Ucieczka na Południe, 29 grudnia 1894 roku

Było to w końcu grudnia, niedługo po zimowym przesileniu. Lokomotywa posapywała i wypuszczała od czasu do czasu kłęby dymu i pary, które niknęły gdzieś pod dachem dworca. Wzdłuż oświetlonych elektrycznością peronów odbywała się spieszna krzątanina, słychać było podekscytowane nawoływania, jakaś dama ze szpicem na ręku szła poprzedzona karawaną kufrów niesionych przez bagażowych, wąsaty kolejarz flegmatycznie obstukiwał osie wagonów, sprawdzając hamulce pneumatyczne. Młody człowiek o bystrej twarzy, piwnych oczach i ciemnych kędzierzawych włosach, w magicznym wieku na granicy dzieciństwa i dorosłości, taszcząc walizkę i futerał na skrzypce, wsiadł do wagonu trzeciej klasy pociągu do Włoch. Potem rozległy się gwizdki zawiadowcy i trzaski zamykanych drzwi, pociąg ruszył, posapując, i po dłuższej chwili rytm kół stukających o spojenia szyn stał się równy i miarowy. Zniknęła hala dworca, w tyle zostało parę oświetlonych ulic i za oknem migały już tylko nieliczne światła domów.

Dworzec Główny w Monachium oświetlony lampami łukowymi firmy Siemens & Halske.

Scena ta nie przeszła do historii, możemy się jedynie domyślać jej dokładnego przebiegu. Wiemy, że był 29 grudnia 1894 roku. Wieczorny pociąg z Monachium w nocy przekraczał przełęcz Brenner, następnego dnia pasażerowie budzili się już we Włoszech: Trydent, Werona, wreszcie, o 3:46 po południu przybywali do Mediolanu. Ów młody człowiek, Albert Einstein, nie uprzedził rodziców o przyjeździe, zjawił się po prostu na progu ich mieszkania. Teraz następowało najtrudniejsze: musiał im to wszystko jakoś wytłumaczyć. Czemu porzucił gimnazjum, dlaczego nie chce wracać, nie tylko do Monachium, ale w ogóle do Niemiec. Trzeba było przekonać ich do rzeczy oczywistych: ta szkoła nie mogła go już niczego nauczyć, a on nie skończy jak ojciec, bez wykształcenia i bez sukcesów, wdając się w przedsięwzięcia od początku skazane na klęskę. Nie był taki jak ojciec, łączył w sobie najlepszy rozum Einsteinów i cierpliwość oraz inicjatywę Kochów. Wiedział, że da sobie radę i wiedział, że nie wróci do Niemiec. Musi tylko teraz przelać tę spokojną pewność na zatrwożonych rodziców.

Posługując się wystawionym przez lekarza, przyjaciela domu, zaświadczeniem o wyczerpaniu nerwowym Albert opuścił, a właściwie porzucił gimnazjum Luitpolda. Zakład naukowy noszący imię księcia-regenta mieścił się w okazałym gmachu dawnego lazaretu wojskowego, kadra nauczycielska miała w większości tytuły doktorów, niektórzy pisali prace naukowe. Szkoła ta z pewnością nie przynosiła stolicy Bawarii wstydu, wręcz przeciwnie: mogła być powodem do dumy. Jednak najwybitniejszy uczeń w jej dziejach nie wytrwał do matury.

A więc szkoła: jej duch, atmosfera, a także poszczególne przedmioty. Nie wytrzymałby kolejnych trzech lat. Siedem godzin łaciny i sześć godzin greki: Cyceron, Katon Starszy, Ksenofont, ciągle nowe, nigdy nie kończące się księgi Odysei. I od tego roku, nauczający owych skarbów użytecznej wiedzy wielmożny pan doktor Joseph Degenhart, Ordinarius, który stwierdził przy całej klasie, że Einstein „nigdy nie dojdzie do niczego w życiu”. Wszystkie pary oczu utkwione w niego w tym momencie. Na ustach Alberta lekko drwiący uśmieszek, nie zamierzał kapitulować wobec tego osła. To Degenhart nie wytrzymał, wezwał go do siebie po paru tygodniach i wyraził życzenie, aby pan Einstein opuścił szkołę. Na niewinne pytanie, co mu zarzuca, nauczyciel odparł, że samą swą obecnością podważa jego autorytet. Autorytet – owa rzecz bezcenna i tak krucha, iż trzeba by ją nosić ze sobą w osobnym futerale. Oto ja, a to mój autorytet. Sprawy zaszły za daleko, zresztą szkoda było czasu. W programie matematyki dopiero teraz, w siódmej klasie, zaczynały się równania kwadratowe i najprostsza trygonometria. Na lekcjach fizyki równia pochyła i prawo Archimedesa. A przecież Albert zajmował się już rachunkiem różniczkowym i całkowym oraz elektromagnetyzmem! Joseph Ducrue, który uczył obu przedmiotów ścisłych, bez oporu wystawił zaświadczenie, że uczeń Einstein opanował matematykę i fizykę w stopniu wystarczającym do matury.


