Gwiazdy nad Moskwą (ok. 1938)

Którejś nocy do moskiewskiego obserwatorium zadzwonił telefon z daczy Stalina. Józef Wissarionowicz wraz z towarzyszami Kaganowiczem i Mołotowem spędzali czas na pijatyce, jak to często bywało, i zainteresowali się, co to za gwiazda świeci nad daczą. Stalin kazał zadzwonić do obserwatorium. Niestety, dyrektor obserwatorium nie potrafił udzielić odpowiedzi, bo był funkcjonariuszem NKWD, a poprzedniego dyrektora-astronoma dawno aresztowano. Dyrektor chcąc znaleźć odpowiedź na pytanie tak ważnych osób, kazał sprowadzić astronoma A. Ten był jednak przyjacielem astronoma Numierowa i spodziewał się aresztowania. Gdy usłyszał dzwonek u drzwi, umarł na serce. Astronom B. też był, niestety, przyjacielem Numierowa i widząc samochód wiadomego resortu, kiedy tylko usłyszał łomotanie do drzwi, wyskoczył oknem. Dopiero o piątej rano, tracąc po drodze jeszcze jednego astronoma, udało się dyrektorowi ustalić nazwę gwiazdy. Zadzwonił pospiesznie do daczy, dowiedział się jednak od dyżurnego, że wszyscy dawno już śpią.

Historię tę opowiadał pisarz Aleksiej Jakowlewicz Kapler, który spędził w łagrze kilka lat, ponieważ zakochała się w nim córka Stalina.

(E. Radziński, Stalin, Warszawa 1996)

Reklamy

Szaleństwo doktora Semmelweisa, 1865

Nauka jest strukturą, która się samokoryguje, i jest to wspaniałe, przynajmniej dla tych, którzy dożyją stosownej korektury. Pesymista Max Planck mawiał, że nowa teoria zajmuje miejsce starej dopiero wtedy, gdy zwolennicy starej wymrą. Jeśli nawet nie zawsze prawda wygląda tak okrutnie, to z pewnością jest faktem, że uczeni słuchają tylko tego, co chcą usłyszeć: pionierzy zwykle nie są nawet wygwizdani, lecz po po prostu przemilczani.

Ignaz Philipp Semmelweis był młodym węgierskim położnikiem, pracującym w klinice w Wiedniu. Do jego obowiązków należało prowadzenie dokumentacji. Zamartwiał się wysokim odsetkiem zachorowań na gorączkę połogową w swojej klinice, znacznie wyższym niż w drugiej podobnej klinice i wyższym niż u kobiet rodzących w domu. Gdy w 1847 roku umarł jego przyjaciel, zraniony przypadkowo skalpelem podczas sekcji zwłok, Semmelweis stwierdził, że przyczyna śmierci wydaje się podobna do gorączki połogowej (nie znano jeszcze roli drobnoustrojów w przenoszeniu chorób i można było polegać jedynie na wyglądzie tkanek). Tak się składa, że pracownicy pierwszej kliniki brali też udział w autopsjach zwłok. Semmelweis wykazał, że mycie rąk personelu podchlorynem wapnia skokowo obniża liczbę zakażeń wśród kobiet. Statystyki były niezwykle wymowne.

800px-Monthly_mortality_rates_1841-1849Niestety, ta opowieść nie ma happy endu. Statystyki nie przekonały środowiska lekarskiego. Semmelweis był wyśmiewany bądź ignorowany. Zwolniono go z kliniki wiedeńskiej, robiono mu trudności w dalszej karierze, także w Peszcie, dokąd powrócił, miejscowe środowisko lekarskie raczej go sekowało. Ostatecznie wylądował w zakładzie dla umysłowo chorych, gdzie zmarł od zakażonej rany, która powstała, kiedy szarpał się z pielęgniarzami.

Zimne światło rozumu

„Przesądy wydają cały świat na pastwę płomieni. Filozofia je gasi”. To jedno z bardziej znanych powiedzeń Voltaire’a. „Przesądy” – a więc dla Voltaire’a wszystko, co w nas nieracjonalne, przede wszystkim różne dziwne rzeczy, w które wierzą ludzie religijni i które można wyczytać w Księdze Ksiąg – Biblii. „Filozofia” – rozum w szerokim sensie, a więc i nauka.

