Świat to opera: Fontenelle’a Rozmowy o wielości światów, 1686

Jaka opera? Np. Faeton Jeana Baptiste’a Lully’ego, wystawiany w Palais Royal w tamtych latach z wielkim powodzeniem i z użyciem machin, które pozwalały Faetonowi wznosić się ponad ziemię, powożąc wozem swego ojca, Heliosa. Wszystko skończyło się jak najgorzej dla młodzieńca, który nie docenił trudności przedsięwzięcia. Zuchwałość została ukarana. Brawa.

Ale opera to rozrywka zimowa, teraz, gdy czas jest piękny, znajdujemy się z dala od Paryża. Narrator i jego pełna wdzięku gospodyni, „urojona markiza”, wychodzą po kolacji na spacer do parku. Po upalnym dniu wieczór przynosi wytchnienie, świeci Księżyc i widać gwiazdy, rozmowa kieruje się więc na astronomię. Geometria powstała z potrzeb miernictwa, jest córką interesu. Co innego astronomia, zapoczątkowali ją chaldejscy pasterze – jest więc córką próżnowania. „Cieszę się, że poznałam tę genealogię nauk – mówi markiza – i widzę, że powinnam trzymać się astronomii”. Otóż natura jest wielkim spektaklem, takim jak w operze. Z lóż nie widać, jak to jest urządzone, że Faeton wzlatuje nad scenę. Zastanawia się nad tym może jakiś „machinista” siedzący na parterze, obserwujący sznury i domyślający się kół i bloków za kulisami, które muszą się przy tym obracać, obciążone jakimiś ciężarami. Uczeni przypominają takich machinistów: chcą poznać ukryte przyczyny widowiska. Wygadywano na ten temat wiele głupstw. Arystotelik powiedziałby, że Faeton wzlatuje, gdyż widocznie jego miejsce naturalne znajduje się u góry. Pitagorejczyk orzekłby, że przyczyną wszystkiego są liczby. Ale oto nadszedł Kartezjusz i podał wyjaśnienie: „Faeton wznosi się, ponieważ ciągną go sznury i ciężar większy od niego opada; tak że nie wierzy się już, by ciało poruszało się, gdy nie jest ciągnięte czy też raczej popychane przez inne ciało”.

Natura stała się więc nieomal trywialna, jak owe zmyślne machiny teatralne. Stała się jedynie mechanizmem, jak zegarek. „Wielu ludzi ma głowy nabite fałszywymi cudami i tajemnicami, które budzą ich respekt. W naturze podziwiają oni jedynie magię, której nie rozumieją. Dla nich rzecz, którą można pojąć, odarta jest z wzniosłości”. Fontenelle wiedział, o czym mówi, wkrótce napisze Historię wyroczni, gdzie przytacza historię złotego zęba, jaki wyrósł pewnemu dziecku na Śląsku w roku 1593. Napisano na jego temat kilka uczonych rozpraw i „pięknym tym dziełom niczego by nie brakło, gdyby tylko ów ząb był naprawdę złoty”. Niestety, znalazł się jakiś złotnik-niedowiarek i zdjął ze słynnego zęba cienką pozłótkę, która była nań nałożona. Takie też było ulubione zajęcie Fontenelle’a: zdejmować z rzeczy otoczkę iluzji i przesądów.

274

(Ilustracja: The Project Gutenberg, Francois Pierre Guillaume Guizot, A Popular History of France From The Earliest Times)

Był osobliwym człowiekiem, interesowały go jedynie sprawy ducha, nigdy nie ulegał żadnym gwałtownym uczuciom, pozwalał każdemu mówić, jak długo tamten chciał, zanim wypowiedział, uprzejmie i niezobowiązująco, własne zdanie. Nigdy się nie śmiał, jedynie się uśmiechał. Nie kochał się w nikim, jednej ze swych przyjaciółek przypominał jednorożca: zwierzę bajeczne, lekkie, zwinne, z którego głowy wyrasta coś wysuniętego do przodu. Doskonale zrównoważony, pisywał przez wiele lat oficjalne biogramy zmarłych członków Akademii nauk: tzw. Éloges – „Pochwały”, które nie były jednak nigdy prostym panegirykiem. Bardzo lubił gawędzić z damami, lubił swobodny, nieco żartobliwy styl salonowych rozmów, w którym był mistrzem. Kiedy był już stary – a stary był bardzo długo, przeżył bowiem niemal sto lat – powtarzał często, że chciałby jeszcze dożyć następnego sezonu na truskawki, które niezmiernie lubił. Umarł jedynie dlatego, że przecież trzeba umrzeć.

