Śmierć Hypatii: rok 415 po narodzeniu Chrystusa

Aleksandria słynęła swoją biblioteką i swoim uczonymi – tutaj powstała większość znanych osiągnięć nauki greckiej – miasto było zhellenizowane, kto chciał uprawiać naukę, musiał uczyć się greki. D. J. de Solla Price wysunął kiedyś tezę, że bez aleksandryjskiej nauki niemożliwa byłaby rewolucja naukowa XVII wieku, a więc w konsekwencji nasza współczesna cywilizacja. Pewne jest w każdym razie, że w Aleksandrii uprawiano najlepszą naukę w ówczesnym świecie.

Miasto u ujścia Nilu było bogate i wielonarodowe, oprócz Egipcjan wiele do powiedzenia mieli w nim Grecy, znajdowała się tu także największa kolonia żydowska poza ziemiami Izraela.

Hypatia była córką matematyka Teona. Razem z ojcem pracowała nad komentarzem do Optyki Euklidesa i nad wydaniem Almagestu Ptolemeusza, sama napisała komentarze do Stożkowych Apoloniusza, a także do pierwszych sześciu ksiąg Arytmetyki Diofantosa – samych dzieł stworzonych w Aleksandrii wystarczało aż nadto na pracowite życie. Prawdopodobnie dzięki zainteresowaniu Hypatii sześć pierwszych ksiąg Diofantosa zachowało się do naszych czasów, teksty trwały wówczas dopóty, dopóki ktoś uznawał je za warte trudu przepisywania. Dzieła aleksandryjskie stały się później podstawą nauki islamskiej, a także europejskiej w XVI i XVII wieku. Nie było właściwie uczonego, który nie czytałby swoich greckich poprzedników i nie nawiązywał z nimi swoistego dialogu. Tak było z Kopernikiem i Newtonem. Właśnie czytając Diofantosa Pierre de Fermat wpadł na pomysł swego wielkiego twierdzenia.

Dioph3

Stronica Diofantosa ze słynnym dopiskiem Fermata (oryginał się nie zachował, dysponujemy jedynie wydaniem z roku 1670 przygotowanym przez syna uczonego Clémenta-Samuela de Fermat). „Sześcian natomiast na dwa sześciany ani czwarta potęga na sumę dwóch czwartych potęg, ani ogólnie żadna inna potęga prócz kwadratu na sumę dwóch takich samych nie może zostać rozłożona, czego dowód zaprawdę cudowny odkryłem, nie starczy nań jednak miejsca na tym marginesie”.

Życie Hypatii przypadło na schyłek kultury antycznej. Chrześcijanie nie potrzebowali pogańskiej nauki, której nie znali i nie rozumieli. Tępili też zawzięcie wszystkie inne religie – bo przecież tylko ich religia mogła być prawdziwa. Pogańskie świątynie burzono bądź zamieniano na kościoły. Osławiony był pod tym względem patriarcha Teofil, „wieczny nieprzyjaciel pokoju i cnoty, człowiek zuchwały i zły, którego ręce zbrukane były na przemian złotem i krwią” (Edward Gibbon, The Decline and Fall of the Roman Empire, rozdz. 28). Przypisuje mu się także niszczenie resztek „pogańskiej” biblioteki aleksandryjskiej. Nie wiadomo, czy było jeszcze co niszczyć, z pewnością jednak Teofil nie widziałby szczególnego powodu, by ją chronić.

Sytuacja w mieście zaogniła się jeszcze bardziej, gdy po śmierci Teofila patriarchą i biskupem został jego siostrzeniec Cyryl – późniejszy święty, jeden z ojców i doktorów Kościoła – hierarcha nie mniej wojowniczy i równie ograniczony. Po poganach przyszła kolej na Żydów. Ponieważ chrześcijanie byli w większości, więc ostatecznie „mnóstwo Żydów opuściło miasto i to wydarzenie na pewno odbiło się na gospodarce miasta. Cyryl zaś niewątpliwie wykorzystał te wypadki, aby pozbyć się z Aleksandrii jak największej liczby Żydów. Wiedział bowiem, że osłabi to tradycyjną wrogość między wyznaniami i zmniejszy grono przeciwników polityki Kościoła w mieście” (M. Dzielska, Hypatia). Ta niezawodna metoda rozładowywania konfliktów nieraz jeszcze była z powodzeniem stosowana.

W wyniku zamieszek splądrowano mienie żydowskie i jedną z synagog zamieniono ku bożej chwale na kościół pod wezwaniem św. Jerzego. Prefekt Egiptu Orestes, podejrzewany o niechęć do chrześcijan, napadnięty został na ulicy przez chrześcijańskich fanatyków, jego gwardia przyboczna uciekła, a jeden z mnichów, niejaki Ammoniusz, trafił Orestesa kamieniem w głowę. Został później pojmany i zmarł w trakcie tortur. Biskup Cyryl przyznał mu palmę męczeńską za obronę wiary.

Hypatia nie była ani Żydówką, ani chrześcijanką. Maria Dzielska stawia tezę, że Hypatia miała wpływ na Orestesa i dlatego ją zabito. Autorytet Hypatii był jednak wyłącznie duchowy, a politykę w mieście uprawiało się, organizując bojówki i kontrbojówki. Zapewne oboje wraz z Orestesem starali się obronić miasto przed jedynowładztwem duchownych, w dodatku tak skrajnych i nieprzejednanych jak Cyryl.

Nietrudno było podburzyć przeciwko niej tłuszczę, skoro nawet świątobliwy historyk, biskup Jan z Nikiu, stwierdza: „Była w tym czasie w Aleksandrii pogańska filozofka o imieniu Hypatia; zajmowała się stale magią, astrolabiami i instrumentami muzycznymi i omamiła wielu ludzi szatańskimi sztuczkami. Nadzwyczajnie szanował ją prefekt miasta [Orestes], gdyż omamiła go swoją magią. Przestał uczęszczać do kościoła, jak zwykł to dotychczas czynić”. Dalej następuje opis prowokacji żydowskich i chrześcijańskiej odpowiedzi w postaci pogromu. Nie tłumacząc, jaki związek miały te wszystkie sprawy z Hypatią, Jan z Nikiu kontynuuje z wyraźną satysfakcją: „Następnie tłum wiernych Pańskich pod przewodnictwem urzędnika Piotra – który był doskonałym sługą Jezusa Chrystusa – zabrał się za szukanie owej pogańskiej kobiety, która swymi magicznymi sztuczkami omamiła mieszkańców miasta oraz prefekta. A gdy dowiedzieli się, gdzie przebywa, udali się po nią i zastali ją siedzącą na wysokim krześle. Zmusili ją do zejścia i wlekli ją po ziemi, aż zawlekli do wielkiego kościoła, zwanego Cezarejon. Było to podczas postu. I zdarli z niej szaty, i wlekli ją po ulicach miasta, aż umarła. I zanieśli ją do miejsca zwanego Kinaron, i spalili jej ciało w ogniu. Cały lud otoczył patriarchę Cyryla, obwołując go «nowym Teofilem», który zniszczył pozostałości pogaństwa w mieście”.

Wygląda więc na to, że gdy tłum spalił, co mógł żydowskiego, zajął się Hypatią, możliwe, że stało się to w trakcie jej wykładu. Ów „doskonały sługa Jezusa Chrystusa” Piotr, urzędnik, a może, jak piszą inni, kościelny lektor, mający niższe święcenia – sprawia, że ciarki przebiegają po krzyżu…

index

Frontispis Indeksu ksiąg zakazanych papieża Benedykta XIV z roku 1758. Podpis głosi: „I wielu też z tych, co uprawiali magię, poznosiło księgi i paliło je wobec wszystkich. Wartość ich obliczono na pięćdziesiąt tysięcy denarów w srebrze” (Dz 19,19). Indeks ten jako pierwszy nie powtarzał ogólnego zakazu ksiąg nauczających o ruchu Ziemi i nieruchomości Słońca, choć utrzymał szczegółowy zakaz czytania dzieł Kopernika, Keplera i Galileusza.

