Proust i Einstein

Jak chętnie porozmawiałbym z tobą o Einsteinie! Bo chociaż pisano mi, że z niego zaczerpnąłem, to nie rozumiem z jego teorii ani słowa, nie znając algebry. A wątpię także, aby on czytał moje powieści. Wydaje się, że mamy analogiczny sposób deformowania czasu. Ale nie mogę tego ustalić, ponieważ chodzi o mnie samego, a nie znamy siebie samych; nie mogę też tego ustalić w odniesieniu do niego, ponieważ jest wielkim umysłem w naukach, o których nic nie wiem i w których już w pierwszej linijce zatrzymują mnie „znaki”, których nie rozpoznaję. [List do Armanda de Guiche, grudzień 1921 r.]

Einstein nie znał książek Prousta. Szukanie analogii między dziedzinami tak odległymi jak powieść i fizyka teoretyczna jest oczywiście dość ryzykowne. Można jednak, jak sądzę, wskazać pewne elementy łączące obu wielkich twórców. Nie oznacza to, że któryś z nich był pod wpływem drugiego. Jakiś powierzchowny wpływ na Prousta mogły wywrzeć różne prasowe omówienia teorii względności, ale przecież nie zmienił pod ich wpływem swego wypracowanego przez lata podejścia do świata i roli pisarza. A przede wszystkim do czasu. Czas Prousta jest pozornie subiektywny, zawarty w ułamkach wspomnień, które dzięki pracy umysłu i uważnemu wejrzeniu w głąb przeszłości pozwalają odtworzyć cały zaginiony bezpowrotnie świat. Jest to rodzaj archeologii wewnętrznej. Niektóre wrażenia, takie jak smak magdalenki zamoczonej w herbacie, ewokują zupełnie inny czas, stając się początkiem odkrycia zatopionej w jego bezmiarze Atlantydy:

I z chwilą gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki, którą mi dawała ciotka (mimo że jeszcze nie wiedziałem i aż znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był jej pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki, którą zbudowano dla rodziców od tyłu (owa ścięta ściana, jedyna którą wprzód widziałem) i wraz z domem miasto, od rana do wieczora i w każdym czasie, rynek, na który wysyłano mnie przed śniadaniem, ulice, gdzie załatwiałem sprawunki, drogi, którymi się chodziło, kiedy było ładnie. I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które, ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając się w kwiat, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz, wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna, i lilie wodne z Vivonne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty. [W stronę Swanna, przeł. T. Żeleński(Boy)]

Mamy tu do czynienia z czymś, co pisarz SF nazwałby tunelem czasoprzestrzennym łączącym dwa zdarzenia i dwa światy. Strategia wyszukiwania takich tuneli, a następnie podążania nimi wytrwale w przeszłość, była wielkim wynalazkiem pisarskim Prousta. Tylko pewien rodzaj skojarzeń prowadził bowiem do odtworzenia minionego świata, punktem wyjścia nie była nigdy myśl, lecz jakieś doznanie zmysłowe: dźwięk, zapach, smak.

Czas pisarza jest subiektywny, przechowany w jego podświadomości, siłą rzeczy obraz, który udaje mu się odtworzyć zawiera obserwatora i jego wyróżniony punkt widzenia. Analityczny rozum podpowiada nam oczywiście, że światy widziane przez innych ludzi będą podobnie subiektywne, że prawda naszych wrażeń jest do pewnego stopnia względna. W szczególności czas zegarowy i kalendarzowy nie mają wielkiego znaczenia w porządku naszych skojarzeń, czas może się przesuwać albo przeskakiwać. Wprowadzając do swej książki pewien anachronizm – przesuwając w czasie drugą podróż do Balbec i koncert u Guermantes’ów, Proust napisał do przyjaciela: „Zeinsteinizujmy to, ponieważ moje byty są nieco spłaszczone za sprawą obrotu w czasie”. Dostrzegał więc pewną analogię między swoją metodą a elastycznym i ruchomym czasem Einsteina. Teoria naukowa odbierająca czasowi walor absolutny niewątpliwie ułatwiała także przeskoki czasowe w wyobraźni, niemal je sankcjonowała. Zanim powstała teoria względności, sporo było różnych fantastycznych rozważań na temat przemieszczania się w czasie. Łatwiej pomyśleć coś, co przypomina do pewnego stopnia rzecz albo sytuację już pomyślaną. Wyobraźnia, sfera tego, co potrafimy sobie wyobrazić, poszerza się przez różne myślowe doświadczenia, nawet fikcyjne albo baśniowe. Tym bardziej poszerza ją teoria naukowa, nosząca piętno ścisłości, nawet gdy nie jest powszechnie zrozumiała.

Ale nie tylko ruchomość i elastyczność czasu jest u Prousta „einsteinowska”. Nazwa teoria względności nie jest szczególnie udana, gdyż zwłaszcza pośród laików od początku rodziła nieporozumienia.