A jednak pitagorejczycy byli bliżsi prawdy, niż sądzili Fontenelle i Kartezjusz. Książka Fontenelle’a stała się przestarzała właściwie już rok później, kiedy wyszły Matematyczne zasady filozofii przyrody Isaaca Newtona. Mimo to kartezjanizm i newtonowskie zasady oraz grawitacja współistniały przez wiele dziesiątków lat, sąsiadując często nawet na kartach jednej książki. W Polsce przekład Fontenelle’a ukazał się dopiero w 1765 roku, co znaczyło, że jesteśmy zacofani już tylko o sto lat. Najważniejszą lekcją z dzieła Newtona, lekcją, której uczono się długo i opornie, była ta, że prawa świata nie są mechaniczne – jest dokładnie odwrotnie: to mechanika i wszystkie inne części fizyki są matematyczne. Dziś wiemy, że materii „prawie” nie ma: atomy są złożone z ogromnych pustych przestrzeni, w których poruszają się punktowe elektrony, kwarki i gluony.
Mówi się często, że należy uczyć dzieci matematyki: bo ćwiczy logiczne myślenie, ułatwia zrozumienie umowy kredytowej itd. itp. Nie wymienia się przy tym zwykle powodu najważniejszego: prawa świata są matematyczne. Żyjemy w świecie matematycznym, czy to się komu podoba, czy nie. Bez znajomości matematyki nie można go zrozumieć. I gotowi jesteśmy wówczas wierzyć w opowieści o złotym zębie albo cudownym uzdrowieniu portugalskiej zakonnicy.

Jak się zdobywa Nagrodę Nobla? Struktura DNA, 1953

Ustalenie struktury DNA było zapewne największym odkryciem w biologii XX wieku, po 60 latach widać to jeszcze wyraźniej niż po dekadzie – kiedy odkrycie to zostało uhonorowane Nagrodą Nobla. Otrzymali ją Francis Crick, James Watson, pracujący wówczas w Cavendish Laboratory (Cambridge) oraz Maurice Wilkinson, pracujący w King’s College (Londyn). Czwarta osoba, która wniosła duży wkład w to odkrycie, Rosalind Franklin, pracująca z Wilkinsonem, nie żyła już od kilku lat, zmarła przedwcześnie na raka.

W tym przypadku przepis na Nobla wyglądałby następująco:
1. Zidentyfikuj ważny nierozwiązany problem, bądź gotów nawet na zmianę specjalności.
2. Staraj się jak najwięcej dowiedzieć od liczących się ekspertów w tym obszarze, czytanie publikacji nie zastąpi rozmów.
3. Jeśli możesz, znajdź sobie dobrego współpracownika.
4. Myśl wyłącznie o sukcesie i nie przejmuj się, czy postępujesz elegancko.

Wydaje się, że z tej czwórki najwyraźniejsze pragnienie sukcesu przejawiał Watson – był najmłodszy, zaraz po doktoracie, zmienił właśnie specjalność z ornitologii (!!!), ponieważ wiedział, że DNA jest ważne. Zrobił doktorat u przyszłego noblisty z biochemii, Salvadora Lurii. W Cambridge dr Watson odkrył swego Sherlocka Holmesa w osobie Cricka, który nie mógł wprawdzie wciąż skończyć doktoratu, lecz miał wyraźne cechy genialności. Crick zdążył się już zajmować wieloma tematami i dawno przekroczył trzydziestkę. Był fizykiem, więc mógł zrozumieć rentgenowskie dyfraktogramy cząsteczek DNA. Watson, jedyny Amerykanin w tym towarzystwie, niewiele sobie robił z brytyjskiej etykiety naukowej, a być może nawet z powszechnie obowiązującej etyki – był chyba zanadto skupiony na celu, aby martwić się o środki. Nie tylko nie rozumiał, czemu miałby nie wchodzić w czyjś temat, ale bez skrępowania korzystał z cudzych wyników, gdy mogły mu się przydać. W ten sposób zapoznali się z Crickiem z dyfraktogramami wykonanymi przez Raymonda Goslinga pod kierunkiem Rosalind Franklin, specjalistki od badań rentgenowskich – bez zgody i wiedzy autorów. Jest to słynna fotografia nr 51, ukazująca dla fachowca, że DNA jest spiralą.

