Ludwig Boltzmann: Jak świat pogrąża się w chaosie (1877)

Atomizm był od starożytności doktryną szczególnie ostro zwalczaną. Wydawało się bowiem – i zapewne słusznie – że w świecie z atomów nie ma miejsca na duszę, która może przetrwać śmierć ciała. Jednak odkrycie w XV w. poematu Lukrecjusza O rzeczywistości (nb. przez papieskiego sekretarza, Gianfrancesco Braccioliniego) wywarło spory wpływ na dzieje idei. W Anglii Isaaca Newtona udało się pogodzić bożą wszechmoc z atomizmem, ale nie wszyscy zwolennicy nowej nauki byli przekonani do takich kompromisów. Do nieprzejednanych oponentów atomizmu należeli m.in. René Descartes i Gottfied Wilhelm Leibniz.

Naukowa kariera atomizmu złączona była z chemią oraz nauką o cieple. Od czasu Johna Daltona atomy okazały się niezwykle przydatnym narzędziem dla chemików. Fizycy dopiero w drugiej połowie XIX wieku zaczęli rozwijać teorię kinetyczną, czyli w gruncie rzeczy konsekwencje cząstkowego obrazu materii obdarzonej ruchem. Szczególnie prosta okazała się teoria kinetyczna gazów, ponieważ wystarczyło założyć, że cząsteczki gazów oddziałują tylko za pomocą zderzeń. Ten sposób myślenia przebijał się wszakże bardzo powoli, jak świadczy przykład Johna Waterstona. Kilkanaście lat później James Clerk Maxwell zapoczątkował nowoczesną teorię kinetyczną.

Teoria gazów stała się głównym tematem badań Ludwiga Boltzmanna, wiedeńczyka, który co kilka lat przenosił się niespokojnie z jednego uniwersytetu na drugi, pracując w Wiedniu, Grazu, potem znowu w Wiedniu, znowu w Grazu, w Monachium, jeszcze raz w Wiedniu, w Lipsku i ponownie w Wiedniu. Boltzmann stworzył całą nową dziedzinę wiedzy: fizykę statystyczną – czyli mikroskopowy statystyczny opis zjawisk cieplnych. Głównym zastosowaniem była dla niego teoria gazów, w istocie jednak teorię tę stosować można do wszelkich układów wielu cząstek. Wyjaśnia ona własności makroskopowe różnych ciał: kryształów, cieczy, metali, półprzewodników, magnetyków itd. Pokazuje, jak z poziomu oddziaływań między atomami i cząsteczkami przejść na poziom własności materii obserwowanej w laboratorium.

Zjawiska cieplne podlegają zasadom termodynamiki. Pierwsza z nich to po prostu zasada zachowania energii. Druga jest znacznie bardziej interesująca: mówi bowiem o kierunku możliwych przemian w świecie. Można zdefiniować wielkość zwaną entropią S, która jest funkcją stanu ciała, czyli np. w przypadku gazu zawartego w objętości V i mającego energię E: S=S(V,E). Otóż druga zasada termodynamiki mówi, że entropia układu izolowanego cieplnie nie może maleć, a zazwyczaj rośnie. Intuicyjnie wzrost entropii odpowiada temu, że większa część energii ciała ma postać chaotycznych ruchów cieplnych i trudniej ją wykorzystać do uporządkowanych zmian typu np. zmiany objętości (dlatego nie można zbudować np. silnika samochodowego, który wykorzystywałby w 100% energię uzyskaną ze spalania; samochody elektryczne przenoszą ten problem do elektrowni, które też zazwyczaj coś spalają, z nieco większą wydajnością, ale także daleką od 100%).

Entropia jest wielkością tzw. ekstensywną, to znaczy entropia układu złożonego z dwóch części będzie sumą entropii obu części:

S=S_1+S_2.

Jak na poziomie cząsteczkowym opisać wzrost entropii? Boltzmannowi udało się powiązać entropię z prawdopodobieństwem, a właściwie z liczbą mikrostanów odpowiadających danemu makrostanowi. Rozważmy naczynie z gazem, w którym znajduje się N cząstek o łącznej energii E. Tej samej wartości energii całkowitej odpowiada bardzo wiele różnych konfiguracji cząstek (mikrostanów). Gaz dąży spontanicznie do równowagi cieplnej, ponieważ jest to stan najbardziej prawdopodobny. Wzrost entropii nie jest więc tajemniczym prawem przyrody, lecz konsekwencją trywialnego faktu matematycznego, że zdarzenia bardziej prawdopodobne realizują się częściej niż wyjątkowe.