Światło rozumu jest zimne i nieludzkie. Nie ma sekt zwolenników myślenia, amatorzy nauki nie wysadzają się w powietrze, aby dać świadectwo, nie wykrzykują, jacy są dumni z tego, że są biali albo żółci. Rozum jest niemedialny, „gadające głowy” to dla dziennikarzy synonim nudy. Co innego jeśli ktoś zamorduje dziecko albo wypowie publicznie jakiś żenujący idiotyzm – mamy wtedy emocje, żywych ludzi, konflikt.

Właściwie nie wiadomo, czemu mamy taki duży mózg. Jest on pewną ekstrawagancją ewolucyjną, pochłania 20% tlenu, a w czasie gdy powstawał, nasi przodkowie mieli bardzo proste problemy do rozwiązania, tak że nie ma pewności, czy bardzo się wówczas przydawał do przetrwania. Mamy go jednak i dla niektórych jest on czymś więcej niż przystawką do facebooka (choć zabiegi o pozycję w stadzie – coś w rodzaju prafacebooka – były niezwykle ważne dla naszych przodków i mogą mieć coś wspólnego z rozwojem mózgu).

Nauka kodyfikuje to, co ludzki rozum ustalił. Dzięki temu wiemy, jak spowodować, żeby samolot poleciał i dlaczego nie wystarczy w tym celu odmówić zaklęcia. Otacza nas świat nieludzki, jesteśmy raczej anomalią w Układzie Słonecznym, przydarzyliśmy się tej jednej planecie. Możemy oczywiście zajmować się wyłącznie naszymi emocjami i tym, co miała do powiedzenia panna Klara o pannie Róży, ale są to tylko sposoby oswajania świata, nadawania mu ludzkiej twarzy. Jeśli się o tym zapomni, można skończyć jak ten pan, co chciał mieć fajny film z wakacji w Afryce i dlatego zbliżał się coraz bardziej do stada lwów, aż któryś z nich uznał, że co za dużo to niezdrowo.

Ojciec Gregor Mendel, 1865

Johann Mendel urodził się w chłopskiej rodzinie na Śląsku, był jednym z tych, których miano nazywać później Niemcami Sudeckimi. Chłopiec miał nieco szczęścia: w jego rodzinnej wsi była szkoła, gdyż lokalna właścicielka, hrabina Walpurga Truchsess-Zeil, dbała edukację poddanych. Ponieważ okazał się zdolny, poszedł do następnej szkoły, a później do gimnazjum w Opawie. Przypominało to chyba edukację Jędrzeja Radka z Syzyfowych prac, rodzice z trudem łożyli na utrzymanie syna w mieście. Niewątpliwie pragnęli też zostawić mu gospodarstwo – był bowiem jedynym chłopcem. Po ukończeniu gimnazjum Johann przeniósł się na studia do Ołomuńca, wciąż brakowało mu pieniędzy, sporo chorował. Jego pilność i talent zwróciły uwagę jednego z wykładowców i młodzieniec został przyjęty do augustianów w Brnie. Przyjął zakonne imię Gregor.

Ojciec Gregor był zbyt delikatny i nieśmiały, aby dobrze czuć się w roli duszpasterza. Pasjonowała go natomiast przyroda, zajmował się klasztornym ogrodem, uczył w różnych szkołach, był jednym z założycieli lokalnego towarzystwa naukowego w Brnie. W lutym i marcu 1865 roku zreferował na kolejnych posiedzeniach owego Towarzystwa swoje badania dotyczące krzyżowania grochu. Nie było to zapewne gremium, które mogłoby docenić wyniki ojca Mendla. Być może zresztą jego wyniki na tyle odbiegały od ówczesnego rozumienia dziedziczności, że nawet gdyby ich autor nie był prowincjonalnym nauczycielem przyrody, i tak nikt by na nie nie zwrócił większej uwagi. Bywają prace, których w momencie powstania nikt nie czyta, a które później stają się początkiem nowej dziedziny. Tak było z pracą Mendla, około roku 1900 zrozumiano, że kładzie ona podwaliny pod nową dziedzinę wiedzy: genetykę.