Nie tylko przedmioty ścisłe, ale nawet język niemiecki, stanowiły zaledwie dodatek do programu klasycznego gimnazjum, ustępstwo na rzecz nowych czasów, niechętnie traktowane przez zwolenników tradycji. Nie chodziło o to, by wychować zastępy łacinników i znawców klasycznej greki. Prawdziwym celem było ćwiczenie charakteru, pamięci i sprawności myślenia na tym abstrakcyjnym materiale przypominającym marmur wypolerowany przez czas i ludzki dotyk. Celem było także nauczanie cnoty na uświęconych tradycją przykładach. Cezar podbijający Galię, wszystkie jej trzy części. Ale też Caesar pontifex. Cywilizacja zorganizowana jak mowa w senacie albo przemówienie do legionistów przed bitwą. Tych samych tekstów uczyli się chłopcy w całej Europie. Przekładali klasyczne okresy na swoje barbarzyńskie języki ze świadomością, że jest to właściwie niemożliwe: nie można bowiem dorównać klasykom, a już z pewnością nie mogą tego dokonać oni, niezbyt starannie przygotowani do lekcji, nieuformowani. Nie mogą też zadaniu temu sprostać ich ojczyste języki, które dopiero powoli zdobywały sobie prawo obywatelstwa. Już w samych usiłowaniach przekładu kryło się pewne ustępstwo wobec nowych czasów: uczniom nie groziły bowiem jak niegdyś plagi za używanie ojczystego języka między sobą na przerwach.

Właściwie tylko Ferdinand Reuss potrafił na lekcjach powiązać tę całą szacowną spuściznę z literaturą niemiecką i z jakimkolwiek życiem. Schiller, a zwłaszcza Goethe, prawdziwy olimpijczyk, panujący nad formą i głęboki bez widocznego wysiłku. To jednak coś więcej niż zjadliwość i sentymentalizm Heinego, choć wobec jego przenikliwej inteligencji – chapeau bas. Hermann und Dorothea – heksametry poświęcone prawdziwym uczuciom dwojga młodych, zbuntowanych przeciwko światu dorosłych, w którym liczą się jedynie kalkulacje, stanowiska i majątki. Wreszcie coś autentycznego, o żywych ludziach, a nie mitologicznych herosach. Zaczął doceniać subtelność języka niemieckiego, skończyły się długie godziny pamięciowego wkuwania. Nawet lekcje łaciny stały się mniej martwe. Za czasów Reussa, w szóstej klasie, osiągnął najwyższą swą notę z łaciny: jedynkę. Niestety, obecny rok szkolny od początku był katastrofą.
W sumie nie był złym uczniem. Po części dlatego, że nie chciał martwić rodziców, a po części dlatego, że nauka przychodziła mu bez trudu. Słabsze stopnie, dwójki, miał tylko z owej nieszczęsnej greki. Była to ocena dobra, ale i nic więcej: nie miał pamięci do słówek ani ambicji, by przygotowywać więcej, niż zadawał Degenhart. Gospodarz klasy bardzo chciał zmobilizować chłopców do rywalizacji, toteż krzywo patrzył na odmowę uczestnictwa w grupowym wysiłku. Albert miał jednak wadę wielu inteligentnych ludzi: nie cierpiał robić rzeczy, które wydawały mu się bez sensu. Pomysł, by posłać go do gimnazjum klasycznego, dobrze świadczył o ambicjach rodziców – były to w Niemczech szkoły elitarne, choć znaleźć je można było w każdym większym miasteczku. Większość ważnych stanowisk w kraju zajmowali absolwenci gimnazjum. Matura była świadectwem przynależności do lepszej części społeczeństwa i w zamian za bezsensowny trud uczenia się rzeczy zbytecznych przynosiła pewien prestiż, możliwość wzniesienia się ponad swoje pochodzenie. W przypadku Żydów wykształcenie stanowiło przepustkę do wolnych zawodów, czasem do działalności naukowej, gdyż służba państwowa, zarówno cywilna, jak wojskowa, była dla nich praktycznie niedostępna. Ojciec Alberta musiał poprzestać na szkole realnej i zająć się prowadzeniem interesów, nie było mowy o studiach, choć podobno był zdolny, a szczególnie dobrze szła mu matematyka.

Albert rozumiał to wszystko, nie chciał być ciężarem dla rodziców, widział zresztą, że ojciec nie jest bynajmniej obrotnym Semitą z ludowych anegdot, który zawsze znajdzie sposób, żeby wyjść na swoje. Czuł się jednak organicznie niezdolny do spędzania lepszej części każdego dnia w zimnym gmachu z budującymi maksymami na barokowych plafonach. Nie chciał słuchać dyrektora prawiącego o obowiązkach i „kategorycznym imperatywie naszego filozofa Kanta”. Bronił się przed nimi i nimi gardził: potrafili wszystko strywializować, wszelkie cnoty sprowadzić do posłuszeństwa wobec przełożonych. Formowano ich na przyszłych urzędników, niezawodne trybiki w machinie państwa. Nawet ci liberalni Bawarczycy coraz mocniej przesiąkali duchem pruskim. Dopiero w domu stawał się sobą, odzyskiwał równowagę: musiał zagrać Mozarta, żeby oczyścić umysł i zmyć cierpki osad absurdu przynoszony z tej niesłychanej instytucji niczym kurz na butach. Samo granie Mozarta nie mogło oczywiście wystarczyć, nigdy przecież nie zostanie wirtuozem. Na szczęście były książki: czyste intelektualne piękno matematyki, zbyt dostojne dla bandy dorastających chłopaków, którzy całą energię obracali na podglądanie bujnej Gretchen usługującej w piwiarni. Co oni mogli wiedzieć o falach Hertza i eterze?