Jak można to opisać ilościowo? Stan ruchu jednej cząstki możemy opisać, podając jej położenie \vec{r} oraz pęd \vec{p}. Załóżmy, że całą przestrzeń dostępnych stanów podzieliliśmy na komórki o jednakowej objętości. Stan makroskopowy gazu znamy, gdy podana zostanie liczba cząstek gazu w każdej komórce. Wyobrażamy sobie przy tym, że liczby te są duże (w jednym molu mamy N_A=6\cdot 10^{23} cząstek, więc nawet po rozdzieleniu tych cząstek na bardzo wielką liczbę komórek, możemy wciąż mieć dużo cząstek w każdej komórce). Stan makroskopowy będzie więc listą liczb cząstek w kolejnych komórkach: (n_1, n_2,\ldots, n_r), gdzie r jest całkowitą liczbą komórek (jeśli całkowita energia gazu równa jest E, to żadna cząstka nie może mieć energii większej niż E, a więc obszar przestrzeni stanów potrzebny nam w rozważaniach jest ograniczony).

Schematyczny rysunek obszaru w przestrzeni stanów (jest on sześciowymiarowy, a więc trudny do narysowania). Zaznaczyliśmy jedną z komórek, na jakie dzielimy całą przestrzeń stanów wraz z liczbą cząstek w tej komórce.

Jeśli znamy poszczególne n_i, to możemy także obliczyć całkowitą liczbę cząstek N:

N=n_1+n_2+\ldots n_r

oraz całkowitą energię E:

E=\varepsilon_1 n_1+\varepsilon_2 n_2+\ldots+\varepsilon_r n_r,

gdzie \varepsilon_i oznacza energię w  i-tej komórce. Dalej zakładamy, że N oraz E (a także objętość gazu) są ustalone. Ilu konfuguracjom cząstek (mikrostanom) będzie odpowiadać dana lista (n_1, n_2,\ldots, n_r)? Zakładając, że cząstki są rozróżnialne, lecz jednakowe, liczba konfiguracji W prowadzących do tej samej listy równa jest

W=\dfrac{N!}{n_1! n_2!\ldots n_r!}.

Nietrudno zrozumieć sens tego wyrażenia: liczbę permutacji wszystkich cząstek dzielimy przez liczby permutacji wewnątrz kolejnych komórek, bo nie zmieniają one wartości n_i. Liczba konfiguracji jest proporcjonalna do prawdopodobieństwa. Możemy poszukać takiej listy (\bar{n}_1, \bar{n}_2, \ldots, \bar{n}_r), dla której W będzie maksymalne. Fizycznie powinno to odpowiadać stanowi równowagi termodynamicznej. Ów rozkład najbardziej prawdopodobny jest tzw. rozkładem Maxwella-Boltzmanna:

\bar{n}_i=C\exp(-\beta \varepsilon_i),

gdzie stałe C,\beta określone są warunkami stałości całkowitej liczby cząstek i energii. Boltzmann wcześniej uzyskał ten rozkład z innych rozważań. Można teraz zdefiniować entropię następującym wzorem:

S=k \ln W\equiv k \ln \dfrac{N!}{n_1! n_2!\ldots n_r!}.

Pojawienie się logarytmu jest tu całkiem oczekiwane, ponieważ gdy weźmiemy dwa układy o liczbach konfiguracji odpowiednio W_1, W_2, to całkowita liczba konfiguracji będzie równa

W=W_1W_2,

a chcemy żeby entropie w takiej sytuacji się sumowały: S=S_1+S_2. Zdefiniowaliśmy entropię nie tylko w stanach równowagowych, którym odpowiadają listy (\bar{n}_1, \bar{n}_2, \ldots, \bar{n}_r), ale także w dowolnych innych, którym odpowiadają listy (n_1, n_2,\ldots, n_r). Żeby nowa definicja miała sens, trzeba było oczywiście wykazać, że w sytuacjach równowagowych, otrzymuje się znane wcześniej wyrażenia. Wzór Boltzmanna

S=k\ln W,

stał się nową definicją entropii, dziś uważaną za podstawową. W istocie wzór Boltzmanna ma znacznie szersze pole zastosowań niż fizyka klasyczna znana w jego czasach. Jeśli rozważymy np. cząstki nierozróżnialne, można z analogicznych rozważań otrzymać prawa obowiązujące dla gazu fermionów (np. elektrony w metalu albo w białym karle) albo gazu bozonów (z czego wynikają prawa promieniowania cieplnego oraz, w innej nieco sytuacji, kondensacja Bosego-Einsteina). Wzór Boltzmanna pozwala też wyprowadzić wniosek, że w niskich temperaturach, gdy układ znajduje się w stanie podstawowym, entropia powinna być równa zeru – jest to treścią trzeciej zasady termodynamiki sformułowanej przez Wilhelma Nernsta.

