Szczęśliwy błąd Charlesa Darwina: Glen Roy (1838)

Zwykle opowiadam o sukcesach nauki. Robię to z kilku przynajmniej powodów: nauka to jedyna dziedzina, w której postęp jest niewątpliwy i bezdyskusyjny; zawsze warto mówić o autentycznych sukcesach; sukcesy naukowe są pożyteczne dla całej ludzkości itd. Czasem także porażki i błędy do czegoś się przydają, i to nie tylko jako przestroga na przyszłość. Tzn. sam błąd jest tylko błędem – i tak jak zło w teologii chrześcijańskiej nie jest samodzielnym bytem, ale, by tak rzec, dziurą czy luką w bycie. Jednak wybitni uczeni w swoich najlepszych latach popełniali zwykle mnóstwo błędów. Oczywiście, popełniali nie same tylko błędy (dlatego ich pamiętamy), a poza tym ich błędy były nieraz na poziomie wyższym niż niejeden „sukces” ich kolegów. Ale nadal były to błędy.
Kiedy jesienią 1836 roku Charles Darwin przybił do wybrzeża Anglii i zszedł na ląd w Falmouth, pragnął gorąco zostać uznanym geologiem. Zebrał sporo obserwacji zwłaszcza z Ameryki Południowej, wokół której Beagle krążył przez kilka lat. Jego pragnienie się spełniło, wszedł w środowisko geologów, a nawet zaprzyjaźnił się z Charlesem Lyellem, znanym mu z książek, wybitnym uczonym i ówczesnym przewodniczącym Towarzystwa Geologicznego. Było to zresztą bardzo snobistyczne i elitarne Towarzystwo, geologia była w Anglii niebywale popularna. Charles Lyell mógł się utrzymać z drukowania co roku nowego wydania swoich Principles of Geology – nie sądzę, aby jakikolwiek autor naukowy w Polsce mógł kiedykolwiek dokonać podobnej sztuki (książka Lyella nie była podręcznikiem!).
Lyell cieszył się, że w osobie Darwina znalazł adepta, który gotów jest stosować jego podejście w praktyce. Chodziło o wyjaśnianie przeszłości geologicznej powolnymi, lecz bardzo długotrwałymi procesami. A więc nie jakieś trzęsienia ziemi, pożogi czy biblijny Potop, ale np. powolne podnoszenie się kontynentu Ameryki Południowej (i od czasu do czasu trzęsienia ziemi). Darwin sądził, że znalazł dowody obserwacyjne takiego podnoszenia się kontynentu. W ciągu dwóch lat po zejściu na ląd zajmował się najwięcej geologią, choć w notatnikach rozwijał pewną niezbyt ortodoksyjną teorię dotyczącą transmutacji gatunków: w myśl tej teorii żywe organizmy były ze sobą spokrewnione. Wiemy, co z tego wynikło. Lyellowskie podejście do geologii było dla Darwina dobrym punktem wyjścia, ponieważ epoki geologiczne musiały trwać długo, skoro zmiany zachodziły bardzo powoli. A jeśli trwały długo, to był wystarczająco dużo czasu, aby np. ze wspólnego przodka wyewoluowały zwierzęta tak różne jak koń, mysz, tapir i słoń (przykład Darwina).
Charles Darwin chciał także wnieść swój wkład do geologii Wielkiej Brytanii. Wybrał się więc w roku 1838 do Szkocji do doliny Glen Roy, gdzie znajdowały się słynne równoległe tarasy.

 

Glen_Roy_18392Są to ułożone wzdłuż poziomic półki skalne biegnące wzdłuż zbocza. Tłumaczono je obecnością w tym miejscu jeziora, które kilkakrotnie zmieniało swój poziom. Darwin uznał, że półki te są dawnymi plażami morskimi i podobnie jak w Ameryce Południowej plaże te stopniowo się podniosły razem z całym lądem. W Ameryce Południowej mógł na takich obszarach znaleźć skamieniałości mięczaków, w Glen Roy nie było ani śladu muszli. Tarasy takie jak w Glen Roy nie występowały w sąsiednich dolinach: czemu morze miałoby zatopić jedną dolinę, nie zalewając sąsiednich? Oczywiście, były to trudności, ale Charles, przekonany, że ma rację, jakoś te wszystkie trudności objaśnił. Pisał do Lyella: „Nabrałem przekonania (mimo pewnych wątpliwości na początku), że tarasy są plażami morskimi; mimo że nie mogłem znaleźć ani jednej muszli, sądzę, że potrafię wyjaśnić większość, jeśli nie wszystkie trudności” – no właśnie: I can explain away most, if not all, the difficulties (to wspaniały czasownik: explain away). Napisał o Glen Roy bardzo długi artykuł: ponad czterdzieści stron w „Philosophical Transactions”. Dzięki temu artykułowi wybrano go do Towarzystwa Królewskiego, od czasów Isaaca Newtona najbardziej prestiżowego towarzystwa naukowego na Wyspach. Kiedy dwa lata później w te same góry przyjechał Louis Agassiz i znalazł ślady działalności lodowców, Darwin uznał, że to nieprawda. Napisał nawet długą pracę, w której dowodził, że w Ameryce Południowej głazy narzutowe wzięły się z gór lodowych, nie lodowców: a więc tereny te zalewało morze. Znalazł ślady lodowców w Walii – była to jego ostatnia wyprawa w teren (1842). Zatem lodowce mogły występować wszędzie, byle nie w „jego” Ameryce Południowej i nie w Glen Roy.
No dobrze, popełnił błąd, a potem się przy nim upierał, po co się nad nim znęcać… Otóż, sądzę, że Glen Roy było produktem ubocznym pewnego istotnego stanu ducha. Darwin w roku 1838 niemal szybował, nie dotykając ziemi, tryskał pomysłami i nie obchodziło go, dokąd zaprowadzą. Był w tym okresie wszystkim, lecz nie obiektywnym obserwatorem. Był skrajnie stronniczy, widział problemy wyłącznie ze swojej perspektywy. Wierzył w siebie i swoje pomysły. Niedługo po Glen Roy przeczytał Malthusa i wpadł na najważniejszy pomysł swego życia: to znaczy powziął ideę doboru naturalnego. Jego teoria miała istotne luki (części z nich nie udało mu się zresztą usunąć ani wtedy, ani później), ale mógł nad nimi przejść do porządku dziennego, podając jakieś lepsze czy gorsze wyjaśnienie (znowu: explain away). Nawet ożenić się postanowił w tym właśnie roku (co zresztą także było w jego przypadku świetnym pomysłem, bo potrzebował później stałej opieki). W ogólnym bilansie Glen Roy nie było zbyt wygórowaną ceną za teorię ewolucji.

