Johannes Kepler: III prawo ruchu planet (15 V 1618)

Niemal wszystkie wielkie odkrycia naukowe dla swych odkrywców znaczyły co innego niż dla potomnych. Z tego powodu dzisiejsza wiedza jest często mało przydatna, gdy chcemy dowiedzieć się, w jaki sposób zostały dokonane jakieś odkrycia. Przykład praw Keplera jest tu wielce pouczający: to, co dziś uważamy za trzy prawa Keplera, on sam uważał za istotne wprawdzie, ale trzy pojedyncze fakty w całym gmachu astronomii, który zbudował.

Johannes Kepler zdecydował się zająć astronomią, kiedy odkrył – jak mu się zdawało – ukryty sens geometryczny proporcji orbit planetarnych. Stwórca zrealizował bowiem w niebiosach wielce barokową konstrukcję geometryczną. Nastąpiły długie lata studiowania ruchów planet, szczęśliwym zbiegiem okoliczności mógł wykorzystać zbiór obserwacji Tychona Brahego, najdokładniejszych w dziejach i obejmujących najdłuższy przedział czasu. Ktoś porównał sytuację przed Tychonem i obserwacje Tychona do oddzielnych fotografii i długiego filmu: ruchy planet monitorowane były przez duńskiego astronoma nieomal z dnia na dzień. Kepler pierwszy zbudował w pełni heliocentryczną astronomię, w której Słońce było nie tylko wielką lampą oświetlającą wszechświat i umieszczoną centralnie, ale także źródłem ruchu sześciu znanych planet. Uzyskane przez niego wyniki podsumowuje się dziś w formie trzech praw ruchu. Pamiętać jednak należy, że zawarte one były w książkach Keplera wśród długich rozważań i nigdzie nie zostały sformułowane w taki właśnie sposób.

Dwa pierwsze prawa znalazły się w Astronomia nova z 1609 roku. Eliptyczny kształt orbit był najbardziej oczywistym wynikiem tej pracy, choć wielu nie dało się przekonać: astronomowie przyzwyczajeni byli do kół poruszających się po kołach i podejście Keplera wydawało się dziwaczne. Tym bardziej, że nawet obserwacje Brahego nie były na tyle dokładne, by jakoś zdecydowanie rozstrzygać, jaki jest właściwie kształt orbity – mogły to być rozmaite owale, a poza tym krzywe takie można skonstruować na różne sposoby, więc elipsy wydawały się wnioskiem zbyt silnym. Tak rozumiał to np. Isaac Newton, kiedy pisał: „Kepler wiedział, iż orbity planet nie są kołowe, lecz owalne, i odgadł, że są eliptyczne”. Kepler nie tyle zresztą zgadywał, ile kierował się tu (obok obserwacji) własną teorią ruchu planet – pierwszą mechaniką niebios – lecz z pozycji newtonowskich próba ta była chybiona, więc Newton mógł potraktować to jako zgadywanie. Elipsy z czasem znalazły sobie miejsce wśród uznanych faktów astronomicznych. Aż do czasów Newtona nie wiedziano jednak, co zrobić z Keplerowskim prawem pól – dzisiejszym II prawem Keplera. Teoretyczne wyjaśnienia samego Keplera nie przekonały jego następców, w dodatku prawo to jest niełatwe do praktycznego stosowania, gdyż prowadzi do równania przestępnego: t=E-e\sin E, gdzie t jest czasem, e mimośrodem orbity, a E tzw. anomalią mimośrodową, wielkością potrzebną do obliczenia położenia planety na elipsie. Równanie Keplera należało rozwiązywać metodami przybliżonymi, co w XVII wieku było trudne zarówno praktycznie, jak i pojęciowo. II prawo Keplera odrodziło się dopiero dzięki Newtonowi, który spostrzegł, że musi ono obowiązywać zawsze, gdy siły działają wzdłuż linii łączącej planetę i Słońce, bez względu na konkretną zależność sił od odległości. Dziś mówimy, że w ruchu pod wpływem sił centralnych zachowany jest moment pędu.

Kepler traktował własną pracę nad geometrycznym i mechanicznym opisem ruchu planet jako bardzo długi wstęp, rodzaj dygresji, właściwym celem było odkrycie, czemu Stwórca zbudował układ planet tak, a nie jakoś inaczej. Z jego perspektywy najciekawsze więc wydawało się wyjaśnienie odległości, okresów i ekscentryczności orbit, a więc nie tyle mechanika, co warunki początkowe – one bowiem mówiły nam coś o Bogu. Uczony, kiedy tylko mógł, wracał do rozważań na temat harmonii świata, one właśnie wydawały mu się najcenniejsze. Niosły mu też pociechę – to w czasie żałoby po śmierci córeczki zajął się pisaniem Harmonice mundi („Harmonii świata”). Do brył platońskich z młodzieńczej konstrukcji doszły teraz harmonie muzyczne – idea pitagorejska. Johannes Kepler stworzył najbardziej rozbudowaną i szczegółowo opracowaną wersję tej starej idei. Wszechświat był dla niego kosmosem, uładzoną i piękną całością. Sądził, że potrafi wyjaśnić ekscentryczności orbit planetarnych. Tym, co miało budować harmonie muzyczne kosmosu były prędkości kątowe planet widziane ze Słońca. Ich zakres odpowiadał pewnej skali muzycznej. Była to więc muzyka czysto matematyczna, którą obserwować mogły mieszkające na Słońcu anioły.

To, co przepowiedziałem dwadzieścia dwa lata temu, kiedy odkryłem pięć brył foremnych między sferami niebieskimi; to, o czym mocno byłem przekonany wewnętrznie, zanim jeszcze ujrzałem Harmonie Ptolemeusza; to, co obiecałem przyjaciołom w tytule tej piątej Księgi, nim jeszcze nabrałem całkowitej pewności; to, o czym szesnaście lat temu pisałem publicznie, nalegając, iż musi być zbadane; to, co skłoniło mnie, by spędzić najlepszą część życia na spekulacjach astronomicznych, wybrać się do Tychona Brahego do Pragi i samemu zamieszkać w Pradze; to, do czego Bóg Najlepszy i Największy nakłaniał mój umysł i rozbudzał pragnienie poznania, przedłużając me życie i siły umysłu, a także dostarczając innych środków dzięki hojności dwóch cesarzy oraz szlachty stanów Górnej Austrii; to w końcu, gdy wypełniłem swoje obowiązki astronomiczne w wystarczającym stopniu, mogłem wreszcie wydobyć na światło i stwierdziłem, że jest prawdą bardziej nawet, niż miałem nadzieję: odkryłem pośród ruchów niebieskich pełną naturę harmonii, w stopniu, w jakim ona występuje, wraz ze wszystkimi swymi częściami, objaśnionymi w Księdze III – wprawdzie nie w taki sposób, w jaki ją sobie wyobrażałem (co stanowi nie najmniejszą część mojej radości), ale w zupełnie inny sposób, najpiękniejszy i zarazem najdoskonalszy. (KGW t. VI, s. 289; )

Samo III prawo Keplera jest prostą zależnością ilościową: jeśli wyrazimy okres obiegu planety T w latach, a półoś orbity a (czyli średnią odległość od Słońca) w jednostkach orbity Ziemi, to przyjmuje ono postać: T^2=a^3. Prawo to znajduje się w Księdze piątej Harmonice mundi jako ósme twierdzenie rozdziału trzeciego, a więc wplecione w pitagorejskie rozważania.

Tak więc część mojej Tajemnicy kosmosu, która została zawieszona dwadzieścia dwa lata temu, ponieważ nie była jeszcze jasna, zostaje dokończona i tutaj umieszczona. Bo kiedy znalezione zostały prawdziwe odległości sfer, poprzez obserwacje Brahego i ustawiczny długotrwały trud, to w końcu – w końcu – prawda co do stosunku okresów i wielkości sfer
choć późno, wejrzała na opieszalca,
Wejrzała jednak i w końcu, po długim czasie, nastała.(*)
a jeśli trzeba wam dokładnego czasu, zrodzona została w umyśle 8 marca tego roku 1618, lecz poddana rachunkowi w pechowy sposób i odrzucona jako fałsz, aż wreszcie powróciła 15 maja i przyjmując inną linię ataku, pokonała ciemności mego umysłu. Tak silne było wsparcie siedemnastu lat mojej pracy nad obserwacjami Brahego oraz obecnych badań, które połączyły swe siły, iż z początku myślałem, że śnię i gdzieś w założeniach wprowadzam moją konkluzję. Ale jest absolutnie pewne i ścisłe, że stosunek okresów dowolnych dwóch planet równa się dokładnie stosunkowi ich średnich odległości do potęgi 3/2 (Harmonice mundi, 1619, s. 189; KGW t. VI, s. 302)

Spośród praw Keplera to było najmniej kontrowersyjne, bo łatwe do sprawdzenia. Co więcej, pozwalało poprawić wielkości orbit, ponieważ okresy obiegu znane były znacznie dokładniej niż odległości, co pierwszy zauważył Jeremiah Horrocks, który, gdyby nie zabrała go śmierć w wieku dwudziestu dwóch lat, z pewnością zostałby jednym z najważniejszych astronomów XVII stulecia.

(*) Wykształconemu klasycznie Keplerowi przyszła tu na myśl pierwsza ekloga Wergiliusza:

Wolność, która, choć późno, wejrzała na opieszalca,
Kiedy już siwiejące spod brzytwy sypały się włosy,
Wejrzała jednak i w końcu, po długim czasie, nastała.
(przeł. Z. Kubiak, Literatura Greków i Rzymian, s. 430)

Reklamy

Pierre Bayle, Myśli różne o komecie (1683)

Chrześcijaństwo należy do tradycji Europy – to prawda, lecz pamiętać musimy, że jego kształt zmieniał się bardzo z czasem. Czym innym był np. arystotelizm św. Tomasza, a czym innym reformy Lutra i Kalwina. Protestantyzm starał się chrześcijaństwo oczyścić przez powrót do źródeł oraz odrzucenie magicznej obrzędowości, był surowy, wymagał dużo od wiernych, którzy ściślej musieli się pilnować w życiu codziennym, by dostąpić łaski. Takimi właśnie surowymi protestantami, przez lata rozmyślającymi nad podstawami swej wiary, byli zarówno Isaac Newton, jak i Pierre Bayle. Protestantyzm towarzyszył przemianom mentalności europejskiej w XVI i XVII wieku, kształtował także założycieli Stanów Zjednoczonych. Nie przypadkiem nowożytna nauka i nowoczesna gospodarka rozwinęły się najbardziej w krajach protestanckich.