W czasach Boltzmanna teoria kinetyczna była wysoce spekulatywna. Nie było pewności, czy w ogóle istnieją cząstki składające się na gaz. A więc znajdowanie liczby ich konfiguracji mogło wydawać się liczeniem diabłów na łebku szpilki. Ludwig Boltzmann przez całe życie odpierać musiał rozmaite zarzuty i brać udział w polemikach. Część dotyczyła spraw istotnych: w jaki sposób z odwracalnej mechaniki dochodzi się do procesów nieodwracalnych jak stygnięcie herbaty w kubku albo przewidywane wówczas przez niektórych uczonych stygnięcie, śmierć cieplna całego wszechświata? Najbardziej zjadliwe były polemiki filozoficzne. Zaciętym wrogiem Boltzmanna był tu Ernst Mach, dziś znany głównie za sprawą liczby Macha w lotnictwie ponaddźwiękowym. Fotografował on kule w locie.

Chciał też rewizji całej fizyki. Sądził, że posługuje się ona mnóstwem pojęć nie wytrzymujących krytyki. Np. przestrzeń absolutna u Newtona. Rozważania Macha zainspirowały Alberta Einsteina, choć w sposób bardzo swoisty. Sam Mach nie chciał słyszeć o teorii względności. Filozofia Macha miała ambicję wyrugowania z nauki pojęć nieopartych na bezpośrednim doświadczeniu. Chciał on niejako spojrzeć na świat od nowa. Dostrzegał w nim jedynie swoje wrażenia i ich wiązki.

Rysunek Ernsta Macha: jego pokój widziany lewym okiem

Dlatego koncepcja atomów była przez niego uważana za fikcję. Boltzmanna traktował jak naiwnego materialistę, nieświadomego subtelności pojęciowych. Przyszłość należała do fizyki statystycznej i atomów. „Naiwne” koncepcje fizyków zadziwiająco często sprawdzały się w praktyce. Co oczywiście, zdaniem filozofów, niczego nie dowodzi.

Skłonny do zmian nastrojów, Boltzmann cierpiał na napady depresji. W 1906 roku, przebywając na wakacjach w Duino nieopodal Triestu, popełnił samobójstwo, w czasie gdy żona i córka pływały w morzu. Nie dowiemy się, ile zdołałby osiągnąć, gdyby znano wtedy leki antydepresyjne.

Zaprawdę, to osobliwe, nie przebywać już odtąd na ziemi,

wyuczone zaledwie porzucić zwyczaje,

różom i innym odrębnie obiecującym rzeczom

nie dawać znaczeń ludzkiej przyszłości, już nigdy.

Tym, czym się było w dłoniach tak nieskończenie trwożnych,

nie być już więcej i nawet własne swe imię

porzucić, jak się porzuca połamaną zabawkę.

To osobliwe, już nie mieć życzeń. To osobliwe,

wszystko, co było związane, ujrzeć w przestrzeni

rozpierzchłe…

(przeł. M. Jastrun)

Reklamy

Rezygnacja Richarda Willstättera (1924)

Na krótkim filmie z czerwca 1920 r. widzimy laureatów Nagrody Nobla wraz z żonami. Od lewej stoją: Fritz Haber (chemia, 1918), Charles Glover Barkla (fizyka, 1917), Max Planck (fizyka 1918), Richard Willstätter (chemia, 1915), Johannes Stark (fizyka, 1919) oraz Max von Laue (fizyka, 1914).

