rozpoczęcia myślenia od nowa. Wobec tradycji idącej od Platona przez Kartezjusza do Kanta nastawiony był wrogo, podobnie jak do nauki, a zwłaszcza do techniki i „amerykanizacji” życia. Głęboko wierzył, że cywilizację Zachodu uratować mogą tylko Niemcy. Wierzył w „szczególne, wewnętrzne pokrewieństwo języka niemieckiego z językiem i myśleniem Greków”. Potwierdzać to mieli rzekomo także Francuzi: „Gdy tylko zaczynają myśleć, sięgają do języka niemieckiego, zapewniają przy tym, że ich język się do tego nie nadaje” (przeł. M. Łukasiewicz). O angielskim nawet nie warto w tym kontekście wspominać, zostawał więc jedynie niemiecki. Heidegger rzeczywiście wykorzystywał jego szerokie możliwości słowotwórcze do budowania własnego słownika dziwotworów i neologizmów, jakby także w języku chciał się postawić poza tradycją. Gdyby skończył jako profesor-dziwak, którego jedni głęboko podziwiają i otaczają kultem, a inni traktują jak humorystyczne zwieńczenie systemu akademickiego, rodzaj gargulca wystającego z szacownej fasady, nie byłoby to jeszcze dla Heideggera najgorsze.

heidegger

Ambitny nasz filozof żył bowiem w czasach gorączkowego wzmożenia narodowego w Niemczech. Młodzież śpiewała przy ogniskach pieśni o wspólnym działaniu i pragnęła lepszego świata. Słowo demokracja brzmiało jak imię sekretnej choroby. Jedni szukali ratunku w komunizmie, drudzy w nazizmie. Na ruch nazistowski życzliwie patrzyło wielu wybitnych profesorów, sympatyzowali z nim także Heidegger i Elfriede, i to jeszcze zanim Adolf Hitler został kanclerzem. „Trzeba się włączyć” – oświadczył swemu przyjacielowi Karlowi Jaspersowi wczesną wiosną 1933 roku. No i się włączył: został narodowosocjalistycznym rektorem uniwersytetu we Fryburgu, zgłosił akces do NSDAP, słał wiernopoddańcze telegramy do Hitlera i jego sfory. Wygłosił też słynną mowę jako rektor:

Niemieccy studenci, rewolucja narodowosocjalistyczna prowadzi do radykalnego przekształcenia naszego niemieckiego jestestwa. (…) Niech z każdym dniem i godziną umacnia się oddanie przywództwu i jego woli. (…) To nie twierdzenia i «idee» powinny stanowić reguły waszego bycia.

Führer sam, i tylko on, jest obecną i przyszłą rzeczywistością Niemiec i ich prawem.

W ostatniej rozmowie z Jaspersem przed zerwaniem stosunków (z powodu żony Żydówki nie nadawał się on już teraz na przyjaciela) Heidegger utrzymywał, że może Protokoły Mędrców Syjonu to nonsens, ale światowy żydowski spisek jest przecież niezaprzeczalną prawdą. Na pytanie: „Jak człowiek tak niewykształcony jak Hitler rządzić może Niemcami?”, Heidegger odparł: „Wykształcenie jest najzupełniej obojętne. Proszę się przyjrzeć, jak cudowne są jego ręce” (przeł. J. Wolska-Stefanowicz, B. Baran). Bardzo gorliwy w służbie nowej władzy, odesłał na emeryturę swego nauczyciela Edmunda Husserla (Żyd!), oboje z Elfriede zerwali z Husserlami wszelkie stosunki. Bardzo poważnie zastanawiał się też nasz filozof, korespondując na ten temat z gestapo, co zrobić z Hermannem Staudingerem, wybitnym chemikiem, dwadzieścia lat później noblistą – uczony ten bowiem w latach pierwszej wojny światowej (!) był pacyfistą i chciał nawet zmienić obywatelstwo na szwajcarskie, a teraz opowiadał się za nazizmem. Dla Heideggera jasne było, że ktoś tak dwulicowy nie powinien nauczać, nawet wysłanie go na emeryturę to za dużo, najlepiej byłoby go po prostu zwolnić, problem był tylko w tym, jak się go pozbyć bez międzynarodowego rozgłosu. Nie przeszkadzało również Heideggerowi rytualne palenie książek urządzone na jego uniwersytecie – zapewne dlatego, że Heraklit przecież książek nie pisał.

Heidegger tylko przez rok pełnił swoją funkcję rektora, odszedł, gdyż zawiódł się na nazistach. Nie chodziło jednak o brutalność, cynizm, rasizm, czy zbrodnie, jakich się dopuszczali na tysiącach, a niebawem na milionach ludzi. Główną przyczyną rozczarowania filozofa było poczucie niedocenienia przez kręgi przywódcze partii, której wiernym członkiem pozostał aż do 1945 roku. Heidegger inaczej wyobrażał sobie rewolucję, którą Niemcy powinny przeprowadzić (najlepiej pod jego duchowym przywództwem), aby ocalić świat, choćby wbrew niemu samemu. Walka z Żydami była według niego życiową koniecznością, reprezentowali oni bowiem siły nauki, techniki, finansów i analitycznego rozumu.