Jeszcze raz rok 1859: John Stuart Mill, O wolności

Rok 1859 obok dzieła Darwina, hipotezy Riemanna i innych osiągnięć naukowych przyniósł także klasyczne sformułowanie liberalizmu w eseju Milla O wolności. Książka ukazała się niedługo po śmierci jego żony, Harriet Taylor. W poświęconej jej dedykacji autor ubolewał, że nie mogła się ona przyczynić do ostatecznej redakcji pracy. Nie była to jedynie zdawkowa formułka, ponieważ Mill cenił niezwykle intelekt Harriet i oboje omawiali swoje prace (ona była socjalistką i feministką).

628px-Harriet_Mill_from_NPG

97f/02/vict/0090/78

Mill podzielał wiarę Immanuela Kanta, iż z tak pokrzywionego drzewa, z jakiego zostaliśmy uczynieni, nie uda wyciosać niczego prostego. Nie należy jednak z tego powodu tracić nadziei. Starał się więc być racjonalny, ale bez dogmatyzmu. Znał ograniczenia rozumu, wychowany został przez ojca-filozofa, który starał się go bronić przed wszelkimi przesądami i uczyć tylko tego, co najlepsze w dorobku ludzkości. John Stuart zdobył w ten sposób znakomite wykształcenie i popadł w poważną depresję. Emocjonalna strona jego wychowania wyraźnie nie nadążała za rozwojem umysłowym. Zrozumiał dzięki kryzysowi, że nawet z poetów romantycznych społeczeństwo może mieć pożytek. I że rozum ma swoje ograniczenia. Wierzył w nieskrępowaną wymianę opinii. Bo nikt nie jest nieomylny. Bo zabraniając się komuś wypowiadać, odbieramy ludzkości możliwość usłyszenia tego właśnie jednego głosu, który zawiera może jakąś cząstkę prawdy – łatwiej się bowiem do prawdy przybliżyć w starciu przeciwstawnych poglądów niż wtedy, gdy inteligencja błogo zadrzemie. „Gdyby cała ludzkość z wyjątkiem jednego człowieka sądziła to samo i tylko ten jeden człowiek był odmiennego zdania, ludzkość byłaby równie mało uprawniona do nakazania mu milczenia, co on, gdyby miał po temu władzę, do zamknięcia ust ludzkości” (przeł. A. Kurlandzka). Różnorodność ludzkich poglądów uważał za swego rodzaju skarb ekologiczny, który należy chronić przed zniszczeniem.
Nie tylko każdy ma prawo głosić swoje poglądy, ale i zgodnie z nimi żyć, dopóki nie wyrządza szkody innym ludziom. „Jedynym celem usprawiedliwiającym ograniczenie przez ludzkość, indywidualnie lub zbiorowo, swobody działania jakiegokolwiek człowieka jest samoobrona, (…) jedynym celem, dla osiągnięcia którego ma się prawo sprawować władzę nad członkiem cywilizowanej społeczności wbrew jego woli, jest zapobieżenie krzywdzie innych. Jego własne dobro, fizyczne lub moralne, nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem. Nie można go zmusić do uczynienia lub zaniechania czegoś, ponieważ tak będzie dla niego lepiej, ponieważ to go uszczęśliwi, ponieważ zdaniem innych osób będzie to mądrym lub nawet słusznym postępkiem. Są to poważne powody, by go napominać, przemawiać mu do rozumu, przekonywać go lub prosić, lecz nie, by go zmuszać lub karać w razie, gdyby nas nie słuchał. Aby to ostatnie było usprawiedliwione, postępowanie, od którego chcemy go odwieść, musi zmierzać do wyrządzenia krzywdy komuś innemu. Każdy jest odpowiedzialny przed społeczeństwem jedynie za tę część swego postępowania, która dotyczy innych. W tej części, która dotyczy wyłącznie jego samego, jest absolutnie niezależny; ma suwerenną władzę nad sobą, nad swoim ciałem i umysłem” (przeł. A. Kurlandzka).

Nie są to zasady, które zawsze łatwo stosować. Mill zapewne przeceniał ludzkość. Z perspektywy wiktoriańskiego gentlemana łatwiej było uznać, że ludzie wygłaszają dobrze przemyślane opinie, a jeśli nawet nie, to te głupie szybko zostaną wyeliminowane w swoistym procesie doboru naturalnego. Traktował jednak swoje poglądy serio i nie należał do drogowskazów, co to wskazują drogę innym, ale same nią nie chodzą. Był posłem do parlamentu, angażował się w sprawy, które uważał za słuszne, a nie w te, które mogły mu przynieść poklask. Kandydując do parlamentu, zgodził się odpowiadać na wszelkie pytania z wyłączeniem sfery religijnej. Uważał, że jest to sprawa wyłącznie prywatna, która nikogo nie powinna obchodzić. Oczywiście był to parlament brytyjski i Mill został wybrany.

Półtora wieku później w zupełnie innym kraju, gdzie określenia liberał używa się jako obelgi, a osoby publiczne uwielbiają dzielić się swoimi głębokimi przemyśleniami na temat nauki Kościoła i dziesięciorga przykazań, które ustawicznie łamią, warto pamiętać o Johnie Stuarcie Millu.

Maria Skłodowska-Curie: cudowny rok 1898

Rok 1898 był prawdziwym annus mirabilis – cudownym rokiem w naukowym życiu Marii Skłodowskiej-Curie. Zaledwie rok wcześniej zaczęła samodzielną pracę doświadczalną z myślą o doktoracie. Zajęła się tematem „promieniowania uranowego”, którego nie kontynuował nawet odkrywca owego zjawiska, Henri Becquerel, uznając, że są ciekawsze sprawy. Wynikiem wstępnej intensywnej pracy Marii, do której włączył się też jej mąż Pierre, było ni mniej ni więcej tylko odkrycie dwóch nowych pierwiastków, i to pierwiastków osobliwych, bo radioaktywnych (określenie „radioaktywność” pochodzi od Marii Skłodowskiej-Curie). Młoda uczona szukając tematu do doktoratu stworzyła nową dziedzinę nauki: badanie promieniotwórczości. Nic dziwnego, że poświęci tej dziedzinie resztę naukowej kariery. Doktorat napisze w roku 1903 – w tym samym roku otrzyma Nagrodę Nobla.

Kiedy zaczynała tę pracę dobiegała trzydziestki, a więc nie była bardzo młoda jak na początkującą badaczkę. Nie było w tym jej winy, dopiero w 1891 roku sytuacja finansowa pozwoliła jej na studia na paryskiej Sorbonie. Umówiły się z siostrą, że najpierw starsza będzie studiować, a młodsza pracować i jej pomagać, potem role się odwrócą. Maria mieszkała na szóstym piętrze w pokoiku, gdzie czasem zamarzała woda, i bezustannie pracowała. Bo nie dość, że zaczęła późno, to jeszcze miała braki do nadrobienia, zwłaszcza w matematyce (uczył ją m.in. sławny Henri Poincaré, który z czasem został jej kolegą). W Polsce dziewcząt w ogóle nie uczono przedmiotów ścisłych na odpowiednim poziomie, Maria douczała się sama w chwilach wolnych od pracy guwernantki. W okresie tym przeżyła też bolesną i upokarzającą miłość, trwający kilka lat związek z synem jej chlebodawców, Kazimierzem Żorawskim. Żorawski był studentem matematyki na cesarskim uniwersytecie warszawskim – rosyjskiej uczelni powołanej zamiast polskiej Szkoły Głównej w ramach represji po powstaniu styczniowym. Rodzice Kazimierza nie chcieli słyszeć o małżeństwie z guwernantką, Maria, która zawsze była niezwykle ambitna, bardzo cierpiała, ale wyszła z tego wzmocniona. Okres studiów w Paryżu wspominała potem jako piękny, choć nie miała grosza przy duszy i prawie żadnych rozrywek. Znakomicie zdała egzaminy licencjackie z fizyki i matematyki, zajmując pierwsze bądź drugie miejsce wśród kilkuset studentów, w tym zaledwie kilku kobiet. Poznała też Pierre’a Curie, starszego od niej, mającego już poważny dorobek badawczy i tak jak ona nie widzącego nic oprócz pracy naukowej (jego narzeczona umarła i postanowił później nie interesować się kobietami).curies 1904

