Alexis Clairaut: Czy Newton się pomylił? (1747-1749)

15 listopada 1747 roku paryska Akademia Nauk zebrała się na dorocznym posiedzeniu inauguracyjnym. Różniło się ono od zwykłych obrad bardziej uroczystym charakterem, a także tym, że mogła w nim brać udział szersza publiczność. Trzydziestoczteroletni Alexis Clairaut wygłosił na nim sensacyjną tezę, że Newtonowskie prawo powszechnego ciążenia nie jest dokładnie spełnione. O co chodziło? Otóż według Newtona siła grawitacji między ciałami jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości. Już sam Isaac Newton zastanawiał się nad tym, dlaczego wykładnik potęgi w tym prawie równy jest dokładnie 2:

F\propto \dfrac{1}{r^2},

gdzie F jest siłą grawitacji, a r odległością dwóch ciał niebieskich. Gdyby planety były przyciągane jedynie przez Słońce, ich orbity byłyby elipsami, zgodnie z tym, co odkrył wcześniej Johannes Kepler. Newtonowskie ciążenie jest jednak powszechne: każde dwa ciała przyciągają się według tego prawa. Oznacza to, że ściśle biorąc, gdy chcemy opisać np. ruch Ziemi wokół Słońca, musimy uwzględnić, że jest ona przyciągana także przez inne planety (w tym przez Księżyc). Te dodatkowe siły przyciągania nie są wielkie, ale sprawiają, że orbity przestają być krzywymi zamkniętymi. Astronomowie opisują to za pomocą elips, które się obracają. Największy efekt tego rodzaju wykazuje Księżyc: przyciąga go bowiem nie tylko Ziemia, ale także odległe, lecz bardzo masywne Słońce. W rezultacie orbita Księżyca dość szybko się obraca.

peryg

 

 

Isaac Newton usiłował znaleźć jakieś rozwiązanie tego problemu, odniósł jednak porażkę, co bardzo niechętnie i półgębkiem przyznał. Szybkość obrotu elipsy wychodziła dwa razy za mała. Gdyby do wykładnika 2 w prawie ciążenia dodać \frac{4}{243}, uzyskałoby się zgodność z obserwacjami Księżyca. Jednak prawo takie byłoby zdecydowanie nieeleganckie. Nie wiemy, czemu, ale matematyka rzeczywistego świata jest na ogół elegancka.

Alexis Clairaut przyjrzał się ponownie temu zagadnieniu w latach czterdziestych XVIII wieku przy użyciu udoskonalonych metod matematycznych. Jemu także prędkość obrotu elipsy Księżyca wychodziła dwa razy mniejsza, niż pokazują obserwacje. Dlatego w 1747 zaproponował poprawkę do prawa Newtona, siła przyciągania powinna być opisana wzorem

F\propto \dfrac{1}{r^2} + \dfrac{\alpha}{r^3},

gdzie \alpha jest jakąś stałą. Dodatkowy wyraz z trzecią potęgą odległości byłby nieistotny w przypadku dalekich planet, ale zmieniałby zachowanie Księżyca. Oczywiście, ponieważ mamy dodatkowy wyraz i dodatkową stałą \alpha, to można uzyskać zgodność z obserwacjami, dobierając odpowiednio \alpha.