Półtora roku po Wielkiej Wojnie – jak wtedy mówiono – uroczystość noblowska była jedną z pierwszych okazji gromadzących uczonych z dwóch stron niedawnego frontu. Wymowny jest brak na zdjęciach obu brytyjskich laureatów z fizyki za rok 1915: Williama Henry’ego Bragga (ojciec) i Williama Lawrence’a Bragga (syn). Drugi syn Williama Bragga, Robert Charles, zginął na wojnie. Obaj Brytyjczycy pracowali nad dźwiękowym wykrywaniem łodzi podwodnych oraz pozycji artylerii – czymś w rodzaju akustycznego radaru. Także Haber i Willstätter zaangażowani byli w wysiłek wojenny swego kraju. Pierwszy uratował Niemcy przed klęską militarną: zapasy materiałów wybuchowych i amunicji wystarczały na kilka miesięcy wojny. Kiedy okazało się, że nie będzie szybkiego rozstrzygnięcia, pojawił się problem produkcji materiałów wybuchowych. Do tej pory korzystano z saletry importowanej z Chile. Jednak po wybuchu wojny marynarka brytyjska dość skutecznie odcięła tę drogę zaopatrzenia. Ratunkiem dla Niemiec okazał się proces Habera-Boscha produkcji amoniaku z powietrza. Haber na tym nie poprzestał, zaczął pracować nad gazami bojowymi i stał się entuzjastycznym inicjatorem wojny chemicznej. Willstätter także pracował na rzecz armii, ale nie chciał zajmować się produkcją broni, opracował maskę gazową, chroniącą żołnierzy. Zaopatrzenie armii koordynował Walther Rathenau, przemysłowiec i wielki patriota, późniejszy minister spraw zagranicznych w roku 1922 zamordowany przez nacjonalistów. Charakterystyczne jest, że choć niemieccy Żydzi wnieśli wielki wkład w wysiłek wojenny swego kraju (także walcząc w okopach), po przegranej wojnie to oni zostali oskarżeni o klęskę i spiskowanie z wrogiem.

Społeczeństwo niemieckie wyszło z wojny zupełnie podzielone. Nikt nie chciał odpowiadać za klęskę i bezmiar cierpień. Traktat wersalski przyniósł upokorzenie, nakładając ciężary reparacji niemożliwe do udźwignięcia. Skrajne siły na lewicy i prawicy podmywały porządek konstytucyjny, antysemityzm, od dawna obecny wśród Niemców, coraz częściej przeradzał się w obsesyjną nienawiść. Nawet nauka nie była wyłączona z tej presji politycznej. Z pięciu uczonych niemieckich na filmie, dwóch było Żydami, dwóch – von Laue i Planck – starało się zachować neutralność nauki, Johannes Stark natomiast był jednym z wczesnych zwolenników Hitlera i później propagatorem czegoś, co nazywało się „fizyką niemiecką” – jakby atomy, grawitacja, elektryczność, kwanty miały narodowość i aryjski rodowód.

Richard Willstätter był chemikiem, Nagrodę Nobla otrzymał za badania nad chlorofilem. Dzięki jego długoletniej pracy znane stały się podstawowe cechy budowy cząsteczki chlorofilu, z jej magnezowym centrum (miał tu polskiego prekursora w Leonie Marchlewskim), udowodnił także, że występują dwa rodzaje chlorofilu: a i b. Wykazał, że cząsteczki chlorofilu w różnych roślinach mają jednakową budowę, podobną zresztą do budowy cząsteczki hemoglobiny. Za ogromną różnorodnością życia kryła się więc jednolitość na poziomie biochemicznym. Willstätter badał też inne barwniki występujące w roślinach. Na filmie jest sam, jego żona umarła, później umarł także ich synek, została mu tylko córka. Uczony do końca życia pozostał już sam.

Rodzina pochodziła z Badenii, lecz przyszły chemik do gimnazjum chodził w Norymberdze, a studiował w Monachium. Starszy o siedem lat od Einsteina, w odróżnieniu od niego czuł się w Bawarii dobrze, choć też doświadczał czasem antysemityzmu, począwszy od łobuziaków na ulicy, goniących i rzucającyh kamieniami za żydowskimi rówieśnikami. Znacznie poważniejszym problemem był antysemityzm elit. W nauce Żydzi zostawali czasem profesorami, było to jednak trudne. Willstätter pierwszą posadę profesorską dostał w Szwajcarii, w ETH w Zurychu. Potem ściągnięto go w roku 1912 do Berlina, nieco podobnie dwa lata później Einsteina: był to świadomy zamysł ludzi takich, jak Haber, Nernst czy Planck, aby budować wielkość nauki niemieckiej. W roku 1916 Willstätter dostał propozycję katedry w Monachium, mógł dzięki temu wrócić na swą macierzystą uczelnię, teraz jako dyrektor budujący nowy gmach laboratorium, który wyposażył za pieniądze ze swej Nagrody Nobla.

W 1924 roku uniwersytet rozpatrywał sprawę nominacji profesora geochemii. Znakomitym kandydatem był Victor M. Goldschmidt, pracujący w Kristianii (dzisiejsze Oslo). Jednak Wilhelm Wien, fizyk i ówczesny dziekan wydziału, utrącił tę kandydaturę, przekonując profesorów, by nie głosowali za osobą „obcokrajowca” (nie chodziło mu przy tym bynajmniej o obywatelstwo norweskie). Przyjęto na stanowisko nauczyciela ze szkoły dla dziewcząt, bez żadnego dorobku naukowego. Decyzja podjęta za sprawą uprzedzeń rasowych wzburzyła bardzo Willstättera – tego samego dnia podał się do dymisji i nie odwiodły go od niej rozmaite apele i rozgłos wokół tej sprawy. Nie przyjął też żadnej z licznych propozycji, które zaczęły napływać z kraju i zagranicy: miał pięćdziesiąt trzy lata, był noblistą i sporo jeszcze mógł dokonać. Wycofał się na emeryturę, odtąd pracował naukowo, kontaktując się telefonicznie ze swymi asystentami, nigdy już nie odwiedzając swego laboratorium.