Przyczyna chwilowego wzrostu potęgi żydostwa leży w tym, że metafizyka Zachodu, zwłaszcza w wydaniu nowożytnym, dostarczyła punktu wyjścia do szerzenia dość pustej racjonalności i zdolności kalkulowania.

Owo próżne rezonerstwo miało zniknąć z powierzchni Ziemi. Przyszłe decyzje i problemy będą w ogóle niedostępne owej rasie. Słowo rasa opatrywał Heidegger cudzysłowem. Nie podzielał przesądów nazistów, nie był bowiem antysemitą rasistowskim, lecz historiozoficznym, wyrozumowanym. Żydzi jako ludzie w zasadzie mu nie przeszkadzali, niektórych nawet lubił, miał w swoim czasie gorący romans z młodziutką Hannah Arendt, która chyba do końca życia nie poznała wszystkich poglądów swego aryjskiego kochanka. Nie chodziło więc o ślepą nienawiść, lecz o racjonalne działanie i historyczną konieczność: Niemcy musiały unicestwić potęgę światowego żydostwa. Dlatego zbrodnie nazizmu nie zrobiły na filozofie żadnego wrażenia, uważał, że ofiary same były sobie winne. Bardzo natomiast był oburzony, kiedy przez kilka lat po wojnie zakazano mu nauczania, a przez kilka miesięcy nie mógł rozporządzać całym swoim domem, gdyż dokwaterowano mu jakichś przedstawicieli francuskich władz okupacyjnych. Wydane niedawno filozoficzne notatniki Heideggera, tzw. Czarne Zeszyty, pokazują, że w odniesieniu do Żydów cała pojęciowa i językowa subtelność autora bierze w łeb: posługuje się on prymitywnymi kliszami myślowymi, jakie moglibyśmy wyczytać w Mein Kampf. Wszystko to przyrządzone w sosie nieprzetłumaczalnych neologizmów robi przygnębiające wrażenie. To porażka kultury europejskiej i trudno o nią winić Platona czy Kartezjusza. Zresztą na długo przed dojściem nazistów do władzy Heidegger bolał nad „zażydzeniem” uniwersytetów niemieckich. Także i po wojnie pewnie nie zauważył, że wraz z Żydami Niemcy straciły większość swego potencjału duchowego – i w tym leży ich prawdziwa klęska, bo przemysł można odbudować, ale nie można sprawić, aby kraj przyciągał swymi ideami i kulturą. Niemcy przestały być krajem, do którego jeździ się myśleć – pod tym względem stały się takie, jak większość bogatej Europy, ani od niej lepsze, ani gorsze. W swoim ostatnim wywiadzie dla „Der Spiegel” w latach sześćdziesiątych XX wieku Heidegger, który nie zdobył się nigdy na żadne wyrazy potępienia dla Shoah, z wielką troską i niepokojem wypowiada się nie o tym, co się stało podczas wojny, lecz o powojennej cywilizacji (amerykanizacja!):

Wszystko funkcjonuje. Niesamowite jest właśnie to, że wszystko funkcjonuje i że to funkcjonowanie powoduje wciąż dalsze funkcjonowanie, i że technika coraz bardziej odrywa ludzi od ziemi i pozbawia ich korzeni. Nie wiem, czy panowie byli przerażeni, oglądając zdjęcia Ziemi wykonane z Księżyca. Ja przynajmniej byłem przerażony. Nie potrzeba wcale bomby atomowej, wykorzenienie ludzkości stało się już faktem. Nasze wzajemne stosunki są czysto techniczne. Ziemia, na której żyjemy, nie jest już Ziemią. (przeł. M. Łukasiewicz)

W latach trzydziestych Martin Heidegger twierdził z wielkim zacietrzewieniem, że w całych Niemczech należałoby zostawić na katedrach dwóch, może trzech filozofów. Gdyby mieli oni iść w ślady Heideggera, to może i jednego byłoby za wiele.

Czemu warto czytać o Einsteinie?