Także starszy od Einsteina o kilka lat Thomas Mann nie cierpiał szkoły i nie doszedł do matury, stając się, jak to sam ujmował: „wykolejonym gimnazistą” . Pisarz wspominał: „Nienawidziłem szkoły i do samego końca nie mogłem sprostać jej wymaganiom. Gardziłem nią jako środowiskiem, krytykowałem maniery jej władców i wcześnie zająłem wobec niej stanowisko, które było swojego rodzaju literacką opozycją przeciw panującemu w niej duchowi, dyscyplinie, metodom tresury. Indolencja, może konieczna dla mego odrębnego rozwoju, potrzeba dużej ilości wolnego czasu na próżnowanie i spokojną lekturę, prawdziwe lenistwo umysłowe (…) – wszystko to sprawiało, że nienawidziłem przymusowej nauki i lekceważyłem ją przekornie”. Młody patrycjusz o artystycznych zainteresowaniach, tak samo jak przyszły uczony, nie potrafił się pogodzić z pamięciowym wkuwaniem i koszarowym kolektywizmem systemu nauczania. Obaj potrzebowali czasu na swobodne, niespieszne lektury. Albert Einstein twierdził później, że do edukacji młodzieży wystarczyłyby z powodzeniem cztery godziny dziennie lekcji w szkole i dwie godziny własnej nauki.

Obaj, przyszły pisarz i przyszły uczony, byli marzycielskimi nastolatkami, których urzekała muzyka i romantyczna poezja niemiecka. Obaj lubili improwizować na fortepianie, Albert uczył się od szóstego roku życia gry na skrzypcach.
Każdy inteligentny nastolatek odczuwa potrzebę buntu i przeżywa kryzys wiary w oficjalną moralność. Dobrze wówczas mieć towarzysza niedoli, który podobnie myśli i czuje, wydaje się naszym alter ego. Thomas Mann pisze o swej młodzieńczej przyjaźni: „Komitywa nasza przetrwała wszystkie lata szkolne bodaj z tej samej przyczyny, z której niegdyś powstała. Był to «patos dystansu» wobec większości naszych kolegów; zna go każdy, kto mając lat piętnaście czytuje potajemnie Heinego i w tercji wydaje zdecydowane sądy o świecie i ludziach”. Jak się zdaje, Albert Einstein przeżywał ów nietzscheański patos dystansu samotnie, w okresie życia, kiedy odczuwa się tak wielką potrzebę zwierzeń i bliskości, nie przyjaźnił się z żadnym rówieśnikiem. Występuje tu pewna osobliwość: Einstein, który później zaprzyjaźniał się z ludźmi łatwo, a nawet może zbyt łatwo i zbyt powierzchownie, w okresie pobytu w Monachium nie miał żadnego powiernika, nauczył się zachowywać dla siebie większość swoich myśli. Po latach pojawił się jakiś gimnazjalny kolega wspominający, jak Einstein czytał Kanta, nie ma wszakże żadnych dowodów, by przyjaźnili się bliżej w okresie szkolnym.

Przyzwyczaił się do osobności, może od początku był nieco osobny. Nawet mówić zaczął później i przez jakiś czas miał zwyczaj wygłaszać każde zdanie najpierw po cichu, a dopiero później powtarzał je na głos. Bawił się sam i wykazywał nieczęstą u dzieci cierpliwość w budowaniu wysokich budowli z kamiennych klocków Anker albo w ustawianiu domków z kart wysokich na czternaście kondygnacji. Nie była to zresztą dokładnie biorąc samotność, ponieważ miał matkę, która nad nim stale czuwała, nawet na odległość, a także młodszą siostrę. Często odwiedzała ich rodzina, miał wielu kuzynów i kuzynek, niemal codziennie bywał w fabryce, rozmawiał ze stryjkiem Jakobem i pracownikami. Rodzina nie zrywała też związków z gminą żydowską, nawet jeśli nie były one religijne. Co czwartek zapraszano na obiad ubogiego studenta medycyny z Polski, Maksa Talmuda. To on, obok stryjka Jakoba, zajmował się jego umysłowym rozwojem. Max był wyznawcą materializmu medycznego, zaczął przynosić Albertowi książki o nauce. Seria popularnych książeczek Aarona Bernsteina o cudach nauk, o planetach i atomach, światach, w których nie byliśmy, ale coraz więcej o nich wiemy. Ludwiga Büchnera Kraft und Stoff – „Siła i materia”. Istnieje tylko materia i działające na nią oraz poprzez nią siły. Nie ma świata nadprzyrodzonego, prawa przyrody są niewzruszone i nie zależą od naszego widzimisię. Zjawiska w przyrodzie przebiegają niezależnie od tego, czy ktoś je obserwuje i czy ktoś je rozumie. I nie zależą od naszej moralności. Przeświadczenie o ojcowskiej opiece Stwórcy stało się wkrótce dla Alberta tak samo nieprawdopodobne jak opowieści o Noem, który po Potopie przeżył jeszcze trzysta pięćdziesiąt lat, a w sumie lat dziewięćset pięćdziesiąt. Odkrył, że każda religia, żydowska, tak samo jak chrześcijańska, służy jedynie władzy – zamiast stawiać przy każdym policjanta, który by go pilnował, wmawia się ludziom, że ich czyny widzi Bóg, który choć jest wszechmocny i w najwyższym stopniu mądry, lecz z jakiegoś powodu z wielkim zainteresowaniem zajmuje się śledzeniem postępków każdego Barucha czy Hansa. Rozwiązanie tanie, choć coraz mniej skuteczne. Poczuł gorzką radość demaskatora: jeśli żywisz jakieś złe podejrzenia co do motywów postępowania poszczególnych ludzi, a także całych społeczeństw, to zapewne masz rację. Są tacy, jak przypuszczasz, albo i gorsi.

