Lamarck – siła przyzwyczajenia

Pięćdziesiąt lat przed Darwinem, arystokrata, żołnierz i przyrodnik, Jean-Baptiste Pierre Antoine de Monet, kawaler de Lamarck, starał się zrozumieć, skąd biorą się przystosowania zwierząt do ich środowiska i trybu życia. Otóż biorą się one z długotrwałego treningu i z przyzwyczajenia. Jego wyjaśnienia brzmią dziś naiwnie. Skąd biorą się rogi u zwierząt przeżuwających? „Mając niewiele siły w szczękach, które zaprawione są tylko w ścinaniu i miażdżeniu trawy, walczyć mogą jedynie uderzeniami głowy, kierując nawzajem ku sobie ich części szczytowe. W przypływach złości, które częste są zwłaszcza u samców, ich wewnętrzny sentyment silniej kieruje fluidy do tej właśnie części głowy i u jednych następuje wydzielanie materii rogów, a u innych materii kostnej zmieszanej z materią rogów, co prowadzi do powstania twardych wypukłości, dających zaczątek rogów i poroża, jakim uzbrojona jest głowa większości owych zwierząt”. Czemu żyrafa ma taką długą szyję? „Żyjąc w miejscach niemal zawsze suchych i pozbawionych roślinności, zmuszona jest skubać listowie drzew, wciąż wytężając się, by go dosięgnąć. Wskutek tego zwyczaju podtrzymywanego przez długi czas pośród wszystkich przedstawicieli tego gatunku, przednie ich nogi stały się dłuższe niż tylne, a ich szyja tak się wydłużyła, że zwierzę to może, nie stając na tylnych nogach, unieść głowę na wysokość nawet sześciu metrów” [Philosophie zoologique, Paris 1809, t. 1, s. 256-257].

Trzeba jednak wyjaśnienia Lamarcka oceniać na tle epoki. W roku 1802 wielebny William Paley ogłosił swoją słynną książkę Natural Theology, or Evidences of the Existence and Attributes of the Deity collected from the Appearances of Nature (Teologia naturalna, czyli dowody na istnienie i atrybuty Boga zebrane ze zjawisk natury). Paley twierdził, iż zwierzęta i rośliny są tak przemyślnie urządzone, że z całą pewnością nie może to być dziełem przypadku. To tak jakbyśmy na wrzosowisku natknęli się na zegarek – patrząc na niego, musielibyśmy wywnioskować, iż istniał jakieś rzemieślnik, który zaopatrzył go w cały ten sprawny mechanizm. Argumentacja Paleya była bardzo popularna, zwłaszcza w Anglii, przez całe półwiecze aż do Darwina. Niektórzy dopatrywali się działania Opatrzności nawet w tym, że zające mają białą łatkę pod ogonem – to po to, by myśliwym łatwiej było do nich celować.

Darwin także w zasadzie akceptował tezę Lamarcka, iż można dziedziczyć sprawności nabyte w trakcie życia. Nikt wówczas nie wiedział, jak funkcjonuje mechanizm dziedziczenia.

Zarówno Lamarck, jak i Darwin, starali się zrozumieć zjawisko życia, nie odwołując się do Stwórcy. Sądzę, że wysiłki tego rodzaju mają zawsze wartość, niezależnie od tego, co sobie wyobrażamy na temat religii. Po prostu hipoteza Stwórcy nigdy nie posuwa naszego zrozumienia jakiegokolwiek konkretnego zjawiska. Jeśli uda się coś zrozumieć w sensie naukowo sprawdzalnym, zawsze okazuje się, że nie trzeba było w tym celu fatygować Stwórcy. W XIX wieku zaczęło to być widoczne w biologii, wcześniej ulubioną dziedziną teologii naturalnej była astronomia. Newton uważał, że regularny ruch planet w jednej płaszczyźnie, wszystkich w jednym kierunku, niewątpliwie świadczy o działaniu ręki boskiego Architekta. Spekulował też na temat przyszłych boskich interwencji, które mogą stać się potrzebne, gdy grawitacja rozreguluje planetarny zegar. Sto lat później Pierre Simon Laplace wyjaśnił, że układ planetarny jest znacznie bardziej stabilny, niż przypuszczał Newton, a regularny ruch planet można wyjaśnić, jeśli się przyjmie, iż cały Układ Słoneczny powstał z jednego wirującego obłoku materii. Pytany przez Napoleona, czemu nie wspomina w swoim dziele o Bogu, Laplace miał odpowiedzieć: „Obywatelu Pierwszy Konsulu, nie potrzebowałem tej hipotezy”. Anegdota jest zapewne apokryfem. Jednak odpowiedź Laplace’a ma głęboki sens i powinna być wskazówką dla naukowców: starać się wyjaśnić jak największy obszar zjawisk w sposób racjonalny i sprawdzalny.

Zadziwiający wiersz o Lamarcku napisał na początku lat trzydziestych XX wieku Osip Mandelsztam. Przyjaźnił się on z biologami Borysem Sergiejewiczem Kuzinem i Nikołajem Leonowem. Kuzin siedział nawet jakiś czas w więzieniu za wyznawanie lamarckizmu. W tamtych latach można było siedzieć za wszystko, lepiej zresztą za lamarckizm niż za sabotaż. Nadieżda Mandelsztam, żona poety, wspomina, że „widok osobowych aut zawsze napełniał nas strachem” – burżujów już nie było, a pojazdów takich używał wiadomy resort.