Co w pracy Mendla tak bardzo odbiegało od tego, co uczeni pragnęli usłyszeć? Były to lata Charlesa Darwina, niewątpliwie ewolucja była tematem nr 1. Nawet w Brnie miesiąc przed referatem Mendla jeden z członków Towarzystwa omawiał właśnie ewolucję. Wiemy także, że Mendel przeczytał O powstawaniu gatunków. Darwin jednak niewiele miał do powiedzenia na temat zmienności i na temat mechanizmu dziedziczenia, a to, co mówił było zwykle bałamutne.

Mendel_seven_characters-ger.svg

Ojciec Gregor cierpliwie prowadził doświadczenia nad pewnymi określonymi wyraźnie cechami grochu: mogły one występować w jednej albo drugiej wersji: kwiaty mają jeden albo drugi kolor, łodyga jest niska albo wysoka itp. Prace Mendla dowodziły, że dziedziczenie ma charakter losowy i w dodatku dyskretny, cyfrowy: są pewne jednostki dziedziczenia, które łączą się w organizmie potomnym i określają jednoznacznie, która z ewentualności wystąpi: np. czy nasiona będą gładkie, czy pomarszczone. W dodatku Mendel założył, że gdy w roślinie zawarte są obie „skłonności”, to uwidacznia się tylko jedna z nich, a druga może być ukryta i ujawnić się dopiero w potomstwie. Wierzono wtedy raczej w jakieś mieszanie się cech, podobne do mieszania barw na palecie, a nie w coś tak zero-jedynkowego.

Także przypadkowość procesu dziedziczenia trudna była do przyjęcia. Często zarzucano Darwinowi, że Opatrzność chciałby zastąpić przypadkiem, ślepym losem. Prawdopodobnie nie było to prawdą w odniesieniu do poglądów samego Darwina, ale pokazuje, jak broniono się przed uznaniem roli losowości w świecie przyrody ożywionej.

Dopiero wiek dwudziesty wprowadził losowość i przypadkowość na naukowe salony. Zakrawa na ironię, że w 1936 roku Ronald Fisher, jeden z pionierów genetyki i statystyki matematycznej, zakwestionował wyniki liczbowe Mendla jako właśnie zbyt regularne jak na dzieło przypadku. Fisher zastosował do wyników Mendla test chi kwadrat i wykazał, że uzyskanie tak regularnych wyników jest niezwykle mało prawdopodobne. Wywołało to dyskusję, której echa do dziś przewijają się w literaturze dotyczącej genetyki oraz statystyki.

Niels Bohr i jego sprzeczna z logiką teoria atomu (1913)

Gotowa nauka jest logiczna, jest systemem; w istocie im bardziej zwarty system tworzy, tym bardziej jest nauką – tzn. tym więcej rozumiemy z danego obszaru zjawisk. To jest jednak stan podręcznikowy, zastygły, kiedy już opadną wszelkie mgły zaciemniające obraz sytuacji. W trakcie powstawania, in statu nascendi, nauka wcale nie jest logiczna i często wymaga wykonania kroku w pustkę, zanim jeszcze zdobędziemy pewność, że stoimy na stabilnym gruncie. Arthur Koestler pisał o lunatykowaniu, chodzeniu przez sen, w którym delikwent z tajemniczą pewnością wymija przeszkody, których nie jest świadom. Początki teorii kwantów miały niewątpliwie tę lunatyczną właściwość. Świetny przykład stanowi praca Bohra na temat widma atomów.

Dnia 6 marca 1913 roku Niels Bohr wysłał do Ernesta Rutherforda rękopis swojej nowej pracy wraz z listem. Wyjaśniał w nim, że zrozumiał wzór Balmera opisujący długości linii widmowych wodoru. Od jakiegoś czasu stało się popularne zapisywanie tego wzoru w postaci

\dfrac{1}{\lambda}=R\left(\dfrac{1}{4}-\dfrac{1}{m^2}\right)

Bohr odgadł, bardziej niż obliczył, że stała pojawiająca się w tym równaniu wyraża się przez stałe fizyczne oraz ładunek i masę elektronu:

R=\dfrac{2\pi^2 m e^4}{ch^3}.