Pierre Curie był w zasadzie outsiderem w nauce francuskiej, wynikało to trochę z jego postawy: nie lubił o nic zabiegać, nie chwalił się i nie reklamował, służenie nauce traktował jak rodzaj ascetycznego powołania. Pochodził z rodziny o sympatiach lewicowych, tak jak Maria Skłodowska był ateistą, chrześcijaństwo uważał za zabobon. Wzięli jedynie ślub cywilny. Największą przeszkodą po stronie Marii był patriotyzm: wyobrażała sobie, że po studiach wróci do Polski. Na szczęście dla nauki tak się nie stało, w Polsce jej talent zostałby najpewniej roztrwoniony w jakichś bezowocnych pracach nauczycielskich i nikt by o niej nie pamiętał.

I tak dochodzimy do roku 1896, gdy Becquerel odkrył „promienie uranowe” – jak je nazywał. Był to rok wielu odkryć tego rodzaju, zapoczątkowanych promieniami Röntgena. Zaczęto nagle odkrywać mnóstwo dziwnych zjawisk wywołanych niewidzialnymi promieniami, większość tych doniesień była błędna. Podobnie jak niemal cała praca Becquerela na temat „promieni uranowych”. Becquerel, nieco starszy od Pierre’a Curie, stał na szczycie nauki francuskiej: był członkiem Akademii Nauk, podobnie jak jego dziad i ojciec, a później jego syn. Rodzinnym tematem były zjawiska fosforescencji i fluorescencji. Henri chciał sprawdzić, czy sole uranu naświetlone promieniowaniem słonecznym będą wysyłać jakieś niewidzialne promienie. Promienie te chciał wykryć za pomocą kliszy fotograficznej owiniętej szczelnie w czarny papier tak, żeby zwykłe światło nie mogło jej naświetlić. Doświadczenie w pełni się udało, jak na członka Akademii przystało: klisza została naświetlona uranem i  zaczerniła się po wywołaniu. Na szczęście dla siebie Becquerel sprawdził, co się dzieje, gdy uran nie zostanie naświetlony słońcem. Okazało się, że klisza też się zaczernia, a więc zjawisko nie jest związane z uprzednim naświetlaniem, ale z solami uranu. Kontynuując te badania, stwierdził, że także metaliczny uran ma podobne własności – stąd nazwa „promienie uranowe”. Sprawa była o tyle dziwna, że owe promienie nie zanikały z czasem, a przynajmniej w ciągu kilku miesięcy. Przeprowadził też doświadczenia, z których wynikało, że promienie uranowe odbijają się, załamują, a nawet ulegają polaryzacji. Jonizują też powietrze. Następnie zajął się innym modnym tematem, rozszczepieniem linii widmowych w polu magnetycznym.henri becquerel

Maria Skłodowska-Curie zastosowała inną metodę badania, zamiast fotografii zaczęła mierzyć, jak silnie jonizuje się powietrze pod wpływem niewidzialnych promieni. Miała w ten sposób znacznie bardziej precyzyjną, ilościową miarę natężenia owych promieni. Używała do tego elektrometru skonstruowanego według idei Pierre’a Curie i jego brata Jacques’a. Wyniki okazały się nader ciekawe, nie tylko uran wysyłał niewidzialne promienie, ale także i tor. W dodatku w odpadach rudy uranowej znajdowały się domieszki bardzo silnie promieniotwórczych pierwiastków: były to właśnie polon i rad. Początek został zrobiony, wyodrębnienie próbek tych pierwiastków zajęło kilka lat. Małżonkowie pracowali w starej nieopalanej szopie i tam właśnie potwierdzili przypuszczenia z roku 1898.01-1bSzopa przy ulicy Lhomond, najważniejsze ówczesne laboratorium naukowe we Francji

W roku 1903 za odkrycia związane z promieniotwórczością przyznano Nagrodę Nobla. Połowę otrzymał Becquerel, mimo że większość jego doświadczeń była błędna: promienie uranowe nie odbijają się, nie załamują ani nie polaryzują. Prawdziwe okazały się natomiast hipotezy Marii Curie, potwierdzone wieloletnią morderczą pracą i małżonkowie otrzymali wspólnie drugą połowę nagrody. Szczerze mówiąc, nie rozumiem dlaczego podział był właśnie taki, stanowił chyba odbicie urzędowej pozycji Becquerela i małżonków Curie w nauce francuskiej. Jednak najwartościowsze badania przeprowadzono w szopie, a nie w nowoczesnych laboratoriach fizycznych i chemicznych, których w Paryżu w tym czasie było sporo. Jeszcze jeden znamienny szczegół: Becquerel pojechał do Sztokholmu w grudniu 1903 roku, zajęci pracą małżonkowie Curie znaleźli czas dopiero w czerwcu 1905 roku.

Cyprian Kamil Norwid napisał kiedyś następującą fraszkę pt. Posiedzenie:
Z ogromnej sali wyniesiono śmiecie
I kurz otarto z krzeseł – weszli męże
I siedli z szmerem, jak w pochwy oręże,
I ogłosili… cóż?… że są w komplecie!!
I siedzą… siedzą… aż tam gdzieś na świecie
Wariat wynajdzie parę, a artysta
Podrzędny – promień słoneczny utrwali,
A nieuczony jakiś tam dentysta
Od wszech boleści człowieka ocali…
A Akademie milczą… lecz w komplecie.

Francesco Algarotti: Newtonizm dla dam, 1737

Tytuł książki Algarottiego: Newtonizm dla dam czyli dialogi na temat światła i kolorów wydaje nam się dziś niezbyt poważny. Książka przeznaczona była dla ludzi eleganckich, a w wielkim świecie gust dyktowały damy. Algarotti wzorował się na Fontenelle’u co do formy – były to rozmowy filozofa z pewną damą, był jednak nowoczesny co do treści.

Wenecjanin, syn bogatego kupca, wykształcony w Rzymie i Bolonii, wcześnie zabłysnął na polu nauki, jako nastolatek powtarzając publicznie eksperymenty optyczne Newtona. Rzecz nie była całkiem trywialna, wielu wybitnych ludzi nie potrafiło uwierzyć Newtonowi, gdyż nie udawało im się powtórzyć jego eksperymentów. Dla Algarottiego Newton stał się symbolem eksperymentalnej nauki, która obala zmurszałe chimery Kartezjusza i innych. Angielskiemu uczonemu udała się nie lada sztuka: napisał Optykę tak, jakby to same doświadczenia przemawiały i niepotrzebna była żadna interpretacja. Tak oczywiście nie jest, fakty same nie mówią, zawsze mówią w ich imieniu ludzie. Jednak przez długi czas Newtonowska retoryka wydawała się nie do obalenia.

