Arystoteles w opactwie Mont Saint-Michel

„Książki historyczne, które nie zawierają żadnego kłamstwa, są nadzwyczaj nudne” [Anatole France].

W roku pańskim 708 św. Aubertowi, biskupowi Avranches, ukazał się archanioł Michał, nakazując zbudować opactwo na wysepce dostępnej jedynie podczas odpływu Atlantyku. Ponieważ zjawienia się takie były wówczas czymś pospolitym, święty Aubert zignorował zrazu polecenie niebiańskiego wysłannika i posłuchał dopiero wtedy, gdy archanioł dotknął palcem jego głowy, wypalając w niej dziurę. Takie były początki opactwa Mont Saint-Michel. A dziurawa czaszka świętego na pamiątkę owych wydarzeń przechowywana jest do dziś.

811px-Folio_195r_-_The_Mass_of_Saint_MichaelMiniatura z Godzinek księcia de Berry, przedstawiająca walkę archanioła Michała z diabłem nad opactwem (pocz. XV w.)

Europejskie średniowiecze było chrześcijańskie, co znaczy, że Bóg stał nad nim jak autor nad swoim nie całkiem ukończonym dziełem, gotów w każdej chwili interweniować, gdyby coś poszło nie tak (choć oczywiście wiedział w swej niezmierzonej mądrości, jaki będzie dalszy bieg dziejów i częściowo to odsłonił w Apokalipsie i innych proroctwach). Miała jednak Europa i drugie źródło, z wyboru: mądrość starożytnych Greków. Choć poganie, Grecy imponowali rozległą wiedzą, a jeszcze bardziej znakomitą kulturą umysłową: wysubtelnioną logiką, rozwiniętą retoryką, subtelnością pojęciowych rozróżnień i głębokością wiedzy nawet w dziedzinach tak ezoterycznych, jak geometria, teoria muzyki czy astronomia. Powinniśmy być nieskończenie wdzięczni naszym przodkom, którzy z tak wielkim entuzjazmem starali się przywrócić ową zaginioną wiedzę Greków. Gdyby nie oni, nie mielibyśmy nauki ani techniki, jeździlibyśmy na koniu albo osiołku i nasze kraje przypominałyby raczej zacofane prowincje Bangladeszu czy Indii niż np. centrum Paryża. A przede wszystkim mielibyśmy inaczej umeblowane głowy.

Cywilizacja zachodniej Europy była wprawdzie ekspansywna i przekonana o swoich racjach, ale wyznawcy islamu wcale się pod tym względem nie różnili od Europejczyków. Sylvain Gougenheim przekonuje, że obie religie wytworzyły odmienny klimat umysłowy i zapewne ma w tym sporo racji. Różnicę tę widać np. w stosunku do greckiej spuścizny. Kraje islamu przyswoiły ją sobie wcześniej, lecz – mówiąc obrazowo – nigdy nie miały swojego Kopernika, podczas gdy w Europie ktoś taki prędzej czy później w zasadzie musiał się pojawić. Przyswajanie kultury zawsze jest twórcze, polega na trudzie wbudowania jej w siebie, uczynienia z niej naturalnego składnika własnego umysłu, wyrobienia w sobie umiejętności naturalnego oddychania podobną atmosferą, a w końcu także na zdolności do jej odrzucenia, gdy wymaga tego nasz rozwój. Grecy byli tak samo obcy ludziom islamu, jak i Europejczykom, ale tylko ci drudzy zaczęli z czasem uważać starożytnych nieomal za własnych przodków. Było to pokrewieństwo z wyboru, rodziło zresztą często napięcia w zderzeniu z chrześcijaństwem, lecz do pewnego momentu napięcia te dobrze Europie służyły: pomyślmy o św. Tomaszu i Arystotelesie albo o Boskiej Komedii.

Wcześniej należało oczywiście Arystotelesa, i w ogóle cały grecki kanon wiedzy, przyswoić. Odbywało się to często za pośrednictwem przekładów z arabskiego: w ten sposób w XII wieku Gerard z Cremony, pracując dziesiątki lat w arabskim Toledo, przełożył na łacinę być może aż 87 ważnych dzieł naukowych, w tym Archimedesa, Ptolemeusza, Euklidesa, Galena, część Arystotelesa. Była to praca gigantyczna, obejmująca także wiele dzieł arabskich, np. al-Khwārizmīego, od którego imienia wywodzi się (nieprzypadkowo) słowo algorytm. Gougenheim zwraca uwagę, że równolegle, a nawet nieco wcześniej, Giacomo z Wenecji tłumaczył w opactwie Mont Saint-Michel dzieła Arystotelesa wprost z greki na łacinę. Wiemy zresztą, że do czasów św. Tomasza najważniejsze dzieła greckie przetłumaczone zostały już z oryginału. Drogi docierania greckiej i islamskiej wiedzy na Zachód były przeróżne i przedziwne, często łańcuszek języków między greką a łaciną był znacznie dłuższy. Nie wszystko zresztą, co przybywało ze Wschodu, było islamskie: w krajach islamskich pracowali także nieislamscy uczeni, chrześcijanie i nie tylko, często chodziło także o transmisję wiedzy aż z Indii.

Trud niezliczonych tłumaczy stał się intelektualnym fundamentem Europy. Trzeba przy tym pamiętać, że w czasach książek przepisywanych nie wystarczał sam przekład: należało go powielać, każdy następny egzemplarz musiał być przez kogoś pracowicie przepisany. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak wiele książek uznalibyśmy za warte trudu przepisania. Lepiej wówczas zrozumiemy ów niepohamowany entuzjazm, jaki niewątpliwie odczuwali ci wcześni Europejczycy, często mnisi albo ludzie związani jakoś z Kościołem, który przez długi czas był jedynym pracodawcą dla klerków.

Fakt, że istniał gdzieś przekład danego dzieła, wcale jeszcze nie oznaczał, iż trafi on na swego czytelnika. Znamienne są tu losy łacińskich przekładów Ptolemeusza. Ich bodaj najważniejszy europejski czytelnik – Mikołaj Kopernik – zdobył egzemplarz Almagestu już po napisaniu swojej książki O obrotach. I to mimo podróży do Włoch. A żył już przecież w czasach druku. Wpadły mu za to najprawdopodobniej w ręce jakieś prace szkoły z Maraghi we wschodnim Azerbejdżanie irańskim. Zaiste: habent sua fata libelli.

Gougenheim ma rację – nawet gdy nieco przesadza – że jesteśmy w znacznie większym stopniu spadkobiercami starożytnej Grecji niż cywilizacji islamu. Ostatecznie decyduje akt woli: aby się do kogoś upodobnić, trzeba bardzo tego pragnąć.

Sylvain Gouguenheim, Aristote au Mont Saint-Michel, Paris 2008 (z podziękowaniem dla Wojtka).

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s