Oszukujmy proroków (gra towarzyska)

Rodzaj ludzki, do którego tylu moich czytelników należy, od samego początku i zapewne do końca swego istnienia zabawia się w różne dziecinne gry, które dorośli uważają za nonsens. Jedną z najbardziej ulubionych jest gra pt. „Pozostawmy przyszłość nieznaną”, zwana też „Oszukujmy proroków”. Gracze uważnie i z pełnym respektem przysłuchują się temu, co ludzie mądrzy mówią o tym, co przydarzy się przyszłym pokoleniom. Następnie czekają, aż ci mądrzy ludzie umrą i chowają ich grzecznie. A potem gracze się rozchodzą i robią co innego. To wszystko. Ludziom o niewyszukanym smaku taka gra sprawia radość. (G.K. Chesterton, Napoleon z Notting Hill)

Pisarz S-F, Arthur C. Clarke, przyjrzał się kiedyś przykładom szczególnie nieudanych proroctw ekspertów rozmaitego autoramentu. Nas tutaj szczególnie interesują uczeni. Wybitny astronom Simon Newcomb w roku 1903 twierdził, że niemożliwe jest zbudowanie samolotu: aerodynamika na to nie pozwala. Pięć lat później bracia Wright, właściciele sklepu z rowerami, publicznie zademonstrowali swój wynalazek samolotu w Fort Myer (USA) i Le Mans (Francja). A.W. Bickerton, chemik i nauczyciel Rutherforda, dowodził w latach dwudziestych ubiegłego wieku, że sztuczny satelita jest niemożliwy, nawet gdyby użyć najsilniejszego materiału wybuchowego – nitrogliceryny. Chodzi o to, że jeden gram paliwa wydziela podczas wybuchu mniej energii, niż potrzeba do nadania masie jednego grama prędkości 7,9 km/s (co oczywiście jest prawdą, ale materiały wybuchowe wcale nie wydzielają najwięcej energii w spalaniu, a poza tym nie ma potrzeby wynosić na orbitę całej początkowej masy: od tego są rakiety wielostopniowe). Znaczna część techniki została wynaleziona obok albo wbrew uczonym: od maszyny parowej i żarówki po komputer osobisty. To trochę tak, jak w rosyjskiej bajce: było dwóch braci mądrych i trzeci Wania, przygłupi. I niezmiennie to ten trzeci dokonuje rzeczy niemożliwej dla pierwszych dwóch.
Arthur C. Clarke dzieli przypadki niedanych proroctw na brak śmiałości (failure of nerve) i brak wyobraźni (failure of imagination). W pierwszym przypadku wiedza naukowa istniała, ale nie potrafiono z niej skorzystać w sposób właściwy (w czasach Newcomba aerodynamika była już dostatecznie rozwinięta, lecz astronom nie potrafił z tego zrobić użytku). Innego przykładu dostarcza praca Isaaca Newtona: odkrył on, że w załamaniu światło rozszczepia się na kolory. Uznał więc pochopnie, że każdy przyrząd optyczny zawierający soczewki będzie dawał barwne i zamazane obrazy – co rzeczywiście było zmorą ówczesnych urządzeń. Już po śmierci Newtona zwykły rzemieślnik optyk, John Dollond, dokonał niemożliwego i zbudował obiektyw achromatyczny, stosując dwa rodzaje szkła (flint to szkło z dodatkiem ołowiu).

Chromatic_aberration_lens_diagram.svg

415px-Lens6b-en.svg

(ilustracje z Wikipedii)

W drugim przypadku w chwili wygłaszania proroctwa nie wiedziano czegoś istotnego, co dopiero miało zostać odkryte. Słynny jest przypadek filozofa Augusta Comte’a, który w roku 1835 przekonywał, że astronomowie nigdy nie poznają składu chemicznego ciał niebieskich. W roku 1859 powstała analiza widmowa, zupełnie odmieniając astronomię. Obecnie stały się też możliwe loty badawcze w obrębie Układu Słonecznego, więc można analizować ciała niebieskie tradycyjnymi metodami chemii.