Kometa z lat 1680/1681 została przez Isaaca Newtona uwieczniona pierwszym obliczeniem orbity na podstawie prawa powszechnego ciążenia. Przyczyniło się to do rozwiania astrologicznych fantazji na temat związku komet z wydarzeniami na Ziemi. Był to proces powolny zapoczątkowany sto lat wcześniej odkryciem Tychona Brahego, że komety są prawdziwymi ciałami niebieskimi, tzn. nie są jakimś wyziewem górnych warstw atmosfery ziemskiej, jak sądzono od czasów Arystotelesa. Astrologia w drugiej połowie XVII wieku nie była już traktowana poważnie przez uczonych, podciął jej korzenie kopernikanizm: no bo skoro Ziemia jest tylko jedną z planet i komety też są rodzajem planet, to nie ma powodu uważać, aby zdarzenia historyczne czy meteorologiczne na planecie Ziemia dyktowane były akurat zjawieniem się jakiejś komety. Młody Isaac Newton kupił sobie książkę o astrologii na jarmarku na błoniach Stourbridge, szybko wszakże doszedł do wniosku, że zawiera bzdury. Nie potrafiąc narysować jakiejś figury omawianej w książce, sięgnął do Euklidesa. Niebawem już czytał Geometrię Kartezjusza, dzieło trudne, które jednak przestudiował. W ciągu roku opanował samodzielnie znaną wówczas matematykę i zaczął twórczość oryginalną. Niemal wszystkiego nauczył się sam i osiem imponujących tomów jego Mathematical Papers pokazuje, że matematyka towarzyszyła potem stale jego innym zainteresowaniom. Jest to zapewne jedyny przykład, gdy astrologia do czegoś realnego się przydała.


Niezbyt wierzono, przynajmniej w kręgach ludzi wykształconych, by komety zwiastowały nieszczęścia lub zostały zesłane z nieba w celu naszej moralnej poprawy, ale spotykało się wciąż rozmaite opinie. Możliwy do pomyślenia był oczywiście jakiś ich wpływ naturalny, np. katastrofa kosmiczna albo oddziaływanie z ziemską atmosferą. Tak czy owak zjawiska kometarne przesuwały się ze sfery cudownej i nadprzyrodzonej w domenę ciekawostek natury.
Madame de Sévigné, której listy stanowią jedno z arcydzieł języka francuskiego, pisała w na początku stycznia 1681 r. do swego kuzyna hrabiego de Bussy-Rabutina:

Mamy tutaj wielce okazałą kometę, która ma najpiękniejszy warkocz, jaki można oglądać. Wszystkie ważne osobistości wpadły w popłoch, gdyż wierzą mocno, iż niebiosa tak przejęły się ich stratą, że powiadamiają o niej poprzez ową kometę. Mówi się, że kardynała Mazarin, któremu medycy nic już nie potrafią pomóc, dworzanie poinformowali o pojawieniu się wielkiej komety, budzącej w nich lęk, ponieważ byłaby ich zdaniem cudem stosownym dla uczczenia śmierci kogoś tak wybitnego. Kardynał znalazł siłę, aby to wyśmiać i stwierdził żartobliwie, że kometa wyświadczyłaby mu zbyt wielki honor.

De Bussy-Rabutin odpisał z Burgundii, że i tam różne lokalne znakomitości obawiają się w związku z kometą o siebie. „Mercure galant” pokpiwał, że kometa najwyraźniej zapowiadała śmierć jakiejś wielkiej istoty, ponieważ umarł słoń trzymany w Wersalu.

Wykładowca hugonockiego kolegium w Sedanie, Pierre Bayle, zainteresował się nie tyle samą kometą z 1680/1681 r., ile mechanizmem społecznej wiary i niewiary, a także sensem religijnym tego zjawiska. Rozważaniom tym poświęcił książkę, wydaną anonimowo w roku 1683. Można by gorzko stwierdzić, iż w jego przypadku kometa była zapowiedzią znacznych zmian: w lipcu 1681 roku kolegium zamknięto. Było to jedno z posunięć króla Ludwika XIV w zbożnym dziele oczyszczania Francji z heretyków, tzn. z protestantów. Bayle spędził resztę życia w Rotterdamie, pisząc i stając się jednym z prekursorów Oświecenia. Obawiał się o swoją rodzinę we Francji, młodszy jego brat nie wytrzymał pobytu w lochach arcykatolickiego władcy, gdzie znalazł się wyłącznie z powodu swej wiary. Bayle pisał:

Gdyby wiedziano, jak ostrego sensu nabrało obecnie to słowo, nie zazdroszczono by Francji, że jest całkowicie katolicka pod panowaniem Ludwika XIV. Już od dawna bowiem ci, którzy mają się za wcielenie katolicyzmu, postępują w sposób budzący zgrozę, że uczciwy człowiek powinien miano katolika uważać za obelgę; a po tym, co zrobiliście ostatnio w owym arcykatolickim królestwie, powinno być teraz wszystko jedno, czy mówi się: religia katolicka, czy też: religia ludzi niegodziwych (przeł. J. Lalewicz).

Okoliczności zewnętrzne, a także daleko posunięta uczciwość intelektualna, skłaniały Bayle’a do sceptycyzmu wobec utartych mniemań. Podważał rolę tradycji, która ostatecznie zasadza się na tym, że powtarzamy czyjąś opinię, nie zadawszy sobie trudu jej przemyślenia. Gdyby więc trochę dokładniej przyjrzeć się temu, skąd biorą się różne tradycje, mogłoby się okazać, że w gruncie rzeczy powtarza się bezkrytycznie pogląd jednego czy dwóch autorów. Ta prosta myśl mogła podważyć nie tylko wierzenia dotyczące komet, ale i jeden z filarów Kościoła katolickiego, który z poszanowania tradycji robił swój wyróżnik, swoją differentia specifica, pośród doktryn chrześcijańskich.
Nie należy więc specjalnie wierzyć w argumenty z tradycji:

Tak więc świadectwa historyków dowodzą tego jedynie, że komety się pojawiały i że po nich występowały rozmaite niepokoje w świecie – niezmiernie stąd daleko do udowodnienia, iż jedna z tych rzeczy stanowi przyczynę bądź prognostyk drugiej, jeśli nie chcemy być jak owa kobieta z ulicy Saint Honoré [w Paryżu], która widzi przejeżdżające karety, ilekroć wyjrzy z okna i wyobraża sobie, że to ona jest przyczyną ich pojawiania się lub przynajmniej jej ukazanie się w oknie stanowi dla całej dzielnicy prognostyk, iż wkrótce przejedzie kareta (§5).

Bayle tak daleko zaszedł w intelektualnym sceptycyzmie, że wyrażano często wątpliwości, czy nie stał się ateistą. Głosił w każdym razie radykalne oddzielenie religii – domeny wiary, od filozofii – domeny rozumu. „Jeśli sprawiedliwy żyje swą wiarą, to filozof także powinien żyć swoją; znaczy to, że w swym osądzie rzeczy powinien być niezależny od tego, co sądzą inni. Powinien badać głęboko swoje przedmioty [roztrząsań]”.

Bóg zdaniem Bayle’a nie mógł być kapryśnym władcą, swego rodzaju Królem-Słońce na niebiesiech, kierującym się przesądami i gniewem. Filozof żadną miarą nie potrafił wierzyć w Boga, który posługuje się teatralną maszynerią przyrody: kometami, by siać lęk i przerażenie, wykorzystując do swoich celów ludzką łatwowierność i skłonność do doszukiwania się magicznych powiązań w świecie. Nie chciał być jak jezuici z upodobaniem sięgający po światło, dźwięk i dekoracje dla wzmocnienia wymowy religijnego przesłania. Ludzkość zbyt łatwo ulega rozmaitym złudzeniom, zbyt łatwo daje się oszukiwać i dobry nauczyciel nie powinien się uciekać do tego rodzaju tanich sztuczek nawet w dobrej intencji. Jego Bóg był wyższy ponad moralne kuglarstwo. Nie powinien też rozbudzać pychy, która i tak jest właściwa ludziom:

Im dłużej zgłębia się człowieka, tym lepiej się poznaje, iż pycha jest jego dominującą namiętnością i że sili się on na wielkość w najbardziej nawet żałosnej nędzy. Będąc stworzeniem tak lichym i znikomym, zdołał przecież sobie wmówić, że jego śmierć nie może nie wstrząsnąć całą przyrodą i nie zmusić Niebios do specjalnych zachodów dla uświetnienia jego pogrzebu. Głupia i śmieszna to próżność. Gdybyśmy mieli właściwe pojęcie o wszechświecie, rychło zrozumielibyśmy, że śmierć lub narodzenie jakiegoś władcy to rzecz tak znikoma w odniesieniu do całej natury, iż nie ma powodu, by się nią w niebie wzruszano (przeł. J. Lalewicz, §83).

Zabobonność, idolatria: w oczach Bayle’a były to najgorsze cechy nierozumu. Protestantyzm pragnął chrześcijaństwo oczyścić z magii, z kultu obrazów, posągów i relikwii. Sama religia może bowiem rozbudzać w ludziach absurdalne wierzenia i uprzedzenia:

By powrócić do zabobonnego usposobienia, które Szatan znalazł w ludzkim umyśle – twierdzę, że ten wróg Boga i naszego zbawienia tak się przyłożył i tak dobrze wykorzystał okazję, że to, co jest na świecie najlepsze, a mianowicie religię, uczynił zbiorem niewiarygodnych dziwactw, niedorzeczności i niesłychanych zbrodni; a co gorsze, za pośrednictwem takich skłonności wciągnął ludzi w najśmieszniejsze i najbardziej odrażające bałwochwalstwo, jakie sobie można wyobrazić” (przeł. J. Lalewicz, §67)

Bayle mówił tu o religii pogańskiej, ale oczywiście chodziło mu o to, by nie sprowadzać wiary do uczestnictwa w obrządkach i nie urządzać procesji i modłów z okazji komety, praktykując jednocześnie najróżniejsze występki. „Wiara, iż religia, w której zostało się wychowanym, jest jak najlepsza, nader często idzie w parze z praktykowaniem wszelkich  zakazanych przez nią występków, i to zarówno wśród wielkiego świata, jak wśród ludu”.
Powiedział wreszcie Bayle, że można sobie wyobrazić społeczeństwo ateistów, które bynajmniej nie składałoby się z samych potworów, a nawet może byłoby lepsze od społeczeństwa chrześcijan. Ateizm w oczach Boga wcale nie jest gorszy od zabobonu. Wręcz przeciwnie, ateiści, którzy potrafili porzucić zabobony i idolatrię, mogą być ludźmi lepszymi niż pełen uprzedzeń tłum, dostrzegający w religii jedynie magię.