Algarotti nie miał cierpliwości do pracy akademickiej, miał za to wielkie talenty towarzyskie, znał się na sztuce i właściwie na wszystkim po trosze. Zaczął podróżować i poznawać ludzi. Najpierw objechał Italię, potem zawitał do Paryża razem z Andersem Celsiusem, o mało nawet nie pojechał razem z Maupertuisem do Laponii. Spędził jakiś czas w Cirey u markizy du Châtelet i Voltaire’a. Pisał tam swoją książkę. Voltaire donosił swemu przyjacielowi: „Mamy tu markiza Algarottiego, młodego człowieka, który zna języki i obyczaje wszystkich krajów, pisze wiersze jak Ariosto i zna Locke’a oraz Newtona. Czyta nam swoje dialogi dotyczące ciekawych dziedzin filozofii. Ja (…) także napisałem swój mały traktat metafizyczny, bo należy sobie zdawać sprawę z rzeczy tego świata. Odczytujemy czasem kilka pieśni z Dziewicy Orleańskiej albo jakąś tragedię w moim guście czy rozdział z Wieku Ludwika XIV. Potem wracamy do Locke’a i Newtona, nie bez wina szampańskiego i dobrej kuchni, bo jesteśmy filozofami wielce zmysłowymi…” Wyjeżdżając z Cirey, Algarotti otrzymał od markizy du Châtelet portret, który posłużyć miał do frontispisu książki. Widzimy na nim parę przypominającą ich oboje.

Newtonianismo per le dame

„Łabędź z Padwy”, jak ochrzcił go Voltaire, napisał całkiem dobrą książkę popularną (był w wieku dzisiejszych studentów), w której wyjaśniał różne Newtonowskie doświadczenia i doszedł nawet do pojęcia powszechnego ciążenia. Jego dbałość o usuwanie wszelkich trudności całkiem przypomina dzisiejszych autorów. Wtedy także, choć z innych powodów, nie można było liczyć na szkołę. Filozof objaśnia np. damie, co to takiego kwadrat liczby. Prawo zmniejszania się siły grawitacji jak kwadrat odległości, przywodzi jego rozmówczyni na myśl tempo słabnięcia miłości z czasem: po ośmiu dniach rozłąki miłość słabnie sześćdziesiąt cztery razy. Algarotti chciał nie tylko wyrobić sobie nazwisko, ale także zarobić na książce. Zachowywał się wprawdzie tak, jakby był niezwykle bogaty, naprawdę jednak potrzebował pieniędzy, rodzinny interes przejął bowiem jego starszy brat. Nie był też szlachcicem. Przystojny i dobrze wychowany człowiek mógł jednak bez trudu przezwyciężyć te drobne niedopatrzenia losu. Jego kariera przypomina nieco innego Wenecjanina, Giacomo Casanovę. Algarotti objechał całą Europę, w Anglii miał słynny romans z lordem Herveyem i lady Mary Wortley Montagu, którzy oboje się w nim kochali na zabój. Zaprzyjaźnił się też z pruskim następcą tronu, który potem jako król Fryderyk II zrobił go prawdziwym hrabią. Na swej książce wprawdzie nie zarobił, ale stał się znany. Zainteresowało się nim nawet Święte Oficjum: Newtonizm trafił na Indeks Ksiąg Zakazanych. Nie chodziło wcale o stwierdzenie, że Słońce spoczywa – sto lat po Galileuszu nawet inkwizycja nie próbowała tego kwestionować. Zastrzeżenia budziły raczej zdania powątpiewające w nieśmiertelność duszy czy brzmiące zbyt libertyńsko: cenzorów drażnił raczej Locke niż Newton. Także i z tej trudności wywinął się Algarotti gładko, zmieniając tekst następnych wydań swej książki.

Markiza du Châtelet i doktor Frankenstein, ok. 1745

Na portrecie pędzla Marianne Loir widzimy markizę w błękitnej sukni koloru bleu de Berlin (inaczej błękit pruski). Dotąd błękit zarezerwowany był dla królów Francji albo (w średniowieczu) na szaty Dziewicy Maryi. W chwili namalowania portretu kolor ten wchodził właśnie w modę. Markiza trzyma w prawej ręce cyrkiel – symbol matematyki, w lewej biały goździk – symbol wierności i pasji, dwóch cech jej ognistego temperamentu. Astrolabium i papiery na stole dyskretnie przypominają o jej pracach naukowych. Dobiega w tym momencie czterdziestki. Jest autorką podręcznika fizyki, będącego zarazem wprowadzeniem do filozofii. Tłumaczy na francuski Zasady matematyczne filozofii przyrody Isaaca Newtona (pierwszy polski przekład ukazał się zaledwie kilka lat temu, nie mieliśmy, niestety, markizy du Châtelet). Ta zdrowa i silna kobieta ma przed sobą już tylko kilka lat życia – zajdzie pechowo w późną ciążę i umrze w połogu w roku 1749.

006-Emilieenrobebleue

(Portret z Musée des Beaux-Arts de Bordeaux)

Umarła przedwcześnie, ledwie zdążyła dokończyć swój przekład Newtona. A przecież późno odnalazła swoje intelektualne powołanie. Nie było wówczas w zwyczaju kształcić córki, zazwyczaj wystarczyć musiała nauka pisania, czytania, robótek i chrześcijańskich obyczajów, prowadzona w jakimś klasztorze przez zakonnice ignorantki. Ogładzonymi ignorantami byli także ludzie światowi, choć wypadało bywać w operze czy znać nowości literackie. Jednak od czytania romansów, a nawet Wergiliusza czy Tassa, do Newtona droga jest jeszcze daleka. Émilie Gabrielle du Châtelet przebyła ją dość szybko. Długo nie wiedziała, że ma jakiś konkretny talent. „Jestem przekonana, że wiele kobiet albo nie zna swoich uzdolnień za sprawą marnej edukacji, albo zagrzebuje je z powodu przesądów i braku śmiałości ducha. W poglądzie tym utwierdzają mnie moje własne doświadczenia. Przypadek sprawił, że poznałam ludzi uczonych, którzy się ze mną zaprzyjaźnili, i spostrzegłam z ogromnym zdumieniem, że cenią sobie moje zdanie. Zaczęłam powoli wierzyć, że jestem istotą myślącą. Zrazu jednak tylko to przeczuwałam – światowe rozrywki, do których, jak sądziłam, zostałam stworzona, pochłaniały cały mój czas i całą duszę; naprawdę w to uwierzyłam, dopiero w wieku, gdy jest jeszcze wprawdzie czas na rozsądek, ale nie ma go już na zdobywanie nowych talentów. Refleksja ta nie zniechęciła mnie jednak, stwierdziłam, że jestem szczęśliwa, iż porzuciłam w samym środku tę pogoń za rzeczami błahymi, która większości kobiet zajmuje całe życie (…)”. I nie tylko kobiet – dodajmy.

584px-Dippel

A teraz o Frankensteinie. Naprawdę nazywał się Johann Konrad Dippel (1673-1734), urodzony na zamku Frankenstein nad Renem. Był teologiem, alchemikiem i lekarzem. O pokolenie młodszy od Newtona, jest karykaturą angielskiego uczonego: tak samo namiętnie wierzył w drugie przyjście Chrystusa, z zapałem praktykował alchemię i anatomię. Nie był tylko obdarzony matematycznym geniuszem profesora katedry Lucasa w Cambridge i miał, jak się zdaje nadmiernie entuzjastyczny i łatwowierny stosunek do badań przyrodniczych. Opowiadano, że prowadził jakieś doświadczenia na ciałach zwierząt, poszukiwał tajemnicy życia. Mógł być prototypem tytułowego bohatera powieści grozy Mary Shelley. A z markizą du Châtelet łączy go barwnik sukni: to on miał pierwszy odkryć ów barwnik, który stopniowo się rozpowszechnił i zdobił nie tylko suknie dam, ale i mundury armii pruskiej – stąd jego nazwa błękit pruski.