Oczy szeroko zamknięte: Charles Darwin i jego uczeni koledzy

Czemu akurat Charles Darwin odkrył teorię ewolucji? Właściwie różne teorie ewolucji pojawiały się już wcześniej. Darwin zaproponował tylko kolejną, lepszą naukowo i opartą na większej liczbie faktów. Ważną rolę odegrało jego przekonanie, że człowiek nie jest oddzielony od zwierząt nieprzekraczalną barierą. Jak się wydaje, brało się to u niego częściowo z nieprzyswojenia nauk religijnych, a częściowo z intuicji i bezpośredniego obcowania ze zwierzętami: był człowiekiem wsi, paniczem, który namiętnie polował przez cały sezon łowiecki. Z czasem zresztą zabijanie zwierząt przychodziło mu coraz trudniej, coraz bardziej dostrzegał w nich naszych krewnych, nawet jeśli bardzo dalekich. Poglądy takie obce były wszystkim niemal gorliwym chrześcijanom, a tacy stanowili większość uczonych brytyjskich.

„Wymarli teologowie ścielą się u kolebki każdej z nauk, jak zduszone węże u kolebki Herkulesa. (…) Kościół to Burbonowie świata myśli. Niczego się nie uczy i niczego nie potrafi zapomnieć, i choć w chwili obecnej jest oszołomiony i lęka się wykonać jakiś ruch, to tak jak zawsze gotów jest się upierać, że pierwszy rozdział Księgi Rodzaju to alfa i omega wszelkiej zdrowej nauki…” [T.H. Huxley, 1860, recenzja O powstawaniu gatunków Ch. Darwina].

Huxley dość brutalnie formułuje myśli, ale może dlatego, że przyszło mu żyć w kraju, gdzie wpływy Kościoła na cały establishment były ogromne: począwszy od profesorów w Oxfordzie i Cambridge, przez najróżniejsze stanowiska politycze, a na prasie skończywszy, wszędzie dominował Kościół anglikański i jego ortodoksja. Ludzi o innych poglądach tolerowano, lecz niełatwo dopuszczano do elity. Pomijając jednak brutalność, Huxley ma rację: niejednokrotnie w historii badacze wkraczali na terytorium zastrzeżone dla teologów i za każdym razem okazywało się, że Biblia nie ma nic wspólnego z rzetelną wiedzą. Ci, którzy kierowali się skrupułami religijnymi, zazwyczaj przegrywali jako badacze. Jeśli Bóg coś chciał nam przekazać, to z pewnością nic na tematy naprawdę ważne, gdy chcemy zrozumieć świat i samych siebie: jak zbudowany jest wszechświat; jak funkcjonują żywe organizmy; na czym polega dziedziczenie, po co nam taki duży mózg.

Charles Darwin nie tylko nie był wojującym antyklerykałem, ale nie był nawet wojującym ewolucjonistą. W ogóle nie miał wojowniczej natury, obracał się wśród gentlemanów, a więc nie wypadało mu się afiszować ze skrajnymi poglądami. Miał zresztą początkowo zostać pastorem, po to studiował w Cambridge – plebanię na wsi łatwo byłoby pogodzić z zainteresowaniem przyrodą, pełno było w Anglii takich pastorów-przyrodników, czasem zresztą bywali oni poważnymi badaczami, a nie tylko hobbistami. W zasadzie Darwin chciał wierzyć we wszystkie opowieści biblijne – tak byłoby prościej. Jednak jako przyrodnik nie bardzo mógł. Z jego własnych studiów geologicznych wynikało, że kontynenty są bardzo stare, nie ma mowy o biblijnym wieku 6 000 lat. Darwin potrzebował milionów lat, dlatego kwestia wieku Ziemi była dla niego ważna. Zwierzęta i rośliny ulegały transmutacjom – tak wtedy nazywano ewolucję. Gatunki ulegały zmianom, widać to było na przykład na wyspach Galapagos, gdzie różne wyspy miały swoje odmiany żółwi słoniowych, ptaków i roślin. Czasami nawet kilka zbliżonych gatunków zasiedlało to samo środowisko: wyglądało to raczej na skutek działania praw, a nie jakąś szczególnie ożywioną aktywność Stwórcy. „Zgadzamy się, że satelity, planety, słońca, wszechświat, całe systemy wszechświatów rządzone są za pomocą praw, ale pragniemy, aby każdy najdrobniejszy owad został stworzony za pomocą osobnego aktu, od razu w gotowej postaci, zaopatrzony w instynkty, swoje miejsce w przyrodzie i zasięg występowania (…) Człowiek dziki nie podziwia maszyny parowej, lecz kawałek kolorowego szkiełka i podziwia jego stwórcę. Nasze zdolności są bardziej odpowiednie do tego, by uznać za cudowną budowę chrząszcza raczej niż wszechświata” [Notatnik N, s. 36]. Na działanie praw w przyrodzie, także ożywionej, panowała w zasadzie zgoda wśród brytyskich przyrodników. Punktem spornym było, w którym miejscu kończy się nauka, a zaczynają prawdy objawione, na temat których powinniśmy jedynie, pełni rewerencji, milczeć. Nikt np. nie chciał zgodzić się, aby nawet hipotetycznie rozważać pochodzenie człowieka od zwierząt. Darwin od początku nie miał z tym żadnego kłopotu. Wielebny William Whewell, w swoim czasie Second Wrangler w matematyce, geolog, teolog, filozof, członek i potem przełożony Trinity College w Cambridge, był w roku 1838 przewodniczącym Królewskiego Towarzystwa Geologicznego. Geolodzy zajmowali się również skamieniałościami, właśnie odkryto nowe małpy kopalne we Francji i w Indiach. Philippe Charles Schmerling kilka lat wcześniej odkrył szczątki neandertalczyka (jak wiemy to dziś). Popularne czasopisma spekulowały na temat wyglądu owego człowieka kopalnego.