Poglądy Bayle’a raziły wielu, nie tylko katolików, ale także i protestantów. Gwałtownie polemizował z nim Pierre Jurieu, niecierpliwie wyglądający znaków upadku Antychrysta, tzn. papieża. Swoistą polemiką z Bayle’em była także Teodycea Gottfrieda Wilhelma Leibniza. Bayle twierdził bowiem, iż zło i grzech są dla nas niezrozumiałe, są tajemnicą, jeśli wierzymy we wszechmocnego i najlepszego Boga. Nie może bowiem być wyjaśnieniem zdanie, że Bóg dopuszcza grzech, aby z móc z niego potem z Jego pomocą wyjść.

Bóg byłby wówczas jak ojciec rodziny, który pozwala swym dzieciom połamać nogi tylko po to, aby przed całym miastem ukazać swą zręczność w nastawianiu kości; albo jak monarcha, który pozwalałby rozkwitać buntom i zamieszkom w swoim państwie, by zyskać chwałę tego, który je stłumił” (Dictionnaire, 1725, t. 3: N-Z, Pauliciens, przyp. g, s. 160).

Leibniz podjął się uzasadnienia, iż świat, jaki znamy, jest zarazem najlepszym z możliwych: gdyby zmienić w nim cokolwiek, byłby jeszcze gorszy – Bóg stosuje swego rodzaju zasadę najlepszych skutków, optymalizując bieg zdarzeń. Jeśli zdaje się nam, że nie żyjemy na najlepszym ze światów, to tylko z powodu ograniczonej perspektywy, gdybyśmy mogli widzieć całość, zrozumielibyśmy wielki boży zamysł.

Ciąg dalszy napisał Voltaire, zresztą wielki czytelnik Bayle’a:

Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło trzy czwarte Lizbony, mędrcy owej krainy nie znaleźli skuteczniejszego środka przeciw całkowitej ruinie, jak dać ludowi piękne autodafé. Uniwersytet w Coimbre orzekł, iż widowisko kilku osób spalonych uroczyście na wolnym ogniu jest niezawodnym sekretem przeciwko trzęsieniu ziemi.
W myśl tego zapatrywania pochwycono jakiegoś Biskajczyka, któremu dowiedziono, iż zaślubił swą kumę, oraz dwóch Portugalczyków, którzy, jedząc kuraka, oddzielili tłustość (…)
Kandyd, przerażony, oszołomiony, odurzony, cały zakrwawiony i drżący, powiadał sam do siebie: „Jeżeli to jest najlepszy z możliwych światów, jakież są inne? mniejsza jeszcze, gdyby mnie tylko oćwiczono, toż samo zdarzyło mi się u Bułgarów; ale, o drogi Panglossie! największy z filozofów, trzebaż, bym patrzał, jak dyndasz, nie wiadomo za co! o, drogi anabaptysto, najlepszy z ludzi, trzebaż było ci utonąć w porcie! o, panno Kunegundo! perło dziewic, trzebaż, aby ci rozpruto żołądek! (przeł. T. Boy-Żeleński)

 

Kometa 1680-1681: Flamsteed i Newton

W listopadzie 1680 roku ukazała się w gwiazdozbiorze Panny jasna kometa. Widoczna była przed wschodem słońca, nie wszędzie można ją było bez przeszkód obserwować, ponieważ w wielu miejscach Europy niebo było zachmurzone o tej porze roku. W połowie grudnia pojawiła się następna kometa, tym razem łatwiejsza do obserwacji, gdyż świeciła wieczorem po zachodzie słońca i obserwowano ją aż do wczesnej wiosny – stopniowo słabła i pod koniec można ją było dostrzec jedynie przez teleskop.

Przedstawienia toru komety 1680/1681 na niebie wg Gottfrieda Kircha

Zjawisko budziło powszechne zainteresowanie i choć coraz mniej było tych, którzy traktowali je jako znak od Boga, oznajmienie śmierci jakiegoś władcy bądź zapowiedź nadchodzących nieszczęść, to publiczna ciekawość chętnie znajdowała ujście w spekulacjach wiążących kometę z osobliwymi zjawiskami na Ziemi. Oto w Rzymie kura zniosła jajo noszące na skorupce wyraźny znak komety, co miało znaczenie tym większe, że stało się w pałacu panów Maximi. Jajo to widział Jego Świątobliwość Innocenty XI, a także królowa Krystyna Wazówna oraz wiele znakomitych osób oraz naturalistów. Pisał o jaju nawet paryski „Journal des Savants”.

Isaac Newton pędził w Cambridge życie samotnicze, pogrążony w rozważaniach, które akurat przyciągnęły jego uwagę, wiele czasu spędzając nad teologią, alchemią i dość szczególnie pojmowaną historią. Na początku roku 1680 korespondował z Robertem Hookiem na temat hipotetycznego ruchu ciała, które mogłoby spaść aż do środka Ziemi. Jak się zdaje, pod wpływem tej korespondencji sprawdził, że jeśli ciało porusza się po elipsie zgodnie z prawem pól Keplera, to siła wywołująca ów ruch jest przyciąganiem odwrotnie proporcjonalnym do kwadratu odległości. Hooke sugerował, że tak właśnie być powinno, ale nie potrafił tego matematycznie udowodnić. Newton nie napisał mu o tym dowodzie, w ogóle przestał do niego pisać. Jak się zdaje, traktował ten dowód jako ćwiczenie matematyczne bez większego znaczenia. Na pewno nie myślał jeszcze o ciążeniu powszechnym.
Przez cały rok 1680 nie działo się w jego życiu nic dostrzegalnego na zewnątrz. Do Hooke’a napisał w grudniu, ale w zupełnie innej sprawie: chodziło o przybysza z Italii, który chciał przedstawić Towarzystwu Królewskiemu lecznicze działanie kory pewnego peruwiańskiej rośliny, drzewa chinowego (zawierającego chininę, stosowaną jeszcze czasem przeciw malarii, a także do produkcji toniku). W grudniu napisał do Newtona John Flamsteed, królewski astronom z informacjami na temat komety. Flamsteed utrzymywał, że komety z listopada i z grudnia są tym samym ciałem niebieskim. Wyobrażał sobie, że kometa była najpierw przyciągana, a następnie odpychana magnetycznie od Słońca, jednocześnie biorąc udział w wirowym ruchu materii wokół Słońca. Wiry takie miały zdaniem Kartezjusza odpowiadać za uporządkowane ruchy planet. Komety natomiast miały być planetami, które wypadły ze swego wiru i dość bezładnie wędrują między różnymi wirami.

Kometa wg Kartezjusza

Kometa wg Flamsteeda (linia przerywana okrąg wielkości orbity Ziemi, wiadomo było, że kometa nie porusza się w płaszczyźnie ekliptyki)

Magnetyczne przyciąganie i odpychanie przez Słońce zaproponował kiedyś Johannes Kepler jako przyczynę zbliżania i oddalania planet od ciała centralnego. Dodatkowo działać miała na nie pewnego rodzaju siła obrotowa, rodzaj pola siłowego, species immateriata. Kartezjusz wprowadził w miejsce niematerialnego pola wiry cieczy, jak w wannie. W podejściu Flamsteeda najbardziej oryginalny był pomysł, by obie komety: poranną i wieczorną uważać za jedno ciało.
Newton zainteresował się kometą, zaczął ją nawet sam obserwować i robił to tak długo, jak była ona widoczna, korzystając pod koniec z coraz lepszych teleskopów. Uprzejmie wypowiedział się na temat przedstawionych mu rozważań. Po pierwsze sądził, że są to dwie komety. Uważał, że poruszają się one ruchem prostoliniowym albo bliskim prostoliniowemu, starał się nawet wyznaczyć ich tor w przestrzeni. Nie wierzył w żadne przyciąganie magnetyczne w tym przypadku, bo Słońce jest zbyt gorące na magnetyzm (wiedział, że magnesy w wysokiej temperaturze tracą swe własności magnetyczne). Ponadto nie rozumiał, w jaki sposób kometa miałaby być najpierw przyciągana, a potem odpychana. Gdyby była ona jak igła magnetyczna, to obracałaby się zawsze tak do Słońca, że siła byłaby przyciągająca. Mógł sobie wyobrazić jakąś siłę przyciągającą kometę ku Słońcu, ale wówczas powinna się ona poruszać raczej w taki sposób, zataczając wokół niego łuk.

Tor komety zaproponowany przez Newtona w dyskusji z Flamsteedem jako nieco bardziej prawdopodobny (1681 r.)

Ruch radialny (wzdłuż promienia) byłby wówczas opisany za pomocą dwóch sił: przyciągania oraz siły odśrodkowej. W perihelium siła odśrodkowa przeważa nad przyciąganiem i dlatego kometa zaczyna się oddalać od Słońca. Widzimy, że nie tylko nie myślał jeszcze o przyciąganiu komety przez Słońce, ale także opisywał ruch za pomocą siły odśrodkowej, tak jak kartezjaniści (choć w tym przypadku mogło mu też chodzić o to, by Flamsteed rozumiał o czym mowa – Newton miał swoje głębokie przemyślenia na temat mechaniki i był pod tym względem, by tak rzec, w innym punkcie niż jego współcześni). Flamsteed przysłał mu jeszcze proponowany przez siebie tor komety (na rysunku widzimy jego rzut na płaszczyznę orbity Ziemi, kometa poruszała się bowiem płaszczyźnie tworzącej z nią kąt 65º).