Przed cynizmem uchronił go pierwszy podręcznik geometrii i zachwyt dla niewzruszonej logiki rozumowań. Nie musimy sprawdzać, czy w każdym trójkącie prostokątnym kwadrat przeciwprostokątnej jest równy sumie kwadratów przyprostokątnych. Wystarczy to udowodnić raz na zawsze i ten dowód pozostanie słuszny, nawet dla trójkątów, których nikt jeszcze nie narysował albo takich, które ktoś już starł z tablicy. Myślał przez wiele dni, jak można udowodnić twierdzenie Pitagorasa, aż w końcu wpadł na pewien pomysł: trzeba wykorzystać podobieństwo trójkątów (dopiero później dowiedział się, że tak się to pojęcie nazywa). Podręcznik geometrii stał się jego „świętą książeczką”. Stryj Jakob, inżynier z głową pełną pomysłów, wprowadził go też w algebrę: „Gdy nie możemy znaleźć zwierzyny, na którą polujemy, chwilowo nazywamy ją x i kontynuujemy polowanie, póki nie wsadzimy jej do torby”. Albert z upodobaniem rozwiązywał zadania i zagadki podsunięte mu przez stryja.

Jeszcze bardziej cudowne było to, że wszechobecne i niewidzialne siły, mogące poruszać tłokiem maszyny parowej albo wytwarzać prąd elektryczny, jak w prądnicach stryja Jakoba, nie tylko dawały się zmierzyć i przewidzieć, lecz poddane były ścisłemu rygorowi matematyki! Jak święta książeczka geometrii stosowała się do mierzenia odległości gwiazd, tak samo prawa fizyki pozwalały obliczyć i zrozumieć ruch planet i komet, każdego atomu – cały wszechświat nabierał w ten sposób głębokiego sensu. I nie były to jedynie czcze urojenia fantastów z białymi brodami, wizjonerów, którym mylił się dzień z nocą i sen z jawą. Uczeni, wielka międzynarodowa wspólnota ludzi dokonujących dokładnych i cierpliwych pomiarów, analizujących zjawiska, przeprowadzających obliczenia – to oni byli byli prawdziwymi kapłanami, to oni poddawali się surowej regule nakazującej rzetelność, ścisłość i pokorę wobec tajemnic świata. To była prawdziwa świętość, której daremnie szukał w religii. Świat był świętością, choć ludzie tak często okazywali się świniami.

Ucieczka Alberta z Monachium była instynktowna, czuł, że w istocie nie ma wyboru. Dopiero potem przyszła pora na racjonalizację. Trzeba to było jakoś praktycznie urządzić. Rozum zazwyczaj lojalnie wspiera porywy uczuć, przedstawiając je w postaci zobiektywizowanej i możliwej do przyjęcia przez innych, niczym starszy brat lojalnie wstawiający się za młodszym. Nie chodziło przecież o brak rodziców, w życiu nastolatka rodzina stanowi raczej tło obrazu niż jego pierwszy plan. To prawda, od jesieni został w Monachium sam, jeśli nie liczyć wszystkich ciotek i znajomych matki, które należało odwiedzać w niedzielę. Rodzice i Maja wyjechali do Mediolanu. Ojciec poniósł klęskę w interesach i zmuszony został do zamknięcia firmy, sprzedaży jej wyposażenia, a nawet działki, na której mieściły się fabryka i ich dom rodzinny. Teren położony niedaleko Sendliger Tor kupił przedsiębiorca budowlany po to, żeby wszystko wyburzyć, miasto szybko się rozrastało i potrzebowało nowych kamienic. Koledzy w klasie nie znali szczegółów, można było udawać, że to nie bankructwo, lecz przeprowadzka. Prawda była jednak taka, że bracia Einstein nie otrzymali dużego zamówienia od miasta, mimo że byli jedyną fabryką z Monachium i mimo że to oni pierwsi zainstalowali elektryczne oświetlenie na Oktoberfest i zbudowali sieć elektryczną w Schwabing. Zamówienie trafiło do firmy Schukert i S-ka z Norymbergi, prowadzonej przez „prawdziwych Niemców”. Fabryczka braci Einstein nie miała zresztą szans w konkurencji z wielkimi firmami, które połykały mniejsze: Schukertwerke za kilka lat połączyły się z berlińskim potentatem Siemens & Halske, tworząc koncern funkcjonujący do dziś jako Siemens AG.