Jak się zdobywa Nagrodę Nobla? Struktura DNA, 1953

Ustalenie struktury DNA było zapewne największym odkryciem w biologii XX wieku, po 60 latach widać to jeszcze wyraźniej niż po dekadzie – kiedy odkrycie to zostało uhonorowane Nagrodą Nobla. Otrzymali ją Francis Crick, James Watson, pracujący wówczas w Cavendish Laboratory (Cambridge) oraz Maurice Wilkinson, pracujący w King’s College (Londyn). Czwarta osoba, która wniosła duży wkład w to odkrycie, Rosalind Franklin, pracująca z Wilkinsonem, nie żyła już od kilku lat, zmarła przedwcześnie na raka.

W tym przypadku przepis na Nobla wyglądałby następująco:
1. Zidentyfikuj ważny nierozwiązany problem, bądź gotów nawet na zmianę specjalności.
2. Staraj się jak najwięcej dowiedzieć od liczących się ekspertów w tym obszarze, czytanie publikacji nie zastąpi rozmów.
3. Jeśli możesz, znajdź sobie dobrego współpracownika.
4. Myśl wyłącznie o sukcesie i nie przejmuj się, czy postępujesz elegancko.

Wydaje się, że z tej czwórki najwyraźniejsze pragnienie sukcesu przejawiał Watson – był najmłodszy, zaraz po doktoracie, zmienił właśnie specjalność z ornitologii (!!!), ponieważ wiedział, że DNA jest ważne. Zrobił doktorat u przyszłego noblisty z biochemii, Salvadora Lurii. W Cambridge dr Watson odkrył swego Sherlocka Holmesa w osobie Cricka, który nie mógł wprawdzie wciąż skończyć doktoratu, lecz miał wyraźne cechy genialności. Crick zdążył się już zajmować wieloma tematami i dawno przekroczył trzydziestkę. Był fizykiem, więc mógł zrozumieć rentgenowskie dyfraktogramy cząsteczek DNA. Watson, jedyny Amerykanin w tym towarzystwie, niewiele sobie robił z brytyjskiej etykiety naukowej, a być może nawet z powszechnie obowiązującej etyki – był chyba zanadto skupiony na celu, aby martwić się o środki. Nie tylko nie rozumiał, czemu miałby nie wchodzić w czyjś temat, ale bez skrępowania korzystał z cudzych wyników, gdy mogły mu się przydać. W ten sposób zapoznali się z Crickiem z dyfraktogramami wykonanymi przez Raymonda Goslinga pod kierunkiem Rosalind Franklin, specjalistki od badań rentgenowskich – bez zgody i wiedzy autorów. Jest to słynna fotografia nr 51, ukazująca dla fachowca, że DNA jest spiralą.

Photo_51_x-ray_diffraction_image

Watson i Crick odnieśli sukces dzięki dziecinnie prostej metodzie: budowali modele cząsteczki i próbowali ustalić, czy są one zgodne ze znaną wiedzą. Ponieważ byli niedouczeni w chemii, więc popełniali błędy. Ale je naprawiali. Oczywiście, gdyby nie praca Wilkinsa, Franklin i innych, nic by nie zrobili. Świeże podejście okazało się jednak ważne: np. Franklin, przyzwyczajona do innych metod, nie chciała wdawać się w głupie zabawy z modelami.
Jeszcze uwaga do punktu czwartego. Nie zalecam nikomu bezwzględności w dążeniu do sukcesu, podejrzewam zresztą, że ci bezwzględni nie potrzebują takiego zalecenia, bo i tak w instynktowny sposób tak właśnie postępują. A pozostali mieliby potem wyrzuty sumienia – więc chyba nie warto.

Widać też na przykładzie Watsona i Cricka, jak bardzo przydaje się w życiu prawdziwy sukces: obaj zapracowali potem solidnie na swoją reputację, choć oczywiście po Noblu jest to znacznie łatwiejsze.

Lise Meitner, Otto Frisch: rozszczepienie jąder uranu, 1939

Lise Meitner była drugą w historii kobietą, która otrzymała doktorat z fizyki na uniwersytecie w Wiedniu. Było to w roku 1905. Żydówka z zasymilowanej rodziny, niezwiązanej z religią i tradycją żydowską, kilka lat później przeszła oficjalnie na luteranizm. Wkrótce wyjechała do Niemiec i zaczęła pracować w Kaiser-Wilhelm Institut, znakomitym wówczas ośrodku badawczym, gdzie jej kolegą był m.in. Albert Einstein. Przez niemal dwadzieścia lat prowadziła doświadczenia z fizyki jądrowej, blisko współpracując z Otto Hahnem, chemikiem. Była samotna, nieśmiała, nie założyła rodziny, od rana do wieczora pracowała. Kiedy przez długie godziny siedzieli, mierząc okresy połowicznego rozpadu, gwizdała Brahmsa albo Schumanna (jej siostra była koncertową pianistką).

492px-Lise_Meitner12Lise (Elise) Meitner w roku 1906

W roku 1933 instytut „oczyszczono” z Żydów, ustąpić musiał nawet zasłużony Fritz Haber, skądinąd niemiecki nacjonalista, dzięki któremu podczas pierwszej wojny światowej Niemcy wyprodukowali broń chemiczną. Wyjechał z Niemiec także siostrzeniec Lise Meitner, Otto Frisch, również zajmujący się fizyką jądrową. Meitner została, bo choć była Żydówką, miała obywatelstwo austriackie i formalnie nie dotyczyły jej ustawy o czystości rasowej. Ordnung muß sein.
Meitner usiłowała kontynuować pracę nie rozglądając się wokół i ignorując sytuację polityczną (po latach przyznała, że to był błąd i że trzeba było od razu wyemigrować z Niemiec). Aż do roku 1938 pracowała wraz z Hahnem nad wytwarzaniem pierwiastków transuranowych za pomocą poddawania jąder uranu działaniu swobodnych neutronów – jako cząstki neutralne mogą one bez przeszkód wnikać do dodatnio naładowanego jądra. Włączenie Austrii do III Rzeszy zmieniło niemal z dnia na dzień sytuację prawną Meitner. Zaczęła starać się o wyjazd, nazistowskie władze robiły trudności, ostatecznie uciekła do Danii i dalej do Szwecji, dzięki czemu zapewne uniknęła obozu.
W Szwecji zatrudniono ją, ale nie miała warunków do kontynuacji pracy eksperymentalnej. Miejscowi koledzy mieli chyba przed nią kompleks niższości (zasłużony), w dodatku była kobietą. Korespondowała systematycznie z Otto Hahnem, który kontynuował ich pracę. Byli wieloletnimi bliskimi przyjaciółmi. To Meitner pierwsza zrozumiała, co naprawdę dzieje się w doświadczeniach z neutronami: ciężkie jądro uranu rozszczepia się na dwa lżejsze. Wydziela się przy tym energia gigantyczna energia, około 200 MeV – dla porównania w reakcjach chemicznych wydzielają się energie rzędu pojedynczych eV. Razem z Otto Frischem Meitner napisała krótki list do „Nature”, który ukazał się w lutym 1939 roku i wyjaśniał obserwowane zjawiska. Meitner zdała też sobie pierwsza sprawę, skąd pochodzi ta wielka energia: w reakcjach rozszczepienia część masy substratów zamienia się na energię zgodnie ze wzorem Einsteina E=mc^2.