lemagasin1

„Le magasin universel” (1838)

Czy wszystko to mogło zmienić poglądy na pochodzenie człowieka? Zdaniem Whewella: nic – początki życia i człowieka to nie problemy dla geologii, czy jakiejkolwiek innej nauki. „Gradacja formy pomiędzy człowiekiem a innymi zwierzętami, gradacja, którą wszyscy dostrzegamy i która nie powinna nas dziwić tylko dlatego, że ukazał się jakiś nowy jej aspekt, jest jedynie drobną i, jak sądzę, nieistotną cechą, gdy przyglądamy się wielkiemu zagadnieniu pochodzenia człowieka” [„Proceedings of the Geological Society”, t. 2 (1838), s. 642]. A więc wszystko to, co widzimy, patrząc na małpy żywe i kopalne, wcale nie znaczy, że są one do nas podobne, człowiek to zupełnie inna opowieść.

Editorial_cartoon_depicting_Charles_Darwin_as_an_ape_(1871)

Wielebny Orangutan, karykatura z „The Hornet”, 1873.

Darwin, sekretarz tego Towarzystwa, pozwolił sobie na polemikę z Whewellem, ale jedynie w notatniku: „Jeśli jednak wszystkie inne zwierzęta powstały w taki sposób, to człowiek byłby cudem” [Notatnik C, s. 55] – chodziło mu o to, że trudno sobie wyobrazić działanie ewolucji ograniczone tylko do innych gatunków, lecz nie obejmujące człowieka. Teoria ewolucji była wciąż w fazie eksperymentu myślowego i znamy ją z tego okresu jedynie z fragmentów w notatnikach. Darwin chodził do ZOO przyglądać się samicy orangutana Jenny, obserwował też zachowanie własnych dzieci: kiedy chwytają, na co reagują, jakie wykonują grymasy itd. Skoro ludzie byli częścią natury, to może także ich wierzenia religijne są skutkiem ewolucji? „Gdyby myślenie (a właściwie pragnienia) były dziedziczne? Trudno sobie wyobrazić, aby cokolwiek oprócz budowy mózgu było dziedziczne (…) – miłość boga jako skutek budowy [mózgu], och ty materialisto!” [Notatnik C, s. 166] – strofował sam siebie Darwin. Teoria ewolucji dawała mu sekretną przyjemność spoglądania na fakty w nowym oświetleniu: skąd się biorą grymasy i miny u ludzi – czy małpy mają podobne? Dlaczego ręka człowieka i skrzydło ptaka są tak podobne w budowie? Wiele faktów znano przed nim, Darwin jedynie spojrzał na nie z nowego punktu widzenia. Tam gdzie wszyscy widzieli kaczkę, on dostrzegał królika.

philsc1

 

Thomas Kuhn zwrócił kiedyś uwagę, jak ważna jest taka zmiana punktu widzenia.

Długo zwlekał z ogłoszeniem swoich poglądów. Książka O pochodzeniu gatunków miała powstać dwadzieścia lat później. Czy obawiał się reakcji uczonych i Kościoła? Z pewnością nie chciał sławy skandalisty. Przez wiele lat pracował nad setkami szczegółów, żeby jego teoria, kiedy już się ukaże, była czymś więcej niż błyskotliwym pomysłem. Takim ewolucjonistą wizjonerem był jego dziadek Erasmus, Charles chciał wywołać rzeczową dyskusję wśród ekspertów. Mógł się także obawiać, że wrogie przyjęcie teorii transmutacji odbije się na statusie jego żony i dzieci. Religia była między małżonkami drażliwym punktem, Emma głęboko wierzyła w życie przyszłe i cierpiała, myśląc, że zostanie w nim oddzielona od męża. Byli zgranym małżeństwem, choć ich związek w niczym nie przypominał dzisiejszych miłości. Kiedy poprosił ją o rękę, była szczerze i autentycznie zaskoczona, wcześniej bowiem nic nie wskazywało na takie zamiary. Znali się od dziecka, byli kuzynami, mieli wspólnego dziadka Erasmusa, ale nigdy nie widziała, aby ją wyróżniał – aż do dnia oświadczyn. Darwin nie chciał sprawiać żonie przykrości, ale nie mógł też zmienić swoich przekonań. Zwlekał. Mikołaj Kopernik czekał trzydzieści lat z opublikowaniem swej teorii, więc dwadzieścia lat Darwina nie jest rekordem.

Podejrzewam, że był jeszcze jeden powód długiego zwlekania Darwina: chciał dłużej w samotności oglądać swojego królika, nie musząc wyjaśniać, czemu to nie jest kaczka.