Photo_51_x-ray_diffraction_image

Watson i Crick odnieśli sukces dzięki dziecinnie prostej metodzie: budowali modele cząsteczki i próbowali ustalić, czy są one zgodne ze znaną wiedzą. Ponieważ byli niedouczeni w chemii, więc popełniali błędy. Ale je naprawiali. Oczywiście, gdyby nie praca Wilkinsa, Franklin i innych, nic by nie zrobili. Świeże podejście okazało się jednak ważne: np. Franklin, przyzwyczajona do innych metod, nie chciała wdawać się w głupie zabawy z modelami.
Jeszcze uwaga do punktu czwartego. Nie zalecam nikomu bezwzględności w dążeniu do sukcesu, podejrzewam zresztą, że ci bezwzględni nie potrzebują takiego zalecenia, bo i tak w instynktowny sposób tak właśnie postępują. A pozostali mieliby potem wyrzuty sumienia – więc chyba nie warto.

Widać też na przykładzie Watsona i Cricka, jak bardzo przydaje się w życiu prawdziwy sukces: obaj zapracowali potem solidnie na swoją reputację, choć oczywiście po Noblu jest to znacznie łatwiejsze.

Lise Meitner, Otto Frisch: rozszczepienie jąder uranu, 1939

Lise Meitner była drugą w historii kobietą, która otrzymała doktorat z fizyki na uniwersytecie w Wiedniu. Było to w roku 1905. Żydówka z zasymilowanej rodziny, niezwiązanej z religią i tradycją żydowską, kilka lat później przeszła oficjalnie na luteranizm. Wkrótce wyjechała do Niemiec i zaczęła pracować w Kaiser-Wilhelm Institut, znakomitym wówczas ośrodku badawczym, gdzie jej kolegą był m.in. Albert Einstein. Przez niemal dwadzieścia lat prowadziła doświadczenia z fizyki jądrowej, blisko współpracując z Otto Hahnem, chemikiem. Była samotna, nieśmiała, nie założyła rodziny, od rana do wieczora pracowała. Kiedy przez długie godziny siedzieli, mierząc okresy połowicznego rozpadu, gwizdała Brahmsa albo Schumanna (jej siostra była koncertową pianistką).

492px-Lise_Meitner12Lise (Elise) Meitner w roku 1906

W roku 1933 instytut „oczyszczono” z Żydów, ustąpić musiał nawet zasłużony Fritz Haber, skądinąd niemiecki nacjonalista, dzięki któremu podczas pierwszej wojny światowej Niemcy wyprodukowali broń chemiczną. Wyjechał z Niemiec także siostrzeniec Lise Meitner, Otto Frisch, również zajmujący się fizyką jądrową. Meitner została, bo choć była Żydówką, miała obywatelstwo austriackie i formalnie nie dotyczyły jej ustawy o czystości rasowej. Ordnung muß sein.
Meitner usiłowała kontynuować pracę nie rozglądając się wokół i ignorując sytuację polityczną (po latach przyznała, że to był błąd i że trzeba było od razu wyemigrować z Niemiec). Aż do roku 1938 pracowała wraz z Hahnem nad wytwarzaniem pierwiastków transuranowych za pomocą poddawania jąder uranu działaniu swobodnych neutronów – jako cząstki neutralne mogą one bez przeszkód wnikać do dodatnio naładowanego jądra. Włączenie Austrii do III Rzeszy zmieniło niemal z dnia na dzień sytuację prawną Meitner. Zaczęła starać się o wyjazd, nazistowskie władze robiły trudności, ostatecznie uciekła do Danii i dalej do Szwecji, dzięki czemu zapewne uniknęła obozu.
W Szwecji zatrudniono ją, ale nie miała warunków do kontynuacji pracy eksperymentalnej. Miejscowi koledzy mieli chyba przed nią kompleks niższości (zasłużony), w dodatku była kobietą. Korespondowała systematycznie z Otto Hahnem, który kontynuował ich pracę. Byli wieloletnimi bliskimi przyjaciółmi. To Meitner pierwsza zrozumiała, co naprawdę dzieje się w doświadczeniach z neutronami: ciężkie jądro uranu rozszczepia się na dwa lżejsze. Wydziela się przy tym energia gigantyczna energia, około 200 MeV – dla porównania w reakcjach chemicznych wydzielają się energie rzędu pojedynczych eV. Razem z Otto Frischem Meitner napisała krótki list do „Nature”, który ukazał się w lutym 1939 roku i wyjaśniał obserwowane zjawiska. Meitner zdała też sobie pierwsza sprawę, skąd pochodzi ta wielka energia: w reakcjach rozszczepienia część masy substratów zamienia się na energię zgodnie ze wzorem Einsteina E=mc^2.

