Richard Feynman i nauka kultu cargo

Najpierw dwa cytaty.

„Na Morzach Południowych istnieje kult cargo. Podczas wojny miejscowa ludność widziała, jak lądują samoloty wyładowane mnóstwem wspaniałych rzeczy i chciałaby, żeby teraz też tak było. Zrobili więc coś, co wygląda jak pasy startowe, rozmieścili ogniska wzdłuż tych pasów, wybudowali drewnianą chatkę dla człowieka, który siedzi tam z dwoma kawałkami drewna imitującymi słuchawki i pędami bambusa sterczącymi jak antena (jest kontrolerem lotów), i czekają na lądowanie samolotu. Wszystko robią tak, jak trzeba. Forma jest doskonała. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak kiedyś. No, ale nie działa. Żadne samoloty nie lądują. Takie właśnie rzeczy nazwałem „nauką kultu cargo”, ponieważ postępują oni zgodnie z przyjętymi zasadami i formami badań naukowych, ale brakuje w tym zasadniczej rzeczy, bo samoloty nie lądują” (przeł. K. Karpińska, w: R.P. Feynman, Przyjemność poznawania, s. 182).

„Nic nie wynoszę z tej konferencji. Niczego się nie uczę. Ponieważ nie ma w tej dziedzinie eksperymentów, więc niewiele się w niej dzieje i pracuje w niej bardzo niewielu dobrych naukowców. W rezultacie jest tu pełno głupków, co źle wpływa na moje ciśnienie: omawia się tu i poważnie dyskutuje tak bezsensowne problemy, że wdaję się w sprzeczki poza sesjami (np. w czasie obiadu), za każdym razem kiedy ktoś mi zadaje pytanie albo zaczyna opowiadać o swojej „pracy”. Ta „praca” okazuje się zawsze 1. zupełnie niezrozumiała 2. niejasna i nieokreślona 3. prawidłowa, choć oczywista i uzyskana dzięki długiej i trudnej analizie, ale przedstawiona jako ważne odkrycie albo 4. jest twierdzeniem, wynikającym z głupoty autora, iż pewien oczywisty i prawdziwy fakt, przyjęty i sprawdzony przez lata, jest fałszywy (tacy są najgorsi: żaden argument nie przekona idioty), 5. jest próbą zrobienia czegoś najprawdopodobniej niemożliwego, a na pewno niepotrzebnego, która – jak się to okazuje na końcu – nie powiodła się (w tym czasie pojawia się deser i zostaje zjedzony) albo 6. jest po prostu błędna. Panuje obecnie w tej dziedzinie spora „aktywność”, ale owa „aktywność” polega głównie na wykazywaniu, iż poprzednia „aktywność” kogoś innego doprowadziła do błędu bądź nie doprowadziła do niczego użytecznego ani obiecującego. Wygląda to jak kupa robaków, próbujących wydostać się z butelki i włażących na siebie nawzajem. Nie chodzi o to, że przedmiot jest trudny, ale o to, że dobrzy naukowcy zajmują się czym innym. Przypomnij mi, żebym więcej nie jeździł na żadne konferencje na temat grawitacji!” (korzystałem z przekładu J. Kowalskiego-Glikmana w: R.P. Feynman, Wykłady z grawitacji, s. XXXIII, i oryginału)

feynman_cern2

Jeśli ktoś, czytając te wypowiedzi, ma uczucie déjà vu, to znaczy, że zetknął się z szarą codziennością uprawiania nauki. Oczywiście nie każdy może być Feynmanem. Hierarchia obowiązuje zwłaszcza w matematyce i fizyce teoretycznej, choć naprawdę to w każdej dziedzinie robiącej użytek z intelektu. Dziesięciu gorszych patentowanych profesorów nie zastąpi jednego naprawdę dobrego, choćby i nie miał patentu na mędrca. Lew Landau prowadził ranking fizyków. Najwyższą pozycję i notę 0 miał w nim Isaac Newton, Albert Einstein był niewiele niżej, miał notę 0,5. Twórcy mechaniki kwantowej Schrödinger, Heisenberg, Bohr, Dirac mieli 1. Sam Landau przyznawał sobie 2, a był bardzo wybitnym laureatem Nagrody Nobla. Skala ta była logarytmiczna, czyli każda jednostka wyżej oznaczała wielokrotnie większe możliwości intelektualne. I tak to z grubsza jest: nie da się zostać Richardem Feynmanem tylko dlatego, że się więcej ćwiczy albo ma silniejszą motywację.

Ale to jeszcze nie wszystko: nie mamy wpływu na swoje geny, możemy natomiast kierować swoim zachowaniem. Można np. zastanawiać się nad jakimś problemem tak długo, aż go naprawdę zrozumiemy. Nikt nam nie zabroni dociekliwości i wytrwałego używania rozumu. Możemy więc nie zadowalać się byle czym, ale drążyć głębiej. Feynman napisał najlepszy podręcznik fizyki w historii, jeszcze dziś po półwieczu jest to wciąż najlepszy podręcznik akademicki. Jest najlepszy, bo wiele tematów Feynman przemyślał na nowo i napisał tak, jak sam je rozumiał. Miał on tę cechę, że nie potrafił niczego robić połowicznie – jeśli wykładał, to starał się przemyśleć przedmiot na nowo. Ilu wykładowców tak robi? Z pewnością mniej niż trzeba. Inna sprawa, że polskie uczelnie są wyłącznie miejscem pracy naukowej, studenci są tam ledwie tolerowani, a za najlepszy podręcznik nie dostanie się złamanego grosza od żadnej agendy zajmującej się „rozwojem nauki” w Polsce (rynek krajowy jest w większości dziedzin za mały, aby podręcznik akademicki mógł odnieść sukces komercyjny).

Feynman był też fanatykiem uczciwości naukowej. Nikt nie zdołałby go namówić, żeby napisał dobrą recenzję marnej pracy albo z uprzejmości zataił, co naprawdę myśli na temat jakiegoś „osiągnięcia”. Za nieuczciwe uważał nawet przemilczanie obiekcji czy argumentów przeciw własnemu punktowi widzenia albo przedstawianie niefachowcom naszej pracy jako niezwykle pożytecznej dla ludzkości, podczas gdy w istocie nie ma z niej żadnego pożytku, a praca jest zaledwie hipotezą. Większość współczesnych książek popularnonaukowych, i to pisanych przez ludzi o głośnych nazwiskach, zajmuje się promowaniem pomysłów może ciekawych, ale niepotwierdzonych i nieuznawanych, które zapewne nigdy nie trafią do podręczników, lecz zakończą swój żywot jako „ciekawe pomysły”. Zabiegi o popularność wśród nieświadomych czytelników sytuują się czasem niezwykle blisko pospolitego oszustwa.

Zostaje więc nauka kultu cargo? Jedyna pociecha, że za jakiś czas będzie ona – podobnie jak złe książki – zapomniana na zawsze.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s