Krok tego rodzaju: wprowadzenie poprawki ad hoc zapewniającej zgodność z obserwacjami jest właściwie aktem rozpaczy. Ale ostatecznie prawo ciążenia wywodzi się z obserwacji i obserwacje mogą je obalić albo zmodyfikować. Gdyby tezę taką wysunął ktoś inny niż Clairaut, nie byłaby może potraktowana poważnie. Chodziło jednak o najwybitniejszego fizyka matematycznego Francji – kogoś, kto pierwszą pracę naukową napisał w wieku dwunastu lat, a mając osiemnaście miał już dorobek upoważniający do przyjęcia do Akademii Nauk. Musiał zresztą jeszcze dwa lata zaczekać, ponieważ członek Akademii powinien mieć ukończone dwadzieścia lat. Kiedy Clairaut głośno przedstawił swoją tezę, okazało się, że nie on jeden o tym myślał. Leonhard Euler napisał mu z Berlina, że niezależnie doszedł do wniosku o niewystarczalności prawa Newtona w pracy, która nie została opublikowana. Sam proponował innego rodzaju poprawki niż Clairaut. Euler jeszcze łatwiej niż Clairaut zgadzał się na modyfikację prawa Newtona, które nigdy mu się nie podobało, ponieważ nie rozumiał skąd się bierze. Gdyby prawo Newtona było wynikiem działania jakiegoś kosmicznego eteru na planety, to jego postać matematyczna wynikałaby z czegoś bardziej fundamentalnego i wtedy zależność w rodzaju tej przyjętej przez Clairauta byłaby zapewne możliwa. Ostatecznie chodziło o gust filozoficzny: Newton był skłonny sądzić, że to Stwórca wprost zadekretował prawo ciążenia, a wtedy postać tego prawa powinna być elegancka, godna Autora. Niebawem także d’Alembert, młodszy kolega i bardzo zazdrosny konkurent Clairauta, ogłosił, że prawo Newtona daje dwa razy za wolny obrót elipsy.

504px-Alexis_Clairault

 Alexis Clairaut460px-Leonhard_Euler_by_Handmann_Leonhard Euler

I kiedy już najważniejsi uczeni wydawali się przekonani, że Newton nie miał racji, dokonał się nieoczekiwany zwrot akcji: wiosną 1749 roku Clairaut ogłosił, że udało mu się wyjaśnić obrót orbity Księżyca, nie uciekając się do żadnych poprawek. Wystarczy prawo Newtona w pierwotnej postaci. Problem leżał w matematyce i subtelnej sztuce stosowania przybliżeń w przypadku, gdy brak dokładnego rozwiązania. Nie prawo Newtona było błędne, ale metoda, którą wszyscy stosowali do tej pory.

Obaj jego konkurenci poczuli się nieco głupio. D’Alembert wycofał z Akademii swoją pracę na temat obrotu orbity Księżyca. Euler zaczął starania, aby dowiedzieć się, jak Clairaut uzyskał nowy wynik. Nie było to wcale łatwe, ponieważ Clairaut nie miał zamiaru publikować swego wyniku bez żadnych dodatkowych korzyści naukowych lub/i finansowych. Euler wykorzystał swoje wpływy w petersburskiej Akademii Nauk, żeby ta ogłosiła w roku 1750 konkurs właśnie na temat grawitacji i Księżyca. Liczył, że wezmą w nim udział d’Alembert, no i przede wszystkim Clairaut. Sam, jako członek Akademii petersburskiej, miał być w komisji konkursowej i dzięki temu poznałby pierwszy pracę Clairauta. Nie powodowała nim tylko ciekawość, pragnął bowiem jednocześnie, a najlepiej wcześniej, opublikować własną pracę na ten sam temat i zapewnić sobie priorytet, przynajmniej w druku. Konkurs wygrał oczywiście Clairaut, jego praca została też opublikowana jako pierwsza. Intryga Eulera się nie powiodła – nie dlatego jednak, aby Szwajcar poczuł w którymś momencie wyrzuty sumienia, lecz przez czysty zbieg okoliczności, którego nie mógł przewidzieć (najpierw chciał drukować swoją pracę w Petersburgu, potem sądził, że szybciej będzie w Berlinie, więc wycofał z Petersburga, tymczasem w Berlinie coś się popsuło w sprawie druku i musiał jeszcze raz posłać pracę do Petersburga). Oczywiście, Euler był fachowcem tak wysokiej klasy, że widząc pracę Clairauta, mógł ją powtórzyć po swojemu, tak czy owak postępowanie takie nie było zbyt uczciwe. Leonhard Euler nie był człowiekiem sympatycznym, choć matematykiem był genialnym.