Ładunek i masa elektronu są tu równe e i m, c jest prędkością światła, wzięło się z przeliczania jednostek i nie należy do zagadnienia, ważna jest natomiast stała Plancka h. Wiadomo było z prac Maksa Plancka i Alberta Einsteina, że z jakichś niejasnych powodów światło jest pochłaniane i wysyłane porcjami o energii

h\nu=\dfrac{hc}{\lambda}

(światło możemy scharakteryzować albo podając długość fali \lambda, albo częstotliwość \nu). Wiemy dziś, że pojawienie się stałej Plancka jest nieomylną oznaką, iż mamy do czynienia z fizyką kwantową. W tamtej chwili nie wszyscy byli o tym przekonani, były prace próbujące sprowadzić stałą Plancka do innych znanych stałych.

Oczywiście, tak skomplikowanego wyrażenia nie można było uzyskać prostym zgadywaniem. Niels Bohr wiedział z eksperymentów Rutherforda, że atom składa się z niewielkiego dodatnio naładowanego jądra oraz elektronów. Przyjął, że atom wodoru ma dokładnie jeden elektron (co nie było wtedy całkiem oczywiste). Wiedział też, że siły wewnątrz atomu to elektrostatyczne oddziaływanie kulombowskie – eksperymenty z rozpraszaniem cząstek alfa na foliach ze złota wykazały to jasno. Wobec tego elektron krąży wokół jądra (dziś wiemy, że jest nim proton) tak, jak planeta wokół Słońca. Siły elektrostatyczne zastępują tu grawitację, ale ponieważ jedne i drugie maleją jak kwadrat odległości, można do ruchu elektronu zastosować całą technikę badania ruchu planet.

Pojawia się przy tym zasadnicza trudność: elektron krążący po orbicie powinien wypromieniowywać energię w postaci fal elektromagnetycznych i po spirali zbliżać się do jądra, jak satelita Ziemi, który wszedł w atmosferę i jest przez nią hamowany. Można było bez trudu obliczyć szybkość tego procesu. Dla orbity o wielkości atomu czas spadku powinien być rzędu 10-11 s. Inaczej mówiąc, atomy powinny być niestabilne. Przy czym elektron krążący z określoną częstotliwością powinien wysyłać falę o takiej właśnie częstotliwości.

Bohr spróbował założenia, że niektórych wybranych orbit to nie dotyczy. Przyjął, że elektron zbliżając się z daleka aż do orbity o numerze n traci energię równą dokładnie

nh\dfrac{f_n}{2},

gdzie f_n jest częstotliwością krążenia po orbicie nr n.

„Wyjaśnienie” tego faktu było następujące: swobodny elektron ma częstotliwość 0, związany f_n, więc spadając na jądro elektron wysyła promieniowanie o częstotliwości równej średniej z tych dwu skrajnych wartości, a więc \frac{f_n}{2}. Nie było to szczególnie przekonujące, ale prowadziło do prawidłowych wartości energii elektronu.

Kiedy natomiast elektron przeskakuje z jednej orbity na drugą, różnica energii wysyłana jest bądź pochłaniana w postaci światła. Zachodzi przy tym równość:

h\nu_{mn}= \dfrac{hc}{\lambda_{mn}} = E_m-E_n.

Z równania tego otrzymujemy wzór Balmera. Należy przyjąć, że n=2. Postulat kwantowania nie przekonywał chyba także samego Bohra, bo podał on kilka innych jego sformułowań. Chyba tylko jedno z nich brzmi przekonująco dla dzisiejszego fizyka. Gdy rozważamy poziomy energetyczne o dużej wartości n, okazuje się, że spełniony jest warunek

\nu_{n+1 n} \approx f_{n+1} \approx f_n.

Znaczy to, że częstotliwość obliczona kwantowo zbliża się do zwykłej częstotliwości orbitalnej dla obu sąsiadujących orbit. Fizyka kwantowa przechodzi w klasyczną. Jest to przykład tzw. zasady korespondencji.

Długi artykuł Bohra (Rutherford daremnie nalegał, by go skrócić) ukazał się latem w „Philosophical Magazine” i był pierwszym z trzech. Model Bohra nie zaprowadził zbyt daleko, można go stosować jedynie do układów z jednym elektronem.

Niezbyt jasne idee związane z modelem Bohra stanowią główny, utrwalony czarno na białym, wkład tego uczonego do fizyki. Odegrał on później wielką rolę w powstawaniu nowej fizyki, był mentorem m.in. Wernera Heisenberga. Rozwiązanie zagadki widma wodoru musiało poczekać do 1925 i 1926 roku, do chwili powstania mechaniki kwantowej. Z dziewięciu tomów jego zebranej spuścizny został ów model, mający znaczenie w pewnym momencie historycznym, a także kopenhaska interpretacja mechaniki kwantowej, na którą coraz częściej prychają dzisiejsi młodzi gniewni.