Tor komety wg Flamsteeda, z niepewnością w pobliżu Słońca (nie był on obliczony, lecz po prostu narysowany mniej więcej w zgodzie z obserwacjami).

Newton pozostał przy swoim zdaniu, że komety były dwie i poruszały się mniej więcej prostoliniowo, nieprawdopodobna mu się wydawała tak szybka i znaczna zmiana prędkości komety – na niemal przeciwną po minięciu Słońca. Zajął się innymi tematami, do sprawy komet wrócił cztery lata później, kiedy wpadł na pomysł ciążenia powszechnego. Wymyślił też wtedy metodę pozwalającą obliczyć paraboliczny tor komety z trzech obserwacji. Po zastosowaniu tej metody do komety z lat 1680/81 otrzymał następujący tor.

Komety miały stać się jednym z najlepszych przykładów działania siły powszechnego ciążenia. Okazało się, że podlegają ścisłemu matematycznemu prawu. Niemal automatycznie przestano je wiązać z cudami i astrologicznymi przepowiedniami. Nauka czasem wypiera zabobon.

Oliver Heaviside i głuchy telefon (1886-1891)

Heaviside był człowiekiem trudnym w kontaktach, nie bardzo też interesowała go kariera zawodowa. Rodzina była zbyt biedna, aby mógł zdobyć solidne wykształcenie, toteż zakończył swą szkolną edukację w wieku szesnastu lat. Przebyta w dzieciństwie szkarlatyna upośledziła jego słuch, izolując go od rówieśników. Choć z czasem odzyskał w znacznej mierze słuch, to pozostał autsajderem na resztę życia. Krótko pracował jako telegrafista i pracownik techniczny u boku starszego brata Arthura w firmie zarządzającej kablem pomiędzy Danią i Anglią, lecz zwolnił się w wieku dwudziestu czterech lat i już nigdy później nie pracował zawodowo. Mieszkając w pokoju u rodziców, zajmował się eksperymentalnie i teoretycznie elektrycznością, jedyne pieniądze zarabiał z publikacji artykułów w fachowym piśmie „The Electrician”. Był jednym z pierwszych kontynuatorów Jamesa Clerka Maxwella, udało mu się uprościć i przejrzyściej zapisać równania elektromagnetyzmu. Odkrył rachunek operatorowy ułatwiający rozwiązywanie równań różniczkowych (posługiwał się funkcją δ na długo przed Dirakiem). Zastosował też zapis wektorowy, bez którego trudno dziś sobie wyobrazić teorię Maxwella. Dzięki bratu, pracującemu jako inżynier, znał praktyczne problemy telefonii i podał metodę zbudowania linii przesyłowej w taki sposób, aby nie zniekształcała sygnałów. Problem był palący, ponieważ telefonia rozwijała się burzliwie i wraz ze wzrostem odległości sygnał nie tylko był słabszy, ale też ulegał zniekształceniu. Dalsza historia tego odkrycia Heaviside’a była zapewne do przewidzenia: z początku nie chciano mu wierzyć, a później to inni zarobili miliony na wcieleniu jego idei w życie.

Biografia Heaviside’a skłania do zastanowienia nad rolą autorytetów w różnych dziedzinach. Będąc jednym z najwybitniejszych uczonych swoich czasów, postrzegany był jako jakiś niedouczony telegrafista, a przy tym dziwak. Jego artykuły w „The Electrician” były trudne do zrozumienia, a może po prostu nikt nie przykładał się do ich zrozumienia, ponieważ były autorstwa jakiegoś urzędnika, nie wiadomo właściwie kogo. Tymczasem stanowiły one oryginalny wykład do teorii elektromagnetyzmu. Gdy Heinrich Hertz odkrył fale elektromagnetyczne, w pracach Heaviside’a znaleźć można było nowocześniejsze i prostsze ujęcie teorii, która tak wspaniale się potwierdziła. Nasz „telegrafista” wyprzedził tu znacznie większość uczonych brytyjskich i kontynentalnych. W szczególności jego podejście górowało nad konserwatywnym i sceptycznym nastawieniem Williama Thomsona, późniejszego lorda Kelvina. Ten ostatni nie potrafił się przekonać do teorii Maxwella, co miało znaczenie, ponieważ był najsławniejszym uczonym Wielkiej Brytanii, zasiadał we wszystkich możliwych radach i towarzystwach, a każde jego słowo prasa traktowała jak wyrocznię. Tak było, gdy w 1888 roku, po odkryciu Hertza, Thomson orzekł, iż jego zastrzeżenia wobec teorii Maxwella nieco się zmniejszyły (uznał bowiem, że prąd przesunięcia – najważniejszy element pojęciowy zaproponowany przez Maxwella – z „zupełnie nie do utrzymania” awansował w jego oczach do kategorii „niezupełnie do utrzymania”). Thomson miał swoją wizję idealnej teorii elektromagnetyzmu, prawdopodobnie zresztą dlatego nie osiągnął końcowego sukcesu. W każdym razie to młodszy od niego James Clerk Maxwell rozwiązał problem, choć sir William nie chciał się z tym pogodzić.

 

Baron Kelvin of Largs

William Thomson umiał jednak zachowywać się fair i dzięki temu Oliver Heaviside doczekał się nieco uznania za życia. Wcześniej, w roku 1887, przeszedł swe najgorsze chwile, gdy stracił możliwość publikowania, a zarazem też skromne dochody, jakie ta działalność zapewniała. Za 40 funtów rocznie redakcja otrzymywała ciągły strumień oryginalnych publikacji z dziedziny elektromagnetyzmu. Kryzys nastąpił wtedy, gdy Oliver Heaviside wszedł w konflikt z Williamem Henry’m Preece’em, ważnym ekspertem brytyjskiej poczty. Preece starał się przeforsować kosztowną decyzję budowy linii telefonicznych z kablem miedzianym w miejsce żelaznego. Argumentował, że dzięki temu wzrośnie zasięg rozmów, ponieważ kable żelazne wytwarzają pole magnetyczne, a to prowadzi do strat energii (zmienne pole magnetyczne indukuje dodatkowe napięcie, mówi się o indukcyjności kabla: miedziane zmniejszały wg Preece’a indukcyjność i na tym polegała ich wyższość). Mało tego, Preece twierdził, że wykazał fałszywość teorii Maxwella. W tym samym czasie Arthur i  Oliver próbowali opublikować pracę, która podważała poglądy Preece’a, a nawet im przeczyła: otóż pole magnetyczne wcale nie musi przeszkadzać w przesyłaniu rozmów telefonicznych, a nawet może pomagać. Pewny siebie Preece zakazał publikacji. Obaj bracia zareagowali na to rozmaicie: Arthur jako podwładny Preece’a przestał się zajmować tym tematem, Oliver natomiast zaczął z upodobaniem dowodzić niekompetencji Preece’a, którego określał m.in. jako „the eminent scienticulist” – czyli coś w rodzaju „wybitnego mędrka”. Racja naukowa była całkowicie po stronie Heaviside’a, znalazł on warunek, jaki spełniać powinna linia przesyłowa, aby nie zniekształcała rozmów (chodzi o to, by składowe o różnych częstościach tłumione były w jednakowym stopniu, w ten sposób daleki odbiorca otrzymuje sygnał słabszy, lecz podobny do wysłanego). Ów warunek Heaviside’a był kontrintuicyjny, lecz prawdziwy i oznaczał, że należy w praktyce zwiększać indukcyjność linii, czyli wytwarzane przez nie pole magnetyczne. Nacisk Preece’a sprawił, że zmienił się redaktor naczelny „The Electrician” i nowy już nie chciał publikować artykułów Heaviside’a.

Karykatura z 1888 r.: Preece pod sztandarem wieloletnich doświadczeń pokonuje Olivera Lodge’a (który podawał w wątpliwość skuteczność używanych piorunochronów i krytykował jego teoretyczne rozważania, stając po stronie Heaviside’a)

Atmosfera wokół niego poprawiła się dopiero wówczas, gdy publicznie docenił jego teorię William Thomson. Otworzyło to drogę do przyjęcia Heaviside’a w roku 1891 na członka Towarzystwa Królewskiego, ułatwiło też publikację kolejnych prac. Zadziwiająco mało zmieniło się w życiu uczonego, który przywiązywał chyba większą wagę do możliwości publikacji niż do zarobku. Nadal pozostał prywatnym uczonym, po śmierci rodziców jego środki do życia mocno się skurczyły. Dzięki dyskretnym staraniom paru wybitnych uczonych zaczął Heaviside otrzymywać skromną emeryturę (dyskretnych, ponieważ drażliwy Heaviside nie chciał jałmużny). Żył dość długo, by widzieć, jak jego idea zwiększenia indukcyjności kabli telefonicznych została wcielona w życie jako pupinizacja albo krarupizacja. Zarówno Amerykanin serbskiego pochodzenia Mihajlo Pupin, jak i Duńczyk Karl Emil Krarup, wyciągnęli praktyczne wnioski z teorii Heaviside’a. Pupin po długiej batalii prawnej z firmą AT&T zarobił na swoim patencie 450 000 $ (blisko 30 mln $ obecnie). Jego rozwiązanie polegało na umieszczaniu w stałych odległościach cewek zwiększających indukcyjność. Krarup zastosował żelazne druty (zwiększające pole magnetyczne) oplatające miedziany rdzeń. Dzięki temu w pierwszych latach XX wieku wzrósł zasięg linii telefonicznych, a ich układanie stało się tańsze. Także kariera Preece’a, który nigdy nie przyznał się do błędu, nie doznała żadnego uszczerbku i rozwijała się pomyślnie, z czasem doczekał się on tytułu szlacheckiego. Tylko Heaviside dziwaczał coraz bardziej, mieszkał sam, pod koniec życia zastąpił meble blokami granitu, zaniedbał się i cierpiał na rodzaj manii prześladowczej. Nie dowiemy się już, czy dziwaczał, ponieważ nie osiągnął pozycji w społeczeństwie odpowiadającej jego talentowi, czy też odwrotnie: nie udało mu się zdobyć pozycji w bardzo konkurencyjnym wiktoriańskim społeczeństwie, ponieważ zbytnio odbiegał od przyjętych standardów zachowania i nawet talent nie mógł tu pomóc.

Die Vermittlungszentrale im Berliner Fernspreschamt II
Original: Frankfurt am Main, Deutsches Postmuseum
Foto: Berlin, 1894

Centrala telefoniczna w Berlinie, 1894 r.