Czy trudniej być Żydem, czy synem bankruta? Jako jedyny Żyd w klasie chodził wprawdzie na lekcje judaizmu, lecz nie czuł się potomkiem proroków. Edukacja była liberalna, nikt nie wymagał od niego deklaracji wiary. Owszem, przeszedł parę lat temu okres przypływu uczuć religijnych, chwilami graniczyło to z ekstazą. Ku zdumieniu całej postępowej rodziny przestał jeść wieprzowinę i zaczął układać hymny na cześć Pana, które nucił po drodze do szkoły i z powrotem. Ku niekłamanej uldze ojca, ta faza religijna szybko minęła, jeszcze przed bar micwą, nie powstał więc kłopotliwy problem praktykującego syna przy pokpiwającym z ortodoksji ojcu. Żydostwo było zatem nie tyle religią, ile specyficznym rodzajem obcości wśród Niemców, jakimś oddzielnym rodzajem niemieckości. W gimnazjum na ogół mu tego nie wytykano, ponieważ obowiązywało tu dobre wychowanie. Profesorowie zazwyczaj zachowywali się grzecznie, jak na oficerów przystało. Uczniowie także starali się im dorównać, Albert nie reagował zresztą na krzywe uśmieszki i grube aluzje. Co innego w szkole podstawowej. Zetknął się tam z drobnym ludkiem katolickim i wracając ze szkoły musiał dobrze uważać, żeby nie popędziła za nim banda uliczników z okrzykami: „Żyd, Żyd…” Nie były to prawdziwe prześladowania, raczej wybryki pospólstwa ogłupianego przez równie przesądnych księży, bredzących o zabójcach Pana Jezusa. Ponieważ najlepsza jest nauka poglądowa, katecheta przyniósł kiedyś ogromny gwóźdź, oświadczając, że właśnie takie posłużyły do ukrzyżowania Chrystusa. Na szczęście nikt nie pokazał go przy tym palcem, ale wystarczało to, aby czuć się obco, mimo że nie miał żadnej innej ojczyzny. Rodziny Kochów i Einsteinów mieszkały w Wirtembergii od wieków, wszyscy mówili tym samym językiem, jego szwabska odmiana była mową jego dzieciństwa. Przyzwyczaił się, że jest jedynym Żydem w klasie. Być może wzmocniło to tylko jego naturalne samotnictwo.

Einstein twierdził, że właściwie nie zetknął się w Bawarii z poważniejszym antysemityzmem. Żydowskie pochodzenie sprawiało tylko, że czuł się kimś trochę innym niż reszta Niemców. W mniejszym stopniu utożsamiał się też z państwem, które przeżywało wówczas upojenie nacjonalizmem. Powstanie II Rzeszy Niemcy odczuwali jako wielki akt dziejowej sprawiedliwości. Albert nie poddawał się tym uniesieniom, patrzył z boku. W jego oczach szkoła jawiła się jako przedłużenie cesarstwa niemieckiego, choć w nieco łagodniejszej wersji bawarskiej. Według słynnej i wielokrotnie powtarzanej oceny uczonego nauczyciele szkoły podstawowej przypominali feldfebli, a profesorowie gimnazjum – poruczników. Pruscy feldfeble uchodzili za okrutnych nadzorców dyscypliny, porucznicy dokładali do tego pewną zimną ogładę. Trzeba nam wiedzieć, czym w ówczesnych Niemczech był porucznik: „Pruski porucznik szedł przez świat jak młodszy bóg, a mieszczanin porucznik rezerwy – niczym półbóg”. Oficerami w armii byli niemal wyłącznie dobrze urodzeni. Dla młodzieńców z rodzin mieszczańskich (choć z wyjątkiem Żydów, ateistów, socjaldemokratów i katolików) stopień porucznika rezerwy był awansem i zbliżeniem się do elity. Einstein po latach wspominał, że jeden z jego nauczycieli był porucznikiem rezerwy i bardzo się tym szczycił. Lubowano się w uniformach i defilowaniu paradnym krokiem (od ćwiczenia owego kroku Thomas Mann dostał zapalenia ścięgna i jego służba wojskowa zakończyła się przedwcześnie po kilku miesiącach). Był to częsty widok – Monachium było także miastem garnizonowym. Może ta wszechobecność wojskowego drylu skłoniła Alberta do następującej refleksji: „Każdy, komu sprawia przyjemność maszerowanie w szeregu przy dźwiękach muzyki, już przez to samo wywołuje we mnie uczucie pogardy; jedynie przez przypadek obdarzono go wielką mózgownicą, gdyż mlecz pacierzowy wystarczyłby najzupełniej na jego potrzeby”. Nie były to poglądy popularne w kraju, w którym starano się upodobnić klasy szkolne do oddziałów wojska, a stosunki nauczycieli i uczniów kształtować na wzór dyscypliny militarnej. Obchodzono uroczyści Dzień Sedanu – rocznicę zwycięstwa nad Francuzami, zmarłemu kanclerzowi Bismarckowi stawiano pomniki, a także poświęcone mu kolumny, jak kraj długi i szeroki. Cesarz Wilhelm II publicznie oświadczał, że szkoły powinny kształtować żołnierską krzepę i wychowywać młodzież na Niemców, a nie na Greków czy Rzymian.

Czemu więc Albert Einstein uciekł z Monachium – miasta, w którym się wychował, jedynego, jakie znał? Nie był sentymentalny, ale mimo to może nas dziwić, że uczony, który później tak wiele podróżował i często zmieniał miejsca pobytu, omijał zawsze Monachium. Czy jeszcze po latach dokuczała mu pamięć banalnych szkolnych powikłań, czy chodziło raczej o głębszą niechęć wobec tego, co już jako chłopak dostrzegł w Niemcach, świadomość, że Monachium nie było i nie mogło być jego ojczystym miastem? Ponieważ niemieckość była zadrą, do której nie chciał się przyznać, więc wolał nie pamiętać o rodzinnym mieście? Bo przecież obiektywnie – gdyby w ludzkim świecie mogło istnieć coś obiektywnego – Monachium to jedno z najświetniejszych miast europejskich, nie miało może splendoru Paryża, energii Londynu czy starożytności Rzymu, ale kwitło tu autentyczne życie kulturalne, artystyczne, naukowe. Gdyby nie był Żydem, w jakimś wszechświecie alternatywnym, spojrzałby może na stolicę Bawarii przychylniej, tak jak widział ją (choć nie bez iskierki ironii) w roku 1902 Thomas Mann:

