Feynmana wykłady z fizyki

Najlepszy podręcznik fizyki – wykłady Feynmana – są dostępne w internecie (po angielsku). To świetna wiadomość. Książka nie zestarzała się przez pół wieku, może zainspiruje młodych ludzi. Pamiętam, jak wielkim wydarzeniem było stopniowe ukazywanie się polskiego przekładu Wykładów. Znałem pewnego licealistę, który czytał te książki w miarę ukazywania się i czekał niecierpliwie na każdy kolejny tom. Myślę, że dzięki Feynmanowi tysiące ludzi na całym świecie odczuło, jaką wspaniałą dziedziną jest fizyka i jaką frajdę sprawia zrozumienie różnych aspektów świata.

PW2014-03-critical-point_main

Wykłady nie odniosły sukcesu jako podręcznik kursowy, ale od zawsze czytane były przez pasjonatów, przez tych, którzy chcieli rozumieć. Myślę zresztą, że książka ta przekazuje znacznie więcej niż tylko jakąś wiedzę. Uczy pewnego podejścia do nauki: musimy zawsze rozumieć, o czym mówimy, jak się to coś da zmierzyć, jak można zastosować naszą wiedzę, jakie są powiązania między różnymi kwestiami. Fizyka to nie zbiór faktów, lecz zbiór praw i reguł ich stosowania w różnych sytuacjach. Wiemy tyle, ile umiemy obliczyć, choćby niedokładnie, na odwrocie starej koperty. No i nie ma znaczenia, kto mówi: student czy profesor, liczy się, kto ma rację. A przy tym wszystkim Wykłady potrafiły przekazać coś z atmosfery nieskrępowanej zabawy: fizyka Feynmanowi sprawiała przyjemność, bawił się nią i potrafił innych zarazić swoim entuzjazmem. Tak się nie pisało podręczników, przedtem musiały być zawsze bezosobowe, sztywne i nudne.

Pewnie to jedyny podręcznik, który rzeczywiście powinien mieć w tytule obok słowa „fizyka” nazwisko wykładowcy. Osobowość Feynmana widoczna jest tu na każdym kroku.

Jednak Feynman, luzak i showman, udający czasem prostaczka, który nie umie wymówić trudnych cudzoziemskich słów, drażnił zawsze niektórych. Szanowany historyk nauki Paul Forman dziwił się kiedyś, że „osoba pozostawiająca tak wiele do życzenia pod względem odpowiedzialności społecznej i moralnej, jak Richard Feynman, może być uważana przez swoich kolegów po fachu za postać wybitnie moralną, ponieważ był tak bardzo oddany fizyce, ponieważ uprawianie jej sprawiało mu niewątpliwą radość, ponieważ niewiele sobie robił z pozycji innych ludzi zarówno w środowisku fizyków, jak i poza nim, i ponieważ tak wielki nacisk kładł na dyscyplinę intelektualną swojej nauki, a mianowicie, aby «wiedzieć o czym się mówi»”.

Sam Feynman pisze o radzie, jakiej udzielił mu kiedyś w Los Alamos John von Neumann (nb. też postać wielce malownicza, ktoś, kto sprawiał wrażenie geniusza i nim był): „Nie musisz czuć się odpowiedzialny za świat, w którym żyjesz”. Feynman wziął sobie tę radę do serca i przestał martwić się o cały świat.

Uprawianie nauki powinno sprawiać przyjemność, może nie codziennie i nie zawsze, ale powinno – inaczej nie ma sensu. Jeśli ktoś nie ogarnia szerszego horyzontu niż swój wąski temat, to powinien zająć się czym innym. Dla Feynmana fizyka nie była z pewnością zabawą: jeśli już to tak jak dla dziecka – była to zabawa śmiertelnie poważna w sensie zaangażowania, nie w sensie uroczystej miny i biretu nasadzonego na ośle uszy. Można przesiadywać w nocnych barach i myśleć nad fizyką. Charakterystyczne jest, że ten zabawowy człowiek unikał przez całe życie wszelkich substancji, które mogłyby zepsuć jego machinę mózgową, od większych ilości alkoholu po narkotyki. Bawił się, obliczając różne rzeczy, które go zaciekawiły, miał szuflady pełne różnych obliczeń. Był to koszmar młodych badaczy na Caltechu: idą się pochwalić jakimś wynikiem, a Feynman wyciągnie z szuflady papiery z tym samym obliczeniem. Publikował tylko rzeczy, które sam uważał za udane. Zmagał się z problemami pierwszorzędnej wagi i często mu się nie udawało. Nie robił z tego dramatu, ale to nie znaczy, że go to nie obchodziło.