Technika telefoniczna rozwijała się szybko. Kolejnym krokiem było skonstruowanie wzmacniacza na triodach (regeneratora sygnałów), który zaczął być stosowany komercyjnie tuż przed pierwszą wojną światową. Heaviside zdążył jeszcze przewidzieć istnienie jonosfery, dzięki której fale radiowe rozchodzą się wzdłuż powierzchni Ziemi, umożliwiając np. międzykontynentalne przekazywanie sygnału radiowego.

Pokażemy na przykładzie, jak Heaviside potraktował kwestię przesyłania sygnałów bez zniekształceń. Linia przesyłowa to rozciągnięty bardzo obwód. Można uważać, że każdy jego fragment o długości \Delta x składa się z podstawowych elementów obwodu: oporu R\Delta x, indukcyjności L\Delta x oraz połączonych równolegle pojemności C\Delta x oraz przewodnictwa G\Delta x. Dla pierwszego i ostatniego elementu obowiązuje prawo Ohma (przewodnictwo jest odwrotnością oporu):

\dfrac{U}{I}=R.

Napięcie na końcach indukcyjności równe jest

U=L\dfrac{dI}{dt},

co Heaviside w swoim języku symbolicznym zapisywał jako U=LpI (p oznaczało branie pochodnej po czasie). Dla pojemności mamy natomiast

I=\dfrac{dQ}{dt}=C\dfrac{dU}{dt}=CpU.

gdzie Q jest ładunkiem.

Stosunki napięcia do natężenia są zastępczymi oporami, mamy więc dla indukcyjności Lp, a dla pojemności 1/pC. Ponieważ możemy podzielić naszą linię transmisyjną na dowolnie dużą liczbę powtarzających się segmentów o długości \Delta x, więc dodanie kolejnego segmentu nie powinno zmieniać zastępczego oporu. Opór zastępczy całej linii Z (wejściowy) musi w takim razie być tym samym, co połączenie równoległe elementów G\Delta x, C\Delta x oraz (R+Lp)\Delta x + Z na końcu. W połączeniu równoległym dodają się odwrotności oporów, mamy więc

\dfrac{1}{Z}=(G+pC)\Delta x+\dfrac{1}{(R+pL)\Delta x+Z}.

Po przekształceniach dostajemy równanie kwadratowe na opór zastępczy:

Z^2+(R+pL)\Delta x Z=\dfrac{R+pL}{G+pC}.

Jeśli teraz przyjmiemy, że \Delta x\rightarrow 0, to otrzymamy

Z^2=\dfrac{R+pL}{G+pC}.

Otrzymany wynik wygląda odrobinę dziwnie, jeśli przypomnimy sobie, że p to różniczkowanie. Nie jest jasne, jak powinniśmy dzielić przez p i jak wyciągać pierwiastek. Heaviside szedł za swoim formalizmem tak daleko, jak tylko się dało i rozpatrywał wyrażenia takie, jak np. p^{\frac{1}{2}}. Uważał on matematykę za naukę empiryczną i jak mówił: „Czy mam odmówić zjedzenia obiadu, ponieważ nie znam wszystkich szczegółów trawienia?” My nie musimy iść aż tak daleko. Widać z ostatniego wyrażenia, że gdy spełniony będzie warunek

\dfrac{R}{G}=\dfrac{L}{C},

nasz ułamek się skróci (cokolwiek to znaczy) i nie będzie zawierał p, w takiej sytuacji sygnał o dowolnym kształcie nie ulegnie zmianie. Jest to warunek Heaviside’a. W praktyce znaczył tyle, że indukcyjność L należy powiększyć, czego nie rozumiał Preece. Dodać należy, że Heaviside formułował tę swoją matematykę także w konwencjonalny sposób – był może dziwakiem, ale w kwestii technik matematycznych zachowywał się całkiem racjonalnie. Obecnie stosuje się transformaty Laplace’a albo można sobie wyobrażać, że zależność od czasu ma postać \exp(i\omega t) (gdzie \omega to częstość kołowa), wówczas różniczkowanie sprowadza się do mnożenia i mamy po prostu p=i\omega.

 

 

 

Masa krytyczna uranu 235: Jakow Borysowicz Zeldowicz i Robert Serber

Naturalny początek tej historii rozgrywa się w Mińsku na Białorusi. W XIX wieku miasto należało do strefy osiedlenia dla Żydów w cesarstwie rosyjskim. Napływali tam m.in. Żydzi wygnani z Petersburga i Moskwy, nie wolno im było mieszkać ani we wsiach, ani w dużych miastach, jak Kijów czy Odessa. Tu i ówdzie powtarzały się pogromy (to rosyjskie słowo stało się z czasem międzynarodowe). Wielu emigrowało, inni trwali. Jednym z emigrantów z Mińska do Stanów Zjednoczonych był Melville Feynman, handlowiec wysoko ceniący wykształcenie: jego dzieci Richard i Joan oboje zostali naukowcami. Richard Feynman jako młody geniusz trafił do Projektu Manhattan w Los Alamos. Kilka lat starszy od Richarda Jakow Zeldowicz urodził się w Mińsku. Jego rodzice, prawnik i tłumaczka, przeprowadzili się do Petersburga i Jakow tam rozpoczął swoją świetną karierę naukową. W jeszcze większym stopniu niż Feynman był samoukiem: nigdy nie skończył studiów. Był podobnie uniwersalny, znał się niemal na wszystkim, należał do najwybitniejszych fizyków rosyjskich, a nie brakowało tam znakomitych ludzi. Nie był tak sławny jak Richard Feynman, ponieważ większość swego twórczego życia pracował w tajnych projektach związanych z bronią jądrową. Dopiero koło pięćdziesiątki, na swoistej emeryturze, zajął się astrofizyką i kosmologią, wnosząc do nich istotny wkład. Zdążył wychować wybitnych uczniów, jak Igor Novikov i Rashid Sunyaev. Słynne telefony Zeldowicza do współpracowników i naukowych znajomych o szóstej rano oraz wielostronicowe listy z rozważaniami naukowymi wspomina wielu uczonych. Stephen Hawking po rozmowach z Zeldowiczem w Moskwie zaczął się zastanawiać nad promieniowaniem czarnych dziur. Novikov zapamiętał swoje pierwsze zetknięcie z Zeldowiczem i niesamowite wrażenie, jakie wywarł na nim starszy uczony, który z miejsca rozumiał wszystko, o czym mu się mówiło. Jego zdolność uczenia się nowych rzeczy zadziwiała. Opowiadał, jak ciekawie jest wejść w nową dziedzinę nauki: trzeba tylko nauczyć się 10% tego, co na dany temat wiadomo, i można zacząć własną pracę. Pracując ciężko, dość szybko osiąga się poziom, przy którym rozumie się 90% prac z danej dziedziny – wtedy należy ją zostawić, bo zrozumienie pozostałych 10% wymaga wielu lat.

Zeldowicz napisał kiedyś nieformalny podręcznik matematyki wyższej dla uczniów i początkujących studentów. Książka wywołała burzę i ataki ze strony matematyków z powodu braku ścisłości. Podejście Zeldowicza było jednak inżynierskie, praktyczne, przypominające rzeczowy stosunek Feynmana do matematyki. Obaj pozostawieni na bezludnej wyspie potrafiliby odtworzyć znaczną część wiedzy matematycznej ludzkości. Niżej przedstawimy prościutkie rozumowania Zeldowicza pozwalające oszacować masę krytyczną uranu. On sam bardzo cenił proste rozważania, które mogą stanowić wstęp do bardziej rozbudowanych teorii i przybliżeń, lubił fizykę uprawianą na odwrocie koperty. W części drugiej pokażemy, jak to samo obliczenie przeprowadzone zostało w wykładach Serbera, stanowiących wstępną informację dla członków Projektu Manhattan. Odtajnione wykłady znaleźć można w sieci jako The Los Alamos Primer.

Wyobraźmy sobie dużą bryłę uranu 235. Biegnący w niej neutron o prędkości v prędzej czy później trafi w jakieś jądro uranu. Pole powierzchni jądra to pole powierzchni koła o promieniu r_0\approx 10^{-12}\mbox{ cm}. Tylko pewien ułamek zderzeń kończy się rozszczepieniem, oznaczmy go przez \alpha. Z punktu widzenia rozszczepienia jądro uranu ma więc pole przekroju

\sigma=\alpha \pi r_0^2\approx 1,6\cdot 10^{-24}\mbox{ cm}^2,

gdzie przyjęto \alpha=\frac{1}{2}. W krótkim czasie dt neutron przebiegnie drogę v dt i może zderzyć się z jądrami znajdującymi się w objętości walca \sigma v dt. Jeśli oznaczymy przez N liczbę jąder uranu na jednostkę objętości, średnia liczba zderzeń z jądrami w czasie dt równa będzie N\sigma v dt. Załóżmy, że w naszej bryle znajduje się n neutronów, po każdym rozszczepieniu przybywa \nu neutronów, a ubywa jeden neutron pochłonięty przez jądro. Liczba aktów rozszczepienia w krótkim czasie jest więc równa

dn=(\nu-1)N\sigma v n dt\Rightarrow \dfrac{dn}{dt}=\dfrac{\nu-1}{\tau}n, \mbox{ gdzie } \dfrac{1}{\tau}=N\sigma v.

Oznacza to, że liczba neutronów rośnie wykładniczo:

n(t)=n_0\exp{\dfrac{(\nu-1)t}{\tau}},

jeśli tylko \nu>1, co jest warunkiem reakcji łańcuchowej: powstaje więcej neutronów, te zaś wywołują jeszcze więcej rozpadów itd.

Typowa prędkość neutronów w rozszczepieniu równa jest v\approx 2\cdot 10^{9} \mbox{cm/s}, liczba jąder na jednostkę objętości równa jest N=4\cdot 10^{22}\mbox{ cm}^{-3} (Łatwo obliczyć tę wielkość, znając gęstość uranu, która równa jest 18 \mbox{g/cm}^3 oraz liczbę Avogadro: 235 g uranu to 6\cdot 10^{23} atomów). Liczba tworzących się neutronów równa jest średnio \nu=2,5. Otrzymujemy więc

\dfrac{\tau}{\nu-1}=5\cdot 10^{-9}\mbox{ s}.