Monachium jaśniało. Nad paradnymi placami i białymi kolumnami świątyń, nad klasycyzującymi pomnikami i barokowymi pałacami, nad tryskającymi fontannami, nad pałacami i ogrodami rezydencji rozpościerało się promienne niebo z błękitnego jedwabiu, a szerokie, jasne, objęte zielenią i doskonale rozplanowane arterie uliczne zalane były słonecznym żarem pierwszego pięknego czerwcowego dnia.
Szczebiot ptaków i utajona radość nad wszystkimi ulicami. A na placach i w zaułkach turkoce, wzbiera i szumi niespieszne, wesołe życie tego pięknego i dostojnego miasta. Podróżni wszelakiej narodowości jeżdżą po nim małymi powolnymi dorożkami wybiegając z niewybredną ciekawością spojrzeniem w prawo i w lewo na ściany domów i wstępując na szerokie zewnętrzne schody, wiodące do muzeów.
Wiele okien jest otwartych i z wielu wybiega na ulice muzyka, ćwiczenia na fortepianie, skrzypcach lub wiolonczeli, rzetelne i pełne dobrej woli wysiłki dyletantów. W «Odeonie» jednak, jak słychać, odbywają się poważne studia przy wielu fortepianach.
Młodzi ludzie gwiżdżąc motyw Nothunga i zapełniając wieczorem ostatnie rzędy modnego teatru wchodzą i wychodzą przez drzwi uniwersytetu i biblioteki państwowej z pismami literackimi w bocznych kieszeniach kurtek. (…) Młodzi malarze w okrągłych kapelusikach, zsuniętych w tył głowy, luźno zawiązanych krawatach i bez laski, beztroskie chłopaki, co opłacają komorne kolorowymi szkicami, idą oto na spacer, chcąc, aby to błękitne przedpołudnie wywołało w nich nastrój.

Urodzony w Lubece, Thomas Mann właśnie w Monachium rozpoczynał swoją pisarską karierę, obracał się wśród pisarzy, artystów, uczonych, przedstawicieli cyganerii i akademików, korzystał z bogatego życia koncertowego i teatralnego. Pisarz ożenił się tu, wychowywał dzieci, założył dom i gdyby nie naziści, prawdopodobnie nadal Monachium stanowiłoby centrum jego pracowitego życia.

Tymczasem Albert Einstein zjawił się u rodziców w Mediolanie, przekonując, że teraz będzie uczył się sam i że będzie zdawać na Politechnikę w Zurychu, która nie wymagała matury, jeśli się zdało egzamin wstępny. Zaczął uczyć się włoskiego i wszystko go we Włoszech zachwycało: galerie obrazów, życie uliczne, słońce. Nic nie wiemy o jego wizytach w monachijskich przybytkach sztuki, tamtejsze muzea, teatry i koncerty nie pozostawiły żadnych śladów. Może był za młody, nie miał jeszcze szesnastu lat. Ale przecież ktoś, kto czytał Kanta, musiał także z pewnością słyszeć o Wagnerze, o artystach, o uniwersytecie. Wydaje się, jakby młody Albert Einstein dopiero w Mediolanie odkrywał to, co mógłby z powodzeniem znaleźć także w swym rodzinnym Monachium, mieście z pewnością nie mniej europejskim.

Oczywiście, mogło tu swoje zrobić odkrycie Południa, co dla przybyszy z mniej nasłonecznionych krain bywało przeżyciem nieledwie mistycznym. Pisał Friedrich Nietzsche: „Nie mam dość siły na Północ – królują tam ciężkie i przemyślne dusze, pracujące tak wytrwale i koniecznie nad środkami ostrożności, niczym bóbr przy swej tamie. I pomyśleć, że spędziłem wśród nich całą młodość!” Także na Albercie Einsteinie Włochy wywarły wrażenie, chętnie wracał później do wspomnień, a nawet do języka włoskiego, którego nieźle się zdążył nauczyć, mimo że zawsze deklarował brak zdolności językowych, tłumacząc tym nawet swoją niechęć do programu klasycznego gimnazjum w Monachium. Odkrycie Południa rozciągnęło się też chyba dla niego na dłuższy czas: pod koniec grudnia Mediolan niekoniecznie jest dużo jaśniejszy od Monachium. Albert nie widział zresztą zbyt wiele Włoch oprócz Mediolanu, Pawii i Genui, krótkiego pobytu w Wenecji. Nie starał się też nigdy o zamieszkanie we Włoszech na stałe, nie myślał, aby tam studiować. Wracał jedynie na okresy wolne od zajęć na Politechnice w Zurychu, wcześnie też zaczął odkładać pieniądze na uzyskanie obywatelstwa szwajcarskiego.

Ucieczka z Monachium stała się dla młodego Alberta wyzwoleniem. Podobała mu się włoska bezpośredniość w obcowaniu z ludźmi, pod tym względem był raczej impulsywnym południowcem. Rzecz była jednak głębsza: on także nie należał do bobrów pracowicie wznoszących tamy, już prędzej był falą, która owe tamy przerywa. Włochy mogły też przemawiać do artystycznej strony jego osobowości, choć nigdy później nie interesował się szczególnie architekturą, rzeźbą czy malarstwem. Cenił ideał prostego życia ludzi wolnych, codzienną kulturę Włoch, ale bliższa stała mu się Szwajcaria i zapewne nie tylko z racji języka. W miarę jak kształtowały się jego poglądy polityczne, zaczął przeciwstawiać liberalną i demokratyczną Szwajcarię autorytarnym i zmilitaryzowanym Niemcom.