nature4
W nauce często bywa tak, jak z wyprawą Kolumba: chciał dotrzeć do Indii, a odkrył Amerykę. Także Hahn i Meitner usiłowali wytworzyć pierwiastki cięższe od uranu, a odkryli rozszczepienie jądrowe. Wiemy, jak ważne okazało się to odkrycie dla losów II wojny światowej i dla ustalenia powojennego podziału Europy. Otto Hahn otrzymał za to odkrycie Nagrodę Nobla z chemii za rok 1944, wręczoną już po wojnie. Lise Meitner została pominięta, choć oprócz ostatniego roku, była ona co najmniej równorzędnym partnerem Hahna przez wiele lat. Oboje byli zresztą, razem lub osobno, nominowani kilka razy wcześniej do tej nagrody. Historycy, którzy badali dokumenty Komitetu Noblowskiego (po 50 latach są one udostępniane), twierdzą, że pominięcie Meitner wynikało z połączenia różnego rodzaju uprzedzeń. Decyzję podejmowali chemicy, słabo przygotowani do oceny prac interdyscyplinarnych (w reakcjach pojawiały się nowe pierwiastki – nie była to czysta chemia, szczerze mówiąc nie była to w ogóle chemia). Szwedzkie środowiska naukowe z sympatią traktowały nazistowskie Niemcy, Hahn był przyzwoitym Niemcem, nie był nazistą, ale też nie próbował w najmniejszym stopniu protestować przed zbrodniami swego państwa. Uczeni szwedzcy mieli też dość słabą orientację w nagradzanej dziedzinie i niepotrzebnie się pospieszyli, w tamtym momencie wiele badań w tej dziedzinie było jeszcze utajnionych. Byłoby przyjemnie napisać, że osobista przyjaźń Meitner i Hahna, tak bliska przed wojną, przetrwała te próbę. Wiele jednak wskazuje, że tak się nie stało.

Élisabeth Ferrand, 1752

W roku 1753 Maurice-Quentin de La Tour wystawił osiemnaście pasteli przedstawiających różne znane w paryskim światku osoby, m.in. Jeana Jacquesa Rousseau, niedawno wsławionego zdobyciem nagrody Akademii z Dijon za dowodzenie, że postęp ludzkości równoznaczny jest z zepsuciem. Znalazł się tam także portret Jeana-Antoine’a Nolleta, znanego powszechnie jako abbé Nollet (czyli ksiądz Nollet) – zapalonego eksperymentatora, który salonowej publiczności demonstrował cuda fizyki, zwłaszcza machiny elektryczne, robiące wówczas niezwykłe wrażenie. W dni jego pokazów wszystkie pobliskie uliczki zatłoczone były karetami. Wystąpił nawet przed królem, któremu niezwykle się podobało, że trzymający się za ręce grenadierzy, podłączeni do odpowiedniej machiny, podskakiwali wszyscy jednocześnie.

abbe-nollet

Wśród pasteli La Toura znalazł się także znakomity portret panny Élisabeth Ferrand, zmarłej zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Miała ona 52 lata i chorowała dłuższy czas, zapewne pastel wielkiego artysty miał być wizerunkiem, jaki chciała po sobie pozostawić (w jej testamencie znalazł się zapis dotyczący wykonania przez La Toura kopii portretu dla jednego z przyjaciół, w istocie nie wiemy, czy zachowany portret nie jest właśnie tą kopią).

mademoiselle-ferrand-meditating-on-newton

Obraz zatytułowany był Mademoiselle Ferrand rozmyślająca nad Newtonem. Książka w tle to powiększony ze względów malarskich egzemplarz Elementów fizyki Newtona pióra Voltaire’a. Niektórzy sądzili, że to portret mieszczki w domowym dezabilu. Nic bardziej błędnego: panna Ferrand wywodziła się ze szlachty urzędniczej, a jej pozornie niedbały strój to atłasowa suknia z jedwabiu, a także czepek i angażanty z kosztownymi koronkami, rzeczy na tyle wartościowe, że wymienione w spisie inwentarza zmarłej.
Czemu Ferrand chciała być zapamiętana jako czytelniczka tej właśnie książki? Jest to swego rodzaju deklaracja. To trochę tak, jakby dziś ktoś się sportretował z Krótką historią czasu Stephena Hawkinga. Oświecenie stało po stronie nauki i wywodziło się w znacznej mierze z Newtona i Locke’a. Wpłynęli oni na zawodowych uczonych i filozofów, ale także niezmiernie szeroko, na całą czytającą publiczność. We Francji popularność angielskiego fizyka datuje się od czasu, gdy Voltaire uprzystępnił (i z konieczności spłycił) jego osiągnięcia na użytek szerokich kręgów – w owych czasach czytającą publiczność stanowiły przede wszystkim kobiety. Élisabeth Ferrand należała do tych inteligentnych gospodyń salonu, określanych wówczas specjalnym słówkiem: salonnière, przyjmujących ludzi wybitnych i umiejących z nimi rozmawiać. Mieszkała w klasztorze kongregacji zwanej Les Filles de Saint-Joseph, dokąd w swoim czasie wycofała się oficjalna metresa Króla-Słońce, pani de Maintenon. Klasztory były właściwie jedynym miejscem, gdzie kobiety mogły mieszkać bez mężczyzn, nie będąc nawet nominalnie pod czyjąś kuratelą. Jesteśmy jednak w wieku XVIII i nie należy wyobrażać sobie żadnych przesadnie surowych rygorów. Klasztor ten był eleganckim miejscem pobytu dla kobiet z wyższych sfer, mieścił się w Faubourg Saint-Germain, najbardziej szykownej dzielnicy Paryża. Élisabeth Ferrand miała tam kilkupokojowe mieszkanie i służbę. Obok mieszkała młodsza od niej o 10 lat wdowa, hrabina de Vassé, zapewne łączyło je coś więcej niż przyjaźń. W salonie Ferrand bywali Alexis Clairaut (wielce zasłużony w rozwijaniu ponewtonowskiej mechaniki nieba), encyklopedysta Helvétius, a także dwaj bracia, filozofowie i księża: de Mably i de Condillac. Słynny przykład Condillaca, posągu, który obdarzony choćby tylko jednym zmysłem, rozwinie w sobie życie umysłowe, pochodzić miał od panny Ferrand. „Locke, Berkeley i ja, wszyscy trzej byliśmy w błędzie. Dlaczego – spytajcie panny [ Ferrand], która mi to uświadomiła” – pisał Condillac w jednej ze swych prac. Umierając, Ferrand zapisała majątek pani de Vassé, a także niektórym ze swych przyjaciół: Condillac dostał np. 6000 liwrów „na książki” (była to suma rzędu dzisiejszych 120 000 dolarów). Portret La Toura oddziedziczyła pani de Vassé.

Korzystałem z pracy Neila Jeffaresa
http://www.pastellists.com/Essays/LaTour_Ferrand.pdf

Kuszenie księżnej Karoliny

Wilhelmina Karolina von Brandenburg-Ansbach była córką władcy niewielkiego księstwa Ansbachu, wchodzącego w skład Cesarstwa. Dzieciństwo miała raczej smutne, najpierw umarł na ospę jej ojciec, potem matka wyszła powtórnie za mąż za wysoko urodzonego brutala, który żył w związku ze swą przyrodnią siostrą i groził śmiercią żonie oraz jej dzieciom. Dwa lata później ojczym Karoliny i jego kochanka niemal jednocześnie zmarli, także na ospę. Niedługo później umarła jej matka i sierota trafiła na dwór pruski w Berlinie pod opiekę Fryderyka I i jego żony, Zofii Szarlotty.

W Berlinie inteligentna i urodziwa Karolina nabrała nie tylko ogłady, lecz zaczęła też prędko nadrabiać braki w wykształceniu. Zetknęła się tam z Wilhelmem Gottfriedem Leibnizem, który utrzymywał bliskie stosunki z Zofią Szarlottą i jej matką Zofią.