Oznacza to bardzo gwałtowny wzrost liczby neutronów i aktów rozszczepienia, w ciągu 1\mu s=10^{-6} s jest to wzrost o czynnik 10^{88}, a ponieważ nawet 1 tona uranu to mniej niż 10^{28} jąder, więc nawet zaczynając od jednego neutronu, rozszczepienie objęłoby tę objętość uranu w czasie poniżej mikrosekundy. Jest to wybuch.

Zakładaliśmy, że nasz blok uranu jest duży, to znaczy każdy uwolniony neutron prędzej czy później natrafia na jakieś jądro i inicjuje rozszczepienie. Gdy nasza objętość jest mniejsza, musimy wziąć pod uwagę ucieczkę neutronów na zewnątrz. Ucieczka ta będzie zachodzić przez powierzchnię, więc najlepiej, gdy nasza bryła ma najmniejsze pole powierzchni przy danej objętości – znaczy to, że musi ona być kulista. W czasie dt uciekną neutrony z warstwy o grubości v dt przy powierzchni. Założymy też, że wszystkie neutrony (w liczbie n) rozłożone są równomiernie w objętości kuli o promieniu r. Wówczas zmiana liczby neutronów w czasie dt równa jest

dn=-\dfrac{n}{\frac{4}{3}\pi r^3}\cdot v dt \cdot 4\pi r^2=-n \dfrac{3v}{r} dt\Rightarrow \dfrac{dn}{dt}=-\dfrac{3kv}{r}n.

W ostatnim równaniu wprowadziliśmy pewien czynnik poprawkowy k<1 związany z tym, że nie wszystkie neutrony z warstwy przypowierzchniowej mają prędkości na zewnątrz, a także z tym, że zapewne gęstość neutronów przy powierzchni będzie mniejsza niż w głębi. Ucieczka neutronów prowadzi do wykładniczego zaniku ich liczby. Przy uwzględnieniu obu rozważanych wyżej czynników: mnożenia się oraz ucieczki, otrzymujemy równanie

\dfrac{dn}{dt}=\left(\dfrac{\nu-1}{\tau}-\dfrac{3kv}{r}\right) n.

Gdy znak wyrażenia w nawiasie jest dodatni, otrzymujemy wybuch. Wartość graniczna promienia określa masę krytyczną:

R=\dfrac{3kv\tau}{\nu-1}\equiv \dfrac{3k\lambda}{\nu-1}.

Ostatnia równość definiuje drogę swobodną neutronów \lambda=v\tau. Promień kuli krytycznej jest więc równy k\cdot 30\mbox{ cm}. Ponieważ k\approx 0,3, więc R\approx 9 \mbox{cm}, co odpowiada masie około 50 kg.

Zobaczmy, jak tę samą sytuację opisał Robert Serber. Wprowadzamy koncentrację neutronów P zależną od czasu i położenia w próbce. Równanie ciągłości, czyli warunek zachowania liczby neutronów, należy zmodyfikować tak, by uwzględniał tworzenie się nowych neutronów w rozszczepieniu. Załóżmy najpierw, że P zależy jedynie od współrzędnej x.

Rozpatrując objętość materiału o jednostkowym polu powierzchni przekroju i grubości dx, możemy zapisać:

\dfrac{\partial P}{\partial t}dx=P\dfrac{\nu-1}{\tau}dx-[j_x(x+dx)-j_x(x)],

gdzie j_x jest strumieniem cząstek w kierunku x. (Sens tego równania jest czysto buchalteryjny: przyrost liczby neutronów w zakreślonym obszarze wynika albo stąd, że one tam powstały, albo stąd, że wpłynęły z lewej bądź z prawej strony). Dzieląc obie strony przez dx, otrzymujemy

\dfrac{\partial P}{\partial t}=\dfrac{\nu-1}{\tau}P-\dfrac{\partial j_x}{\partial x}.

Zakładając następnie, że cząstki dyfundują z obszarów o większej gęstości do obszarów o mniejszej gęstości w zwykły sposób (prawo Ficka), mamy

j_x=-D\dfrac{\partial P}{\partial x }.

Stała D to stała dyfuzji. Możemy też zapisać równanie ciągłości zwięźlej w postaci:

\dfrac{\partial P}{\partial t}=\dfrac{\nu-1}{\tau} P+D \dfrac{\partial^2 P}{\partial x^2}.

Dla zmian we wszystkich kierunkach ostatnie równanie powinno być uogólnione w oczywisty sposób:

\dfrac{\partial P}{\partial t}=\dfrac{\nu-1}{\tau} P+D \left( \dfrac{\partial^2 P}{\partial x^2}+\dfrac{\partial ^2 P}{\partial y^2}+\dfrac{\partial^2 P}{\partial z^2}\right).

Wyrażenie w nawiasie to laplasjan, otrzymaliśmy równanie dyfuzji w obecności źródeł cząstek: u nas takim źródłem są neutrony już istniejące w danej objętości materiału. Optymalnym kształtem jest nadal kula uranu, wówczas rozkład gęstości neutronów powinien zależeć jedynie od odległości od jej środka \varrho. Jeśli przyjąć, że funkcja P jest ma postać

P(\varrho, t)=\exp{\dfrac{\nu'}{\tau}}f(\varrho),

gdzie znak parametru \nu' przesądza o tym, czy mamy do czynienia z wybuchem, czy z wykładniczym zanikaniem neutronów. Równanie dyfuzji przybiera postać

\Delta f+\dfrac{\nu-1-\nu'}{D\tau}f=0.

Najprostsze rozwiązanie sferycznie symetryczne otrzymamy, korzystając z równości

\Delta \left(\dfrac{\sin k\varrho }{\varrho } \right)=-k^2 \dfrac{\sin k\varrho }{\varrho}.\mbox{(*)}

Nasze równanie sprowadza się wtedy do równania algebraicznego

-k^2+\dfrac{\nu-1-\nu'}{D\tau}=0.

Aby znaleźć parametr k, musimy nałożyć warunki brzegowe: nasze rozwiązanie ma być skończone, zażądajmy też, aby f(R)=0=\sin kR , tzn. gęstość neutronów na powierzchni kuli ma spadać do zera. Mamy więc w najprostszym przypadku kR=\pi (oczywiście istnieją inne miejsca zerowe funkcji sinus, ale dla nich gęstość neutronów by oscylowała wzdłuż promienia, przyjmujemy, że są one niefizyczne).

Chcąc otrzymać warunek krytyczny, musimy zażądać także, aby \nu'=0, otrzymamy wówczas:

R^2=\dfrac{\pi^2 D\tau}{\nu-1}.

Możemy porównać oba warunki, pamiętając, że D=\frac{1}{3}\lambda v, promień krytyczny przybierze postać

R=\dfrac{\pi\lambda}{\sqrt{3(\nu-1)}}.

Nasza teoria zakłada zbyt gwałtowny spadek gęstości neutronów przy powierzchni, w dokładniejszych rozważaniach należałoby to poprawić. Zgromadzenie masy krytycznej materiału rozszczepialnego nie rozwiązuje problemu bomby atomowej, jest jedynie informacją o rzędzie wielkości. W praktyce okazuje się, że w trakcie gwałtownego wybuchu objętość materiału rośnie, a z nią rośnie także droga swobodna neutronów. W rezultacie nie jest łatwo wykorzystać całą energię materiału rozszczepialnego. Bomba, która spadła na Hiroszimę, wykorzystała energię rozszczepienia zaledwie 1 kg uranu 235, potem reakcja się spontanicznie zatrzymała.

(*) Laplasjan dla symetrii sferycznej można zapisać jako

\Delta f=\dfrac{1}{\varrho}\dfrac{\partial^2(\varrho f)}{\partial \varrho^2},

Łatwo sprawdzić, że funkcje \varrho f=\sin k \varrho oraz \varrho f=\cos k\varrho przechodzą na same siebie pod działaniem laplasjanu (są funkcjami własnymi laplasjanu). Tylko pierwsza z nich jest skończona wewnątrz kuli.

 

 

 

 

 

 

Walter Ritz, rówieśnik Einsteina (1878-1909)

Nauka jest przedsięwzięciem zbiorowym, ostatecznie to społeczność uczonych – niczym chór greckiej tragedii – osądza protagonistów i komunikuje boskie wyroki. Jest przedsięwzięciem zbiorowym także w bardziej trywialnym i współczesnym znaczeniu mrowiska, w którym nie należy przeceniać roli poszczególnych mrówczych jednostek. Jednak „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”, a tragedia byłaby niemożliwa bez głównych postaci. Z jednej więc strony mamy etos mrówek trudzących się dla kolektywnego dobra, z drugiej – kult bohaterów, herosów wyobraźni i intelektu.

Walter Ritz był człowiekiem niezwykle utalentowanym i zdążył wnieść oryginalny wkład do nauki, mimo że cierpiał na gruźlicę, która odbierała mu siły, a po kilku latach odebrała także i życie. Nie osiągnął tyle, ile by chciał i potrafił, ale zdążył już zaznaczyć swoją indywidualność. Chciałbym zestawić jego drogę naukową z biegiem życia i dorobkiem młodszego niemal dokładnie o rok Alberta Einsteina. Przed rokiem 1909 Einstein nie był jeszcze sławny, wręcz przeciwnie: słyszało o nim niewielu i jego kariera dopiero się zaczynała. Dopiero jesienią tego roku wziął po raz pierwszy udział w konferencji naukowej, zamienił także posadę w Biurze Patentowym w Bernie na stanowisko profesora nadzwyczajnego uniwersytetu w Zurychu. Pensja na obu stanowiskach była dokładnie jednakowa. Konkurentem Einsteina do posady był Walter Ritz, uczelnia by go wolała, „ponieważ jest Szwajcarem i według zdania naszego kolegi Kleinera jego prace wykazują nadzwyczajny talent graniczący z geniuszem”. Choroba nie pozwoliła jednak Ritzowi objąć tego stanowiska. Einstein otrzymał więc swoje pierwsze stanowisko naukowe niejako w zastępstwie za kolegę. Wcześniej ze starań o tę posadę wycofał się Friedrich Adler, który tak jak Einstein, zrobił doktorat u Alfreda Kleinera, profesora zwyczajnego na uniwersytecie w Zurychu. Drugi etat profesorski dla fizyka był skutkiem jego zabiegów, tak to się wówczas odbywało: mógł być jeden Ordinarius z danej dziedziny, ewentualnie tworzono także pomocniczy, nie tak prestiżowy i gorzej płatny, etat Extraordinariusa. Adler wszakże niezbyt walczył o stanowisko, bardziej interesowała go filozofia nauki i działalność socjalistyczna (był synem znanego psychologa i przywódcy austriackich socjalistów Victora Adlera). Pisał w roku 1908 do ojca: „Zapomniałem powiedzieć, kto prawdopodobnie otrzyma profesurę: człowiek, któremu z punktu widzenia społeczeństwa należy się ona znacznie bardziej niż mnie i kiedy ją otrzyma, będę się z tego bardzo cieszył mimo pewnej przykrości. Nazywa się Einstein, studiował w tym samym czasie co ja, chodziliśmy razem na niektóre wykłady. (…) Ludzie z jednej strony odczuwają wyrzuty sumienia z powodu tego, jak go wcześniej potraktowano, z drugiej zaś strony skandal jest szerszy i dotyczy całych Niemiec: żeby ktoś taki musiał tkwić w biurze patentowym”.