nature4
W nauce często bywa tak, jak z wyprawą Kolumba: chciał dotrzeć do Indii, a odkrył Amerykę. Także Hahn i Meitner usiłowali wytworzyć pierwiastki cięższe od uranu, a odkryli rozszczepienie jądrowe. Wiemy, jak ważne okazało się to odkrycie dla losów II wojny światowej i dla ustalenia powojennego podziału Europy. Otto Hahn otrzymał za to odkrycie Nagrodę Nobla z chemii za rok 1944, wręczoną już po wojnie. Lise Meitner została pominięta, choć oprócz ostatniego roku, była ona co najmniej równorzędnym partnerem Hahna przez wiele lat. Oboje byli zresztą, razem lub osobno, nominowani kilka razy wcześniej do tej nagrody. Historycy, którzy badali dokumenty Komitetu Noblowskiego (po 50 latach są one udostępniane), twierdzą, że pominięcie Meitner wynikało z połączenia różnego rodzaju uprzedzeń. Decyzję podejmowali chemicy, słabo przygotowani do oceny prac interdyscyplinarnych (w reakcjach pojawiały się nowe pierwiastki – nie była to czysta chemia, szczerze mówiąc nie była to w ogóle chemia). Szwedzkie środowiska naukowe z sympatią traktowały nazistowskie Niemcy, Hahn był przyzwoitym Niemcem, nie był nazistą, ale też nie próbował w najmniejszym stopniu protestować przed zbrodniami swego państwa. Uczeni szwedzcy mieli też dość słabą orientację w nagradzanej dziedzinie i niepotrzebnie się pospieszyli, w tamtym momencie wiele badań w tej dziedzinie było jeszcze utajnionych. Byłoby przyjemnie napisać, że osobista przyjaźń Meitner i Hahna, tak bliska przed wojną, przetrwała te próbę. Wiele jednak wskazuje, że tak się nie stało.

Aleksandr Aleksandrowicz Fridman (Friedmann) i dynamiczny wszechświat, 1922-23

Należał do najlepiej wykształconego pokolenia Rosjan – tych, którzy zdążyli pokończyć szkoły jeszcze przed wojną światową i rewolucją, zanim zaczął się cały ten upiorny chocholi taniec historii, który nie zakończył się tam do dziś. Jeszcze jako uczeń opublikował z kolegą pracę w „Mathematische Annalen”, potem zajmował się różnymi zastosowaniami matematyki, m.in. w meteorologii i aeronautyce, latał sterowcami, w 1925 pobił rekord wysokości lotu balonem (7400 m). Aleksandr_Fridman

Najważniejszym jego wkładem w naukę pozostaną dwie prace kosmologiczne z lat 1922-1923, opublikowane w „Zeitschrift für Physik”, czołowym wówczas czasopiśmie fizycznym. Albert Einstein zastosował kilka lat wcześniej swoją teorię grawitacji do wszechświata jako całości. Można powiedzieć, że był to moment narodzin nowoczesnej kosmologii. Wszechświat Einsteina był sferą trójwymiarową – miał dodatnią krzywiznę i skończoną objętość (dwuwymiarowym odpowiednikiem takiego wszechświata byłaby powierzchnia globusa, należy zapomnieć o trzecim wymiarze i wyobrazić sobie, że ta powierzchnia jest całą przestrzenią). Był też statyczny: nie zmieniał się z czasem. Aby uzyskać takie rozwiązania, Einstein musiał jednak do swojej teorii wprowadzić dodatkowy wyraz, którego wielkość określała pewna nowa stała fizyczna λ. Był to tzw. człon kosmologiczny, w zasadzie to samo, co teraz nazywa się ciemną energią. Dziś wiemy jednak, że obserwacje wymagają takiego wyrazu, wtedy został on wprowadzony jedynie po to, aby uzyskać wszechświat statyczny. Bo wszechświat wydawał się czymś niezmiennym i wiecznym, jak dziecku wieczna wydaje się puszcza.

