Czy uniwersytet może być katolicki?

Oczywiście, Kościół czy organizacje katolickie mogą założyć instytucję poświęconą nauczaniu studentów i badaniom własnej doktryny – w tym sensie odpowiedź jest trywialnie twierdząca.

Chodzi mi jednak o pytanie głębsze: czy można pogodzić ideę służenia prawdzie naukowej z posłuszeństwem doktrynie, i to doktrynie strzeżonej przez urzędy, mającej swych funkcjonariuszy wydających oficjalne orzeczenia na temat tego, co prawdziwe bądź nieprawdziwe, jak też tego, co moralnie słuszne i niesłuszne. Czy wymóg konformizmu, nakładany na katolików, można pogodzić z potrzebą niezależności i świeżego spojrzenia na stare i nowe problemy?

Wiem, że często to się udaje, że w praktyce można uniknąć konfliktu wartości bądź zajmować się kwestiami, które są dla Kościoła moralnie obojętne. Matematyk zapewne nie zetknie się osobiście z konfliktem dwóch prawd, ale już np. biolog zajmujący się mechanizmem zapłodnienia u ludzi i innych naczelnych ma duże szanse zderzyć się ze średniowieczną doktryną dotyczącą duszy. Sposób myślenia ma konsekwencje etyczne: np. albo uważamy, że wolno niszczyć zarodki w procedurze in vitro, albo wydaje nam się to zabójstwem.

Uniwersytet katolicki musi także z urzędu respektować takie pojęcia jak świętość pewnych osób za takie uznanych. Czyli władze uczelni powinny same wierzyć w możliwość czynienia cudów – a więc odstępstw od naturalnego biegu procesów w przyrodzie; co więcej, powinny tej wiary w cuda wymagać od swoich wykładowców i studentów. Czy można to pogodzić z uczeniem fizyki, kosmologii, biologii? Wydaje się, że władze katolickiej uczelni mogą usuwać albo zmuszać do milczenia każdego, kto w cuda nie wierzy albo, co gorsza, dworuje z nich sobie. A także każdego, kto nie wierzy, że Biblia jest świętym tekstem. Być może nawet każdego, kto samych egzemplarzy Biblii nie traktuje z czcią, lecz uważa je za książki takie same jak inne, nawet jeśli szczególne z przyczyn historycznych i kulturowych. Powinny owe władze usuwać także każdego, kto nie okazuje czci biskupom i biskupowi Rzymu.

Konflikt między teologami a filozofami jest stary jak średniowiecze, wtedy, przynajmniej formalnie, filozofia (jak i wszystkie świeckie nauki) miała być służką teologii. Władze kościelne nie zawsze aktywnie prześladowały tych, którzy myśleli inaczej, ale wiemy, że to się zdarzało. Kongregacja Indeksu pod przewodnictwem św. Roberta Bellarmina SJ orzekła oficjalnie, że kopernikanizm jest „całkowicie sprzeczny” z Pismem Świętym. Równo trzysta osiemdziesiąt lat temu Galileusz czekał na pierwsze przesłuchanie przed komisarzem Świętej Inkwizycji, a o tym, że jego książka, poświęcona dyskusjom kosmologicznym, jest „skandalem w chrześcijaństwie” zadecydował osobiście papież Urban VIII. Przykładem tego, czym kończy się próba służenia dwóm systemom wartości, byli uczeni jezuiccy. Żaden z nich nigdy nie próbował rozwijać kopernikanizmu, przez co nie tylko sami skierowali się na boczny tor i stracili szansę na naukowe zasługi, ale także nie sprzeciwiali się prześladowaniom tych, którzy mieli więcej od nich odwagi. Przegrali więc naukowo i moralnie.

To wszystko było dawno, ale czy coś się zmieniło w istocie problemu, czy może mamy tylko do czynienia z taktycznym niestawianiem spraw fundamentalnych na ostrzu noża? Czy zatem pojęcie „uniwersytet katolicki” nie jest w istocie oksymoronem, jak pojęcie „demokracja socjalistyczna”, znane ze słusznie minionej epoki?

Reklamy

Gwiazdy nad Moskwą (ok. 1938)

Którejś nocy do moskiewskiego obserwatorium zadzwonił telefon z daczy Stalina. Józef Wissarionowicz wraz z towarzyszami Kaganowiczem i Mołotowem spędzali czas na pijatyce, jak to często bywało, i zainteresowali się, co to za gwiazda świeci nad daczą. Stalin kazał zadzwonić do obserwatorium. Niestety, dyrektor obserwatorium nie potrafił udzielić odpowiedzi, bo był funkcjonariuszem NKWD, a poprzedniego dyrektora-astronoma dawno aresztowano. Dyrektor chcąc znaleźć odpowiedź na pytanie tak ważnych osób, kazał sprowadzić astronoma A. Ten był jednak przyjacielem astronoma Numierowa i spodziewał się aresztowania. Gdy usłyszał dzwonek u drzwi, umarł na serce. Astronom B. też był, niestety, przyjacielem Numierowa i widząc samochód wiadomego resortu, kiedy tylko usłyszał łomotanie do drzwi, wyskoczył oknem. Dopiero o piątej rano, tracąc po drodze jeszcze jednego astronoma, udało się dyrektorowi ustalić nazwę gwiazdy. Zadzwonił pospiesznie do daczy, dowiedział się jednak od dyżurnego, że wszyscy dawno już śpią.