Walter Ritz był w tym czasie Privatdozentem w Getyndze. Pochodził ze Sionu w Szwajcarii, ojciec, malarz pejzaży i scen rodzajowych, przyrodnik, geolog, etnograf i alpinista, zmarł w 1894 roku po długiej chorobie. Walter uczęszczał w tym czasie do liceum i uchodził za nader utalentowanego. W 1897 zaczął studia na politechnice w Zurychu, był więc o rok niżej niż Einstein. Ritz z początku miał być inżynierem, lecz zmienił wydział na nauczycielski (jak Einstein). Obaj chodzili na wykłady tych samych profesorów. Albert Einstein nie cieszył się jednak dobrą opinią: profesor fizyki Heinrich Weber uważał go za przemądrzałego i aroganckiego i nie miał najmniejszej chęci zostawiać go na uczelni. Weber nie był wybitnym uczonym, ale Politechnika miała znakomitych matematyków, wśród nich dwóch wielkich: Hermanna Minkowskiego i Adolfa Hurwitza. Einstein w tamtym okresie niezbyt pasjonował się matematyką, toteż i na wykłady chodził rzadko. Minkowski, który później stworzył matematyczne sformułowanie teorii względności, nie spodziewał się zbyt wiele po Einsteinie: „Byłem niezwykle zdumiony, gdyż wcześniej Einstein był zwykłym wałkoniem. O matematykę w ogóle się nie troszczył” [C. Seelig, Albert Einstein, s. 45]. Nie lepszą opinię miał zapewne Hurwitz, kiedy Einstein, nie mogąc nigdzie znaleźć pracy, w akcie rozpaczy, zwrócił się do niego o asystenturę, spotkała go milcząca odmowa, choć nie prosił o wiele: Politechnika stale potrzebowała asystentów do prowadzenia ćwiczeń i sprawdzania prac studenckich.

Znacznie wyżej oceniany był Walter Ritz. W roku 1901 wyjechał on na dalsze studia do Getyngi. Minkowski, który był w stałym kontakcie ze swym przyjacielem Davidem Hilbertem, pisał: „W następnym semestrze będziesz miał u siebie matematyka stąd, W. Ritza, który wykazuje dużo zapału, ale jak dotąd wyszukiwał sobie same nierozwiązywalne problemy”. [List do Davida Hilberta, 11 III 1901, Briefe an Hilbert, s. 139] Uniwersytet w Getyndze stał się w tamtych latach najważniejszym ośrodkiem matematycznym, nie brakowało tam także fizyków teoretycznych i doświadczalnych. Centrum stanowili Felix Klein i David Hilbert, dwaj przyjaciele i znakomici matematycy, wytyczający kierunki badań w swej ukochanej dziedzinie. Niedługo dołączyć miał do nich Hermann Minkowski. Walter Ritz uczęszczał na wykłady Hilberta, a także zaczął pracować nad doktoratem pod kierunkiem fizyka teoretycznego i znawcy twórczości Bacha, Woldemara Voigta. Oprócz ważnych nauczycieli poznał Ritz w Getyndze także wybitnych rówieśników. Zaprzyjaźnił się niemal od razu z Paulem Ehrenfestem, a także z Tatianą Afanasevą, Rosjanką, przyszłą żoną Paula, także studiującą fizykę. Ehrenfest był studentem Ludwiga Boltzmanna w Wiedniu i do Getyngi przyjechał, gdy Boltzmann wywędrował z Wiednia.

Doktorat Ritza dotyczył spektroskopii atomowej. Chodziło o wyjaśnienie obserwowanych serii widmowych. Np. częstości widzialnych linii wodoru opisać można wzorem Balmera:

\nu=N\left( \dfrac{1}{4}-\dfrac{1}{n^2} \right), \mbox{ gdzie } n=3,4, 5, \ldots

Stosując mianowniki typu (n+\alpha)^2 można było opisać także inne serie widmowe, np. metali alkalicznych. Serie częstości nasuwały myśl o falach stojących, a więc układzie przypominającym strunę albo membranę. Ładunek drgający z częstością \nu wysyła falę elektromagnetyczną o takiej właśnie częstości. W przypadku kwadratowej membrany równanie ruchu ma postać:

\dfrac{1}{v^2}\dfrac{\partial^2 f}{\partial t^2}=\dfrac{\partial^2 f}{\partial x^2}+\dfrac{\partial^2 f}{\partial y^2}.

Jest to po prostu dwuwymiarowe równanie falowe (t,x,y są odpowiednio czasem i współrzędnymi kartezjańskimi w płaszczyźnie membrany, f opisuje wychylenie membrany, stała v jest prędkością fal w membranie). Łatwo stwierdzić, że dozwolone częstości własne opisane są wyrażeniem

\nu^2=A(n^2+m^2), \mbox{ gdzie }n,m=1,2,3,\ldots

Zakładamy tu, że krawędzie membrany pozostają cały czas nieruchome. Ritz spróbował znaleźć równania, które mogłyby opisać wzór Balmera i inne podobne przypadki. W przypadku wzoru Balmera odpowiednim równaniem okazało się

\partial_{t}^2\partial_{x}^4 \partial_{y}^4 f=B(\partial_{x}^2-\partial_{y}^2)^2 f.

Oznaczyliśmy tu pochodne cząstkowe po odpowiednich zmiennych przez \partial_{i}, gdzie i=x,y, t. Dobierając odpowiednio warunki brzegowe, udało się Ritzowi znaleźć także bardziej skomplikowane wzory na częstości linii widmowych. Równania te były wysokiego rzędu (tutaj dziesiątego), w dodatku o niespotykanej w fizyce postaci. Znak minus po prawej stronie oznacza, że zamiast laplasjanu (który wynika z symetrii obrotowej) do opisu membrany stosujemy pewne niestandardowe wyrażenie. Ritz pokazał, że jego równania wynikały z zasady wariacyjnej, formalnie więc były w porządku. Słabość tego podejścia tkwiła w braku jakiegokolwiek wyobrażenia drgającego atomu: po prostu bierzemy do obliczeń membranę, która nie może być czymś istniejącym w przyrodzie. Nikt wówczas nie miał pojęcia, jak wyglądają atomy, dopiero niedawno ustalono, że istnieją elektrony – naładowane cząstki o masie tysiące razy mniejszej niż masy atomów. Serie częstości w fizyce klasycznej odpowiadały zawsze falom stojącym, wystarczy pomyśleć o instrumentach muzycznych, które z punktu widzenia fizyka są rozmaicie zbudowanymi generatorami fal opartymi na falach stojących w strunie czy w słupie powietrza.

Model Ritza odniósł pewien sukces: przewidział, że w serii rozmytej potasu powinna istnieć linia widmowa odpowiadająca długości fali \lambda=6964 Å. W następnym roku, udało mu się tę linię zidentyfikować w widmie. Po doktoracie Ritz zaczął podróże naukowe: lato 1903 spędził w Lejdzie, gdzie słuchał wykładów H. Lorentza, potem znalazł się w Bonn, gdzie odkrył „swoją” linię potasu, w listopadzie pracował już w laboratorium profesora Aimé Cottona w École Normale w Paryżu. Zima paryska dała mu się we znaki, jakiś czas musiał spędzić w sanatorium w Sankt Blasien w Schwarzwaldzie. Gdy poczuł się lepiej, pojechał do Zurychu, aby wywołać swe klisze z widmami w podczerwieni naświetlone w Paryżu. Jakiś czas przemieszkał w Sion pod opieką matki. Lekarze zabraniali mu pracować, twierdząc, że to szkodzi jego zdrowiu. Zimą 1906/1907 pisał z Nicei do przyjaciela:

Zgodzi się pan ze mną, że nie mogę w takim stopniu co inni wierzyć w przyszłość, która miałaby mi wynagrodzić stan obecny. Pozostało mi zapewne niewiele czasu i jestem mocno zdeterminowany, aby spędzić go w środowiskach naukowych i intelektualnych, bo tylko tak znaleźć mogę zadowolenie i poczucie, że żyję, a może właśnie to stanowi warunek mojego wyzdrowienia? Drogi przyjacielu, nie mogę mieć nadziei ani na szczęście rodzinne, ani na dobre samopoczucie starego kawalera cieszącego się zdrowiem, pozostaje mi jedynie Nauka i życie intelektualne, i doprawdy nie mam siły zakopywać się tutaj w imię bardzo niepewnego celu.

Wrócił do pracy, zimę 1907/1908 spędził w Tybindze, gdzie współpracował z Friedrichem Paschenem, badającym eksperymentalnie widma pierwiastków. Ritz miał nowe pomysły na temat budowy atomu i mogli wymieniać się pomysłami oraz wynikami. Następnie wrócił do Getyngi, gdzie został Privatdozentem, choć nie prowadził zajęć ze względu na stan zdrowia. Henri Poincaré interesował się jego pracami i odwiedzając Getyngę, spotkał się z nim i ogłosił zamiar przyznania mu nagrody Lecomte’a przez francuską Akademię Nauk. Był to już ostatni rok życia Ritza.