Inteligencja Charlesa Darwina

Sam miał o niej niewysokie mniemanie: „Nie odznaczam się ani wielką lotnością pojmowania, ani bystrością (…) Moja zdolność do śledzenia długiego i abstrakcyjnego toku myślowego jest bardzo ograniczona, nigdy zresztą nie osiągnąłem niczego w metafizyce lub matematyce”. W Cambridge pod koniec trzyletnich studiów najzdolniejsi próbowali sił w tripos – konkursowym kilkudniowym egzaminie końcowym z matematyki. Zwycięzca: Senior Wrangler, albo ci, którzy zajęli wysokie miejsce, byli bardzo fetowani, znajdujemy wśród nich wielu znanych uczonych, jak James Clerk Maxwell, William Thomson, John Herschel, Arthur Cayley, czy John Couch Adams, który jednocześnie z Leverrierem wykrył nową planetę za pomocą obliczeń (potem wystarczyło już tylko spojrzeć we wskazanym kierunku, planetą był Neptun).
Charles Darwin nawet nie próbował zdawać trudniejszej matematyki, miał kłopoty ze zwykłą algebrą, np. z usuwaniem niewymierności z mianownika albo z dwumianem Newtona (który niewiele ma wspólnego z Isaakiem Newtonem, ale to już inna historia). Musiał więc czuć się w Cambridge niezbyt pewnie – nawet profesorowie geologii, Adam Sedgwick, i botaniki, John Stevens Henslow, mieli w swoim czasie niezłe wyniki w tripos. Teolog, William Paley, z którego książek uczył się Darwin do swoich egzaminów, był w swoim czasie Senior Wranglerem.
Studia Darwin zapamiętał jako miły okres wesołych kolacji z przyjaciółmi i konnych wycieczek, poza tym zbierał w tym czasie namiętnie chrząszcze. Właściwie robił to nie do końca naukowo, bardziej zależało mu na posiadaniu jak najrzadszych okazów niż na badaniu ich życia. Był jednak skrupulatny, prowadził notatki do swoich zbiorów, uczył się też obserwować. Gdy wyruszał na okręcie Beagle w rejs dookoła świata, był zaawansowanym amatorem przyrodnikiem z dużym upodobaniem do sportów terenowych: polowania, jazdy konnej. Zdążył być na paru wycieczkach geologicznych. Powrócił do Anglii po pięciu latach jako ukształtowany geolog i przyrodnik, który przez te lata nie tylko zbierał próbki i okazy, ale także przeczytał i przemyślał niejedno, przede wszystkim dwa tomy Principles of Geology Charlesa Lyella. Po lekturze pierwszego nabrał przekonania, że procesy geologiczne na Ziemi potrzebowały bardzo długiego czasu – pogląd ten sprawdzał się w terenie. Tom drugi był krytyką ewolucjonizmu w wydaniu Lamarcka. Darwin poznał więc argumenty przeciwko ewolucjonizmowi, ale niezbyt uwierzył Lyellowi. „Jestem (…) marnym krytykiem; praca lub książka, którą czytam po raz pierwszy, budzi zazwyczaj we mnie podziw i dopiero po dłuższym zastanowieniu dostrzegam słabe jej punkty”. Nie był jeszcze ewolucjonistą, ale niezbyt wierzył lekturom, tak samo zresztą jak swoim mistrzom z Cambridge, którzy mocno wierzyli, że organizmy żywe zostały ukształtowane przez Stwórcę z myślą o pewnym celu. Są one rodzajem zegarków skonstruowanych przemyślnie przez Boskiego Zegarmistrza. Darwin niby się z tym zgadzał, ale nie do końca. Niewykluczone, że pomogła mu samotność w podróży: miał czas spokojnie i bez presji z zewnątrz zastanowić się nad różnymi kwestiami: „Od wczesnej młodości moim największym pragnieniem było zrozumienie i wyjaśnienie wszystkiego, cokolwiek podpadało mojej obserwacji, czyli podporządkowanie wszystkich faktów ogólnym prawom”. Widząc krajobraz, zastanawiał się Darwin, jak powstało wszystko, co widzi: skały, rośliny, zwierzęta. Czy kiedyś było tutaj morze? Dlaczego dziś go nie ma? Dlaczego wielkie kopalne zwierzęta Ameryki Południowej są tak podobne do dzisiejszych? Zastanawiał się i latami starał się ułożyć w głowie obraz dawno widzianego krajobrazu czy zwierzęcia tak, aby zrozumieć, jakie prawa nimi rządzą. „Moja gorliwość w obserwowaniu i gromadzeniu faktów była chyba tak wielka, jak to jest w ogóle możliwe”. Podczas podróży znaczyło to, że nie cofał się przed wyprawą w najbardziej oddalony zakątek kraju, jeśli miał nadzieję znaleźć tam coś ciekawego. Całymi tygodniami wędrował z gauchos i dzielił ich tryb życia albo wspinał się na jakieś góry w Ziemi Ognistej, obserwując, jak niewiele żywych organizmów może przetrwać w tak surowym klimacie. W Anglii gromadził już nie zbiory, lecz poglądy, ekspertyzy fachowców, różne ciekawostki znane przez ludzi praktycznych: hodowców, ogrodników, pszczelarzy. Ale także obserwował rozwój własnych dzieci albo chodził do zoo i wszystko skrzętnie zapisywał.

583px-Charles_Darwin_seated_crop

Darwin w roku 1855, cztery lata przed publikacją O powstawaniu gatunków.

 Nigdy się nużył myśleniem o przyrodzie, przeciwnie: to rozrywki, spotkania towarzyskie i teatr, szybko wywoływały u niego zniecierpliwienie. Zorganizował sobie życie tak, żeby jak najmniej rzeczy odrywało go od pracy. Od samego początku tylko on sam wiedział, po co zbiera dane informacje albo okazy, nikt nigdy nie kierował wyborem jego tematów badawczych. A Darwin nie zawsze informował, nawet przyjaciół, czym się zajmuje. Obawiał się, że wielu nie zrozumie jego poglądów i tak ostatecznie było. Poglądy ewolucyjne mają jakąś zdolność irytowania pewnych ludzi, podkopują chyba ich samoocenę. Tak jest nawet dzisiaj, półtora wieku temu w Anglii nie było lepiej, zwłaszcza że Darwin był gentlemanem i nie chciał uchodzić za jakiegoś rewolucjonistę, co to biega z bombą po ulicach. Kościół anglikański zrośnięty był z klasami rządzącymi, większość jego profesorów w Cambridge stanowili duchowni. „Te wszystkie przyczyny razem wzięte złożyły się na cierpliwość w rozważaniu i rozmyślaniu przez lata całe nad jakimś nie wyjaśnionym problemem. O ile mogę sądzić, nie mam skłonności do ślepego naśladowania bliźnich”. Nie miał. Wiktoriański gentleman powinien wyrobić sobie własny pogląd. Ostatecznie ten cichy, codzienny upór i spokojne rozważanie racji za i przeciw własnym pomysłom, gromadzenie faktów, ciągłe układanie ich w logiczną całość pozwoliły mu napisać – po dwudziestu latach zastanawiania się i kilku szkicach – O powstawaniu gatunków. Jak to kiedyś śpiewał Sting: „Be yourself no matter what they say”.

Cytaty Darwina: przeł. S. Skowron, Autobiografia.