Niewielu jest jednak uczonych, którym udaje się pozostawić po sobie choćby jedną przełomową pracę.

Jak pisał Konstandinos Kawafis:

„Pewnego dnia Teokrytowi
tak się skarżył młody poeta Eumenes:
«Już dwa lata minęły, odkąd piszę,
a skończyłem tylko jedną idyllę.
To jedyne moje dzieło dokonane»”.

Na co odpowiedział Teokryt:

„To nie byle co, wejść tu, gdzie wszedłeś:
czegoś zdołał dokonać, wielka to chluba.
Nawet najniższy ten stopień wysoko
jest wydźwignięty nad pospolity świat.
Zanim się dotknie nogą tego stopnia,
trzeba zasłużyć na to, by się stać
obywatelem miasta myśli”.

(przeł. Z. Kubiak)

Ze względu na złudną prostotę rachunków przyjął się natomiast model Bohra w szkolnictwie, wywołując u wielu przekonanie, że w atomie elektrony krążą jak planety wokół Słońca. Podejrzewam jednak, że i to się skończyło (przynajmniej u nas), ponieważ dzisiejsza szkoła nie potrafi nauczyć nawet ruchu jednostajnie przyspieszonego, więc także i model Bohra znalazł się poza zasięgiem rozumienia wykształconego Polaka.

Krzysztof Michalski, Płomień wieczności: Eseje o myślach Fryderyka Nietzschego

Czytam Płomień wieczności Krzysztofa Michalskiego. Od lat wybierałem się przeczytać jego książkę o Heideggerze, ale jakoś nic z tego nie wychodziło. Liberał ma wiele powodów, by Heideggera niezbyt lubić. Wierzę też, że współczesna cywilizacja Zachodu znacznie więcej znalazła i wynalazła, niż straciła i zagubiła. Co innego Nietzsche, olśniewający pisarz i aforysta, a przy tym ktoś przeżywający własną filozofię. Bo filozofia z nurtu sokratejskiego musi być przeżywana, a nie tylko nauczana ex cathedra czy podczas niespiesznych spacerów po wygracowanych ścieżkach.

„Możemy pojąć tylko świat, który sami zrobiliśmy” (Nietzsche). I możemy pojąć tylko świat, również mentalny, który sami przeżyliśmy na nowo. Krzysztof Michalski bez wątpienia głęboko przeżywał myśli Nietzschego, dostrzegał, jak w Nietzschem, ale i w jego interpretatorze, Michalskim, zbiegają się ważne wątki europejskiej kultury, ale i naszej, każdego z osobna, egzystencji: przemijającej, a jednak wciąż zwróconej ku wieczności – która przecież jest czymś innym i ważniejszym niż tylko bezterminowym pobytem dla wybranych w łagodnym klimacie, z dala od burz i wstrząsów.

Pisze Michalski: „By żyć, przybieramy tę czy inną postać, obrastamy w cechy, charaktery, instytucje, otorbiamy się światem, faktami, twardą rzeczywistością. Z nieufnością patrzymy na czas. Nietzsche chce nam pokazać, za pomocą metafor silniejszych niż każda ich interpretacja, że nie jest to ostateczna rzeczywistość. Życie, opowiada Nietzsche, kryje w sobie także absolutny niepokój, bodziec w ciele, co nie da się ani usunąć, ani przyswoić: ten niepokój, ów bodziec, to jego istota. Nietzsche chce nam pokazać pochłaniający wszystko pożar. Żar pod chłodną powierzchnią rzeczy. Chce nas nauczyć, jak zamienić w «światło i płomień wszystko, czym jesteśmy, wszystko, co nas dotyczy»”. Tym bodźcem tkwiącym nieusuwalnie w naszym ciele jest perspektywa śmierci, wobec której jesteśmy bezradni, wobec której bezradny był Chrystus konający na krzyżu. „Umiera w głębokim niepokoju, w budzącej trwogę niepewności, w poczuciu samotności i opuszczenia przez wszystkich, także przez swego Boga i Ojca” (Michalski).