W lutym 2016 roku ogłoszono odkrycie fal grawitacyjnych docierających z kosmosu. Po raz
kolejny potwierdziła się w ten sposób teoria grawitacji Alberta Einsteina. Mimo że od śmierci uczonego minęło przeszło sześćdziesiąt lat, wciąż docierają do nas nowe konsekwencje jego odkryć: soczewkowanie grawitacyjne, kondensacja Bosego-Einsteina, a teraz fale grawitacyjne stają się narzędziem dla nowych pokoleń badaczy. Ten bodaj najsłynniejszy uczony wszech czasów wniósł ogromny wkład do fizyki: fotony, pierwsze zastosowania idei kwantów, względność czasu, równoważność masy i energii, teoria grawitacji, która zmieniła nasz sposób myślenia o wszechświecie – nie jest to wyczerpująca lista jego osiągnięć. Jednak nie tylko one sprawiły, że miliony ludzi tak interesowały się jego życiem i poglądami.
Przebył długą drogę od zbuntowanego ucznia porzucającego gimnazjum do siwowłosego mędrca, którego zna cały świat. Był człowiekiem odważnym i bezkompromisowym, zabierał głos w obronie wolności, zwalczał nacjonalizm i rasizm, zachowując przy tym poczucie humoru i dystans do własnej osoby. Jego niezależny charakter narażał go stale na kłopoty: po studiach on jeden spośród swego rocznika długo nie mógł znaleźć pracy, nie chciała go żadna uczelnia ani szkoła. Pierwszą stałą posadę znalazł w biurze patentowym w Bernie. Przepracował tam siedem lat i w tym czasie powstała znaczna część jego dorobku naukowego. Także później nie stał się typowym profesorem, rzadko prowadził wykłady, nie miał doktorantów, chętnie współpracował z inżynierami, był współautorem wielu patentów. Niemal dwadzieścia lat spędził w Berlinie, gdzie jego żydowskie pochodzenie i lewicowe poglądy często ściągały na niego niewybredne ataki antysemitów i „dobrych Niemców”. Kiedy Adolf Hitler został kanclerzem i zaczął bezwzględnie podporządkowywać sobie kraj, Einstein publicznie oświadczył, że będzie „żył wyłącznie w państwie, w którym na pierwszym miejscu stoją wolności obywatelskie, tolerancja i równość obywateli wobec prawa. Niestety, nie jest to rzeczywistość obecnych Niemiec”. Zerwał wszelkie oficjalne więzi z ojczyzną i zaangażował się w pomoc ludziom zmuszonym do jej opuszczenia. Resztę życia spędził w Stanach Zjednoczonych, pracując w coraz większym osamotnieniu nad jednolitą teorią pola i zabierając od czasu do czasu głos w sprawach publicznych. Także i tutaj jego poglądy nie wszystkim się podobały: FBI Johna Edgara Hoovera zgromadziło grube teczki donosów i podsłuchów, szukając jakichś śladów antyamerykańskiej działalności uczonego.
Pracując nad swą nigdy nieukończoną jednolitą teorią pola, mawiał: „Wielkość naukowa jest w zasadzie kwestią charakteru. Najważniejsze to nie iść na zgniłe kompromisy”. Do końca pozostał nonkonformistą, nie pozował na nadczłowieka i choć mylił się wielokrotnie, zarówno w sprawach naukowych, jak i obywatelskich, były to zawsze błędy uczciwe i popełnione w dobrej wierze.

Albert Einstein o Hitlerze (1935)

W roku 1933 i latach następnych Adolf Hitler był w Niemczech niewątpliwie „człowiekiem roku”. Choć nigdy nie zdobył samodzielnej większości parlamentarnej, rządził, nie oglądając się na takie regulaminowe szczegóły. Zresztą opozycja najpierw była podzielona, później poparła go prawicowa DNVP, a jeszcze później rozwiązał wszystkie partie. Trudno dziś zrozumieć, co tak uwodzicielskiego miały wygłaszane przez niego paranoiczne brednie. Prawdopodobnie miliony ludzi pragnęły odreagować swoje własne upokorzenia i swoje własne niepowodzenia – Hitler był do nich podobny, lecz umiał to przekuć w sukces i władzę. Niemcy mieli kompleks osaczenia: wokół był zły świat, który dybał na ich dobrostan, nie pozwalał poszerzyć granic i miał pretensje o jakieś zbrodnie wojenne w Belgii. Zresztą wróg czyhał także wewnątrz: Żydzi knuli, spiskowali i manipulowali biednymi prostolinijnymi Niemcami.

„Berliner Illustrirte Zeitung”, która kiedyś zamieściła portret Einsteina, teraz miała nowych bohaterów.

ALBERT EINSTEIN (1879-1955). American (German-born) theoretical physicist. On the cover of 'Berliner Illustrirte Zeitung,' 1919.

BIZ-10.9.1933_a

Trudno wyobrazić sobie kogoś mniej podatnego na stadne emocje niż Einstein. Nie dlatego gardził Hitlerem, że był słynnym uczonym, którego nic w Niemczech nie trzymało. Gdyby nie odniósł sukcesu naukowego i pozostał nikomu nieznanym urzędnikiem biura patentowego, myślałby tak samo.

Każdy, komu sprawia przyjemność maszerowanie w szeregu przy dźwiękach muzyki, już przez to samo wywołuje we mnie uczucie pogardy; jedynie przez przypadek obdarzono go wielką mózgownicą, gdyż mlecz pacierzowy wystarczyłby najzupełniej na jego potrzeby. Ową hańbiącą plamę na honorze cywilizacji należałoby usunąć jak najprędzej. O jakże nienawidzę tego bohaterstwa na komendę, bezmyślnej przemocy i bogoojczyźniactwa [Vaterlenderei, słówko Nietzschego – J.K.]

A to jego niepublikowany tekst o Hitlerze. Nie został opublikowany prawdopodobnie dlatego, że mógłby zaszkodzić krewnym w Niemczech albo jego siostrze mieszkającej w faszystowskich Włoszech.