Prawo Newtona okazało się znacznie dokładniejsze, niż początkowo sądzili wszyscy trzej uczeni. Dopiero Albert Einstein wykazał, że prawo w postaci newtonowskiej jest nie do końca ścisłe: odchylenia są jednak bardzo niewielkie w przypadku Układu Słonecznego.

 

 

Reklamy

Charles Darwin – łaska niewiary

Podobno Charles Darwin porzucił chrześcijaństwo, ale w ostatnim możliwym momencie – tuż przed śmiercią – nawrócił się i dlatego nie wszystko stracił w oczach Pana Zastępów. Tak przynajmniej wymyśliła pobożna niewiasta, lady Hope (trudno o lepsze nazwisko w lepszej sprawie!), która ponoć bywała u sędziwego uczonego niedługo przed śmiercią i wszystko widziała. Miała ona wprawdzie ziemskie długi do spłacenia i szukała rozgłosu, ale gorliwość w obronie wiary, nie raz i nie dwa szła w parze z interesem ekonomicznym. To nic złego, póki mamy Boga w sercu. Amen.

Młody Darwin nie należał do buntowników i wierzył mniej więcej w to, co należy. Nie była to do końca wiara przodków, bo ojciec był mało religijny, a dziadek wcale (kobiety w rodzinie były wprawdzie pobożniejsze, ale niezbyt się liczyły jako wzór dla mężczyzn). Jednak gentleman, z poważnym majątkiem, nie powinien dawać złego przykładu. W zasadzie Charles Darwin pragnął wierzyć w Boga, oczywiście w jego wersji anglikańskiej. Unitarianie z rodziny matki nie byli poważną przeciwwagą: to tylko puchowa poduszka dla upadającego chrześcijanina. Charles nie chciał poduszek ani podpórek. Ale nie był też obrazoburcą. Czy ktoś, kto robi na studiach 200 funtów długu (4 przyzwoite roczne pensje), może być wywrotowcem? Studia były zresztą wstępem do święceń, na które czekał bez entuzjazmu, lecz spokojnie.

Właściwie to chodziło o przyrodę i miękkie serce Charlesa. Charles Darwin starał się być przede wszystkim obserwatorem. Przyroda nie pasuje do żadnych bajek, które ludzie chętnie sobie opowiadali od niepamiętnych czasów.

„Zgadza się z tym, co wiemy o prawach nadanych materii przez Stwórcę, fakt, że stwarzanie i ginięcie form, podobnie jak narodziny i śmierć pojedynczych istot, powinny być wynikiem działania [praw] środków drugiego rzędu. Uwłaczające byłoby przypisywanie Stwórcy niezliczonych systemów światów stworzenie miriada pełzających pasożytów i robaków, od których roiło się w każdym dniu życia na lądzie i w wodzie tego jednego globu. Przestajemy się jednak zdumiewać, jakkolwiek mocno byśmy to potępiali, że pewna grupa zwierząt została specjalnie stworzona po to, aby składać jaja w trzewiach i ciele innych zwierząt, że niektóre zwierzęta radują się okrucieństwem, że zwierzęta bywają zwiedzione fałszywym instynktem, że każdego roku odbywa się ogromne marnotrawstwo jaj i pyłku. Widzimy, jak ze śmierci, głodu, grabieży i skrytej wojny w naturze wywodzi się bezpośrednio najwyższe dobro, jakie możemy sobie wyobrazić: stworzenie zwierząt wyższych” (Esej z 1842 roku w: C. Darwin, The Foundations of the Origin of Species: Two Essays written in 1842 and 1844, F. Darwin (ed.), Cambridge 1909).