Zwykle trzymał się daleko od polityki i rzadko wygłaszał puste frazesy o odpowiedzialności za świat. Ale w Los Alamos Feynman pracował, bo chciał uratować swój kraj. Wątpię też, czy von Neumann unikał odpowiedzialności: jego rodzina została w Europie i sam zapewne trafiłby do Auschwitz, tak jak inni węgierscy Żydzi, gdyby nie wyjechał do Ameryki. Von Neumann pracował chętnie dla wojska, bo zależało mu na pokonaniu zarówno nazistów, jak i Rosji. Czy nie miał racji?

Świetnym przykładem praktycznej etyki w wydaniu Feynmana była sprawa katastrofy promu kosmicznego Challenger w 1986 roku. Prom rozpadł się tuż po starcie, siedmioosobowa załoga zginęła. Do komisji badającej ten wypadek powołano także Richarda Feynmana, słynnego noblistę, poważnie już wówczas chorego. Dzięki jego uporowi, inżynierskiej wiedzy i dociekliwości udało się znaleźć przyczynę katastrofy, którą NASA chętnie by zamiotła pod dywan. Czy tak się zachowuje facet, który ma wszystko w nosie?

Historyk powinien nieco głębiej wnikać w ludzkie postępowanie. Ludzie często mówią co innego i robią co innego, a jeszcze co innego myślą. Dlatego są ciekawszym przedmiotem refleksji niż np. dżdżownice.

 

Anton Mesmer i magnetyzm zwierzęcy (1784)

Wiedeński lekarz Anton Mesmer opracował magnetyczną metodę leczenia ludzi. Opisał ją znacznie później, bo w roku 1820 Jan de Baudouin de Courtenay, konsyliarz byłego dworu Królestwa Polskiego: otóż istnieje „między ciałami niebieskimi, Ziemią i żyjącymi na niej jestestwami wpływ istnie zobopólny. Środek, czyli nośnik, tego wpływu jest delikatnie rozlana ciekłość (fluide, eter Newtona), która wszystkie przenika istoty i zdolna jest przyjąć każde ruchu wrażenie, one rozpościerać i udzielać. Ten skutek się dzieje według praw mechanicznych, ale dotychczas nie znanych. (…) Ów delikatny i niewidzialny powietrza strumień działa bezpośrednio na nerwy, do których się wciela i sprawuje w ludzkim ciele zjawienia podobne do skutków magnesu. (…) Działa on na znaczną odległość bez pomocy pośredniczego ciała (actio in distans), jak światło odbija się od zwierciadła (…) Animalnym magnetyzmem można bezpośrednie uleczyć choroby nerwowe, a inne pośrednie” (Rzut oka na mesmeryzm, s. 8-10).

mesmeryzm

Jan Baudouin de Courtenay

Mamy więc naukowe podstawy: eter i oddziaływanie na odległość, w końcu nawet sam Isaac Newton mówił o ich istnieniu. Rozumiejąc mechanizm przyrodniczy, nietrudno zastosować go do leczenia: „Do manipulacji magnetycznej używa się naprzód ręka, która się ciągnie przez miejsce słabością lub bólem dotknięte, zatrzymując ją na nim jaką chwilę. To miejsce zwykło się odkryć przez małe ciepło dające się uczuć ręce. Używać do tego można także konduktorów z drzewa, szkła, żelaza (…) Naczynie zwane parapathos, bakiet, czyli bateria magnetyczna, jest wanna różnymi ciałami namagnetyzowanymi napełniona, to jest: wodą, piaskiem, kamieńmi lub żużlami kowalskimi, flaszami wodą magnetyzowaną wypełnionymi. W tej magnetyczny płyn jest skoncentrowany. Z tego naczynia wychodzi pewna liczba konduktorów z prętów żelaznych zakrzywionych i utkwionych w naczyniu, których końce przytykają sobie chorzy do miejsc bolących i trą je rękami. Następują w pewnym czasie crises [kryzysy], czyli skutki natężeń natury dla pozbycia się choroby…” (s. 15-16).