Ku wiecznemu wstydowi Niemiec rozgrywa się w sercu Europy groteskowy i tragiczny spektakl; nie przynosi on chwały wspólnocie narodów, które zwą się cywilizowanymi!

Przez wieki naród niemiecki poddawany był indoktrynacji przez niekończący się szereg nauczycieli i sierżantów od musztry. Niemców zmuszano do ciężkiej pracy i uczenia się wielu rzeczy, wpajając im jednocześnie ślepe posłuszeństwo, wojskową dyscyplinę i brutalność. Powojenna demokratyczna konstytucja Republiki Weimarskiej pasowała do obywateli Niemiec mniej więcej tak samo, jak szaty wielkoluda na Tomcia Palucha. Potem nadeszły inflacja i kryzys, i wszyscy żyli w strachu i napięciu.

Zjawił się Hitler, człowiek o miernych zdolnościach umysłowych, nienadający się do żadnej użytecznej pracy, zionący zawiścią i żółcią na wszystkich, których natura i okoliczności obdarzyły hojniej niż jego. Wywodząc się z dołów klasy średniej, miał na tyle dużo klasowej pychy, by nienawidzić nawet klasy pracującej walczącej o większą równość w poziomie życia. Najbardziej ze wszystkiego znienawidził jednak kulturę i wykształcenie, na zawsze mu niedostępne. W swym desperackim pragnieniu władzy odkrył, iż jego przemówienia, tak mętne i przesiąknięte nienawiścią, przyjmowane są z dzikim aplauzem przez tych, których sytuacja i orientacja podobne były do jego własnej. Pozbierał te ludzkie szumowiny na ulicach i w piwiarniach i zorganizował wokół siebie. W taki sposób rozpoczął karierę polityczną.

Tym jednak, co przesądziło o jego przywództwie, była nieprzejednana nienawiść do wszystkiego, co zagraniczne, a zwłaszcza jego odraza do bezbronnej mniejszości, niemieckich Żydów. Ich wrażliwość intelektualna wywoływała u niego niepokój, uznawał ją – do pewnego stopnia słusznie – za niegermańską.

Bezustanne tyrady przeciwko tym dwóm «wrogom» pozwoliły mu zdobyć poparcie mas, którym obiecywał wspaniałe triumfy i złoty wiek. Sprytnie wykorzystał do swoich celów odwieczne niemieckie zamiłowanie do dyscypliny, rozkazów, ślepego posłuszeństwa i okrucieństwa. W taki sposób został Führerem.

Pieniądze płynęły obficie do jego skarbca, w niemałej części od klas posiadających, bo te widziały w nim narzędzie, mogące zapobiec społecznemu i ekonomicznemu wyzwoleniu narodu, które zaczęło się w Republice Weimarskiej. Grał przed ludźmi, wykorzystując romantyczną i pseudopatriotyczną frazeologię, do której zostali przyzwyczajeni w okresie poprzedzającym wojnę światową, a także oszustwo o rzekomej wyższości rasy aryjskiej czy nordyckiej, które jest mitem wymyślonym przez antysemitów do realizacji ich złowieszczych celów. Jego rozszczepiona osobowość sprawia, iż nie można stwierdzić, w jakim stopniu on sam wierzy w ów nonsens, który wciąż propaguje. Jednakże ci, którzy się wokół niego zgromadzili albo którzy wypłynęli na powierzchnię na fali nazizmu, to w przeważającej części zatwardziali cynicy, dokładnie świadomi fałszu stosowanych przez siebie metod.

Tymczasem koledzy Einsteina, tacy jak Max Planck, starali się dbać o naukę niemiecką (nieco skurczoną po wyjeździe Żydów), wszystko inne traktując jako nienależące do ich obowiązków. Tutaj widzimy Maksa Plancka na rocznicowym zebraniu Kaiser-Wilhelm Gesellschaft w 1936 roku.

planck 25 lat KWG 1936

Można powiedzieć, że bez Einsteina wszystko szło nawet lepiej: Instytut Fizyczny tego towarzystwa po Einsteinie miał nowego dyrektora Petera Debye’a, który nareszcie zdobył fundusze na wzniesienie budynku dla tej placówki – częściowo pochodziły z Ministerstwa Lotnictwa, częściowo zaś z Fundacji Rockefellera. Holender z pochodzenia, wybitny fizyk, Debye, jak się zdaje, nie był nazistą, starał się być apolityczny; nawet gdy wyjechał później do Stanów Zjednoczonych, urządził to tak, że był tylko urlopowany z Instytutu i pozostawiona w Berlinie córka pobierała jego wynagrodzenie.

Po wojnie Otto Hahn zaproponował Einsteinowi członkostwo w nowym Max-Planck-Gesellschaft, założonym po likwidacji Kaiser-Wilhelm-Gesellschaft.

„Postawa niemieckich intelektualistów – rozpatrywanych jako klasa – nie była lepsza niż motłochu” – odpisał mu Einstein, uzasadniając odmowę. Nie zezwalał też na wznowienia swoich książek w Niemczech.