Nie zawsze łatwo rozróżnić te dwa defekty proroka. Np. ruch Ziemi wydawał się pomysłem równie fantastycznym jak latanie. Jeśli Ziemia krąży wokół Słońca, to dlaczego gwiazdy nie zataczają w okresie rocznym elips na niebie? (Chodzi o tzw. paralaksę roczną, patrząc z różnych punktów orbity Ziemi powinniśmy widzieć daną gwiazdę w różnych kierunkach – jej tor na niebie powinien być rzutem orbity Ziemi).

paralaksa

Wyobrażano sobie, że gwiazdy są znacznie bliżej, bo czemu miałyby być tak niesłychanie daleko? Pierwsi kopernikanie, Kepler i Galileusz, bezskutecznie starali się wykryć paralaksę roczną, mając nadzieję na uciszenie oponentów. Paralaksę udało się zmierzyć dopiero w XIX wieku, gdyż kąty, które wchodzą w grę, są poniżej jednej sekundy kątowej (1/3600 stopnia). A więc rozwiązanie istniało, wydawało się tylko trudne do przyjęcia. Wszechświat jest ogromny, wyrażanie jego rozmiarów w metrach czy innych „ludzkich” jednostkach prowadzi do niebywale dużych liczb.
Podobna sytuacja przydarzyła się w odniesieniu do wieku Ziemi i stałości gatunków w czasach Darwina. Znano wiele skamieniałości, wskazywały one ogólnie biorąc, że gatunki bliższe nam w czasie są bardziej podobne do żyjących dziś. Wystarczyło tylko connect the dots – połączyć kropki. A jednak idea stopniowych transformacji zwierząt i roślin wydawała się niemal wszystkim uczonym absurdalna. Richard Owen, krytykując Darwina (którego traktował protekcjonalnie jako nieźle piszącego gawędziarza, lecz naukowego dyletanta), przytaczał dane, iż w ciągu 30 000 lat polipy koralowca nie zmieniły się, ergo: gatunki się nie zmieniają. Darwin mówił o 300 milionach lat, ale został zakrzyczany przez ekspertów, więc pokornie nie wdawał się potem w żadne szacowania. Dziś wiemy, że życie istnieje niemal tak długo jak Ziemia, skala czasu liczona jest w miliardach lat (i oczywiście należy kropki łączyć). Dla człowieka 100 lat to długo, ale ewolucja właśnie wymaga bardzo wielu pokoleń, a więc czasu w naszej skali niezwykle długiego.
Jeszcze trudniej przychodziło uczonym uwierzyć, że przodkiem człowieka może być jakaś małpa. Thomas H. Huxley pierwszy wykonał rysunek pokazujący mniej więcej, jak to się stało. Łatwiej było mu przekonać robotników i rzemieślników na popularnych wykładach niż kolegów naukowców.

Frontispis Huxleya1

Mamy następujące prawo Clarke’a:

Gdy wybitny, lecz niemłody uczony twierdzi, że coś jest możliwe, niemal na pewno ma rację. Jeśli natomiast twierdzi, że coś jest niemożliwe, to jest bardzo prawdopodobne, że się myli.

Dodałbym do tego, że prawda nie zawsze najlepiej się czuje pod profesorskim biretem, a niemal każdy ekspert ma ludzką, arcyludzką słabość, by wypowiadać się na tematy, których nie przemyślał zbyt głęboko albo które są mu obce. To niebezpieczne zwłaszcza dziś, gdy mamy ekspertów od wszystkiego i nikt się na niczym nie zna (oczywiście, oprócz swojej wąskiej specjalności naukowej). Poza tym eksperci zwykle funkcjonują w środowisku innych specjalistów i myślą podobnie do nich. Z jednej strony to konieczność: delikatny mechanizm oceny, czy ktoś jest ekspertem i nie bredzi, musi być społeczny i ograniczony do specjalistów. Z drugiej jednak strony zbiorowa mądrość to oksymoron. To, co się nieźle sprawdza w codziennym funkcjonowaniu nauki, zawodzi w przypadkach najważniejszych: gdy jest coś naprawdę ważnego do odkrycia. Nie przypadkiem Kopernik i Darwin byli outsiderami, a Einstein pierwszego fizyka teoretyka zobaczył (jak sam mówił) w wieku trzydziestu lat.