Nietzsche, z taką gwałtownością oskarżający chrześcijaństwo, sąsiaduje u Michalskiego z Pascalem, św. Janem Ewangelistą, Ojcami Pustyni i mistykami. Ale także z Shakespeare’em, Emily Dickinson, D.H. Lawrence’em, Céline’em, Emilem Cioranem i Franzem Kafką. Bo śmierć Boga to coś znacznie więcej niż przemądrzała niechęć do obrządków czy wrogość wobec chrześcijaństwa. Bóg dawnych wieków rozmywa nam się w nieskończonej przestrzeni, coraz trudniej uwierzyć, że powtarzanie prostych formuł przeszłości może zbawić nas, tak jak zbawiało naszych przodków. Bóg rozmywa się nie tylko ateuszom, rozrzedza się i przezroczyścieje także tym, którzy owych ateuszy gromią i obrażają, fanatykom i cynikom w równym stopniu. Kultura Zachodu od czasów Nietzschego nie nauczyła się radzić z utratą metafizycznego rdzenia, źródła wszelkiej pewności. Dlatego ważny jest każdy głos autentycznego myśliciela.

„Tamten wieczór, w parku Żeromskiego: bawiliśmy się z Joasią w chowanego, leżałem na wilgotnej ziemi, w krzakach, nie chciałem wyjść. Joasia długo chodziła po alejkach – zapadł mrok – i wołała:«Krzysiu! Krzysiu! Gdzie jesteś?!» Tak dobrze to pamiętam – ale to było kiedyś, już nie jest teraz. (…) Ludzie, zdarzenia, rzeczy wymykają nam się z rąk, uciekają nam ostatecznie, bezpowrotnie; mijają, stają się byłe, stają się przeszłością. Nie potrafimy do nich wrócić: coś przeszkadza. Wszystkie inne przeszkody, inne ściany dają się rozwalić: buldożerem, głową, marzeniem. Ta nie”.

Piękna książka. Piękny człowiek.

Einstein, Gödel i czas

Einsteinowska teoria względności wprowadziła pojęcie czasoprzestrzeni: czterowymiarowego połączenia przestrzeni i czasu. Punktami czasoprzestrzeni są zdarzenia: należy podać ich miejsce i czas. W takim obrazie świata czas przypomina współrzędne przestrzenne, do pewnego stopnia może się z nimi mieszać (choć nie do końca). Zdarzenia, które mogą przyczynowo wynikać z danego zdarzenia punktowego, tworzą w czasoprzestrzeni stożek, którego wierzchołkiem jest właśnie owo punktowe zdarzenie. Pobocznicę stożka tworzą zdarzenia, które mogą zostać połączone z wierzchołkiem impulsem biegnącym z prędkością światła: np. falą elektromagnetyczną albo grawitacyjną. We wnętrzu stożka leżą zdarzenia, do których można się przedostać za pomocą innych, nie tak szybkich oddziaływań. Łącznie stożek przyszłości obejmuje wszystkie fizycznie możliwe następstwa danego zdarzenia. Obszar poza tym stożkiem, jest niedostępny dla oddziaływań. O tych zdarzeniach poza stożkiem przyszłości nie możemy nawet powiedzieć, że następują później, ponieważ w innym układzie odniesienia mogą nastąpić wcześniej albo równocześnie z naszym punktowym zdarzeniem. Ponieważ zdarzenia spoza stożka nie mogą być skutkami naszego zdarzenia, więc ewentualna zmiana kolejności czasowej niczego nie burzy w porządku świata.
Można powiedzieć, że perspektywa fizyka-relatywisty to spojrzenie z punktu widzenia wieczności: cała rozmaitość wszechświata wypełniona zdarzeniami we wszystkich możliwych czasach. My sami, podobnie jak każdy inny obiekt, możemy być przedstawieni za pomocą linii świata (może całej ich wiązki), czyli naszej trajektorii w czasoprzestrzeni. Nawet siedząc w fotelu przemieszczamy się w czasoprzestrzeni, czy może niezliczona liczba naszych kopii współistnieje w różnych jej punktach. Fizycznie możliwe linie świata leżą w stożku przyszłości każdego swego punktu, są to krzywe czasopodobne.
Kurt Gödel, urodzony w Brnie, lecz pochodzący z rodziny niemieckiej, wybrał obywatelstwo austriackie zamiast czechosłowackiego. Pod koniec lat trzydziestych Gödel cieszył się już sławą niewątpliwego geniusza. Jego młodzieńcze twierdzenia o niezupełności – wykazujące, że matematyka jest dziedziną znacznie bardziej ograniczoną, niż sądzono dotąd – są zapewne najważniejszym wynikiem z dziedziny podstaw matematyki w całym ubiegłym stuleciu. Jednak nawet niewątpliwe aryjskie papiery i światowa sława nie wystarczyły, aby mógł nadal pracować na uniwersytecie w Wiedniu po przyłączeniu Austrii do III Rzeszy. Gödel miał wcześniej zbyt liczne kontakty z żydowskimi uczonymi, aby mógł zostać na uczelni. Ostatecznie trafił do Princeton, gdzie bywał już wcześniej i gdzie zdążył się zaprzyjaźnić z Einsteinem. Paranoiczny, neurotyczny, trudny w kontaktach Gödel wydawał się przeciwieństwem przyjacielskiego, otwartego i skłonnego do żartów Einsteina. Obaj często razem wracali spacerem z Instytutu (Institute for Advanced Study). Fizyk zwierzył się nawet komuś, że właściwie chodził do Instytutu głównie ze względu na możliwość tych wspólnych spacerów, bo do własnej pracy nie przywiązywał już większej wagi. Einstein był także jednym ze świadków podczas zaprzysiężenia Gödla na obywatela amerykańskiego. Logik, spytany przez sędziego, czy sądzi, że w Stanach Zjednoczonych mógłby do władzy dojść reżim podobny do nazistów, zaczął wyjaśniać, że i owszem, konstytucja amerykańska jest bowiem wewnętrznie niespójna. Na szczęście sędzia Phillip Forman, który wcześniej zaprzysięgał Einsteina, zmienił dyplomatycznie temat, nie pozwalając logikowi rozwinąć szerzej swoich refleksji.
Gödel był gorącym teistą, luteraninem i sądził, że czas jest naszym złudzeniem, rzeczywisty świat musi być bezczasowy. W przeświadczeniu tym umacniało go odkrycie w roku 1949 dość szczególnego rozwiązania równań Einsteina. Rozwiązanie Gödla opisuje wszechświat, w którym istnieją zamknięte krzywe czasopodobne (close time-like curves, CTC).