Jego ojczyzna i mała ojczyzna, Heimat, dały mu język: zarówno rubaszny szwabski dialekt, jak subtelny i dobitny środek wyrazu pisarzy i filozofów, uczył się coraz lepiej nim posługiwać, w nim formułował myśli, nie zmieniły tego nawet lata pobytu w Ameryce. Trudniejszym darem był trwały i głęboki głęboki sceptycyzm wobec obiegowych opinii. Postawy takiej nie nabywa się dobrowolnie i bezboleśnie, kto jednak potrafi z nią żyć i odnaleźć równowagę, ten nie będzie chciał się karmić łatwymi złudzeniami i nie zabraknie mu odwagi, by zrywać nawet silne więzy, kiedy wymaga tego wierność sobie. Albert Einstein nie mieścił się w żadnym opresyjnym systemie: to nie przypadek, że będzie jednym z nieprzejednanych przeciwników narodowego socjalizmu. Można sądzić, że nigdy by się z nim nie pogodził, nawet gdyby nie był Żydem.
Sceptycyzm łatwo prowadzi do zwątpienia. Einstein był jednak człowiekiem wiary. Dziecięcy zapał religijny przeniósł się na naukę i nigdy nie osłabł, nawet wtedy, gdy jego praca latami nie przynosiła owoców. Niezachwianie wierzył w bezosobowy i ponadosobisty ład świata i można by do niego zastosować, z większą może trafnością, to, co mówiono o Heinem: iż jest on Unglaubengenosse Spinozy – towarzyszem Spinozy w niewierze. Była to bowiem niewiara gorąca i żarliwa, a zarazem chłodna i poddana rozumowi i Albert gotów był jej służyć już w tamtej chwili, kiedy po raz pierwszy zadecydował o swym losie i na zawsze porzucił Monachium.

Reklamy

Marcel Grossmann – przyjaciel i współpracownik Einsteina

Było ich pięcioro w Sekcji VIA Politechniki w Zurychu (obecna ETH) – „matematycy”: Marcel Grossmann, Jakob Ehrat i Louis Kollros oraz „fizycy”: Albert Einstein i Mileva Marić. Sekcja VIA była wydziałem ogólnym Politechniki, przygotowującym przyszłych nauczycieli matematyki i fizyki. Uczyli się oni (w nieco odmiennych proporcjach) matematyki i fizyki, tylko podgrupa „fizyków” miała praktyczne zajęcia laboratoryjne. Politechnika w Zurychu (obok paryskiej Sorbony) przyjmowała na studia kobiety, należąc pod tym względem do nielicznych wyjątków w Europie. Dlatego Mileva Marić, uzdolniona Serbka z Wojwodiny, trafiła tam na studia. Mileva została z czasem żoną Alberta, Marcel należał do jego najbliższych przyjaciół. Wzorowo prowadzone notatki Grossmanna z wykładów służyły Albertowi pomocą przed egzaminami, Einstein był bowiem studentem niezbyt sumiennym, czytał prace wielkich fizyków na własną rękę i zajmował się tym, co mu się akurat wydawało interesujące, a nie tym, co wynikało akurat z programu studiów. Nie miał w szczególności zbyt wiele zapału do tych części matematyki, które wydawały się oderwane od zastosowań w fizyce. Stracił na tym zapewne, ponieważ wśród wykładowców matematyki na Politechnice byli uczeni tak wybitni jak Adolf Hurwitz i Hermann Minkowski. Nie orientował się wówczas – podobnie jak większość jego profesorów – że w przyszłości aparat matematyczny fizyki bardzo się powiększy.

W lipcu 1900 roku wszyscy oni, oprócz Milevy, uzyskali dyplom Politechniki. Grossmann i Kollros zostali dość szybko profesorami tej uczelni, Einstein natomiast nie mógł przez długi czas znaleźć pracy. Pisał do Grossmanna z domu rodziców we Włoszech:

Drogi Marcelu! Gdy wczoraj znalazłem twój list, byłem wzruszony wiernością i życzliwością, które nie pozwoliły ci zapomnieć o starym przyjacielu pechowcu. Niełatwo byłoby znaleźć lepszych przyjaciół niż ty i [Jakob] Ehrat. Nie muszę chyba mówić, że byłbym szczęśliwy, mogąc zająć się tak piękną sferą aktywności, i że dołożyłbym starań, by nie zawieść okazanego mi zaufania. Już od trzech tygodni jestem u rodziców i stąd usiłuję zdobyć posadę asystenta na jakimkolwiek uniwersytecie. Już dawno bym uzyskał posadę, gdyby nie intrygi Webera. Pomimo to staram się nie przeoczyć żadnej okazji i nie tracę humoru. Bóg stworzył osła i dał mu grubą skórę.
Mamy tu prześliczną wiosnę i cały świat uśmiecha się tak radośnie, że siłą rzeczy trzeba odrzucić wszelką hipochondrię. Poza tym moi muzyczni znajomi chronią mnie od zgorzknienia.
Co się tyczy nauki – przyszło mi do głowy parę pięknych pomysłów, ale muszą one jeszcze dojrzeć. (14 IV 1901)

Dzięki ojcu Grossmanna, który znał dyrektora Biura Patentowego w Bernie, Friedricha Hallera, Einstein trafił do niego na rozmowę kwalifikacyjną i został przyjęty do pracy jako ekspert techniczny III klasy. Było to w czerwcu 1902 roku, po dwóch latach niepewności i braku stabilizacji finansowej. Einstein przez całe życie wdzięczny był Grossmannowi za pomoc w tym trudnym momencie.