Traitement_baquet

Skoro już mowa o pozbyciu się, to medycy wiedeńscy pozbyli się Mesmera w roku 1778. Zamieszkał w Paryżu i z profesorem astronomii, jezuitą, założył klinikę magnetyczną. W roku 1784 był już świetnie prosperującym szarlatanem, zakładał „stowarzyszenia harmonii”, których członkowie ślubowali czystość ciała i nieużywanie tytoniu. Wpisowe było wysokie, wiedeński prekursor Freuda przeniósł siedzibę do eleganckiego Hôtel de Coigny. Popularność owej terapii zaniepokoiła władze i w roku 1784 powołano dwie komisje, które przyjrzeć się miały działalności dobrego doktora. W jednej, medycznej, zasiadał doktor Guillotin, którego wynalazek, jak wiemy, miał niebawem wzbudzić powszechne zainteresowanie, umożliwiając pozbycie się arystokratów i różnych innych podejrzanych osobników, takich jak chemik, Antoine Lavoisier. Właśnie Lavoisier, a także Benjamin Franklin, wynalazca piorunochronu, Amerykanin w Paryżu, a dokładnie ambasador amerykański, zasiadali w drugiej komisji. Jak wyglądały pokazy medycyny magnetycznej, opisał w swym dzienniku czternastoletni wnuczek Franklina: „Dziś zebrali się członkowie komisji z p. Deslonem, który najpierw namagnetyzował wielu chorych, a później wszyscy poszli do ogrodu magnetyzować drzewa. Byłem przy tym obecny. Wyglądało to tak: p. Deslon wykonywał wiele pociągnięć swoją laską w stronę drzewa, następnie przyprowadzono młodzieńca z zawiązanymi oczami, który przyjechał z p. Deslonem. (…) Kazali mu obejmować kilka drzew po dwie minuty. Przy pierwszych trzech, które obejmował w ten sposób, mówił, iż czuje drętwienie zdwajające się z każdym drzewem. W końcu, przy czwartym, pozostał przy drzewie i przestał odpowiadać; po czym upadł i położyli go na trawniku, gdzie wykonywał dziwne skurcze, a potem nagle wstał” (cyt. w: Claude-Anne Lopez, Franklin and Mesmer: An Encounter, „Yale Journal of Biology and Medicine”,  t. 66 (1993), s. 328). Komisje nie uwierzyły w magnetyzm zwierzęcy i przyczyniły się do tego, że i z Paryża Mesmera się pozbyto. Wielkie jednak wrażenie na uczonych zrobiła siła sugestii, po wpływem której pacjenci wpadali w osobliwe stany psychiczne, a także fakt, że ludzie chętnie i nawet bezwiednie naśladują zachowania innych. Kilka lat później, po roku 1789, było w Paryżu wiele okazji do obserwacji zbiorowego szaleństwa.

Alexis Clairaut i powrót komety Halleya (1759)

Co właściwie odkrył Isaac Newton? Przede wszystkim prawo powszechnego ciążenia: każde dwie masy przyciągają się siłami odwrotnie proporcjonalnymi do kwadratu odległości.

Newton wykazał, że jego prawo jest dość dokładnie spełnione. Pojawiło się pytanie: jak dokładnie. Większość uczonych kontynentalnych jeszcze sześćdziesiąt lat po ukazaniu się książki Isaaca Newtona spierało się o przyciąganie. Wielu nie mogło się pogodzić z przyciąganiem działającym na odległość poprzez pustą przestrzeń. Wątpliwości budziła też powszechność owego ciążenia: każde ciało jest przyciągane przez wszystkie inne, więc problem ruchu robi się trudny, jeśli nie beznadziejny matematycznie. Łatwo było się zgodzić, że Słońce oddziałuje na planety. Ale według Newtona planety oddziaływały także na Słońce (III zasada dynamiki), poza tym przyciągały się nawzajem. Było więc proste matematycznie prawo, które prowadziło do skomplikowanych zachowań.

No dobrze, ale może to prawo ciążenia jest też tylko jakimś przybliżeniem prawdziwej sytuacji. Czemu mielibyśmy wierzyć, że akurat Newtonowi udało się jednym strzałem utrafić w samo sedno?