Charles Darwin – łaska niewiary

Podobno Charles Darwin porzucił chrześcijaństwo, ale w ostatnim możliwym momencie – tuż przed śmiercią – nawrócił się i dlatego nie wszystko stracił w oczach Pana Zastępów. Tak przynajmniej wymyśliła pobożna niewiasta, lady Hope (trudno o lepsze nazwisko w lepszej sprawie!), która ponoć bywała u sędziwego uczonego niedługo przed śmiercią i wszystko widziała. Miała ona wprawdzie ziemskie długi do spłacenia i szukała rozgłosu, ale gorliwość w obronie wiary, nie raz i nie dwa szła w parze z interesem ekonomicznym. To nic złego, póki mamy Boga w sercu. Amen.

Młody Darwin nie należał do buntowników i wierzył mniej więcej w to, co należy. Nie była to do końca wiara przodków, bo ojciec był mało religijny, a dziadek wcale (kobiety w rodzinie były wprawdzie pobożniejsze, ale niezbyt się liczyły jako wzór dla mężczyzn). Jednak gentleman, z poważnym majątkiem, nie powinien dawać złego przykładu. W zasadzie Charles Darwin pragnął wierzyć w Boga, oczywiście w jego wersji anglikańskiej. Unitarianie z rodziny matki nie byli poważną przeciwwagą: to tylko puchowa poduszka dla upadającego chrześcijanina. Charles nie chciał poduszek ani podpórek. Ale nie był też obrazoburcą. Czy ktoś, kto robi na studiach 200 funtów długu (4 przyzwoite roczne pensje), może być wywrotowcem? Studia były zresztą wstępem do święceń, na które czekał bez entuzjazmu, lecz spokojnie.

Właściwie to chodziło o przyrodę i miękkie serce Charlesa. Charles Darwin starał się być przede wszystkim obserwatorem. Przyroda nie pasuje do żadnych bajek, które ludzie chętnie sobie opowiadali od niepamiętnych czasów.

„Zgadza się z tym, co wiemy o prawach nadanych materii przez Stwórcę, fakt, że stwarzanie i ginięcie form, podobnie jak narodziny i śmierć pojedynczych istot, powinny być wynikiem działania [praw] środków drugiego rzędu. Uwłaczające byłoby przypisywanie Stwórcy niezliczonych systemów światów stworzenie miriada pełzających pasożytów i robaków, od których roiło się w każdym dniu życia na lądzie i w wodzie tego jednego globu. Przestajemy się jednak zdumiewać, jakkolwiek mocno byśmy to potępiali, że pewna grupa zwierząt została specjalnie stworzona po to, aby składać jaja w trzewiach i ciele innych zwierząt, że niektóre zwierzęta radują się okrucieństwem, że zwierzęta bywają zwiedzione fałszywym instynktem, że każdego roku odbywa się ogromne marnotrawstwo jaj i pyłku. Widzimy, jak ze śmierci, głodu, grabieży i skrytej wojny w naturze wywodzi się bezpośrednio najwyższe dobro, jakie możemy sobie wyobrazić: stworzenie zwierząt wyższych” (Esej z 1842 roku w: C. Darwin, The Foundations of the Origin of Species: Two Essays written in 1842 and 1844, F. Darwin (ed.), Cambridge 1909).

Obserwując przyrodę, spotykamy na każdym kroku przejawy koszmarnego okrucieństwa. Nie mógł tego urządzić dobry Bóg, a przynajmniej nie do końca: może pozwolił jedynie działać pewnym prawom. Wskutek działania owych praw wyewoluowała przyroda, jaką znamy, pełna potworności i cudowności zarazem, powstały też inteligencja i moralność, które mogą osądzać świat widzialny. Mechanizm jest okrutny, ale służy dobremu celowi. Nie było to odległe od teodycei Leibniza: Bóg stworzył świat najlepszy spośród możliwych. Nie ingeruje jednak w jego szczegóły, zadowala się podyktowaniem praw ogólnych. Nie on stworzył pluskwiaka benchuca, który ukąsił Darwina w Ameryce Południowej i zostawił mu na pamiątkę nieuleczalną do końca życia chorobę. Benchuca to collateral damage w wojnie przyrody, cena za powstanie zwierząt wyższych i jednego zwierzęcia najwyższego, czyli nas.

charles-robert-darwin-scientists-naturalist

Darwin sądzi, że lepiej dla Stwórcy, jeśli zostanie nieco oddzielony od swoich niektórych stworzeń i nie trzeba będzie winić Go bezpośrednio za wszystkie nieszczęścia i cierpienia. Zalicza do nich cierpienia zwierząt, nie tylko ludzi.

„Toteż rozum nasz wzdraga się przed przypuszczeniem, że jego dobroć nie jest nieograniczona; jakąż bowiem korzyść może przynieść cierpienie milionów niższych zwierząt w ciągu nieskończonego niemal czasu? Ten bardzo stary argument przeciw istnieniu rozumnej pierwszej przyczyny, oparty na istnieniu cierpień, wydaje mi się bardzo poważny” (Autobiografia, przeł. S. Skowron, przekł. nieco zmieniony).

Tyle o dobrym Stwórcy, choć Darwin uważa, iż suma szczęścia w świecie przyrody przeważa nad sumą nieszczęścia – jest to jego intuicyjne przekonanie, wie, że nie sposób tego obliczyć.
Pozostaje jeszcze nie abstrakcyjny Bóg filozofów, ale ten z gorejącego krzaka i Ewangelii.

„Stopniowo jednak dochodziłem do przekonania, że Stary Testament z jego jawnie fałszywą historią świata, z Wieżą Babel, z tęczą jako znakiem itd. i z przypisywaniem Bogu uczuć mściwego tyrana nie jest bardziej wiarygodny niż święte księgi Hindusów lub wierzenia barbarzyńcy. (…) pamiętam, jak wciąż powracałem do marzenia o odkryciu jakichś starych listów sławnych Rzymian albo znalezieniu w Pompei lub gdzie indziej jakichś rękopisów, które by potwierdziły w sposób oczywisty wszystko to, co napisano w Ewangeliach. Lecz nawet przy zupełnej swobodzie, jakiej udzielałem mojej wyobraźni, coraz trudniej było mi wynaleźć dowody, które by przekonywały mnie w stopniu dostatecznym. Stopniowo coraz bardziej owładała mną niewiara, aż wreszcie dokonało się to całkowicie. Postępowało to wszakże tak wolno, że nie odczuwałem żadnego niepokoju i od tego czasu nie wątpiłem nigdy ani przez chwilę, że moje wnioski są prawidłowe. Trudno mi doprawdy pojąć, że ktokolwiek mógłby sobie życzyć, aby wiara chrześcijańska była prawdziwa. Bo gdyby tak było, to bezpośrednia wymowa tego tekstu [tekstu Ewangelii – tłum.] jest jak się zdaje taka, iż ludzie, którzy nie wierzą – a do nich należy zaliczyć mego Ojca, Brata i prawie wszystkich moich najlepszych przyjaciół – są skazani na wieczne potępienie.
A to jest wszak okropna doktryna”. (Autobiografia, przeł. S. Skowron).