Co robiło tak wielkie wrażenie na jego współczesnych? Badania nad seriami linii widmowych – po doktoracie Ritz zaproponował jeszcze jeden model atomowy: była to drgająca i obracająca się wokół osi naładowana struna. Także i ten model stanowić miał jedynie matematyczne uzasadnienie dla obserwowanych prawidłowości widm, nie mówił nic na temat np. własności chemicznych czy budowy wewnętrznej atomu. Próbował za pomocą swego modelu wyjaśnić anomalny efekt Zeemana: zjawisko rozszczepiania linii widmowych w silnym polu magnetycznym. Cząstkową teorię tego zjawiska podał Hendrik Lorentz, za co otrzymał wraz z Peterem Zeemanem Nagrodę Nobla w roku 1902. Teoria Lorentza nie opisuje jednak wszystkich obserwowanych przypadków, te niewyjaśnione objęto określeniem: anomalny efekt Zeemana – jak to często bywa, za normalne uznajemy to, co dobrze rozumiemy. Prace Ritza zawierały jeden istotny szczegół techniczny: częstości linii widmowych były w nich różnicami dwóch wyrażeń. W istocie chodzi o zasadę zachowania energii:

h\nu=E_{n}-E_{m}.

(Stała h jest stałą Plancka). Ritz nie napisał jednak takiego równania i uznałby je za bezsensowne. Jego rozważania opierały się na klasycznej teorii drgań i nie było w nich miejsca na fotony. Równanie takie znalazło się po raz pierwszy u Bohra, choć on także nie wierzył w fotony. Duński uczony sądził, że energie po prawej stronie określone były warunkami kwantowania (zawierającymi stałą Plancka – sygnał, że mamy do czynienia z fizyką kwantową), ale przejścia miedzy poziomami energetycznymi prowadziły do wysłania fali o energii danej powyższym równaniem. Sama postać tego równania, nawet jeśli nie rozumiemy różnych stałych, może być przydatna. Np. dodając stronami dwa takie równania otrzymać możemy:

\nu_{nm}+\nu_{mk}=\nu_{nk}.

Jest to związek między wielkościami obserwowanymi, mówi się w tym kontekście o zasadzie kombinacji, wcześniej zauważonej przez Janne Rydberga. Ritz znalazł dla tej zasady wyjaśnienie, choć fałszywe. Postęp w rozumieniu budowy atomów oraz wyjaśnieniu widm nastąpił dopiero za kilka lat, po odkryciu przez Ernesta Rutherforda jądra atomowego i sformułowaniu przez Nielsa Bohra znanego modelu, który stanowił przełom w badaniach. Sam Bohr opowiadał później, że o widmach dowiedział się z książki Johannesa Starka Prinzipien der Atomdynamik (cz. 2), gdzie znalazły się wzory Balmera, jak i informacje o różnych pracach na ten temat, m.in. Waltera Ritza. Z kolejnych teorii atomu szwajcarskiego fizyka nie zostało nic. Nie da się zbudować teorii atomu bez fizyki kwantowej.

Wyjaśnienie anomalnego efektu Zeemana udało się dopiero po wprowadzeniu pojęcia spinu elektronu w 1925 r. Nie wiemy, co Walter Ritz potrafiłby wnieść do tych prac, gdyby nadal żył. Wiemy natomiast, że musiałby zmienić podejście, bo tą drogą nie doszedłby do sukcesu. Widać jednak ambicję młodego fizyka, by zmierzyć się z jednym z najtrudniejszych problemów fizyki.

Jedynym fizykiem, który mógłby zapisać równanie na różnicę energii, był w tym czasie Einstein. Energia fotonu to był jego pomysł, traktowany przez kolegów jako aberracja. Ritz nie wierzył ani w prace kwantowe Einsteina, ani w teorię względności. Najwyraźniej on także nie traktował serio pomysłów kolegi ze studiów. Teoria względności zastępowała pojęcia czasu i przestrzeni jedną wspólną rozmaitością: czasoprzestrzenią, co zauważył Hermann Minkowski, który od roku 1902  pracował już w Getyndze. Nienaruszona była przy tym elektrodynamika Maxwella w postaci nadanej jej przez Hendrika Lorentza. Ritz wybrał inną drogę: też nie wierzył w eter i uznawał zasadę względności, ale postulował, aby zmienić elektrodynamikę. Jego podejście oznaczałoby zarzucenie koncepcji pola elektromagnetycznego. Elektrodynamika Ritza została jedynie zarysowana, byłaby ona teorią bardzo skomplikowaną matematycznie i nieelegancką. Gdy źródło światła się poruszało, to jego prędkość powinna się dodawać do c. Einstein dyskutował na temat elektrodynamiki z Ritzem, ogłosili nawet razem króciutki protokół rozbieżności w tej sprawie. Zdaniem Einsteina należy startować z pojęcia pola – cała jego dalsza kariera była z tym pojęciem związana.

Innym osiągnięciem Ritza było sformułowanie eleganckiej metody przybliżonej dla opisu drgań, za jej pomocą rozwiązał zagadnienie figur Chladniego.

Osiągnięcia Ritza są niepełne i niedokończone za sprawą choroby. Jednak w chwili śmierci Ritza i on, i Einstein mieli dorobek porównywalny ilościowo: jeden solidny, pięćsetstronicowy tom dzieł. Einstein ceniony był w Berlinie, gdzie pracowali Max Planck, Max Laue i Walther Nernst. Inni zachowywali dystans wobec jego prac i albo o nich nic nie wiedzieli, albo nie wiedzieli, co myśleć. Hermann Minkowski też niezbyt często wymieniał nazwisko Einsteina, może wciąż go pamiętał jako leniwego studenta? Ritz również zajmował się problemami fundamentalnymi i był chyba lepiej rozumiany przez kolegów. W jego przypadku doktorat był początkiem kontaktów z wieloma uczonymi, niewątpliwie działała tu opinia doktoratu z Getyngi, jeśli nie miał wprost jakichś listów polecających. Można się zastanawiać nad tym, jak potoczyłaby się kariera naukowa Einsteina, gdyby mniej zrażał ludzi do siebie i nie był taki arogancki? Przecież on także mógłby trafić do Getyngi i poddać się czarowi eleganckiej, choć częstokroć jałowej fizyki matematycznej. Pomogłoby mu to niewątpliwie w dalszej karierze, chyba że nie przekonałby Minkowskiego. Czy nie zaszkodziłoby mu to jednak w sensie naukowym? Ritz spędził sporo czasu w naukowym odosobnieniu z powodu choroby, ale był już mimo młodego wieku szanowanym uczonym i miał kontakty. Einstein był w tym czasie niemal całkowicie izolowany. Pracował osiem godzin dziennie w biurze przez sześć dni w tygodniu i zadowolony był, że mają z Milevą co jeść i że zostają mu wieczory oraz niedziele na pracę naukową. Opowiadał potem Infeldowi, że do trzydziestki nie widział prawdziwego fizyka teoretyka. Nie jest to prawda w sensie ścisłym, bo poznał np. Maksa Lauego, ale z pewnością zaczynał jako kompletny autsajder, który niemal wszystkiego nauczył się sam z książek i artykułów.

Do Getyngi trafił Einstein znacznie później, już jako samodzielny mistrz. Przedstawił tam swoją teorię grawitacji w czerwcu roku 1915. Skończyło się to zresztą dwuznacznym incydentem, gdyż praca ta spodobała się Hilbertowi, co miało ten skutek, że pod koniec roku obaj pracowali nad nią równolegle i mało brakowało, a Einstein zostałby pozbawiony satysfakcji postawienia kropki nad i, tzn. zapisania równań pola. W Getyndze bowiem uczeni nie mieli oporów przed korzystaniem z wyników kolegów, traktując je jako rodzaj dobra wspólnego. Nazywało się to u nich „nostryfikacją” cudzych wyników.

Prace Einsteina cechuje ogromna intuicja: zazwyczaj miał on dobre wyczucie, czego należy się trzymać i w którą stronę zmierzać. Tak było np. z polem elektromagnetycznym. Einstein wiedział, że teoria Maxwella ma ograniczenia kwantowe, ale samo pojęcie pola traktował jako fundament. Cenił bardzo dorobek Lorentza (znany mu wyłącznie z publikacji), który na Ritzu nie zrobił wielkiego wrażenia, mimo że znał jego autora. Einstein przed rokiem 1905 rozpatrywał możliwość innej elektrodynamiki, zgodnej z mechaniką Newtona, była ona podobna do późniejszej propozycji Ritza. Dlatego później nie tracił już czasu na koncepcje, które kiedyś odrzucił po starannym namyśle. Prawdopodobnie właśnie przez to, że Ritz był umysłem o wiele mniej rewolucyjnym, współcześni cenili go wyżej, osiągnięcia Einsteina od początku wydawały się kontrowersyjne, niektórzy wielcy uczeni, jak Henri Poincaré podchodzili do nich bardzo sceptycznie. Nie wiemy, jak rozwinąłby się Walter Ritz, gdyby wcześniej odkryto penicylinę, ale można przypuszczać, że był już ukształtowany intelektualnie i nie stać by go było na żaden rewolucyjny skok w nieznane. Teoretycy rzadko robią coś rewolucyjnego po trzydziestce, chyba że kontynuują coś, co już wcześniej sami zaczęli. Dorobek Einsteina z tamtych lat jest bardzo mało techniczny, nie ma tam właściwie wcale skomplikowanych obliczeń, są raczej proste rozumowania i pomysłowe argumenty. W porównaniu prace Waltera Ritza wydają się znacznie bardziej zaawansowane. A jednak: „Ten piękny wysiłek w porównaniu z geniuszem jest tym, czym urywany lot świerszcza w porównaniu z lotem jaskółki” (A. Camus).

Jak można odtworzyć wzór Balmera? Szukając rozwiązań w postaci sinusów wzdłuż x i y oraz o częstości \nu, otrzymamy (a jest długością boku kwadratu):

f(x,y,t)=A \sin \dfrac{n\pi x}{a}\sin\dfrac{m\pi y}{a}\sin 2\pi\nu t.

Drugie pochodne sprowadzają się teraz do mnożenia przez odpowiedni czynnik, podstawiając do równania Ritza, otrzymamy

\nu^2 m^4 n^4 \sim (n^2-m^2)^2,

skąd przy m=2 dostajemy wzór Balmera.