Richard Owen i hipokamp mniejszy, czyli: Co nas różni od małpy? (1857-1863)

Owen był w tych latach szanowanym anatomem i paleontologiem po pięćdziesiątce, m.in. wprowadził do nauki wymarłe gady, które znamy jako dinozaury. Zaciekle przeciwstawiał się jednak wszelkim poglądom ewolucyjnym, podobieństwa w budowie różnych zwierząt świadczyły jego zdaniem o tym, że zostały one stworzone według jednolitego planu: Stwórca pragnął zaoszczędzić sobie pracy, korzystał więc z jednego schematu, który dostosowywał do różnych sytuacji – tak jak fabryki używają gotowych podzespołów do różnych produktów. Krótko mówiąc, Owen był znakomitym fachowcem, lecz religijnie obciążonym. Elita brytyjskiej nauki podzielała jego uprzedzenia, toteż uniwersytet w Cambridge w roku 1859 – a więc w roku ukazania się O pochodzeniu gatunków – przyznał Owenowi doktorat honorowy.

Richard_Owen_1856

Owen z czaszką krokodyla

 

Przy tej okazji Owen przypomniał swe poglądy i przedstawił klasyfikację kręgowców. Człowiek tworzył w niej osobny rząd: dwurękie. Zdaniem Owena mózg człowieka różni się anatomicznie od mózgu małp kilkoma cechami, w tym zwłaszcza posiadaniem niewielkiej struktury nazywanej wówczas hippocampus minor – hipokamp mniejszy (dziś terminologia ta została zarzucona). Miała to być uchwytna, jakościowa różnica między człowiekiem a małpami. Dzieło Boże obdarzone duszą posiada także hipokamp mniejszy.

Gray739-emphasizing-hippocampus-minor

Uczeni kierujący się w swej działalności poglądami religijnymi niezmiennie lądowali w oparach absurdu, nawet gdy przypadkiem kawałek drogi przebyli we właściwym kierunku. Na etapie wysuwania hipotez inspirować się można wszystkim, także religią, bo ważne jest wówczas myślenie niestandardowe, choćby i nie do końca logiczne. Ostatecznie jednak Pismo Święte i teologia nie zawierają niczego pożytecznego dla nauki i wszelkie próby uzgadniania nauki z religią kończyły się porażką dla nauki (bo wierze religijnej prawdopodobnie nie może zaszkodzić nic). Ponieważ Owen głęboko wierzył w swoje tezy i zażarcie ich bronił, więc nadszarpnął mocno swoją reputację. Najpierw Thomas H. Huxley wykazał, że małpy także mają hipokamp mniejszy. Zauważono także, że Owen posługiwał się błędnymi rysunkami, sprostowanymi później przez badaczy. Różnice między nami a małpami są mniejsze, niż chciałaby większość ludzi. Istnienie duszy rozumnej jest tak samo wątpliwe jak istnienie owego hipokampu mniejszego jedynie u ludzi.

Water-babies_2

 