Alexis Claude Clairaut przyczynił się chyba najbardziej do ugruntowania wiary w prawo ciążenia w takiej dokładnie postaci, jaką nadał mu Newton, bez żadnych poprawek. W roku 1749 udało mu się wyjaśnić pewien kłopotliwy szczegół w ruchu Księżyca. Uprzedził w tym dwóch swoich wielkich rywali: Jeana Le Rond d’Alemberta i Leonharda Eulera (przedtem na zagadnieniu tym poległ sam Isaac Newton).

504px-Alexis_Clairault

(źródło ilustracji: Wikipedia)

W roku 1757 zajął się kwestią komety. Edmond Halley obliczał kiedyś orbity komet w przestrzeni dla Newtona – było to żmudne, starszy uczony postanowił się wyręczyć młodszym kolegą. Metoda obliczeń zakładała, że orbita jest parabolą, a więc krzywą otwartą. Halley zauważył, że parabole dla komet z lat 1531, 1607, 1682 leżały bardzo blisko siebie w przestrzeni. Mogło więc chodzić o kometę poruszającą się po wydłużonej elipsie i powracającą w nasze okolice raz na 76 lat (na małym kawałku, który obserwujemy, wydłużona elipsa i parabola prawie się nie różnią). Jeśli tak, to kometa powinna wrócić około roku 1758.

Newton ani nawet Halley nie mieli szans dożyć tego momentu. Jeśli prawo ciążenia jest słuszne, to orbita komety mogła zostać trochę zaburzona wskutek przyciągania planet. Szczególnie ważne było tu przyciąganie dwóch największych planet Układu Słonecznego: Jowisza i Saturna (Urana i Neptuna jeszcze nie odkryto). Przyciąganie to mogło opóźnić albo przyspieszyć pojawienie się komety. Problem jednak w tym, że nie wystarczy wziąć pod uwagę przyciągania Jowisza, gdy kometa przelatuje w jego okolicy – trzeba uwzględnić jego wpływ w różnych odległościach i skutki tego przyciągania pododawać do siebie. Było to zagadnienie w sam raz dla komputera, tyle że komputerów nie było, a w dodatku obliczenie było pionierskie, bez gwarancji sukcesu.

halleyorb3Orbita komety Halleya (rysunek z książki J.D. Landstreet, Physical Processes in the Solar System), zwróćmy uwagę, że kometa obiega Słońce w przeciwnym kierunku do planet, świadczy to o jej burzliwej przeszłości wskutek której orbita przyjęła obecny kształt. Ale to dygresja.

Clairaut pracował z dwójką współpracowników: astronomem Josephem Jérôme’em de Lalande  oraz panią Nicole Reine Lepaute, żoną królewskiego zegarmistrza, konstruktora przyrządów wykorzystywanych w całej Europie. Pani Lepaute brała udział w konstruowaniu różnych wymyślnych zegarów, znała się też na astronomii.

491px-Jérôme_Lalande 465px-Nicole-Reine_Lepaute

(źródło ilustracji: Wikipedia)

Im bardziej wydłużały się rachunki, tym bardziej należało się spieszyć, aby zdążyć przed pojawieniem się komety na niebie. W ostatnim półroczu cała trójka pracowała bez wytchnienia, czasami nie przerywając obliczeń nawet podczas posiłków. Lalande twierdził, iż wskutek tej szalonej pracy, nabawił się choroby, która odmieniła jego temperament na resztę życia. Wreszcie na publicznym zebraniu Akademii Nauk 14 listopada 1758 roku Alexis Clairaut przedstawił wstępne wyniki pracy. Kometa miała przejść przez perihelium w połowie kwietnia następnego roku. Błąd tego przewidywania oszacował Clairaut na miesiąc. Pod koniec grudnia jako pierwszy kometę zaobserwował rolnik i astronom-amator Johan Georg Palitzsch. Wkrótce obserwowali ją wszyscy. Lalande wyznaczył z tych obserwacji moment przejścia komety przez perihelium: zdarzyło się to 13 marca 1759. Obliczenia trójki uczonych się potwierdziły.