W marcu 1939 roku Richard Willstätter przekroczył granicę niemiecko-szwajcarską, opuszczając na zawsze ojczyznę. Pozwolenie na wyjazd okupione było długotrwałymi staraniami i utratą większej części majątku, w tym wspaniałej biblioteki zajmującej siedem pokoi w jego monachijskim domu. Umarł kilka lat później.

Fritz Haber, nieszczęśliwy kochanek ojczyzny

Urodził się we Wrocławiu, zmarł w Bazylei w 1934 roku, złamany i de facto wygnany z ojczyzny, która odebrała mu wszystko: jego Instytut, dom, większość pieniędzy, sens życia.

Pochodził z rodziny żydowskiej, ojciec, o wagnerowskim imieniu Siegfried, był kupcem obracającym barwnikami, farbami i lekarstwami. Matka zmarła wkrótce po jego urodzeniu, zrozpaczony ojciec długo nie potrafił dojść do siebie, niezbyt też kochał chłopca przypominającego mu o tragedii. Zajmowały się nim różne ciotki, potem macocha, Hedwig z domu Hamburger, która, choć bardzo młoda w chwili zamążpójścia, umiała zdobyć zaufanie i miłość Fritza. Jako dorosły mężczyzna nie rozumiał on jednak nigdy kobiet i ich emocji. Żył raczej w świecie męskich przyjaźni, ambicji, rozrywek. Lubił skupiać na sobie uwagę, łatwo się zaprzyjaźniał i potrafił przyjaźnie podtrzymywać. Później, kiedy został już wielkim człowiekiem nauki niemieckiej, interesował się losami współpracowników, patronował młodszym, pomagał, często także finansowo.

Mimo błyskotliwej inteligencji nie zapowiadał się na wybitnego uczonego, zrobił wprawdzie doktorat w Berlinie, ale potem jego kariera utknęła, wrócił nawet na jakiś czas pomagać ojcu w interesach, ale było to doświadczenie wybitnie nieudane. Na wiadomość o cholerze w Hamburgu Fritz sprowadził duże ilości wapna chlorowanego, które stosowano wówczas jako środek dezynfekcyjny. Ognisko cholery szybko jednak wygasło i spodziewana epidemia nie wybuchła. Zostali z dużymi zapasami wapna chlorowanego.

Fritz uciekł od ojca, uciekł też w pewnym sensie od swojego środowiska, postanawiając się ochrzcić w kościele luterańskim. Religia, zarówno żydowska, jak i chrześcijańska, nie odgrywała w jego życiu istotnej roli. Chodziło raczej o upodobnienie się do większości społeczeństwa niemieckiego. Był gorącym patriotą i pragnął się jakoś wykazać. Podczas służby wojskowej zabiegał o stopień oficerski. Zdał potrzebne egzaminy, decyzja była jednak odmowna, jak można sądzić, stały za nią przyczyny rasowe: korpus oficerski bardzo bronił się przed ludźmi z niższych klas, a także Żydami, którzy bywali co najwyżej lekarzami wojskowymi. Należy zdać sobie sprawę, jak ważna społecznie była w cesarskich Niemczech kasta oficerska. Stopień porucznika rezerwy otaczał posiadacza nimbem przez całe życie, bez względu na to, co ów człowiek w życiu osiągnął. Einstein zapamiętał na całe życie pewnego profesora z gimnazjum w Monachium, który obnosił się ze swym stopniem porucznika – przykłady tego rodzaju zniechęciły go na resztę życia do nacjonalizmu.