Caroline_Wilhelmina_of_Brandenburg-Ansbach_by_Sir_Godfrey_Kneller kadr1

Fragment portretu Karoliny jako księżnej Walii pędzla Godfreya

Leibniz, stary kawaler, uwielbiał towarzystwo, a zwłaszcza towarzystwo kobiet. Było to upodobanie na tyle niezwykłe, że wspomniał o nim nawet Fontenelle w oficjalnej eulogii, napisanej po śmierci niemieckiego polihistora. Filozof nie miał w sobie nic z zasuszonego profesora, był dowcipny i kurtuazyjny, nie znaczy to jednak wcale, że toczył puste i błahe konwersacje salonowe. Potrafił opowiadać o tysiącu rzeczy, na których się znał i którymi się zajmował, filozofii nie wyłączając. Kobiety w naturalny sposób były partnerkami do takich rozmów, gdyż, jak ujął to jeden z historyków, ówczesne dwory cechował „skrajny dymorfizm kulturowy”: mężczyźni zajmowali się wyłącznie polowaniami, wojskiem i polityką. W ten sposób sztuka, literatura i wszelkie zajęcia umysłowe stawały się domeną kobiet. Niektóre z nich interesowały się nawet naukami przyrodniczymi, filozofią i teologią. Leibniz sądził, że „ich ciekawość i subtelność mogłaby być bardziej użyteczna dla rodzaju ludzkiego i lepiej głosić chwałę Bożą, niż wszystkie plany zdobywców, gdy ci wprowadzają tylko zamęt i zniszczenie”.

W roku 1704 Karolina stała się przedmiotem szczególnych zabiegów. Miała 21 lat i dzięki znakomitemu pochodzeniu zaczęto interesować się jej zamążpójściem. Pretendował do jej ręki arcyksiążę Karol Austriacki, brat przyszłego cesarza Austrii. Przeszkodą było luterańskie wyznanie Karoliny, przysłano więc uczonego jezuitę, ojca Ferdinanda Orbana, aby nawrócił ją na katolicyzm. Ojciec Orban przychodził dyskutować z Karoliną, przekonywał, naciskał, wynajdywał argumenty. Dziewczyna raz mówiła „tak”, innym razem „nie”, prowadzili długie i wyczerpujące seanse z tekstem Biblii w ręku. Ostatecznie jednak Karolina stwierdziła, że wyznania nie zmieni i basta. Ojciec Orban długo jeszcze zasypywał ją listami, lecz z konwersji (i z małżeństwa) nic nie wyszło. Stawka matrymonialna była wysoka: arcyksiążę Karol był kandydatem do tronu Hiszpanii i z czasem został cesarzem. Wśród książąt protestanckich Karolina stała się dzięki tej odmowie niezwykle popularna, trafiła nawet na karty powieści.

Wyszła za mąż za Jerzego Augusta, syna elektora Hanoweru. Niebawem elektor w wieku pięćdziesięciu czterech lat został królem Anglii Jerzym I, a tym samym jego syn i synowa zostali księciem i księżną Walii. I tu odegrało rolę przywiązanie do protestantyzmu, bo choć Jerzy I był bardzo dalekim krewnym zmarłej królowej Anglii, Anny, to jednak wszyscy pozostali (w liczbie kilkudziesięciu!) jako katolicy nie wchodzili w grę. Anglią nie mógł rządzić katolik, tak postanowił parlament.

Księżna Karolina przeniosła się wraz z całym dworem do Anglii, w Hanowerze został tylko samotny Gottfried Leibniz, któremu król zabronił podążyć za sobą. Leibniz miał najpierw ukończyć dzieło historyczne poświęcone domowi hanowerskiemu. Filozof starał się o stanowisko oficjalnego historyka Wielkiej Brytanii, ale król nie zamierzał antagonizować nowych poddanych nominacją cudzoziemca. Co więcej, Leibniz pozostawał wówczas w ostrym sporze z Isaakiem Newtonem na temat odkrycia rachunku różniczkowego i całkowego, był więc dla angielskich kół naukowych persona non grata.

Stary filozof musiał pogodzić się także i z tym, że jedyna życzliwa mu osoba na dworze angielskim – księżna Karolina, dostała się w orbitę Newtona i jego uczniów. Dawna czytelniczka Teodycei, dyskutowała teraz godzinami z Samuelem Clarke’iem, oglądała pokazy eksperymentów Newtona dotyczących kolorów i istnienia próżni – i czuła się „niemal nawrócona” na jej istnienie. (Był to jeden z licznych punktów spornych między wizją Newtona planet poruszających się w pustej przestrzeni niebios, a Leibniza, który utrzymywał, iż próżnia jest niemożliwa.) Leibniz postanowił walczyć o duszę księżnej Karoliny, postarał się ją ostrzec przed niebezpiecznymi poglądami Anglików. Pisał: „Wielu uważa dusze za cielesne, jeszcze inni za cielesnego mają samego Boga. (…) Pan Newton i jego stronnicy mają jeszcze jedno nader zabawne mniemanie o dziele Bożym. Wedle nich Bóg potrzebuje nakręcać od czasu do czasu swój zegar. W przeciwnym razie ustałoby jego działanie. Nie był bowiem na tyle przezorny, aby nadać mu ruch wieczny. (…) Moim zdaniem, siła i energia pozostają w tej machinie zawsze te same i tylko przechodzą z materii na materię zgodnie z prawami natury i z pięknym, ustanowionym wprzód porządkiem” (G.W. Leibniz, Wyznanie wiary filozofa, przeł. S. Cichowicz i H. Krzeczkowski, PWN, Warszawa 1969, s. 321). Karolina przekazała pismo Samuelowi Clarke’owi, ten zaś na nie odpisał. Wiemy dziś, że Clarke uzgadniał swe argumenty z Newtonem, tak że w istocie ścierali się tu Leibniz z Newtonem. Tak rozpoczęła się jedna z najsławniejszych debat w filozofii, prowadzona w formie listów między Clarke’iem a Leibnizem, kierowanych na ręce księżny, która miała być kimś w rodzaju arbitra. Anglik twierdził, że księżna znała z góry wiele argumentów Leibniza. Ostatecznie polemika pozostała nierozstrzygnięta i niezakończona, piąta odpowiedź Clarke’a nie doczekała się riposty, gdyż Gottfried Leibniz zmarł. Na pogrzebie największego filozofa Niemiec nie pojawił się ani król Jerzy I, który przebywał wówczas w ojczyźnie, ani nikt z jego dworu (Karolina została w Anglii).

Więcej o tym fundamentalnym sporze Leibniza z Newtonem na temat funkcjonowania świata:

http://www.toya.net.pl/~jerzykierul/Newton/31.htm

Korzystałem m.in. z pracy Gregory’ego Browna, Leibniz’s Endgame and the Ladies of the Courts, „Journal of the History of Ideas”, t. 65 (2004), s. 75-100.

Markiza du Châtelet atakuje sekretarza paryskiej Akademii nauk, 1740

W roku 1740 ukazała się anonimowo książka Institution de physique („Podstawy fizyki”). Cały Paryż wiedział, że autorką jest arystokratka, Gabrielle Émilie Le Tonnelier de Breteuil, po mężu markiza du Châtelet, dama znana z zainteresowań filozofią i naukami matematycznymi, wieloletnia  partnerka Voltaire’a, mieszkająca z nim razem w swoim château w Cirey. Książka napisana była w celu kształcenia syna markizy. Nie wiadomo, czy nastolatek ją przeczytał, z pewnością nie był to podręcznik zupełnie elementarny. Stanowił wprowadzenie w filozofię Leibniza, a także przystępny wstęp do mechaniki, bez użycia matematyki, nierezygnujący wszakże z tematów tak wówczas aktualnych jak Newtonowska grawitacja.