Nie ma jednak takiego sukcesu, który wybaczyliby koledzy: zaczęto pracę Clairauta krytykować jako bardziej żmudną niż pożyteczną. Zaczęła się dyskusja, czy miesiąc błędu to dużo, czy mało i z czym ten błąd porównywać. Za większością tych krytyk stał Jean Le Rond d’Alembert, uczony wybitny, ale zawistny (prowadził także spory z Eulerem, który sam też nie był bez grzechu). Clairaut obliczył właściwie dwa pojawienia się komety: jedno z przeszłości dla kontroli, a drugie z 1759 roku. Twierdził, całkiem rozsądnie, że oba te rachunki stanowiły potwierdzenie teorii Newtona. Fakt, że jedno zdarzenie już się odbyło, nie zmienia obliczeń. Prognoza jest tylko efektowniejsza i ma większe znaczenie psychologiczne. W pewnym momencie zirytowany Clairaut stwierdził, że „wartość matematyka nie zawsze polega na tym, by zapełnić wiele stronic całkami i urojonymi wykładnikami” – wskazał tu na specjalność d’Alemberta, któremu nie chciało się wykonywać szczegółowych obliczeń i poprzestawał na wyrażeniach ogólnych.

Była w tym jednak i sprawa poważniejsza: d’Alembert uważał, że fizyka matematyczna musi być z natury przybliżona i takie rachunki, jakie przeprowadziła trójka uczonych, nie mają większego sensu, bo i tak nie można bardzo precyzyjnie obliczyć ruchów ciał niebieskich. Mylił się zasadniczo. Uważamy dziś, tak jak Clairaut, że teorie fundamentalne mają dokładnie przylegać do obserwacji. Teoria grawitacji Newtona, jak się z czasem okazało, jest dokładna do siedmiu cyfr znaczących, czyli jak 1 do 10 milionów. Teoria względności jest dokładna do czternastu cyfr znaczących, czyli 1 jak do stu bilionów (milionów milionów). Pracochłonne rachunki trójki uczonych miały więc głęboki sens fundamentalny, zawsze trzeba sprawdzać, ile wiemy, a gdzie zaczyna się nasza niewiedza.

Richard Feynman i nauka kultu cargo

Najpierw dwa cytaty.

„Na Morzach Południowych istnieje kult cargo. Podczas wojny miejscowa ludność widziała, jak lądują samoloty wyładowane mnóstwem wspaniałych rzeczy i chciałaby, żeby teraz też tak było. Zrobili więc coś, co wygląda jak pasy startowe, rozmieścili ogniska wzdłuż tych pasów, wybudowali drewnianą chatkę dla człowieka, który siedzi tam z dwoma kawałkami drewna imitującymi słuchawki i pędami bambusa sterczącymi jak antena (jest kontrolerem lotów), i czekają na lądowanie samolotu. Wszystko robią tak, jak trzeba. Forma jest doskonała. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak kiedyś. No, ale nie działa. Żadne samoloty nie lądują. Takie właśnie rzeczy nazwałem „nauką kultu cargo”, ponieważ postępują oni zgodnie z przyjętymi zasadami i formami badań naukowych, ale brakuje w tym zasadniczej rzeczy, bo samoloty nie lądują” (przeł. K. Karpińska, w: R.P. Feynman, Przyjemność poznawania, s. 182).

„Nic nie wynoszę z tej konferencji. Niczego się nie uczę. Ponieważ nie ma w tej dziedzinie eksperymentów, więc niewiele się w niej dzieje i pracuje w niej bardzo niewielu dobrych naukowców. W rezultacie jest tu pełno głupków, co źle wpływa na moje ciśnienie: omawia się tu i poważnie dyskutuje tak bezsensowne problemy, że wdaję się w sprzeczki poza sesjami (np. w czasie obiadu), za każdym razem kiedy ktoś mi zadaje pytanie albo zaczyna opowiadać o swojej „pracy”. Ta „praca” okazuje się zawsze 1. zupełnie niezrozumiała 2. niejasna i nieokreślona 3. prawidłowa, choć oczywista i uzyskana dzięki długiej i trudnej analizie, ale przedstawiona jako ważne odkrycie albo 4. jest twierdzeniem, wynikającym z głupoty autora, iż pewien oczywisty i prawdziwy fakt, przyjęty i sprawdzony przez lata, jest fałszywy (tacy są najgorsi: żaden argument nie przekona idioty), 5. jest próbą zrobienia czegoś najprawdopodobniej niemożliwego, a na pewno niepotrzebnego, która – jak się to okazuje na końcu – nie powiodła się (w tym czasie pojawia się deser i zostaje zjedzony) albo 6. jest po prostu błędna. Panuje obecnie w tej dziedzinie spora „aktywność”, ale owa „aktywność” polega głównie na wykazywaniu, iż poprzednia „aktywność” kogoś innego doprowadziła do błędu bądź nie doprowadziła do niczego użytecznego ani obiecującego. Wygląda to jak kupa robaków, próbujących wydostać się z butelki i włażących na siebie nawzajem. Nie chodzi o to, że przedmiot jest trudny, ale o to, że dobrzy naukowcy zajmują się czym innym. Przypomnij mi, żebym więcej nie jeździł na żadne konferencje na temat grawitacji!” (korzystałem z przekładu J. Kowalskiego-Glikmana w: R.P. Feynman, Wykłady z grawitacji, s. XXXIII, i oryginału)