Fritz zdecydował się zrobić karierę naukową, na początek znaczyło to bezpłatną asystenturę na trzeciorzędnym uniwersytecie w Jenie. Opowiadał później anegdotkę, jak to wędrował kiedyś w upale po górach i szukał ochłody w wiejskim wodopoju. Zanurzył w nim głowę i dostrzegł w tym samym momencie wołu, który zrobił to samo co on. Gdy wynurzył głowę, spostrzegł, że zamienili się z wołem na głowy. I od tej chwili moja kariera naukowa nareszcie ruszyła z miejsca – dodawał. Naprawdę zaczęła się ona trzy lata po doktoracie, gdy w 1894 roku przeniósł się do Szkoły Technicznej w Karlsruhe i dostał pierwszą płatną posadę. Zaczął się zajmować chemią fizyczną, dziedziną młodą i stojącą wówczas w Niemczech na wysokim poziomie: działali tu Wilhelm Ostwald, a także o kilka lat starszy Walther Nernst, którego już niebawem stać było na kupienie posiadłości ziemskiej i jednego z pierwszych samochodów – wszystko to dzięki sprzedaży patentu na rodzaj żarówki. Haber wkrótce dał się poznać w środowisku jako niezwykle ambitny i asertywny młody człowiek, gotowy do upadłego spierać się o swoją rację nawet z największymi autorytetami (co niektórym, np. Ostwaldowi nawet się podobało). Haber napisał podręcznik, awansował na profesora nadzwyczajnego i ożenił się z Clarą Immerwahr z Wrocławia.

Żydzi wrocławscy często zawierali małżeństwa w swoim środowisku, wielu z nich było ze sobą spokrewnionych czy spowinowaconych. Clara nie mogła chodzić do gimnazjum, ponieważ nie przyjmowały one dziewcząt. Dzięki prywatnym lekcjom i własnej pracy osiągnęła poziom wiedzy maturalnej i zdała eksternistyczny egzamin, który to potwierdzał. Studiowała chemię na Uniwersytecie Wrocławskim (uczęszczanie kobiety na wykłady wymagało zgody każdego profesora z osobna). Obroniła też tam doktorat z jako pierwsza kobieta w dziejach uczelni. Jej promotorem i mentorem był Richard Abegg, kolega Habera z klasy. Małżeństwo z Haberem oznaczało nie tylko wyjazd z Wrocławia, ale także porzucenie pracy naukowej. Miała teraz być żoną profesora, która prowadzi mu dom na odpowiednim poziomie. Sytuacja ta stała się źródłem frustracji Clary, która nie była tak zdeterminowana jak starsza niecałe trzy lata Maria Skłodowska. Haber nie był też skłonny przejmować się uczuciami innych ludzi, był egocentrykiem dążącym do sukcesu.

Sukces nadszedł i u jego źródła leżała rywalizacja. Tym razem z Nernstem. Chodziło o reakcję łączenia azotu i wodoru w amoniak. Problemem tym interesowali się chemicy od dłuższego czasu: amoniak bowiem jest dobrym surowcem wyjściowym do uzyskiwania nawozów sztucznych (może być nawet wykorzystywany bezpośrednio jako nawóz, wymaga to wszakże odpowiedniego sprzętu), a także materiałów wybuchowych. Szybka urbanizacja i wzrost liczby ludności wywołały w XIX wieku coraz większe zapotrzebowanie na nawozy sztuczne, które zapobiegały wyjałowieniu gleby poddanej intensywnej uprawie. Importowano w tym celu saletrę z Chile, gdzie jej wydobycie stało się osobnym przemysłem. Synteza amoniaku z azotu atmosferycznego była bardzo kusząca, ale było też wiadomo, że nie jest to reakcja łatwa do przeprowadzenia. Spór Habera z Nernstem dotyczył punktu równowagi w reakcji syntezy amoniaku (gdy reakcja osiąga w danych warunkach punkt równowagi tyle samo cząsteczek amoniaku powstaje w jednostce czasu, ile samorzutnie się rozpada). Wiadomo było, że chcąc wytworzyć więcej amoniaku, należało zwiększyć ciśnienie, a także zastosować niezbyt wysoką temperaturę. Jednak w niewysokiej temperaturze zarówno reakcja syntezy, jak i reakcja przeciwna zachodzą powoli i w ten sposób nie uda się uzyskać znaczących ilości amoniaku. Nernst autorytatywnie orzekł, że dane Habera są nieścisłe i że naprawdę nie uda się wytworzyć znaczących ilości amoniaku, łącząc oba gazy nawet w obecności katalizatora.