Przedsięwzięcie Owena było czystą donkiszoterią, gdyby wszystkie różnice między człowiekiem a małpą miały się sprowadzać do kilku fałd w mózgu, to nie warto o nie kruszyć kopii. Śmieszność sporu o hipokamp uwydatnił Charles Kingsley w swojej bajce pt. The Water-Babies, której bohaterem jest kominiarczyk zamieniony w wodne dziecko. Profesor Ptthmllnsprts (Put-them-all-in-spirits: Wsadź je wszystkie do spirytusu) wygłasza tam tezę: „Jeśli posiadasz w mózgu hippopotamus major, to nie jesteś małpą (…) Mógłbyś sobie myśleć, że są inne, ważniejsze różnice między tobą i małpą, jak zdolność mowy, budowania maszyn, odróżniania dobra od zła, umiejętność modlitwy i inne drobne rzeczy tego rodzaju; ale wszystko to są dziecinne mrzonki, mój drogi. Wszystko zależy od testu na hippopotamus. Jeśli posiadasz w mózgu hippopotamus major, nie jesteś małpą, choćbyś miał cztery ręce, nie miał stóp i był bardziej małpi od małp ze wszystkich małpiarni świata. Ale jeśli hippopotamus major zostanie kiedyś odkryty w mózgu choćby jednej małpy, nic nie uratuje twej pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-prababki od uznania za małpę”.

Kingsley był pastorem i zarazem jednym z pierwszych zwolenników teorii Darwina. Jego umiarkowane poglądy były jednak uważane przez wielu zagorzałych chrześcijan za zdradę świętego tekstu i może jeszcze bardziej świętej ignorancji. Do rozpowszechnienia idei, że jesteśmy spokrewnieni z małpami bardzo się też przyczyniły ogrody zoologiczne, gdzie każdy sam się mógł przekonać, jak blisko nam do mieszkańców małpiarni.

Zoological Garden - The Monkey House

Gustav Doré, W małpiarni, 1872.

Oczy szeroko zamknięte: Charles Darwin i jego uczeni koledzy

Czemu akurat Charles Darwin odkrył teorię ewolucji? Właściwie różne teorie ewolucji pojawiały się już wcześniej. Darwin zaproponował tylko kolejną, lepszą naukowo i opartą na większej liczbie faktów. Ważną rolę odegrało jego przekonanie, że człowiek nie jest oddzielony od zwierząt nieprzekraczalną barierą. Jak się wydaje, brało się to u niego częściowo z nieprzyswojenia nauk religijnych, a częściowo z intuicji i bezpośredniego obcowania ze zwierzętami: był człowiekiem wsi, paniczem, który namiętnie polował przez cały sezon łowiecki. Z czasem zresztą zabijanie zwierząt przychodziło mu coraz trudniej, coraz bardziej dostrzegał w nich naszych krewnych, nawet jeśli bardzo dalekich. Poglądy takie obce były wszystkim niemal gorliwym chrześcijanom, a tacy stanowili większość uczonych brytyjskich.

„Wymarli teologowie ścielą się u kolebki każdej z nauk, jak zduszone węże u kolebki Herkulesa. (…) Kościół to Burbonowie świata myśli. Niczego się nie uczy i niczego nie potrafi zapomnieć, i choć w chwili obecnej jest oszołomiony i lęka się wykonać jakiś ruch, to tak jak zawsze gotów jest się upierać, że pierwszy rozdział Księgi Rodzaju to alfa i omega wszelkiej zdrowej nauki…” [T.H. Huxley, 1860, recenzja O powstawaniu gatunków Ch. Darwina].

Huxley dość brutalnie formułuje myśli, ale może dlatego, że przyszło mu żyć w kraju, gdzie wpływy Kościoła na cały establishment były ogromne: począwszy od profesorów w Oxfordzie i Cambridge, przez najróżniejsze stanowiska politycze, a na prasie skończywszy, wszędzie dominował Kościół anglikański i jego ortodoksja. Ludzi o innych poglądach tolerowano, lecz niełatwo dopuszczano do elity. Pomijając jednak brutalność, Huxley ma rację: niejednokrotnie w historii badacze wkraczali na terytorium zastrzeżone dla teologów i za każdym razem okazywało się, że Biblia nie ma nic wspólnego z rzetelną wiedzą. Ci, którzy kierowali się skrupułami religijnymi, zazwyczaj przegrywali jako badacze. Jeśli Bóg coś chciał nam przekazać, to z pewnością nic na tematy naprawdę ważne, gdy chcemy zrozumieć świat i samych siebie: jak zbudowany jest wszechświat; jak funkcjonują żywe organizmy; na czym polega dziedziczenie, po co nam taki duży mózg.