feynman_cern2

Jeśli ktoś, czytając te wypowiedzi, ma uczucie déjà vu, to znaczy, że zetknął się z szarą codziennością uprawiania nauki. Oczywiście nie każdy może być Feynmanem. Hierarchia obowiązuje zwłaszcza w matematyce i fizyce teoretycznej, choć naprawdę to w każdej dziedzinie robiącej użytek z intelektu. Dziesięciu gorszych patentowanych profesorów nie zastąpi jednego naprawdę dobrego, choćby i nie miał patentu na mędrca. Lew Landau prowadził ranking fizyków. Najwyższą pozycję i notę 0 miał w nim Isaac Newton, Albert Einstein był niewiele niżej, miał notę 0,5. Twórcy mechaniki kwantowej Schrödinger, Heisenberg, Bohr, Dirac mieli 1. Sam Landau przyznawał sobie 2, a był bardzo wybitnym laureatem Nagrody Nobla. Skala ta była logarytmiczna, czyli każda jednostka wyżej oznaczała wielokrotnie większe możliwości intelektualne. I tak to z grubsza jest: nie da się zostać Richardem Feynmanem tylko dlatego, że się więcej ćwiczy albo ma silniejszą motywację.

Ale to jeszcze nie wszystko: nie mamy wpływu na swoje geny, możemy natomiast kierować swoim zachowaniem. Można np. zastanawiać się nad jakimś problemem tak długo, aż go naprawdę zrozumiemy. Nikt nam nie zabroni dociekliwości i wytrwałego używania rozumu. Możemy więc nie zadowalać się byle czym, ale drążyć głębiej. Feynman napisał najlepszy podręcznik fizyki w historii, jeszcze dziś po półwieczu jest to wciąż najlepszy podręcznik akademicki. Jest najlepszy, bo wiele tematów Feynman przemyślał na nowo i napisał tak, jak sam je rozumiał. Miał on tę cechę, że nie potrafił niczego robić połowicznie – jeśli wykładał, to starał się przemyśleć przedmiot na nowo. Ilu wykładowców tak robi? Z pewnością mniej niż trzeba. Inna sprawa, że polskie uczelnie są wyłącznie miejscem pracy naukowej, studenci są tam ledwie tolerowani, a za najlepszy podręcznik nie dostanie się złamanego grosza od żadnej agendy zajmującej się „rozwojem nauki” w Polsce (rynek krajowy jest w większości dziedzin za mały, aby podręcznik akademicki mógł odnieść sukces komercyjny).

Feynman był też fanatykiem uczciwości naukowej. Nikt nie zdołałby go namówić, żeby napisał dobrą recenzję marnej pracy albo z uprzejmości zataił, co naprawdę myśli na temat jakiegoś „osiągnięcia”. Za nieuczciwe uważał nawet przemilczanie obiekcji czy argumentów przeciw własnemu punktowi widzenia albo przedstawianie niefachowcom naszej pracy jako niezwykle pożytecznej dla ludzkości, podczas gdy w istocie nie ma z niej żadnego pożytku, a praca jest zaledwie hipotezą. Większość współczesnych książek popularnonaukowych, i to pisanych przez ludzi o głośnych nazwiskach, zajmuje się promowaniem pomysłów może ciekawych, ale niepotwierdzonych i nieuznawanych, które zapewne nigdy nie trafią do podręczników, lecz zakończą swój żywot jako „ciekawe pomysły”. Zabiegi o popularność wśród nieświadomych czytelników sytuują się czasem niezwykle blisko pospolitego oszustwa.

Zostaje więc nauka kultu cargo? Jedyna pociecha, że za jakiś czas będzie ona – podobnie jak złe książki – zapomniana na zawsze.