Obserwując przyrodę, spotykamy na każdym kroku przejawy koszmarnego okrucieństwa. Nie mógł tego urządzić dobry Bóg, a przynajmniej nie do końca: może pozwolił jedynie działać pewnym prawom. Wskutek działania owych praw wyewoluowała przyroda, jaką znamy, pełna potworności i cudowności zarazem, powstały też inteligencja i moralność, które mogą osądzać świat widzialny. Mechanizm jest okrutny, ale służy dobremu celowi. Nie było to odległe od teodycei Leibniza: Bóg stworzył świat najlepszy spośród możliwych. Nie ingeruje jednak w jego szczegóły, zadowala się podyktowaniem praw ogólnych. Nie on stworzył pluskwiaka benchuca, który ukąsił Darwina w Ameryce Południowej i zostawił mu na pamiątkę nieuleczalną do końca życia chorobę. Benchuca to collateral damage w wojnie przyrody, cena za powstanie zwierząt wyższych i jednego zwierzęcia najwyższego, czyli nas.

charles-robert-darwin-scientists-naturalist

Darwin sądzi, że lepiej dla Stwórcy, jeśli zostanie nieco oddzielony od swoich niektórych stworzeń i nie trzeba będzie winić Go bezpośrednio za wszystkie nieszczęścia i cierpienia. Zalicza do nich cierpienia zwierząt, nie tylko ludzi.

„Toteż rozum nasz wzdraga się przed przypuszczeniem, że jego dobroć nie jest nieograniczona; jakąż bowiem korzyść może przynieść cierpienie milionów niższych zwierząt w ciągu nieskończonego niemal czasu? Ten bardzo stary argument przeciw istnieniu rozumnej pierwszej przyczyny, oparty na istnieniu cierpień, wydaje mi się bardzo poważny” (Autobiografia, przeł. S. Skowron, przekł. nieco zmieniony).

Tyle o dobrym Stwórcy, choć Darwin uważa, iż suma szczęścia w świecie przyrody przeważa nad sumą nieszczęścia – jest to jego intuicyjne przekonanie, wie, że nie sposób tego obliczyć.
Pozostaje jeszcze nie abstrakcyjny Bóg filozofów, ale ten z gorejącego krzaka i Ewangelii.

„Stopniowo jednak dochodziłem do przekonania, że Stary Testament z jego jawnie fałszywą historią świata, z Wieżą Babel, z tęczą jako znakiem itd. i z przypisywaniem Bogu uczuć mściwego tyrana nie jest bardziej wiarygodny niż święte księgi Hindusów lub wierzenia barbarzyńcy. (…) pamiętam, jak wciąż powracałem do marzenia o odkryciu jakichś starych listów sławnych Rzymian albo znalezieniu w Pompei lub gdzie indziej jakichś rękopisów, które by potwierdziły w sposób oczywisty wszystko to, co napisano w Ewangeliach. Lecz nawet przy zupełnej swobodzie, jakiej udzielałem mojej wyobraźni, coraz trudniej było mi wynaleźć dowody, które by przekonywały mnie w stopniu dostatecznym. Stopniowo coraz bardziej owładała mną niewiara, aż wreszcie dokonało się to całkowicie. Postępowało to wszakże tak wolno, że nie odczuwałem żadnego niepokoju i od tego czasu nie wątpiłem nigdy ani przez chwilę, że moje wnioski są prawidłowe. Trudno mi doprawdy pojąć, że ktokolwiek mógłby sobie życzyć, aby wiara chrześcijańska była prawdziwa. Bo gdyby tak było, to bezpośrednia wymowa tego tekstu [tekstu Ewangelii – tłum.] jest jak się zdaje taka, iż ludzie, którzy nie wierzą – a do nich należy zaliczyć mego Ojca, Brata i prawie wszystkich moich najlepszych przyjaciół – są skazani na wieczne potępienie.
A to jest wszak okropna doktryna”. (Autobiografia, przeł. S. Skowron).