Fridman, matematyk, nie zakładał z góry, że wszechświat musi być statyczny. Przyjrzał się natomiast temu, do czego prowadzi matematyka – same równania Einsteina. Matematyka bardzo często okazuje się mądrzejsza od stosujących ją fizyków i wyniki podsuwane niejako przez sam formalizm matematyczny znajdują nieraz później potwierdzenie w obserwacjach, choć nikt się tego nie spodziewał. W pierwszej pracy Fridman wykazał, że wszechświat statyczny to bardzo szczególny przypadek rozwiązań równań Einsteina – dla niemal wszystkich wartości gęstości i stałej kosmologicznej krzywizna wszechświata będzie się zmieniać z czasem. W drugiej pracy rozszerzył swe wyniki na wszechświat nieskończony odpowiadający ujemnej krzywiźnie, która także musi zmieniać się z czasem.
Na pierwszą z tych prac Einstein zareagował krótką i raczej arogancką uwagą w tym samym piśmie. Stwierdził, że konkluzje Fridmana wydają się wątpliwe i że „sens tej pracy [Fridmana] polega właśnie na tym, że dowodzi ona stałości krzywizny”. Praca jest więc nie tylko wątpliwa, ale jeszcze sam autor jej nie rozumie. Fridman boleśnie odczuł tę reakcję luminarza. Einstein jest wtedy u szczytu sławy, kilka tygodni po wysłaniu tej uwagi wypływa w podróż parowcem do Japonii, wszędzie witają go jak gwiazdę popu. Podczas rejsu dowiaduje się o przyznaniu mu Nagrody Nobla. Dopiero kilka miesięcy później Einstein przyznaje się do błędu i wysyła sprostowanie. „Uważam wyniki pana Fridmana za poprawne i pouczające. Okazuje się, że równania pola dopuszczają obok statycznych także dynamiczne (…) rozwiązania dla struktury przestrzeni”.
Rozwiązania Fridmana pokazały, że wszechświat może nie być statyczny. Fridman dopuszczał także możliwość, że mógł mieć początek w czasie – był pierwszym kosmologiem, który poważnie traktował tę możliwość, szacował nawet wiek wszechświata na 10 miliardów lat – co szczęśliwym trafem bliskie jest prawdy. W 1929 roku Edwin Hubble wykazał, że istotnie wszechświat jest w ruchu: rozszerza się. Znacznie dłużej zajęło ustalenie, że przynajmniej w takiej postaci, zaczął się 13,82 mld. lat temu (wyniki misji PLANCK, 2013).
Fridman nie dożył odkrycia ekspansji wszechświata, umarł na dur brzuszny w 1925 roku, w wieku 37 lat. Rewolucyjny eksperyment sprawił, że ludność Rosji popadła w nędzę, jakiej nie znano przed wojną. A najgorsze miało dopiero nadejść. Wybitny kosmolog Jakow Zeldowicz twierdził, że Fridman miał szczęście – nie dożył bowiem apogeum prześladowań stalinowskich z roku 1937. Pisałem, co wtedy robiono z astronomami, Fridman także okazałby się zapewne szpiegiem albo reliktem myślenia religijnego: pisał przecież o początku wszechświata.

(Zwykle w literaturze zachodniej nazwisko uczonego pisane jest w wersji niemieckiej: Friedman albo Friedman, po rosyjsku pisał się Фридман)

Élisabeth Ferrand, 1752

W roku 1753 Maurice-Quentin de La Tour wystawił osiemnaście pasteli przedstawiających różne znane w paryskim światku osoby, m.in. Jeana Jacquesa Rousseau, niedawno wsławionego zdobyciem nagrody Akademii z Dijon za dowodzenie, że postęp ludzkości równoznaczny jest z zepsuciem. Znalazł się tam także portret Jeana-Antoine’a Nolleta, znanego powszechnie jako abbé Nollet (czyli ksiądz Nollet) – zapalonego eksperymentatora, który salonowej publiczności demonstrował cuda fizyki, zwłaszcza machiny elektryczne, robiące wówczas niezwykłe wrażenie. W dni jego pokazów wszystkie pobliskie uliczki zatłoczone były karetami. Wystąpił nawet przed królem, któremu niezwykle się podobało, że trzymający się za ręce grenadierzy, podłączeni do odpowiedniej machiny, podskakiwali wszyscy jednocześnie.