Haber chciał wykazać, że to on ma rację. Współpracował z koncernem chemicznym BASF (Badische Anilin- & Soda-Fabrik), który finansował badania i zobowiązał się płacić pewną kwotę od każdego kilograma wyprodukowanego w ten sposób amoniaku. Razem z Robertem Le Rossignol, utalentowanym Anglikiem, który u niego pracował, skonstruowali aparaturę, w której udało się pod ciśnieniem 200 atmosfer uzyskać amoniak. Stało się to w rok po podpisaniu umowy. BASF z początku nie był przekonany, ale Carl Bosch, pracujący tam inżynier, przekonał zarząd do zajęcia się tym tematem. Z jednej strony należało pokonać duże przeszkody techniczne: aparatura pracująca pod takimi ciśnieniami mogła być niebezpieczna w eksploatacji, z drugiej strony rysowała się perspektywa ogromnych zarobków w razie powodzenia. Bosch poradził sobie z trudnościami przeskalowania procesu Habera na skalę przemysłową, z czasem został prezesem IG Farben, koncernu, który powstał z BASF, a także laureatem Nagrody Nobla w roku 1931. Po dojściu nazistów do władzy Bosch stopniowo wycofał się z działalności publicznej.

Fritz Haber stał się najbardziej znanym chemikiem Niemiec. Zaproszony został jako dyrektor nowo powstającego Instytutu Chemii Fizycznej im. Cesarza Wilhelma. Była to placówka pomyślana w stylu amerykańskim: chodziło o finansowanie działalności naukowej z prywatnej kiesy pod patronatem cesarza. Dyrektor opłacany był przez państwo, aby władze miały wpływ na obsadę tego stanowiska. Budowę i część kosztów utrzymania Instytutu pokrył żydowski bankier i przedsiębiorca Leopold Koppel. Postawił przy tym warunek, że dyrektorem zostanie Fritz Haber. Koppel wcześniej współpracował już z Haberem i był pod wrażeniem jego energii, zdolności organizacyjnych i inteligencji. Stworzono w ten sposób placówkę wybitną, skupiającą wielu uczonych z całego świata. Słynne były kolokwia co drugi poniedziałek. Błyszczał na nich w sposób naturalny Haber, który potrafił każde zagadnienie sprowadzić do istotnych punktów badź zadać pytania, odsłaniające problem. Bardzo przy tym dbał, aby mówiono prosto, unikając zbyt specjalistycznego żargonu. Jak to kiedyś ujął: w Berlinie odbywają się już inne, czwartkowe posiedzenia, na których nikt nikogo nie rozumie, lecz nie przenośmy tego zwyczaju na poniedziałki. Aluzja dotyczyła posiedzeń Pruskiej Akademii Nauk, w których Haber także zresztą uczestniczył.

Gdy Albert Einstein sprowadzony został do Berlina wiosną 1914 roku, jedną z jego funkcji było dyrektorowanie Instytutem Fizyki im. cesarza Wilhelma. Sam Instytut jeszcze nie powstał i Einstein urzędował w Instytucie Habera. Instytut Fizyki nie został zbudowany w czasie pobytu Einsteina w Berlinie, przypuszczalnie głównie dlatego, że uczony się tym zupełnie nie interesował. Polityka akademicka niezbyt go obchodziła i nawet nie próbował być organizatorem. Mimo to obaj się zaprzyjaźnili z Haberem, mieli do siebie nawzajem nie tylko respekt naukowy, Haber pomógł Einsteinowi w początkach jego pobytu w Berlinie. Działał nawet jako pośrednik między Albertem a Milevą – małżeństwo Einsteinów rozpadło się do lata i Mileva z synami wróciła do Zurychu. Clara Haber wykazywała chyba zrozumienie dla sytuacji Milevy, która przecież kiedyś także pragnęła być uczoną, a została sprowadzona do roli matki i gospodyni.

Przyjaźń obu uczonych wystawiona została wkrótce na dużą próbę. Wybuchła wojna światowa i Haber rzucił się w wir pracy dla armii. Był jednym z inicjatorów broni chemicznej, osobiście nadzorował nie tylko eksperymenty, ale także jej użycie na froncie. Został też kapitanem na osobisty rozkaz cesarza, co strasznie mu imponowało. Widać tu hierarchię społeczną Niemiec: sławny uczony, przyszły noblista, wpada w euforię, mogąc zostać kapitanem armii jak pierwszy lepszy junkier.

(Drugi od lewej Haber)