reality_closed_timelike_curve

Oznacza to, że dla obserwatora poruszającego się w określony, lecz fizycznie możliwy sposób, czas się zapętla, a więc zdarzenia powtarzają się bez końca. Rozwiązanie Gödla nie opisuje naszego wszechświata, było to jasne od samego początku. „Fakt, że światy, w których nie ma czasu absolutnego i w których obiektywny odstęp czasu nie istnieje, zgodne są z prawami przyrody, rzuca pewne światło na sens czasu także w tych światach, w których można określić czas absolutny. – pisze Gödel – Gdyż (…) to, czy obiektywny odstęp czasu istnieje, czy nie (…) zależy od konkretnej konfiguracji materii i ruchu w świecie. Nie mamy tu wprawdzie bezpośredniej sprzeczności, lecz nie można uznać za satysfakcjonujący poglądu filozoficznego, który prowadzi do takich konsekwencji” (Albert Einstein: Philosopher-scientist, red. P.A. Schilpp, New York 1949, s. 562).
Odkrycie Gödla dało początek następnym rozwiązaniom tego rodzaju. Choć chyba praktycznie nikt nie wierzy, aby mogły one opisywać rzeczywisty wszechświat, ich analizowanie jest interesujące pod względem teoretycznym. Placet experiri – jak powtarzał Hans Castorp.

AEinstein_Goedel

Widzimy tu obu tak nieprawdopodobnych przyjaciół na jednym ze spacerów.

I jeszcze inny obrazek z lat czterdziestych. Dopiero patrząc na ten film z prywatnej uroczystości (nie ma tu znanych postaci, pani, wyglądająca na żeńską wersję Alberta, to jego młodsza siostra Maja) widzimy na chwilę rzeczywistego, ludzkiego Alberta Einsteina i rozumiemy, jak wiele wydarzeń z przeszłości umknęło nam bezpowrotnie. Wśród zalewających nas, przeważnie trywialnych obrazków, zdążyliśmy już zapomnieć, że film i fotografia mają w sobie coś naprawdę magicznego.