 

Czy globalne ocieplenie to bzdura? Pochwała atmosfery

Atmosfera Ziemi jest jak „uszyta na miarę”: chroni nas przed meteorytami, tłumi promieniowanie nadfioletowe, wytwarzające mutacje (np. raka skóry), zapewnia nam tlen niezbędny do oddychania i jest przezroczysta akurat w tym obszarze fal elektromagnetycznych, które widzimy. Oczywiście, od czasów Charlesa Darwina, wiemy, że trzeba spojrzeć na to odwrotnie: na drodze jakiej ewolucji doszło do tej sytuacji. Ochrona przed meteorytami jest np. niepełna, o czym boleśnie przekonały się dinozaury (zostały tylko energooszczędne zwierzątka w rodzaju dzisiejszych ryjówek – nasi prarodzice). Nam też w zasadzie grozi podobny los, jeśli odpowiednio duża asteroida uderzy w Ziemię. Warstwę ozonową, która chroni przed nadfioletem, dość łatwo byłoby zniszczyć, na szczęście przestaliśmy wypuszczać do atmosfery niektóre związki chemiczne, stosowane w celach dość trywialnych: w dezodorantach i lodówkach. Za tlen powinniśmy dziękować naszym braciom mniejszym roślinom, bez nich (bez fotosyntezy) nie moglibyśmy żyć. Widzimy fale elektromagnetyczne o takich długościach, bo nasza gwiazda centralna najwięcej wysyła w tym obszarze widma (byłoby bez sensu mieć oczy wrażliwe na fale, których praktycznie nie ma). To, że dzięki temu możemy widzieć także inne ciała niebieskie jest tylko wspaniałym dodatkiem. A dzięki obserwacjom gwiazd i planet powstała astronomia matematyczna. A dzięki astronomii powstała fizyka, a dzięki fizyce, a później chemii i biologii, powstała nasza cywilizacja w obecnym kształcie.

W sierpniu 1883 roku na wysepce Krakatau w Indonezji wybuchł wulkan. Wskutek tej erupcji i wywołanych nią fal tsunami zginęło 40 000 ludzi. W końcu października w Europie zaczęły się niesamowicie piękne zachody słońca – znaczyło to, że pył wyrzucony do atmosfery podczas erupcji zdążył już przywędrować na umiarkowane szerokości geograficzne (kolory zachodów słońca to głównie skutek rozpraszania Rayleigha). W Wielkiej Brytanii zachody słońca obserwował zafascynowany nimi poeta, żarliwy katolik, Gerald Manley Hopkins. Swoje opisy wysłał do „Nature”: „Ponad zielenią ukazał się czerwony blask, szerszy i bardziej krzepki; był miękko cętkowany i w żebrach czy pasach kolor był bliższy różu, a w prześwitach, gdzie przeświecał błękit nieba, bliższy malwy. Wyżej był niewyraźnie bzowy. Czerwień można było dostrzec najpierw na wysokości 45º nad horyzontem i widziało się w niej promienie, które jeden z patrzących porównał do ludzkiej dłoni. Do 4:45 czerwień wyparła zieleń i stapiając się z resztką pomarańczowego dosięgła horyzontu” (cyt. w: http://publicdomainreview.org/2012/05/28/the-krakatoa-sunsets/). Malarz William Askroft spędził wiele popołudni, malując widoki nieba na brzegu Tamizy w Chelsea, było to dla niego frustrujące doświadczenie: jego sztuka była bezsilna wobec tej ruchomej powodzi kolorów.

7261360630_2085ed432a_o7261360998_60c9500aa6_o

Zachody słońca po erupcji Krakatau pokazały naocznie, że atmosfera jest wspólna dla całej Ziemi. Jeszcze jedną wspaniałą zaletą, za którą winniśmy wdzięczność naszej siostrze atmosferze, jest efekt cieplarniany. Gdyby nie było atmosfery temperatura Ziemi byłaby równa -20º C – tyle wynika z prostego bilansu energii przychodzącej ze Słońca i wysyłanej przez Ziemię. Ilości energii przychodzącej i wysyłanej w jednostce czasu powinny być równe, inaczej Ziemia musi się ogrzewać albo stygnąć. Naprawdę gdyby temperatura była tak niska, na powierzchni Ziemi byłoby dużo lodu, który świetnie odbija światło i w rezultacie mniej światła słonecznego byłoby pochłaniane przez Ziemię, co znaczy, że temperatura byłaby jeszcze niższa.
Nasza atmosfera przepuszcza niemal całkowicie światło widzialne – większą część energii docierającej do nas ze Słońca. Ziemia, a także sama atmosfera, także wysyłają promieniowanie termiczne, ale jest ono w większości podczerwone, gdyż temperatura Ziemi jest 20 razy mniejsza od temperatury Słońca. Atmosfera Ziemi jest jednak nieprzezroczysta w podczerwieni, dzięki parze wodnej i CO2. Bilans energetyczny wygląda w rezultacie tak.