 

Czy globalne ocieplenie to bzdura? Pochwała atmosfery

Atmosfera Ziemi jest jak „uszyta na miarę”: chroni nas przed meteorytami, tłumi promieniowanie nadfioletowe, wytwarzające mutacje (np. raka skóry), zapewnia nam tlen niezbędny do oddychania i jest przezroczysta akurat w tym obszarze fal elektromagnetycznych, które widzimy. Oczywiście, od czasów Charlesa Darwina, wiemy, że trzeba spojrzeć na to odwrotnie: na drodze jakiej ewolucji doszło do tej sytuacji. Ochrona przed meteorytami jest np. niepełna, o czym boleśnie przekonały się dinozaury (zostały tylko energooszczędne zwierzątka w rodzaju dzisiejszych ryjówek – nasi prarodzice). Nam też w zasadzie grozi podobny los, jeśli odpowiednio duża asteroida uderzy w Ziemię. Warstwę ozonową, która chroni przed nadfioletem, dość łatwo byłoby zniszczyć, na szczęście przestaliśmy wypuszczać do atmosfery niektóre związki chemiczne, stosowane w celach dość trywialnych: w dezodorantach i lodówkach. Za tlen powinniśmy dziękować naszym braciom mniejszym roślinom, bez nich (bez fotosyntezy) nie moglibyśmy żyć. Widzimy fale elektromagnetyczne o takich długościach, bo nasza gwiazda centralna najwięcej wysyła w tym obszarze widma (byłoby bez sensu mieć oczy wrażliwe na fale, których praktycznie nie ma). To, że dzięki temu możemy widzieć także inne ciała niebieskie jest tylko wspaniałym dodatkiem. A dzięki obserwacjom gwiazd i planet powstała astronomia matematyczna. A dzięki astronomii powstała fizyka, a dzięki fizyce, a później chemii i biologii, powstała nasza cywilizacja w obecnym kształcie.

W sierpniu 1883 roku na wysepce Krakatau w Indonezji wybuchł wulkan. Wskutek tej erupcji i wywołanych nią fal tsunami zginęło 40 000 ludzi. W końcu października w Europie zaczęły się niesamowicie piękne zachody słońca – znaczyło to, że pył wyrzucony do atmosfery podczas erupcji zdążył już przywędrować na umiarkowane szerokości geograficzne (kolory zachodów słońca to głównie skutek rozpraszania Rayleigha). W Wielkiej Brytanii zachody słońca obserwował zafascynowany nimi poeta, żarliwy katolik, Gerald Manley Hopkins. Swoje opisy wysłał do „Nature”: „Ponad zielenią ukazał się czerwony blask, szerszy i bardziej krzepki; był miękko cętkowany i w żebrach czy pasach kolor był bliższy różu, a w prześwitach, gdzie przeświecał błękit nieba, bliższy malwy. Wyżej był niewyraźnie bzowy. Czerwień można było dostrzec najpierw na wysokości 45º nad horyzontem i widziało się w niej promienie, które jeden z patrzących porównał do ludzkiej dłoni. Do 4:45 czerwień wyparła zieleń i stapiając się z resztką pomarańczowego dosięgła horyzontu” (cyt. w: http://publicdomainreview.org/2012/05/28/the-krakatoa-sunsets/). Malarz William Askroft spędził wiele popołudni, malując widoki nieba na brzegu Tamizy w Chelsea, było to dla niego frustrujące doświadczenie: jego sztuka była bezsilna wobec tej ruchomej powodzi kolorów.

7261360630_2085ed432a_o7261360998_60c9500aa6_o

Zachody słońca po erupcji Krakatau pokazały naocznie, że atmosfera jest wspólna dla całej Ziemi. Jeszcze jedną wspaniałą zaletą, za którą winniśmy wdzięczność naszej siostrze atmosferze, jest efekt cieplarniany. Gdyby nie było atmosfery temperatura Ziemi byłaby równa -20º C – tyle wynika z prostego bilansu energii przychodzącej ze Słońca i wysyłanej przez Ziemię. Ilości energii przychodzącej i wysyłanej w jednostce czasu powinny być równe, inaczej Ziemia musi się ogrzewać albo stygnąć. Naprawdę gdyby temperatura była tak niska, na powierzchni Ziemi byłoby dużo lodu, który świetnie odbija światło i w rezultacie mniej światła słonecznego byłoby pochłaniane przez Ziemię, co znaczy, że temperatura byłaby jeszcze niższa.
Nasza atmosfera przepuszcza niemal całkowicie światło widzialne – większą część energii docierającej do nas ze Słońca. Ziemia, a także sama atmosfera, także wysyłają promieniowanie termiczne, ale jest ono w większości podczerwone, gdyż temperatura Ziemi jest 20 razy mniejsza od temperatury Słońca. Atmosfera Ziemi jest jednak nieprzezroczysta w podczerwieni, dzięki parze wodnej i CO2. Bilans energetyczny wygląda w rezultacie tak.