Charles Darwin nie tylko nie był wojującym antyklerykałem, ale nie był nawet wojującym ewolucjonistą. W ogóle nie miał wojowniczej natury, obracał się wśród gentlemanów, a więc nie wypadało mu się afiszować ze skrajnymi poglądami. Miał zresztą początkowo zostać pastorem, po to studiował w Cambridge – plebanię na wsi łatwo byłoby pogodzić z zainteresowaniem przyrodą, pełno było w Anglii takich pastorów-przyrodników, czasem zresztą bywali oni poważnymi badaczami, a nie tylko hobbistami. W zasadzie Darwin chciał wierzyć we wszystkie opowieści biblijne – tak byłoby prościej. Jednak jako przyrodnik nie bardzo mógł. Z jego własnych studiów geologicznych wynikało, że kontynenty są bardzo stare, nie ma mowy o biblijnym wieku 6 000 lat. Darwin potrzebował milionów lat, dlatego kwestia wieku Ziemi była dla niego ważna. Zwierzęta i rośliny ulegały transmutacjom – tak wtedy nazywano ewolucję. Gatunki ulegały zmianom, widać to było na przykład na wyspach Galapagos, gdzie różne wyspy miały swoje odmiany żółwi słoniowych, ptaków i roślin. Czasami nawet kilka zbliżonych gatunków zasiedlało to samo środowisko: wyglądało to raczej na skutek działania praw, a nie jakąś szczególnie ożywioną aktywność Stwórcy. „Zgadzamy się, że satelity, planety, słońca, wszechświat, całe systemy wszechświatów rządzone są za pomocą praw, ale pragniemy, aby każdy najdrobniejszy owad został stworzony za pomocą osobnego aktu, od razu w gotowej postaci, zaopatrzony w instynkty, swoje miejsce w przyrodzie i zasięg występowania (…) Człowiek dziki nie podziwia maszyny parowej, lecz kawałek kolorowego szkiełka i podziwia jego stwórcę. Nasze zdolności są bardziej odpowiednie do tego, by uznać za cudowną budowę chrząszcza raczej niż wszechświata” [Notatnik N, s. 36]. Na działanie praw w przyrodzie, także ożywionej, panowała w zasadzie zgoda wśród brytyskich przyrodników. Punktem spornym było, w którym miejscu kończy się nauka, a zaczynają prawdy objawione, na temat których powinniśmy jedynie, pełni rewerencji, milczeć. Nikt np. nie chciał zgodzić się, aby nawet hipotetycznie rozważać pochodzenie człowieka od zwierząt. Darwin od początku nie miał z tym żadnego kłopotu. Wielebny William Whewell, w swoim czasie Second Wrangler w matematyce, geolog, teolog, filozof, członek i potem przełożony Trinity College w Cambridge, był w roku 1838 przewodniczącym Królewskiego Towarzystwa Geologicznego. Geolodzy zajmowali się również skamieniałościami, właśnie odkryto nowe małpy kopalne we Francji i w Indiach. Philippe Charles Schmerling kilka lat wcześniej odkrył szczątki neandertalczyka (jak wiemy to dziś). Popularne czasopisma spekulowały na temat wyglądu owego człowieka kopalnego.

lemagasin1

„Le magasin universel” (1838)

Czy wszystko to mogło zmienić poglądy na pochodzenie człowieka? Zdaniem Whewella: nic – początki życia i człowieka to nie problemy dla geologii, czy jakiejkolwiek innej nauki. „Gradacja formy pomiędzy człowiekiem a innymi zwierzętami, gradacja, którą wszyscy dostrzegamy i która nie powinna nas dziwić tylko dlatego, że ukazał się jakiś nowy jej aspekt, jest jedynie drobną i, jak sądzę, nieistotną cechą, gdy przyglądamy się wielkiemu zagadnieniu pochodzenia człowieka” [„Proceedings of the Geological Society”, t. 2 (1838), s. 642]. A więc wszystko to, co widzimy, patrząc na małpy żywe i kopalne, wcale nie znaczy, że są one do nas podobne, człowiek to zupełnie inna opowieść.