greenhouse1

Ziemia wysyła więcej promieniowania podczerwonego, niż otrzymuje ze Słońca. Bilans energii zarówno „pod atmosferą”, jak i „nad atmosferą” jest zerowy: tyle samo energii przychodzi i ucieka. Jednak atmosfera promieniuje w górę i w dół, dzięki czemu Ziemia może wysyłać więcej energii – a to oznacza, że jej temperatura jest wyższa: zamiast -20º C otrzymalibyśmy +30º C (-20º C będzie teraz temperaturą na skraju atmosfery, a nie na Ziemi). Temperatura wyszła trochę za wysoka, ale to szczegół. Gdybyśmy przyjęli, że nie cała energia wysyłana w podczerwieni przez Ziemię jest pochłaniana przez atmosferę, ale część jej ucieka w kosmos, wynik byłby bardziej realistyczny. Widać o co chodzi: im bardziej nieprzezroczysta atmosfera w podczerwieni, tym wyższa temperatura planety. Efekt ten – efekt cieplarniany – jest zbawienny, bo, powtórzmy, marnie by nam się żyło w temperaturach średnich poniżej -20º C. Tyle, że gdy atmosfera stanie się zanadto nieprzezroczysta w podczerwieni, na Ziemi może stać się zbyt ciepło. Ludzie od XVIII wieku wysłali do atmosfery tyle CO2, że zaczęło to już wpływać na klimat globalny. Możemy stać się ofiarami naszego sukcesu ewolucyjnego i cywilizacyjnego. Oczywiście, przyszłość jest nieznana, bo może też nadlecieć za, powiedzmy, pięćdziesiąt lat duża asteroida i zafundować nam nie tylko piękne zachody słońca, ale w ogóle zimę na dziesięć lat. Wtedy nikt się nie będzie musiał martwić globalnym ociepleniem, zresztą ryjówki mają na to za mały mózg.

Charles Darwin, cień ojca i podróż brygiem Beagle (1831)

„Nic cię nie obchodzi poza strzelaniem, psami i łapaniem szczurów, wstyd przyniesiesz sobie i całej rodzinie” (przeł. S. Skowron) – powiedział kiedyś synowi w chwili gniewu doktor Robert Darwin. Robert Darwin wychowywał samotnie gromadkę swoich dzieci i był człowiekiem dość apodyktycznym, nie mówiąc już o tym, że samą swą posturą – miał niemal 190 cm wzrostu i ważył ponad 150 kg – robił wrażenie na każdym.

sy0911

Jego dwudziestodwuletni syn był młodzieńcem raczej dość lekkomyślnym, poważnie traktował w życiu tylko dwie rzeczy: swoją kolekcję chrząszczy i jesienny sezon myśliwski, w którym zabijał niezliczone kuropatwy, zające, króliki – i wszystko to z pedantyczną dokładnością zapisywał. Miał za sobą nieudany pobyt w Edynburgu, gdzie miał się uczyć na lekarza, ale widok sekcji zwłok, a także operacji przeprowadzanej na dziecku (nie było jeszcze chloroformu do znieczulania pacjentów) sprawił, że przestał zajmować się medycyną. Najchętniej włóczył się po wybrzeżu, zbierając różne okazy zwierząt morskich, albo uczył się wypychać ptaki. Zdał sobie także sprawę, że jego ojciec jest bogaty, więc pewnie nie będzie musiał pracować zawodowo – wtedy już całkiem stracił zapał do medycyny.