greenhouse1

Ziemia wysyła więcej promieniowania podczerwonego, niż otrzymuje ze Słońca. Bilans energii zarówno „pod atmosferą”, jak i „nad atmosferą” jest zerowy: tyle samo energii przychodzi i ucieka. Jednak atmosfera promieniuje w górę i w dół, dzięki czemu Ziemia może wysyłać więcej energii – a to oznacza, że jej temperatura jest wyższa: zamiast -20º C otrzymalibyśmy +30º C (-20º C będzie teraz temperaturą na skraju atmosfery, a nie na Ziemi). Temperatura wyszła trochę za wysoka, ale to szczegół. Gdybyśmy przyjęli, że nie cała energia wysyłana w podczerwieni przez Ziemię jest pochłaniana przez atmosferę, ale część jej ucieka w kosmos, wynik byłby bardziej realistyczny. Widać o co chodzi: im bardziej nieprzezroczysta atmosfera w podczerwieni, tym wyższa temperatura planety. Efekt ten – efekt cieplarniany – jest zbawienny, bo, powtórzmy, marnie by nam się żyło w temperaturach średnich poniżej -20º C. Tyle, że gdy atmosfera stanie się zanadto nieprzezroczysta w podczerwieni, na Ziemi może stać się zbyt ciepło. Ludzie od XVIII wieku wysłali do atmosfery tyle CO2, że zaczęło to już wpływać na klimat globalny. Możemy stać się ofiarami naszego sukcesu ewolucyjnego i cywilizacyjnego. Oczywiście, przyszłość jest nieznana, bo może też nadlecieć za, powiedzmy, pięćdziesiąt lat duża asteroida i zafundować nam nie tylko piękne zachody słońca, ale w ogóle zimę na dziesięć lat. Wtedy nikt się nie będzie musiał martwić globalnym ociepleniem, zresztą ryjówki mają na to za mały mózg.

Charles Darwin, cień ojca i podróż brygiem Beagle (1831)

„Nic cię nie obchodzi poza strzelaniem, psami i łapaniem szczurów, wstyd przyniesiesz sobie i całej rodzinie” (przeł. S. Skowron) – powiedział kiedyś synowi w chwili gniewu doktor Robert Darwin. Robert Darwin wychowywał samotnie gromadkę swoich dzieci i był człowiekiem dość apodyktycznym, nie mówiąc już o tym, że samą swą posturą – miał niemal 190 cm wzrostu i ważył ponad 150 kg – robił wrażenie na każdym.

sy0911

Jego dwudziestodwuletni syn był młodzieńcem raczej dość lekkomyślnym, poważnie traktował w życiu tylko dwie rzeczy: swoją kolekcję chrząszczy i jesienny sezon myśliwski, w którym zabijał niezliczone kuropatwy, zające, króliki – i wszystko to z pedantyczną dokładnością zapisywał. Miał za sobą nieudany pobyt w Edynburgu, gdzie miał się uczyć na lekarza, ale widok sekcji zwłok, a także operacji przeprowadzanej na dziecku (nie było jeszcze chloroformu do znieczulania pacjentów) sprawił, że przestał zajmować się medycyną. Najchętniej włóczył się po wybrzeżu, zbierając różne okazy zwierząt morskich, albo uczył się wypychać ptaki. Zdał sobie także sprawę, że jego ojciec jest bogaty, więc pewnie nie będzie musiał pracować zawodowo – wtedy już całkiem stracił zapał do medycyny.

574px-Charles_Darwin_by_G._Richmond

Robert Darwin nie dawał jednak tak łatwo za wygraną. Postanowił, że Charles zostanie pastorem. Zainteresowany niezbyt się temu pomysłowi sprzeciwiał: jako pastor wiejski nadal mógłby polować i zbierać chrząszcze. Zaczął studiować w Christ’s College w Cambridge, co było o tyle przyjemne, że do swych ulubionych zajęć dołączył teraz wesołe kolacje z przyjaciółmi (na koniec ostatniego roku pobytu jego długi wynosiły ponad 200 funtów – robotnik wykwalifikowany zarabiał wówczas rocznie 50 funtów). W trzecim roku studiów, dzięki nadzwyczajnej mobilizacji, znanej niemal wszystkim studentom, w ostatniej chwili zdołał nadrobić zaległości i zdał egzaminy. Najważniejszym jednak rezultatem studiów było zetknięcie z profesorem botaniki Henslowem, którego wykładów słuchał i z którym chodził na wycieczki przyrodnicze. Latem 1831 roku Henslow przekazał mu propozycję podróży dookoła świata na małym okręcie Beagle w charakterze gentlemana-przyrodnika. Admiralicji chodziło o mapy wybrzeży Ziemi Ognistej. Kapitanowi statku o towarzysza podróży z tej samej sfery. W czasie robienia map można było zbierać okazy przyrodnicze. Koszty podróży należało pokryć samemu.
Robert Darwin z początku nie chciał o niczym słyszeć. Wysunął całą listę obiekcji, które jego syn streścił następująco:

  1. Zaszkodzi to mojej reputacji jako przyszłego duchownego.
  2. Pomysł jest szalony.
  3. Musieli proponować stanowisko przyrodnika wielu innym osobom, zanim zwrócili się do mnie.
  4. A ponieważ nikt na razie się nie zgodził, muszą być poważne zastrzeżenia albo co do statku, albo co do całej ekspedycji.
  5. Nigdy później nie podejmę osiadłego, uporządkowanego życia.
  6. Będę miał niewygodne warunki podróży.
  7. Jest to kolejna chęć zmiany zawodu.
  8. Będzie to zupełnie bezużyteczne przedsięwzięcie. (przeł. H. Pawlikowska-Gannon, w: M. White, J. Gribbin, Darwin, Warszawa 1998).

Charles nie miał bynajmniej zamiaru się buntować przeciwko ojcu, zwłaszcza że bez niego nie dałby sobie rady finansowo. Zależało mu jednak na podróży, marzył od dawna o wyprawie do egzotycznych krajów. Przekonał więc do pomysłu swego wuja Josiaha Wedgwooda, z którym łączyły go zamiłowania myśliwskie. Robert Darwin pod wpływem Wedgwooda zmienił zdanie, co go zresztą kosztowało sporo pieniędzy.
Jak wiele zależy w życiu od jednej decyzji? Czy bez podróży na Beagle Charles Darwin stałby się uczonym, jakiego znamy? Najprawdopodobniej nie, chociaż jego zainteresowania przyrodnicze stawały się coraz poważniejsze i może jednak nie zostałby wiejskim pastorem. Z pewnością nie zyskałby pozycji naukowej, jaką miał po tej podróży. Nie miałby także wielu przemyśleń, obserwacji, a także – last but not least – pewności siebie koniecznej do każdej naprawdę śmiałej pracy. Mówi się wprawdzie, że idea ewolucji krążyła po Europie, ale nikt jej tak nie rozbudował jak Darwin, a ostatecznie to szczegóły są w nauce wszystkim, same pomysły nie wystarczą.
Nb. był rzeczywiście ktoś, komu najpierw zaproponowano tę podróż, odmówił i potem bardzo tego żałował, słysząc, jak bardzo fetowany jest Darwin.