Werner Heisenberg i nazistowska bomba: dylematy dobrego Niemca w złych czasach (1933-1945)

Heisenberg uosabiał wszystko, co najlepsze w niemieckiej tradycji i kulturze. Te same cechy sprawiły, że był zupełnie bezbronny w czasach dyktatury kiczowatego malarza z Austrii, który nie potrafił nawet mówić czystą niemczyzną.

Heisenberg był nacjonalistą, romantykiem, skautem, miłośnikiem wędrówek po górach, poezji i znakomitym pianistą. Za prace dotyczące mechaniki kwantowej otrzymał Nagrodę Nobla, dowiedział się o niej na miesiąc przed swymi trzydziestymi drugimi urodzinami. Był więc młody, genialny i już sławny. Niestety, był to rok 1933 – rok dojścia do władzy Adolfa Hitlera i rok rasistowskich czystek we wszystkich instytucjach państwowych, w tym na uczelniach. Wielu kolegów Heisenberga musiało emigrować, inni opowiedzieli się za nazizmem, jak Pascual Jordan, kilka lat wcześniej nominowany do Nagrody Nobla razem z Heisenbergiem (jak na ironię ten zaciekły zwolennik Hitlera miał francuskie korzenie – stąd nazwisko) czy Martin Heidegger, słynny filozof.

Heisenberg

Większość Niemców zachowała w obliczu tych czystek stoicki spokój, niektórzy się cieszyli, niemal nikt nie protestował. Sebastian Haffner opowiada, jak 31 marca 1933 roku w budynku Kammergericht w Berlinie prawnicy pracują w ciszy, aż pojawia się kilka brunatnych mundurów i ich dowódca w prostackich słowach ogłasza, że nie-Aryjczycy mają natychmiast wyjść. Sędziowie i adwokaci pakują aktówki i wychodzą.

Heisenberg nie był zwolennikiem Hitlera, próbował pomagać ludziom, którzy mieli kłopoty. Sam też miał zresztą pewne trudności mimo Nagrody Nobla: fizyka atomowa oraz teoria względności uchodziły za niearyjskie i chciano usunąć je z programu studiów, opisano nawet kiedyś Heisenberga w prasie partyjnej jako „białego Żyda” – czyli Niemca współpracującego z ową rasą winną całego zła na świecie. Autorem nie był jakiś nazistowski bęcwał, lecz profesor Johannes Stark (Nagroda Nobla 1919). Heisenberg nie chciał wyjeżdżać, co zresztą jest charakterystyczne: emigrowali niemal wyłącznie ci, którzy musieli – z powodu komunizmu, żydowskości albo łączenia ich w propagandzie z tymi dwiema grupami.

StarkJohannes19301Cele i osobowość Adolfa Hitlera przez dra Johannesa Starka, laureata Nagrody Nobla i profesora uniwersytetu, Monachium 1930

StarkJohannes19300Obok strony tytułowej widzimy inne fascynujące pozycje wydawnicze: Protokoły mędrców Syjonu, Narodowy socjalizm, Międzynarodowa finansjera. (źródło: Internet Archive)

Nasz uczony nie popierał nazistów, ale też nie przeszkadzało mu specjalnie, gdy Niemcy zajęli większość Europy. Pracował podczas wojny w projekcie atomowym, który mógł doprowadzić do wyprodukowania bomby plutonowej. Wśród licznych podróży Heisenberga po okupowanej Europie – jeździł jako oficjalny przedstawiciel niemieckiej propagandy kulturalnej (!) do Budapesztu, Krakowa (gdzie gościł go kolega z ławy szkolnej Hans Frank), do Holandii itd. – szczególnie sławne są jego odwiedziny u Nielsa Bohra w Kopenhadze w roku 1941. Bohr był naukowym mentorem Heisenberga, kimś w rodzaju jego naukowego ojca. Dawniej spotykali się bardzo często, nawet po drodze do Sztokholmu na uroczystość noblowską Heisenberg wstąpił do Bohra, aby mu podziękować. Tym razem jednak rozmowy się nie kleiły. Uczony niemiecki uważał okupację krajów takich jak Dania za coś zrozumiałego samo przez się i nie widział w tym nic niestosownego. Poruszył też temat wojennych prac nad rozszczepieniem uranu. Bohr, który nie bardzo znał się wówczas na stronie technicznej przedsięwzięcia, był przerażony. Po pewnym czasie uciekł z Danii i w Los Alamos opowiedział o tych rozmowach z Heisenbergiem. Uczeni alianccy uznali, że tym bardziej należy się spieszyć.

Znamy ciąg dalszy: to Amerykanie, a właściwie międzynarodowa ekipa, w której było także wielu uciekinierów z Niemiec, zbudowali dwie pierwsze bomby: uranową i plutonową. Dopiero po wojnie okazało się, że Niemcy nie mieli szans na szybkie zbudowanie takiej broni. Heisenberg, jego bliski współpracownik Carl Friedrich von Weizsäcker i inni zaczęli owo niemieckie zapóźnienie przedstawiać jako swą moralną przewagę nad aliantami. Był to zresztą element powszechnej w powojennych Niemczech zmiany życiorysów tak, aby lepiej pasowały do nowych czasów. Nagle znalazło się mnóstwo przeciwników nazizmu tak głęboko zakamuflowanych, że przed 1945 rokiem nikt ich jakoś nie zauważył. Co ciekawe, w komunistycznej Polsce ukazała się książka Roberta Jungka, Jaśniej niż tysiąc słońc, w której prezentowano właśnie ten niemiecki punkt widzenia. Podejrzewam, iż chodziło o to, że źle w tym ujęciu wypadali Amerykanie, czyli imperialiści, jak wiadomo.