574px-Charles_Darwin_by_G._Richmond

Robert Darwin nie dawał jednak tak łatwo za wygraną. Postanowił, że Charles zostanie pastorem. Zainteresowany niezbyt się temu pomysłowi sprzeciwiał: jako pastor wiejski nadal mógłby polować i zbierać chrząszcze. Zaczął studiować w Christ’s College w Cambridge, co było o tyle przyjemne, że do swych ulubionych zajęć dołączył teraz wesołe kolacje z przyjaciółmi (na koniec ostatniego roku pobytu jego długi wynosiły ponad 200 funtów – robotnik wykwalifikowany zarabiał wówczas rocznie 50 funtów). W trzecim roku studiów, dzięki nadzwyczajnej mobilizacji, znanej niemal wszystkim studentom, w ostatniej chwili zdołał nadrobić zaległości i zdał egzaminy. Najważniejszym jednak rezultatem studiów było zetknięcie z profesorem botaniki Henslowem, którego wykładów słuchał i z którym chodził na wycieczki przyrodnicze. Latem 1831 roku Henslow przekazał mu propozycję podróży dookoła świata na małym okręcie Beagle w charakterze gentlemana-przyrodnika. Admiralicji chodziło o mapy wybrzeży Ziemi Ognistej. Kapitanowi statku o towarzysza podróży z tej samej sfery. W czasie robienia map można było zbierać okazy przyrodnicze. Koszty podróży należało pokryć samemu.
Robert Darwin z początku nie chciał o niczym słyszeć. Wysunął całą listę obiekcji, które jego syn streścił następująco:

  1. Zaszkodzi to mojej reputacji jako przyszłego duchownego.
  2. Pomysł jest szalony.
  3. Musieli proponować stanowisko przyrodnika wielu innym osobom, zanim zwrócili się do mnie.
  4. A ponieważ nikt na razie się nie zgodził, muszą być poważne zastrzeżenia albo co do statku, albo co do całej ekspedycji.
  5. Nigdy później nie podejmę osiadłego, uporządkowanego życia.
  6. Będę miał niewygodne warunki podróży.
  7. Jest to kolejna chęć zmiany zawodu.
  8. Będzie to zupełnie bezużyteczne przedsięwzięcie. (przeł. H. Pawlikowska-Gannon, w: M. White, J. Gribbin, Darwin, Warszawa 1998).

Charles nie miał bynajmniej zamiaru się buntować przeciwko ojcu, zwłaszcza że bez niego nie dałby sobie rady finansowo. Zależało mu jednak na podróży, marzył od dawna o wyprawie do egzotycznych krajów. Przekonał więc do pomysłu swego wuja Josiaha Wedgwooda, z którym łączyły go zamiłowania myśliwskie. Robert Darwin pod wpływem Wedgwooda zmienił zdanie, co go zresztą kosztowało sporo pieniędzy.
Jak wiele zależy w życiu od jednej decyzji? Czy bez podróży na Beagle Charles Darwin stałby się uczonym, jakiego znamy? Najprawdopodobniej nie, chociaż jego zainteresowania przyrodnicze stawały się coraz poważniejsze i może jednak nie zostałby wiejskim pastorem. Z pewnością nie zyskałby pozycji naukowej, jaką miał po tej podróży. Nie miałby także wielu przemyśleń, obserwacji, a także – last but not least – pewności siebie koniecznej do każdej naprawdę śmiałej pracy. Mówi się wprawdzie, że idea ewolucji krążyła po Europie, ale nikt jej tak nie rozbudował jak Darwin, a ostatecznie to szczegóły są w nauce wszystkim, same pomysły nie wystarczą.
Nb. był rzeczywiście ktoś, komu najpierw zaproponowano tę podróż, odmówił i potem bardzo tego żałował, słysząc, jak bardzo fetowany jest Darwin.