519px-Emilie_du_Chatelet

W książce Émilie – jak nazywał ją Voltaire – opowiedziała się stanowczo za jedną ze stron sporu, który dzielił ówczesny świat naukowy. Chodziło o tzw. „siły żywe”. W gruncie rzeczy chodziło o naukowe sprecyzowanie potocznego pojęcia. Mówimy, że jakieś ciało porusza się „z większą bądź mniejszą siłą”. Mówimy tak nawet dziś, mimo kilku wieków powtarzania za Newtonem, że siła to czynnik zmieniający ruch, a nie przysługujący poruszającemu się ciału. Także i wtedy debata toczyła się niejako obok mechaniki newtonowskiej. Pojęcie siły żywej wprowadził zresztą Wilhelm Gottfried Leibniz, wielki rywal Newtona, także na polu mechaniki. Leibniz sądził, z powodów metafizycznych, że całkowita siła żywa cząstek w świecie jest stała.
Jasne było, że siła żywa jest proporcjonalna do masy ciała: widać to chociażby w skutkach zderzeń przy tej samej prędkości. Głównym przedmiotem sporu była kwestia, jak siła żywa zależy od ruchu ciała: czy jest proporcjonalna do prędkości, czy też może do jej kwadratu. Za drugim rozwiązaniem opowiadał się Leibniz, a także Johann Bernoulli, trzeci wielki matematyk i fizyk tamtej epoki. Rozwiązanie to wybrała także markiza du Châtelet. Przedstawiła następującą argumentację. Rozpatrzmy ciało spadające swobodnie. Ciało przyspiesza i działanie siły grawitacji możemy sobie wyobrażać tak jakby wzdłuż toru ułożone były ściśnięte sprężyny, które kolejno rozprężając się, przyspieszają nasze ciało. Łączna siła żywa, jakiej ciało nabierze, będzie proporcjonalna do liczby owych sprężyn, a więc także i do przebytej drogi. Wiadomo, że w spadku swobodnym kwadrat prędkości końcowej jest proporcjonalny do wysokości, z jakiej spadło ciało. A zatem siła żywa jest proporcjonalna do kwadratu prędkości. Rzut pionowy możemy sobie wyobrazić jako stopniową utratę siły żywej na ściskanie kolejnych sprężyn ułożonych wzdłuż drogi ciała. Współczesny czytelnik zauważy pełną analogię do zamiany energii potencjalnej w kinetyczną (podczas spadku) i vice versa.
Technikę imaginacyjnych sprężyn wprowadził Johann Bernoulli w pracy konkursowej przedstawionej paryskiej Akademii nauk w roku 1724. Bernoulli wiedział, że Leibnizowska siła żywa nie jest specjalnie popularna wśród francuskich uczonych, sądził jednak, że zmusi ich do kapitulacji swymi dowodami, wspartymi też rachunkiem całkowym. Niechęć do mv^2 wynikała z rozmaitych powodów. Jednym była swoista wierność kartezjanizmowi, a Kartezjusz uczył, iż to całkowita ilość ruchu (mv) cząstek w świecie pozostaje w świecie stała. Fizyka dopiero zaczęła się matematyzować i nie wszyscy rozumieli, że zdrowy rozsądek to za mało. Akademicy mieli np. zastrzeżenia do Leibnizowskiego kwadratu prędkości, ponieważ nie rozumieli jego sensu i pochodzenia. Dziś wiemy, że nie można tu „zrozumieć” nic więcej, można jedynie wyprowadzić odpowiednie wyrażenie, jak to zrobił Bernoulli, i zastanawiać się ewentualnie nad tym, czy założenia rachunku są spełnione w naturze. Szwajcarskiego uczonego spotkał spory zawód, nie tylko bowiem nie przekonał paryżan, ale wystąpił przeciwko niemu nie kto inny niż Jean-Jacques Dortous de Mairan, z którym korespondował i któremu przekazywał swoje prace i myśli.

431px-Miger_-_Dortous_de_Mairan

Dortous de Mairan unikał pojęcia siła żywa, mówił o „sile poruszającej” i miała ona być proporcjonalna do prędkości, mniej więcej w duchu Kartezjusza. Wprowadził w swej pracy dość osobliwą miarę tej siły. Otóż miałaby ona być mierzona nie odległościami przebytymi przez ciało, ale odległościami przez nie nieprzebytymi: tzn. różnicami odległości rzeczywiście przebytych i odległości, jakie byłyby przebyte, gdyby ciało poruszało się jednostajnie, zamiast zmieniać prędkość. Podawał prosty przykład (cała jego praca nie wykraczała matematycznie poza ten przykład). Weźmy dwa jednakowe ciała A i B. Rzucamy ciało B pionowo w górę z prędkością 1 i wznosi się ono w jednostce czasu na maksymalną wysokość, którą także oznaczymy jako 1. Wiadomo, że gdyby poruszało się jednostajnie do góry, wzniosłoby się na wysokość 2. Różnica tych dwóch wysokości jest „odległością nieprzebytą” i to jest miara „siły poruszającej” naszego ciała A w chwili początkowej. Ciało B wzniesie się na wysokość 4 razy większą i zajmie mu to 2 jednostki czasu. W ciągu pierwszej jego prędkość zmniejszy się do 1 i znajdzie się ono na wysokości 3. Wysokość, jaką by osiągnęło w ruchu jednostajnym byłaby w tym czasie równa 4. Wobec tego w pierwszym odcinku czasu „odległość nieprzebyta” to 4-3=1. Na początku drugiego odcinka czasu ciało ma prędkość 1, a więc znajduje się w takiej sytuacji jak B na początku: wzniesie się więc o 1, zamiast o 2. „Odległość nieprzebyta” w drugiej jednostce czasu wynosi 1. W sumie dla ciała A otrzymujemy 2 jako miarę siły poruszającej, a dla ciała B – 1. Siła poruszająca jest zatem proporcjonalna do prędkości.
Markiza du Châtelet zaatakowała de Mairana (który zdążył do tej pory zostać sekretarzem Akademii nauk) z punktu widzenia swojej ulubionej teorii. Istotnie patrząc na powyższy przykład z tego punktu widzenia, ciało A ma siłę żywą równą 4, a ciało B – 1, i takie też są wysokości, na jakie oba ciała się wznoszą. W teorii „siły żywej” czas nie miał nic do rzeczy: „Jak w mierzeniu majątku człowieka, który musi być taki sam, bez względu na to, czy wyda się go w jeden dzień, rok, czy w sto lat”. (Markiza wiedziała o czym mówi: przegrała kiedyś w karty mniej więcej równowartość miliona dolarów w ciągu kilku godzin.) Émilie okazała się skuteczna retorycznie, stwierdzając, że de Mairan równie dobrze mógłby dowodzić, że 2+2=6.
Dyskusja nie mogła być rozstrzygnięta. Dziś rozumiemy, że obie strony sporu posługiwały się innym zestawem pojęć i w nieco inny sposób. Intuicje Bernoulliego i markizy du Châtelet wymagały dzielenia drogi na odcinki jednakowej długości – co prowadzi do zasady zachowania energii mechanicznej (suma en. kinetycznej i potencjalnej). Dortous de Mairan mimo osobliwych sformułowań miał także swoją rację – jego „odległości nieprzebyte” mierzą zmiany prędkości. Można bowiem podzielić ruch na odcinki odpowiadające równym czasom i wówczas „siła ruchu” zależy liniowo od prędkości. Jest to równoważne dzisiejszemu sformułowaniu II zasady dynamiki: F\Delta t =m \Delta v.
Kompetentne i odważne wystąpienie markizy w sporze z Dortous de Mairanem dodało jej pewności siebie, kolejne wydanie Institutions de physique zawiera już bowiem nazwisko autorki, a także jako suplement polemikę z sekretarzem Akademii. Uczona kobieta okazała się co najmniej równa uznanemu autorytetowi – na kolejne przykłady takiej sytuacji wypadło we Francji czekać wyjątkowo długo, bo aż do czasów Marii Skłodowskiej-Curie.

Nb. polska Wikipedia lekko bredzi, twierdząc, że markizie du Châtelet zawdzięczamy wyrażenie na energię kinetyczną i to w osobliwej postaci przybliżonej:bb3745077452708dc3b5e4b81566a6ea