Czasoprzestrzeń teorii względności nie jest relatywna, relatywne są jedynie nasze opisy. Matematycznie biorąc, mamy pewien obiekt czterowymiarowy, rozmaitość czasoprzestrzenną, który można opisywać za pomocą rozmaitych współrzędnych, tzw. map. Jest to sytuacja analogiczna do przedstawiania powierzchni Ziemi za pomocą rozmaitych map w atlasach. Wiemy, że mapy takie mogą w rozmaity sposób deformować to, co na nich widzimy, ale obiektem, który badamy jest sama powierzchnia Ziemi, a nie umowne siatki współrzędnych. Różni obserwatorzy mogą wprowadzać swoje współrzędne, ich odczyty – „rozumienie sytuacji” – będzie różne, ale prawdą jest to, co wspólne i niezależne od układu odniesienia. Można by teorię względności nazwać teorią niezmienników (inwariantów), jak proponował Max Planck, którego przyciągnęło do niej właśnie poszukiwanie absolutu, a nie jakaś skłonność, aby wszystko relatywizować, czy to w sensie fizycznym, czy etycznym. Był to człowiek, który zawsze chodził wyprostowany i zapięty pod szyję, i ponad wszystko przedkładał etykę obowiązku.

Marcel Proust, wyruszając w swe podróże w czasie, nie uciekał od teraźniejszości, nie szukał żadnego narkotyku wzmacniającego doznania. Jego celem było dotknięcie absolutu – tego, co znajduje się poza naszymi siatkami współrzędnych, czego dotknąć i co wyrazić językiem dyskursywnym jest niezwykle trudno. Pisarz musi pracować w słowie, nie ma żadnych innych środków. Musi więc za pomocą języka i skojarzeń, które on niesie, zbudować odpowiednik przeżycia. W tym sensie Proust także poszukiwał prawdy niezależnej od subiektywnego punktu widzenia. Jak my wszyscy, skazany na egocentryczność, szukał wyjścia poza nią w swego rodzaju historii naturalnej pamięci i umysłu. Jednostkowy punkt widzenia, obraz, przedstawiony bez sentymentalizmu i sztucznych upiększeń, może służyć zrozumieniu, w jakimś stopniu wyzwala z bólu istnienia drogą kontemplacji, trochę tak jak w buddyzmie. Wysiłek pisarski Marcela Prousta, trwający niemal do ostatniego dnia jego życia, nie byłby możliwy bez przekonania pisarza, że ściga absolut, zmaga się z niewyrażalnym. Po cóż byłoby się tak trudzić, przez szesnaście lat odmawiać sobie wszelkich przyjemności życiowych, służąc swemu dziełu. Czegoś takiego nie robi się z prostej ambicji ani z chęci przypodobania się przyszłym pokoleniom. Ich osąd będzie tylko trochę mniej chimeryczny i przypadkowy niż opinia współczesnych zależna od tylu trzeciorzędnych czynników.

Proust miał ostrą świadomość bytowania rozciągniętego w czasie.

Odczuwałem znużenie i trwogę pojmując, że cały ten czas, jakże długi, był nie tylko bez przerwy przeżywany, przemyśliwany i wydzielany przeze mnie, że był moim życiem, że był mną, lecz jeszcze musiałem w każdej minucie podtrzymywać z nim związek, że był mi fundamentem, że tkwiłem na jego zawrotnym wierzchołku, że nie mogłem się poruszyć, by go nie przesunąć. Dzień, w którym usłyszałem dźwięk dzwonka w Combray, owa data tak odległa, a jednak wewnętrzna, był punktem wyjścia w tych bezmiarach, co rozciągały się we mnie bez mojej wiedzy. Doznałem zawrotu głowy widząc pod sobą – a jednak spoglądałem od środka w siebie, jakby to były mile wysokości – widząc tyle lat. (…) wydawało mi się, że nie starczy mi sił, by długo utrzymać przy sobie tę przeszłość, która zstępowała już tak daleko. Ale jeśli zostanie mi dość czasu, bym zdążył dokonać mego dzieła, nie omieszkam w nich najpierw opisać ludzi (choćby mieli w tym opisie przypominać potwory) jako zajmujących w Czasie miejsce tak znaczne, jak ograniczone jest ich miejsce wyznaczone im w przestrzeni, miejsce rozszerzające się niepomiernie, gdyż niczym zagłębieni w latach giganci dotykają przeżytych przez siebie, tak odległych epok, między którymi mieści się tyle dni – wśród Czasu [Czas odnaleziony, przeł. J. Rogoziński, przekł. poprawiony].

Nie będzie wielką przesadą powiedzenie, że Proust wierzył w bytowanie czasoprzestrzenne, linię świata, którą można oglądać, jeśli uda nam się osiągnąć dostateczny stopień koncentracji. Z tego punktu widzenia zdarzenia współwystępują, podobnie jak bytują obok siebie przedmioty w przestrzeni. Jest to boski punkt widzenia, niedostępny na co dzień istotom przyszpilonym do uciekającej chwili teraźniejszej.

Dla Asi

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s