Poeta interesował się biologią, czytał Darwina i Lamarcka i także innych autorów. Francuski uczony, który stracił pod koniec życia wzrok, wydawał mu się jedyną postacią szekspirowską w przyrodoznawstwie. Przyrównywał tę ślepotę do głuchoty Beethovena. Lamarck był dla niego człowiekiem, który przeżywa osobisty dramat, godząc się na ewolucję w świecie ożywionym.

„O honor żywej przyrody Lamarck walczył ze szpadą w ręku. Myślicie, że pogodził się z teorią ewolucji, jak te naukowe dzikusy z z XIX wieku? Jestem pewien, że smagłe policzki Lamarcka oblał wówczas wstyd za przyrodę. Nie wybaczył jej bowiem tej drobnostki, która nazywa się zmienność gatunków.
Naprzód! Aux armes! Zmyjmy z siebie hańbę ewolucji. (…)
Jest jakaś wielkość Dantego w Lamarcku, kiedy po drabinie żywych istot nie pnie się do góry, lecz schodzi na dół. Niższe formy bytu organicznego to dla człowieka piekło.
Długie siwe wąsy tego motyla miały ościstą strukturę i w gruncie rzeczy przypominały gałązki na kołnierzu francuskiego akademika i srebrne palmy ozdabiające trumny. Pierś silna, ukształtowana w łódeczkę. Głowa małoważna, kocia. Wielkookie skrzydła miał z pięknego admiralskiego jedwabiu, który bywał i w Cześnie, i w Trafalgarze. I nagle przyłapałem siebie na zdziczałym pragnieniu, aby spojrzeć na przyrodę wymalowanymi oczami tego straszydła” (Podróż do Armenii, przeł. R. Przybylski).

Dla poety idea bezdusznego, deterministycznego ewolucyjnego postępu była czymś głęboko nie do przyjęcia. Sam czuł się miażdżony machiną historii, która odbierała człowieczeństwo. W wierszu o Lamarcku zstępowanie do piekieł i wędrówka w dół drabiny stworzenia są ze sobą skojarzone. Zamiast dantejskich kręgów mamy wcielanie się w coraz niższe gatunki zwierząt, odejmowany jest kolejno wzrok, słuch i niepotrzebny już do niczego mózg. Rolę przewodnika w tym nieludzkim świecie odgrywa właśnie Lamarck.

Lamarck

Staruch był wstydliwy niczym chłopię,

Nieporadny, śmieszny nasz patriarcha.

Któż o cześć przyrody kruszył kopie?

Któżby, naturalnie, prócz Lamarcka!

Skoro na istnienia zmiętych kartkach

Wszystko brudnopisem jest zaledwie,

Ja najniższym szczeblem chcę w Lamarcka

Być drabinie, gdzie się życie lęgnie.
Ku rozgwiazdom zejść, ku wąsonogom,

W dół po stopniach giętkich w mroczną czeluść,

Gdzie jaszczurczy odrzucając ogon,

Zwinę się i zniknę jak Proteusz.

Płaszcz rogowy wdzieję, krwi wezbranej

Żar wygaszę, niepotrzebny odtąd,

Przyssawkami obrosnąwszy, w pianę

Oceanu wpiję się wilgotną.

Przeszliśmy owadów rząd z pełnymi

Kieliszkami oczu, z blaskiem na dnie.

Rzekł: „Przyrody próby się spełniły,

To spojrzenie twoje – już ostatnie.

Dość już – rzekł – harmonii pełnodźwięcznej,

Zduś niewczesny do Mozarta zapał:

Czas głuchoty zbliża się pajęczej

I musimy wszyscy w nią się zapaść”.

I przyroda lica odwróciła

Od nas, nie słuchając próśb ni pochlebstw,

I podłużny zbędny mózg wsadziła

Niczym szpadę zardzewiałą w pochwę.

Zaniedbała spuścić most zwodzony

I na zawsze zapomniała o tych,

Czyją dolą – ziemski grób zielony,

Migotliwy śmiech, gorący oddech…

(przeł. W. Woroszylski)

Wiersz jest olśniewający w całości i w różnych drobiazgach, które trudno oddać w przekładzie, jak rym мальчик – фехтовальщик albo owady z oczami jak pełne kieliszki: c наливными рюмочками глаз. Te owadzie skojarzenia miały się powtórzyć półtora roku później, gdy napisał o Stalinie:

Palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa,

Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.

Śmieją się karalusze wąsiska

I cholewa jak słońce rozbłyska.

(przeł. S. Barańczak)

Autor takich wierszy nie mógł umrzeć we własnym łóżku. A oto oryginał wiersza o Lamarcku.

Ламарк

Был старик, застенчивый как мальчик,

Неуклюжий, робкий патриарх…

Кто за честь природы фехтовальщик?

Ну, конечно, пламенный Ламарк.

Если все живое лишь помарка

За короткий выморочный день,

На подвижной лестнице Ламарка

Я займу последнюю ступень.

К кольчецам спущусь и к усоногим,

Прошуршав средь ящериц и змей,

По упругим сходням, по излогам

Сокращусь, исчезну, как Протей.

Роговую мантию надену,

От горячей крови откажусь,

Обрасту присосками и в пену

Океана завитком вопьюсь.

Мы прошли разряды насекомых

С наливными рюмочками глаз.

Он сказал: природа вся в разломах,

Зренья нет – ты зришь в последний раз.

Он сказал: довольно полнозвучья,–

Ты напрасно Моцарта любил:

Наступает глухота паучья,

Здесь провал сильнее наших сил.

И от нас природа отступила –

Так, как будто мы ей не нужны,

И продольный мозг она вложила,

Словно шпагу, в темные ножны.

И подъемный мост она забыла,

Опоздала опустить для тех,

У кого зеленая могила,

Красное дыханье, гибкий смех…

7 – 9 мая 1932

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s