Editorial_cartoon_depicting_Charles_Darwin_as_an_ape_(1871)

Wielebny Orangutan, karykatura z „The Hornet”, 1873.

Darwin, sekretarz tego Towarzystwa, pozwolił sobie na polemikę z Whewellem, ale jedynie w notatniku: „Jeśli jednak wszystkie inne zwierzęta powstały w taki sposób, to człowiek byłby cudem” [Notatnik C, s. 55] – chodziło mu o to, że trudno sobie wyobrazić działanie ewolucji ograniczone tylko do innych gatunków, lecz nie obejmujące człowieka. Teoria ewolucji była wciąż w fazie eksperymentu myślowego i znamy ją z tego okresu jedynie z fragmentów w notatnikach. Darwin chodził do ZOO przyglądać się samicy orangutana Jenny, obserwował też zachowanie własnych dzieci: kiedy chwytają, na co reagują, jakie wykonują grymasy itd. Skoro ludzie byli częścią natury, to może także ich wierzenia religijne są skutkiem ewolucji? „Gdyby myślenie (a właściwie pragnienia) były dziedziczne? Trudno sobie wyobrazić, aby cokolwiek oprócz budowy mózgu było dziedziczne (…) – miłość boga jako skutek budowy [mózgu], och ty materialisto!” [Notatnik C, s. 166] – strofował sam siebie Darwin. Teoria ewolucji dawała mu sekretną przyjemność spoglądania na fakty w nowym oświetleniu: skąd się biorą grymasy i miny u ludzi – czy małpy mają podobne? Dlaczego ręka człowieka i skrzydło ptaka są tak podobne w budowie? Wiele faktów znano przed nim, Darwin jedynie spojrzał na nie z nowego punktu widzenia. Tam gdzie wszyscy widzieli kaczkę, on dostrzegał królika.

philsc1

 

Thomas Kuhn zwrócił kiedyś uwagę, jak ważna jest taka zmiana punktu widzenia.

Długo zwlekał z ogłoszeniem swoich poglądów. Książka O pochodzeniu gatunków miała powstać dwadzieścia lat później. Czy obawiał się reakcji uczonych i Kościoła? Z pewnością nie chciał sławy skandalisty. Przez wiele lat pracował nad setkami szczegółów, żeby jego teoria, kiedy już się ukaże, była czymś więcej niż błyskotliwym pomysłem. Takim ewolucjonistą wizjonerem był jego dziadek Erasmus, Charles chciał wywołać rzeczową dyskusję wśród ekspertów. Mógł się także obawiać, że wrogie przyjęcie teorii transmutacji odbije się na statusie jego żony i dzieci. Religia była między małżonkami drażliwym punktem, Emma głęboko wierzyła w życie przyszłe i cierpiała, myśląc, że zostanie w nim oddzielona od męża. Byli zgranym małżeństwem, choć ich związek w niczym nie przypominał dzisiejszych miłości. Kiedy poprosił ją o rękę, była szczerze i autentycznie zaskoczona, wcześniej bowiem nic nie wskazywało na takie zamiary. Znali się od dziecka, byli kuzynami, mieli wspólnego dziadka Erasmusa, ale nigdy nie widziała, aby ją wyróżniał – aż do dnia oświadczyn. Darwin nie chciał sprawiać żonie przykrości, ale nie mógł też zmienić swoich przekonań. Zwlekał. Mikołaj Kopernik czekał trzydzieści lat z opublikowaniem swej teorii, więc dwadzieścia lat Darwina nie jest rekordem.

Podejrzewam, że był jeszcze jeden powód długiego zwlekania Darwina: chciał dłużej w samotności oglądać swojego królika, nie musząc wyjaśniać, czemu to nie jest kaczka.