Jak naprawdę wyglądała sprawa nazistowskiej bomby atomowej?

Bombę atomową można zbudować albo wykorzystując izotop uranu 235U, albo stosując pluton, pierwiastek niewystępujący w przyrodzie, który trzeba wcześniej wytworzyć w reaktorze. Z 235U jest ten problem, że stanowi on zaledwie 0,7% naturalnego uranu, większość to 238U, który nie nadaje się na bombę. Ponieważ chemicznie atomy obu rodzajów się nie różnią, więc trzeba wykorzystywać do rozdzielenia jakieś procesy, w których odgrywa rolę różnica mas, np. dyfuzja, wirówki albo ruch w polu elektromagnetycznym. Między masą 235 i 238 różnica jest na tyle mała, że trzeba wielokrotnie powtarzać proces. Amerykanie zbudowali podczas wojny ogromne zakłady wzbogacania uranu w Oak Ridge w rekordowo krótkim tempie. Niemcy uważali tę drogę za nierealną mimo że Gustav Hertz (bratanek Heinricha Hertza, odkrywcy fal elektromagnetycznych i laureat Nagrody Nobla z 1925 roku) prowadził prace nad rozdzielaniem izotopów. Jednak w roku 1936 usunięto go z posady akademickiej jako tzw. „częściowego Żyda drugiego stopnia” i pracował odtąd w przemyśle prywatnym. Na szczęście, chciałoby się dodać.

Drugim sposobem budowy bomby jest produkcja plutonu w reaktorze. Trzeba mieć działający reaktor z kontrolowaną reakcją łańcuchową i odpowiednio dużo czasu. Wyzwalające się neutrony należy spowalniać. Najlepszym do tego materiałem okazał się grafit, czego na szczęście Niemcy nie wiedzieli – chodzi o to, że zwykły grafit przemysłowy był zanieczyszczony borem, silnie pochłaniającym neutrony. Należało więc używać specjalnie oczyszczonego grafitu, co zrobił Enrico Fermi (emigrant z Włoch) w Chicago. Ekipa Heisenberga najpierw próbowała niepraktycznej konstrukcji reaktora – wygodniejszej jednak do rachunków (szef był teoretykiem), a dopiero niedługo przed końcem wojny wpadli na lepsze rozwiązanie. Poza tym do spowalniania neutronów używali ciężkiej wody produkowanej w Norwegii i (znów na szczęście!) mieli jej za mało.

Uczeni niemieccy z wielkim zdumieniem przyjęli nowinę o Hiroszimie i Nagasaki. Ich program atomowy był znacznie mniej zaawansowany i to wcale nie wskutek jakiegoś sabotażu. Lepiej po prostu nie potrafili. Jedną z przyczyn tej naukowo-technicznej porażki, obok idiotyzmów politycznych i kurczących się możliwości niemieckiego przemysłu w czasie wojny, był znaczny ubytek uczonych najwyższej klasy. Heisenberg i jego koledzy nie zdawali sobie sprawy, że nie tylko przemysł amerykański jest lepszy od niemieckiego, ale że odtąd fizykę będzie się tworzyć za oceanem, a „The Physical Review” – amerykańskie pismo, którego przed wojną nikt w Niemczech nie czytał, stanie odtąd się najważniejszym forum prezentowania nowych odkryć.

Sebastian Haffner, Historia pewnego Niemca, Znak, Kraków 2007.
David C. Cassidy, New Light on Copenhagen and the German Nuclear Project, „Physics in perspective”, t. 4 (2002), s. 447–455.
David C. Cassidy, Beyond Uncertainty: Heisenberg, Quantum Physics, and the Bomb, Bellevue Literary Press, New York 2009.

Czy Hitler jest późnym wnukiem Darwina?

W wykładzie Lekcja biologii Czesław Miłosz powiedział: „the survival of the fittest w swojej zwulgaryzowanej formie dał asumpt do brutalnego naturalizmu w literaturze, ale także wytworzył ogólny klimat, w którym mógł powstać pomysł bezwzględnej likwidacji milionów ludzkich istnień dla celów rzekomej społecznej higieny. Zarazem nauka przecie dostarczyła technicznych możliwości ludobójstwa, tak jak dostarczyła trochę wcześniej narzędzi rzezi podczas wojny w okopach 1914-1918 roku” (Świadectwo poezji, Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku). Poeta czuł głęboką sprzeczność między „lekcją biologii”, naukową prawdą o łańcuchu żywotów, których jedynym sensem była walka o byt, prędzej czy później zakończona śmiercią, a prawdą religijną (i poetycką) umieszczającą człowieka, syna bożego, w centrum kosmosu. Albo jesteśmy cyfrą w statystykach, albo mamy duszę nieśmiertelną. Tertium non datur.