Broń chemiczna nie przechyliła szali zwycięstwa. Haber miał jednak wielki wpływ na decyzje o powiększeniu fabryk amoniaku zaraz na początku wojny. Armia niemiecka miała spore zapasy amunicji, ale przygotowana była na krótką, najwyżej kilkumiesięczną wojnę. Planowano szybko zdobyć Paryż dzięki atakowi przez neutralną Belgię. Po podpisaniu kapitulacji przez Francję Niemcy miały zwrócić swój wysiłek wojenny przeciw Rosji. Kiedy zaczęła się wojna pozycyjna, stało się jasne, że potrzeba będzie mnóstwo amunicji. W dodatku flota brytyjska kontrolowała transporty i nie było mowy o imporcie saletry z Chile. Jedynym rozwiązaniem było szybkie wybudowanie nowych urządzeń do produkcji amoniaku i przetwarzania go dalej na materiały wybuchowe. Haber i Bosch uzyskali decyzję o pospiesznej budowie odpowiednich zakładów. Haber podczas wojny rozkwitł, poswięcał się obowiązkom niemal bezgranicznie. Nawet samobójstwo Clary nie wytrąciło go z rytmu pracy: nazajutrz pojechał, tak jak było zaplanowane, na front doglądać przygotowań do kolejnych ataków gazowych. Nie mamy dziś pewności, co było motywem Clary. Była już wystarczająco nieszczęśliwa w tym małżeństwie, nawet zanim zaczęły się prace nad gazami trującymi. Być może z jej punktu widzenia życie obok Fritza obróciło się w koszmar, a on w potwora napędzanego szowinizmem. Clara nie ceniła tak wysoko społecznego uznania, tytułów, zaszczytów. Dla Habera uznanie było wszystkim, zwłaszcza uznanie najwyższych osób w państwie.

Jeszcze podczas wojny Haber ożenił się po raz drugi z niewiele starszą od swego syna Charlotte Nathan. Także to małżeństwo nie przetrwało, zakończył je rozwód. Wojna została przegrana. Haber otrzymał Nagrodę Nobla, choć obawiał się z początku, że może być ścigany za złamanie Konwencji Haskich o broni chemicznej.

https://www.nobelprize.org/mediaplayer/index.php?id=1100

(Nagranie z uroczystości wręczenie Nagród Nobla w roku 1920: od lewej Haber, Charles Glover Barkla, Max Planck, Richard Willstätter, Johannes Stark, Max von Laue, wszyscy oprócz wdowca Willstättera z żonami; trudno o bardziej wymowny przykład potęgi niemieckiej nauki w tamtym okresie)

Chcąc dopomóc krajowi, zaczął pracować nad wydobyciem złota z wody morskiej. Svante Arrhenius ocenił kiedyś zawartość złota na  6 mg w tonie wody morskiej. Gdyby znaleźć metodę na opłacalny proces wydobycia złota, Niemcy mogłyby myśleć o spłaceniu gigantycznych reparacji, jakie narzucił im Traktat Wersalski. Prace te nie prowadziły jednak donikąd, okazało się, że Arrhenius przecenił zawartość złota. Pomiary dawały zaledwie 0,01 mg w tonie wody. Żadną miarą nie można było tego wykorzystać. Okazało się, że przy tak małych ilościach trudno ustrzec się kontaminacji próbek złotem, np. z obrączki laboranta albo innego źródła tego rodzaju. Chemia nie mogła więc zbawić Niemców.

Nadal pracował naukowo, choć raczej jako organizator albo wścibski szef, który potrafił godzinami trzymać młodych pracowników w laboratorium, drążąc kolejne tematy, był bowiem niezwykle wszechstronny i znał się rzeczywiście na wszystkim. Instytut był jego całym życiem.

Dojście Hitlera do władzy było zapewne najgorszym koszmarem, jaki mógł sobie wyobrazić człowiek pokroju Habera. Choć mógłby zostać na stanowisku jako zasłużony podczas wojny, musiałby zwolnić wszystkich „niearyjskich” pracowników (mniej więcej jedną czwartą). Złożył rezygnację. Max Planck, który bez najmniejszej walki pozwolił usunąć Einsteina z Akademii Nauk, teraz usiłował zmienić decyzję władz. Zapewne sądził, że Haber ma zbyt duże zasługi dla Niemiec, a poza tym jego Instytut może się przydać w przyszłości. Rozmowy z „ministrem kultury” Wilhelmem Rustem, a nawet z samym Hitlerem, nic nie dały, oprócz ataku furii Führera, który wolał wcale nie mieć uczonych, niż mieć uczonych żydowskich. Haber wyjechał z Niemiec, ale wciąż bił się z myślami, czy wrócić i ratować jakąś część majątku (nie chodziło tylko o niego, lecz i o dzieci), czuł się coraz gorzej fizycznie i psychicznie. Nie wyobrażał sobie życia poza Niemcami. Zmarł na atak serca w przeddzień pierwszej rocznicy objęciu urzędu kanclerza przez Adolfa Hitlera.

Poniżej współczesne zdjęcia Instytutu Habera wykonane przez p. Macieja Drawsa w lipcu 2018 w Berlinie-Dahlem.

 

Po II wojnie światowej Keiser-Wilhelm-Gesellschaft i odpowiednie instytuty nazwane zostały imieniem Maksa Plancka.