abbe-nollet

Wśród pasteli La Toura znalazł się także znakomity portret panny Élisabeth Ferrand, zmarłej zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Miała ona 52 lata i chorowała dłuższy czas, zapewne pastel wielkiego artysty miał być wizerunkiem, jaki chciała po sobie pozostawić (w jej testamencie znalazł się zapis dotyczący wykonania przez La Toura kopii portretu dla jednego z przyjaciół, w istocie nie wiemy, czy zachowany portret nie jest właśnie tą kopią).

mademoiselle-ferrand-meditating-on-newton

Obraz zatytułowany był Mademoiselle Ferrand rozmyślająca nad Newtonem. Książka w tle to powiększony ze względów malarskich egzemplarz Elementów fizyki Newtona pióra Voltaire’a. Niektórzy sądzili, że to portret mieszczki w domowym dezabilu. Nic bardziej błędnego: panna Ferrand wywodziła się ze szlachty urzędniczej, a jej pozornie niedbały strój to atłasowa suknia z jedwabiu, a także czepek i angażanty z kosztownymi koronkami, rzeczy na tyle wartościowe, że wymienione w spisie inwentarza zmarłej.
Czemu Ferrand chciała być zapamiętana jako czytelniczka tej właśnie książki? Jest to swego rodzaju deklaracja. To trochę tak, jakby dziś ktoś się sportretował z Krótką historią czasu Stephena Hawkinga. Oświecenie stało po stronie nauki i wywodziło się w znacznej mierze z Newtona i Locke’a. Wpłynęli oni na zawodowych uczonych i filozofów, ale także niezmiernie szeroko, na całą czytającą publiczność. We Francji popularność angielskiego fizyka datuje się od czasu, gdy Voltaire uprzystępnił (i z konieczności spłycił) jego osiągnięcia na użytek szerokich kręgów – w owych czasach czytającą publiczność stanowiły przede wszystkim kobiety. Élisabeth Ferrand należała do tych inteligentnych gospodyń salonu, określanych wówczas specjalnym słówkiem: salonnière, przyjmujących ludzi wybitnych i umiejących z nimi rozmawiać. Mieszkała w klasztorze kongregacji zwanej Les Filles de Saint-Joseph, dokąd w swoim czasie wycofała się oficjalna metresa Króla-Słońce, pani de Maintenon. Klasztory były właściwie jedynym miejscem, gdzie kobiety mogły mieszkać bez mężczyzn, nie będąc nawet nominalnie pod czyjąś kuratelą. Jesteśmy jednak w wieku XVIII i nie należy wyobrażać sobie żadnych przesadnie surowych rygorów. Klasztor ten był eleganckim miejscem pobytu dla kobiet z wyższych sfer, mieścił się w Faubourg Saint-Germain, najbardziej szykownej dzielnicy Paryża. Élisabeth Ferrand miała tam kilkupokojowe mieszkanie i służbę. Obok mieszkała młodsza od niej o 10 lat wdowa, hrabina de Vassé, zapewne łączyło je coś więcej niż przyjaźń. W salonie Ferrand bywali Alexis Clairaut (wielce zasłużony w rozwijaniu ponewtonowskiej mechaniki nieba), encyklopedysta Helvétius, a także dwaj bracia, filozofowie i księża: de Mably i de Condillac. Słynny przykład Condillaca, posągu, który obdarzony choćby tylko jednym zmysłem, rozwinie w sobie życie umysłowe, pochodzić miał od panny Ferrand. „Locke, Berkeley i ja, wszyscy trzej byliśmy w błędzie. Dlaczego – spytajcie panny [ Ferrand], która mi to uświadomiła” – pisał Condillac w jednej ze swych prac. Umierając, Ferrand zapisała majątek pani de Vassé, a także niektórym ze swych przyjaciół: Condillac dostał np. 6000 liwrów „na książki” (była to suma rzędu dzisiejszych 120 000 dolarów). Portret La Toura oddziedziczyła pani de Vassé.

Korzystałem z pracy Neila Jeffaresa
http://www.pastellists.com/Essays/LaTour_Ferrand.pdf