Miłosz był katolikiem (choć jego polscy współwyznawcy nieraz podawali to w wątpliwość), jednak zdawał sobie sprawę, że nic nie pomoże zamykanie oczu na obraz świata dostarczany przez naukę. Erozja religijnego obrazu świata dotyczy wszystkich: wierzących i niewierzących. Wojny kulturowe, rytualne pojedynki elokwentnych kaznodziejów z ateistami rozgrywają się na obszarze zupełnie nieistotnym. Prawdziwym i wspólnym problemem wszystkich ludzi jest rozpad kosmosu duchowego budowanego przez tysiąclecia.

Czy rzeczywiście tragedie ubiegłego stulecia były następstwem zwulgaryzowanego darwinizmu? Co najmniej od Rewolucji Francuskiej wiadomo było od strony praktycznej, że władcy nie są pomazańcami bożymi i lud może ich bezkarnie obalać (nb. do wytworzenia tej idei przyczynili się w XVII wieku jezuici). Dwaj najwięksi zbrodniarze XX wieku nie mieli wiele wspólnego z nauką. Jeden był niedoszłym popem, drugi nieudanym malarzem. Zwłaszcza w przypadku Rosji można wątpić, czy masy, które napędzały i same były niesione rewolucją, wiedziały cokolwiek o Darwinie. Bliższe były chyba temu idealnemu chłopu z fantastycznych wyobrażeń hrabiego Lwa Tołstoja. To dziecięca wiara ludu, a nie zatrute rezonerstwem miazmaty Zachodu, miały rzekomo wyzwolić Rosję i chronić od złego. Okazało się jednak, że pozostawieni samym sobie chłopi ci plądrowali pańskie dwory, wybijając przy okazji kogo się dało z niebywałym okrucieństwem, stanowiącym może skumulowaną reakcję na wieki upokorzeń. Niemcy to inny przypadek, społeczeństwo niewątpliwie nowoczesne i wykształcone. Jednak hitleryzm stanowił epokę rozkwitu wszelkich paranauk, pseudonauk, okultyzmów, bzdur o synach słońca i o czystej jasnowłosej rasie. Nie miało to z prawdziwą nauką więcej wspólnego niż poglądy Miczurina z genetyką Morgana. Choć trzeba uczciwie dodać, że Hitler miał zwolenników na wszystkich piętrach społecznych: od autentycznych luminarzy w rodzaju Richarda Straussa czy Martina Heideggera aż do czerwononosych bywalców monachijskich piwiarni. Można mieć wątpliwości, czy silniejsza wiara religijna Niemców mogłaby powstrzymać nazistów przed zbrodniami. Podobnie nie jestem pewien, czy do mordowania potrzebny jest darwinizm albo w ogóle jakakolwiek teoria. Współcześni terroryści islamscy są to ludzie niezwykle pobożni, podobnie jak byli nimi ci, którzy wytępili albigensów, nie zastanawiając się nawet, czy zabijają właściwych ludzi – ponieważ Bóg i tak rozpozna swoich. Jak niewiele w praktyce oznacza wiara religijna, widać na przykładzie okupowanej Polski. Polacy byli znacznie bardziej religijni od Niemców, ale przejmowali się jedynie losem własnej wspólnoty, niewielu było takich jak Władysław Bartoszewski i Zofia Kossak, którzy z pobudek moralnych i religijnych ratowali Żydów. Holokaust odbywający się pod polskimi oknami przeszedł prawie niezauważony przez wyznawców proroka z Nazaretu.

Losem wszystkich wielkich idei jest występowanie w niezliczonych zwulgaryzowanych odmianach. Ktoś wyznający wiarę religijną niekoniecznie staje się od tego lepszym człowiekiem. Gdybyśmy mieli obarczyć naukę odpowiedzialnością za totalitarne zbrodnie, to co z resztą historii, tą sprzed Darwina? Te wszystkie rzezie, noce św. Bartłomieja, wojny trzydziestoletnie i stuletnie, pogromy, zamieszki, najazdy Mongołów, wyprawy krzyżowe – zazwyczaj po obu stronach walczyli mężowie pobożni i szlachetni, a przynajmniej tak to przedstawiała każda ze stron. Nie sądzę mimo wszystko, żeby totalitaryzmy XX wieku były zjawiskiem jakościowo nowym. To raczej ludzki instynkt agresji znajduje sobie wciąż nowe ideologiczne uzasadnienia. Większość ludzi odczuwa głęboką potrzebę nienawiści i nawet Ewangelia im w tym nie przeszkadza (poza szlachetnymi wyjątkami). Jeśli coś może ten instynkt kiedyś powstrzymać, to poznanie jego mechanizmów, uświadomienie sobie, że jesteśmy w znacznej mierze zwierzętami, że wraz ze sprawnością umysłową dziedziczymy po przodkach cały aparat emocji, które zniekształcają świat, czasem w sposób przyjemny, a czasem niebezpieczny dla innych i dla nas samych. Nic nie pomoże myślowe oddzielanie się od zwierząt i pielęgnowanie mitu o naszym boskim pochodzeniu. Ziemia nie została nam oddana pod panowanie, to raczej my się jej wydarzyliśmy, mordując słabszych, innowierców, zwierzęta – czasem z konieczności, a przeważnie z przyjemnością.