Czy ludzie epoki wiktoriańskiej byli od nas inteligentniejsi?

Niezwykle długie panowanie królowej Wiktorii: od 1837 do 1901 roku było wyjątkowe także z powodu niezwykłego postępu, jaki się w tym czasie dokonał. To prawda, że Anglia miała do dyspozycji zasoby całego swego imperium, ale była też krajem, który umiał z nich korzystać, przodował w przemyśle, handlu, wynalazkach, organizacji państwa, jak też w naukach podstawowych. Jeśli chodzi o naukę, wystarczy wyliczyć największe osiągnięcia naukowe stulecia: James Clerk Maxwell stworzył jednolitą teorię elektryczności, magnetyzmu i optyki, James Joule i William Thomson (późn. lord Kelvin) mieli wielki wkład w powstanie termodynamiki, a Charles Darwin przekształcił biologię z bezładnej opowieści o cudach stworzenia w spójną narrację dotyczącą dziejów życia na Ziemi. Były to czasy, gdy życie gentlemana było zdecydowanie komfortowe, ale także szerokie masy mogły wreszcie utrzymać się przyzwoicie ze swej pracy, nie głodując. W Anglii już od dawna nie było analfabetów, dużą popularnością cieszyły się popularne wykłady i książki naukowe (w Polsce międzywojennej wciąż około 20% ludności nie znało liter, a nauka nie była popularna właściwie nigdy).

Francis Galton był kuzynem Charlesa Darwina, mieli wspólnego przodka w osobie Erasmusa Darwina, wizjonera ewolucjonizmu. Galton, który sam był cudownym dzieckiem w wieku sześciu lat czytającym Shakespeare’a dla przyjemności, gdy chciał odpocząć od poważniejszych lektur, interesował się dziedziczeniem inteligencji i przeprowadził badania empiryczne czasu reakcji. Współcześni psychologowie uważają, że czas reakcji człowieka jest miarą sprawności jego aparatu poznawczego, jednym słowem, gdy potocznie mówimy, że ktoś jest bystry i rozumiemy przez to szybsze przetwarzanie danych w umyśle, nie jesteśmy daleko od istoty inteligencji. Współcześni badacze porównali dane Galtona dotyczące czasu reakcji z danymi uzyskiwanymi później. Wyniki nie są niestety korzystne dla współczesnego społeczeństwa.

1-s2.0-S0160289613000470-gr1

Czas reakcji w milisekundach. Wykres z pracy: Woodley, M.A., et al.,Were the Victorians cleverer than us? The decline in general intelligence estimated from a meta-analysis of the slowing of simple reaction time, „Intelligence” (2013), http://dx.doi.org/10.1016/j.intell.2013.04.006

Oczywiście można dyskutować nad statystyką i metodologią tej pracy, zainteresowani mogą sami się jej przyjrzeć. Załóżmy jednak, że wyniki są prawdziwe. Jest możliwe, że taka jest właśnie cena cywilizacyjnego postępu: szerszy dostęp do medycyny, kalorycznej żywności i higieny owocuje większym przyrostem naturalnym, także czy może przede wszystkim wśród osób o mniejszych zdolnościach poznawczych.

W ten sposób postęp cywilizacyjny, budowany przez stosunkowo nielicznych, byłby wykorzystywany przez innych, którzy wyłącznie go konsumują. Pomyślmy np. o imigracji. Każdy bogaty kraj zalewany jest falą imigracji i jedynie niewielką jej część stanowią ludzie, którzy chcą się rozwijać i mają autentyczne aspiracje, jak powiedzmy Chińczycy w USA. Polityczna poprawność każe uciekać od tematów tego rodzaju, jednak ludzie nie są równi i nic na to nie poradzimy, podobnie jak nie każda praca naukowa jest tyle samo warta, a nie każdy profesor jest wybitnym uczonym. (Nie znaczy to jednak, że ludzie nie powinni być równi wobec prawa – to zupełnie inna sprawa – albo że nie trzeba tworzyć im równych szans, nie opowiadam się tu za żadną dyskryminacją, nie jestem zwolennikiem wybranej rasy ani wybranego narodu!).

Wyniki tego badania są ciekawe także dlatego, że przeczą naszemu odruchowemu przekonaniu o postępie. A przecież kiedy się chwilę zastanowić, nie wszystko i nie zawsze zmienia się na lepsze. Np. wykształcenie Polaków bardzo się poprawiło, jeśli mierzyć je liczbą wydanych dyplomów, a pogorszyło się, jeśli mierzyć je liczbą czytanych książek (filmiki czy memy w internecie nie nauczą nas intelektualnego wysiłku, pokonywania trudności, książki dla umysłu są tym co siłownia czy sport dla mięśni). Nie chcę przez to powiedzieć, że dzisiejsi Polacy są mniej inteligentni, chodzi mi tylko o to, żeby uświadamiać sobie ukryte założenia w naszym myśleniu. To jedna z najtrudniejszych kwestii w życiu umysłowym i naukowym. Wiele razy w historii ludzie nie wyciągali wniosków z tego, co mieli przed nosem, tylko dlatego, że stały im na drodze jakieś niewidzialne przeszkody. Wielkość wybitnych uczonych, powiedzmy Galileusza czy Einsteina, polegała w znacznej mierze na umiejętności uwalniania się od takich oczywistych założeń. Galileusz znał cały zestaw argumentów przeciwko ruchowi Ziemi i wykazał, że można je wszystkie skutecznie rozbroić i że ruch Ziemi nie oznacza żadnej katastrofy dla jej mieszkańców. Einstein potrafił zakwestionować coś tak oczywistego jak wspólny dla wszystkich absolutny czas.