W roku 1912 Marcel Grossmann już jako profesor ETH zaproponował Einsteinowi profesurę na tej uczelni. Sytuacja była już zupełnie inna: Einstein był najwybitniejszym fizykiem Europy, a więc i świata, jego prace z teorii względności, fizyki statystycznej, fizyki kwantowej zasługiwały już nie na jedną, lecz na kilka Nagród Nobla. Teraz to ETH miała zyskać sławnego uczonego, Einstein zgodził się, ponieważ w Pradze, gdzie przebywał, nie czuł się zbyt dobrze, a Mileva była zupełnie osamotniona. Einstein pracował intensywnie nad teorią grawitacji. Miał wtedy ponoć zwrócić się do swego kolegi słowami: „Grossmann, pomóż mi, bo inaczej zwariuję”.

Pracowali wspólnie w ciągu niecałych dwóch lat, jakie spędził Einstein w Zurychu. Opublikowali dwie wspólne prace. Pierwsza z nich, tzw. Entwurf, była chybionym zarysem teorii grawitacji. To Grossmann skierował uwagę Einsteina na geometrię różniczkową Levi-Civity i Ricciego-Curbastro. Fizycy zawdzięczają Grossmannowi określenie tensor (samo pojęcie było znane). Praca Entwurf składała się z dwóch części: fizycznej autorstwa Einsteina oraz matematycznej autorstwa Grossmanna. Grossmann zaprezentował w swej części zarys geometrii różniczkowej znanej w tamtym momencie w sposób jednolity i do pewnego stopnia autorski. Nie była to matematyka, którą Grossmann uprawiał naukowo ani przedtem, ani później. Jego specjalnością była geometria wykreślna oraz konstrukcje geometryczne w geometrii nieeuklidesowej. Jak się wydaje, sam wolał się dystansować od odpowiedzialności za prezentowaną teorię fizyczną. Czy jego pomoc ograniczała się wyłącznie do kwestii technicznych? I tak, i nie. Brał on udział w obliczeniach, część z nich znajduje się w tzw. Notatniku z Zurychu, analizowanym szczegółowo przez historyków. Podejście czysto matematyczne nie doprowadziło do sukcesu. Teoria przedstawiona w Enwurf jest nieelegancka i nieprawdziwa fizycznie (co nie od razu było jasne). Potęga formalizmu geometrii różniczkowej nie była wykorzystana w pełni, obaj, jak się zdaje, nie doceniali jej wtedy. Grossmann nie interesował się zbytnio dalszym losem teorii grawitacji, w każdym razie ich współpraca skończyła się w sposób naturalny w roku 1914. Einstein wyjechał do Berlina, aby objąć najbardziej prestiżowe stanowisko w Niemczech, stworzone specjalnie dla niego: miał być członkiem Pruskiej Akademii Nauk otrzymującym wysoką pensję bez żadnych zobowiązań dydaktycznych. Max Planck i Walther Nernst, którzy mu tę posadę zaproponowali, liczyli, że Berlin utrzyma dzięki temu pozycję najważniejszego centrum fizyki w Niemczech. Silną konkurencją było Monachium, gdzie pracował Arnold Sommerfeld, a później także Getynga, w czasach Maksa Borna i Jamesa Francka. Marcel Grossmann nie pracował wiele naukowo, zajął się uczeniem matematyki oraz organizacją. Ich synowie chodzili potem do jednej klasy gimnazjalnej w Zurychu (Mileva zamieszkała tam po rozstaniu z Albertem.

Einstein dopiero w roku 1915 spostrzegł, że teoria Entwurf nie jest tym, o czym myślał. Chodziło o to, że nie dało się jej zastosować w układzie obracającym się. Tymczasem jedną z głównych idei „uogólnionej” czy „ogólnej” teorii względności było dopuszczenie dowolnych układów współrzędnych. Dzięki pracy poprzednich lat mógł teraz Einstein szybko wrócić do niedokończonych obliczeń i części układanki szybko się domknęły. A właściwie kolejno domykały w listopadzie 1915 roku. Przez cztery tygodnie opublikował wtedy Einstein cztery kolejne prace (był to rytm posiedzeń Akademii Nauk), przy czym każda następna zmieniała nieco wyniki poprzedniej. Powstał zamęt, w którym tylko sam Einstein umiał się odnaleźć. Toteż w roku 1916 napisał dużą pracę podsumowującą wyniki.

Był to największy sukces naukowy Einsteina, choć dopiero po latach stało się jasne, jak znakomitą i świetnie zgadzającą się z doświadczeniami teorię stworzył. Nie ulega też kwestii, że nikt inny wtedy by jej nie zbudował. Grossmann bardzo tu Einsteinowi pomógł, kierując go we właściwą z matematycznego punktu widzenia stronę. Był jednak w tę pracę zaangażowany w mniejszym chyba stopniu niż Besso, który brał udział w obliczeniach obrotu peryhelium Merkurego. Einstein nie miał nigdy współpracownika, który dorównywałby mu intelektualnie. Być może zresztą uczeni mający silne osobowości nie bardzo dają się zaprzęgnąć do pracy zespołowej czy nawet partnerskiej, mają bowiem wyraźnie sprecyzowane cele i własne wyobrażenie drogi do nich.