Miłosz przytacza Williama Blake’a, romantycznego buntownika przeciw „szkiełku i oku” uczonych:

A co do mylnych pozorów jakie sobie wystawia rezoner
Kuli obracającej się w Pustce, jest to ułuda Ulro.

Otóż tak: żyjemy na kuli obracającej się w pustce (Pustce?). Ułudą Ulro jest porzucanie nadziei na zrozumienie naszego losu. Nikt nam w tym zadaniu nie pomoże, trzeba pamiętać o historii, ale nie tam leży rozwiązanie.

Czy możemy być rozumni

„Zdrowy rozum jest to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej podzielona, każdy bowiem sądzi, iż jest w nią tak dobrze zaopatrzony, iż nawet ci, których we wszystkim innym najtrudniej jest zadowolić, nie zwykli pragnąć go więcej, niźli posiadają” (przeł. T. Boy-Żeleński). Zdanie to otwiera Rozprawę o metodzie René Descartesa i stanowi zapowiedź epoki, w której nie każdy może będzie miał myśli godne wielkiego uczonego, ale każdy będzie mógł zrobić użytek ze swego rozumu i ocenić, co jest prawdą, a co nie. Był rok 1637, zaledwie cztery lata po skazaniu Galileusza. Nawet tak dobry katolik jak Kartezjusz nie mógł bez zażenowania myśleć o tym wyroku. I żaden edykt władz świeckich czy kościelnych nie mógł już powstrzymać ludzi przed myśleniem na własną odpowiedzialność. Zbliżało się Oświecenie, epoka, o której w Polsce niektórzy wciąż mówią z przekąsem, może właśnie dlatego że do nas właściwie nie dotarła. Udało nam się konflikt idei sprowadzić na poziom mody: czy peruczka z harcapem, czy raczej kontusz z pasem słuckim. A chłopów (oczywiście niepiśmiennych) można było dalej bijać do woli, jeśli ktoś miał taką fantazję.

Przekonanie wyrażone przez Kartezjusza jest także podstawą demokracji: wierzymy, że nie tylko filozof, ale i, powiedzmy, cieśla ma dość zdrowego rozsądku (le bon sens u Kartezjusza), aby decydować, co najlepsze będzie w sprawach wspólnoty. I że wszyscy znamy się na tyle na ludziach, iż trudno nas oszukiwać permanentnie i uporczywie, bo w końcu się na tym poznamy. Kandydaci na urzędy musieli dawniej osobiście występować na wiecach przed wyborcami, ponosząc całe ryzyko osobistej konfrontacji z ludźmi niekoniecznie życzliwymi. W XX wieku wiele się zmieniło dzięki mediom. Przemówienia radiowe Hitlera stanowiły silny oręż propagandowy i przyczyniły się mocno do zahipnotyzowania Niemców. W Związku Sowieckim nawet ludzie siedzący w łagrach na dalekiej Północy z rozrzewnieniem myśleli o samotnym oknie na Kremlu, gdzie długo w noc pali się światło: to Józef Stalin rozmyśla, jakby jeszcze bardziej poprawić życie człowieka oraz wytworzyć nowy jego typ. Bo też wyłącznie o propagandę chodziło. Thomas Mann 11 lutego 1934 zapisał w swoim dzienniku: „Narodowosocjalistyczny literat nadworny mówi o propagandzie – nie zna bowiem nic innego, w jego mniemaniu sukcesy, oddziaływanie, zainteresowanie świata powstają dzięki propagandzie. (…) Brak zaś miłości i szacunku w świecie, na co skarżą się rządzące niemiecką Akademią i sowicie opłacane i rozpieszczane miernoty, wywodzi się z ich szlachetnego braku propagandowej zręczności. Cóż za żałosne odpady myślowe! Ale nikt nie odpowiada, nikt nie odpiera idiotycznego fałszowania sytuacji. Dlaczego? Bo po pierwsze jest to niemożliwe, a po drugie niewarte wysiłku. Czy naprawdę? Przecież na takim gnojowisku kłamstwa te prymitywne kreatury zbudowały swoje przerażające państwo” (przeł. I. i E. Naganowscy). Dziś mówi się o spin-doktorach i nadal niektórzy sądzą, że zdobycie władzy polega na zręczniejszym od konkurencji omamieniu publiki.

Wracam w tych zapiskach stale do kwestii związku między prawdą a etyką. Prawda i Dobro nie są może zaślubione sobie w platońskim niebie idei, ale też nie są dowolnymi fantazmatami, istnieją obiektywnie. Także ich związek jest realny, m.in. w tym sensie, że niezmiernie rzadko ktoś kłamie dla naszego dobra, zazwyczaj chodzi mu jedynie o władzę. Wszelkie podobieństwa do żyjących ludzi i rozgrywających się sytuacji nie są ani trochę przypadkowe.