Historię tę opowiadał pisarz Aleksiej Jakowlewicz Kapler, który spędził w łagrze kilka lat, ponieważ zakochała się w nim córka Stalina.

(E. Radziński, Stalin, Warszawa 1996)

Szaleństwo doktora Semmelweisa, 1865

Nauka jest strukturą, która się samokoryguje, i jest to wspaniałe, przynajmniej dla tych, którzy dożyją stosownej korektury. Pesymista Max Planck mawiał, że nowa teoria zajmuje miejsce starej dopiero wtedy, gdy zwolennicy starej wymrą. Jeśli nawet nie zawsze prawda wygląda tak okrutnie, to z pewnością jest faktem, że uczeni słuchają tylko tego, co chcą usłyszeć: pionierzy zwykle nie są nawet wygwizdani, lecz po po prostu przemilczani.

Ignaz Philipp Semmelweis był młodym węgierskim położnikiem, pracującym w klinice w Wiedniu. Do jego obowiązków należało prowadzenie dokumentacji. Zamartwiał się wysokim odsetkiem zachorowań na gorączkę połogową w swojej klinice, znacznie wyższym niż w drugiej podobnej klinice i wyższym niż u kobiet rodzących w domu. Gdy w 1847 roku umarł jego przyjaciel, zraniony przypadkowo skalpelem podczas sekcji zwłok, Semmelweis stwierdził, że przyczyna śmierci wydaje się podobna do gorączki połogowej (nie znano jeszcze roli drobnoustrojów w przenoszeniu chorób i można było polegać jedynie na wyglądzie tkanek). Tak się składa, że pracownicy pierwszej kliniki brali też udział w autopsjach zwłok. Semmelweis wykazał, że mycie rąk personelu podchlorynem wapnia skokowo obniża liczbę zakażeń wśród kobiet. Statystyki były niezwykle wymowne.

800px-Monthly_mortality_rates_1841-1849Niestety, ta opowieść nie ma happy endu. Statystyki nie przekonały środowiska lekarskiego. Semmelweis był wyśmiewany bądź ignorowany. Zwolniono go z kliniki wiedeńskiej, robiono mu trudności w dalszej karierze, także w Peszcie, dokąd powrócił, miejscowe środowisko lekarskie raczej go sekowało. Ostatecznie wylądował w zakładzie dla umysłowo chorych, gdzie zmarł od zakażonej rany, która powstała, kiedy szarpał się z pielęgniarzami.

Zimne światło rozumu

„Przesądy wydają cały świat na pastwę płomieni. Filozofia je gasi”. To jedno z bardziej znanych powiedzeń Voltaire’a. „Przesądy” – a więc dla Voltaire’a wszystko, co w nas nieracjonalne, przede wszystkim różne dziwne rzeczy, w które wierzą ludzie religijni i które można wyczytać w Księdze Ksiąg – Biblii. „Filozofia” – rozum w szerokim sensie, a więc i nauka.

Światło rozumu jest zimne i nieludzkie. Nie ma sekt zwolenników myślenia, amatorzy nauki nie wysadzają się w powietrze, aby dać świadectwo, nie wykrzykują, jacy są dumni z tego, że są biali albo żółci. Rozum jest niemedialny, „gadające głowy” to dla dziennikarzy synonim nudy. Co innego jeśli ktoś zamorduje dziecko albo wypowie publicznie jakiś żenujący idiotyzm – mamy wtedy emocje, żywych ludzi, konflikt.

Właściwie nie wiadomo, czemu mamy taki duży mózg. Jest on pewną ekstrawagancją ewolucyjną, pochłania 20% tlenu, a w czasie gdy powstawał, nasi przodkowie mieli bardzo proste problemy do rozwiązania, tak że nie ma pewności, czy bardzo się wówczas przydawał do przetrwania. Mamy go jednak i dla niektórych jest on czymś więcej niż przystawką do facebooka (choć zabiegi o pozycję w stadzie – coś w rodzaju prafacebooka – były niezwykle ważne dla naszych przodków i mogą mieć coś wspólnego z rozwojem mózgu).

Nauka kodyfikuje to, co ludzki rozum ustalił. Dzięki temu wiemy, jak spowodować, żeby samolot poleciał i dlaczego nie wystarczy w tym celu odmówić zaklęcia. Otacza nas świat nieludzki, jesteśmy raczej anomalią w Układzie Słonecznym, przydarzyliśmy się tej jednej planecie. Możemy oczywiście zajmować się wyłącznie naszymi emocjami i tym, co miała do powiedzenia panna Klara o pannie Róży, ale są to tylko sposoby oswajania świata, nadawania mu ludzkiej twarzy. Jeśli się o tym zapomni, można skończyć jak ten pan, co chciał mieć fajny film z wakacji w Afryce i dlatego zbliżał się coraz bardziej do stada lwów, aż któryś z nich uznał, że co za dużo to niezdrowo.

Ojciec Gregor Mendel, 1865

Johann Mendel urodził się w chłopskiej rodzinie na Śląsku, był jednym z tych, których miano nazywać później Niemcami Sudeckimi. Chłopiec miał nieco szczęścia: w jego rodzinnej wsi była szkoła, gdyż lokalna właścicielka, hrabina Walpurga Truchsess-Zeil, dbała edukację poddanych. Ponieważ okazał się zdolny, poszedł do następnej szkoły, a później do gimnazjum w Opawie. Przypominało to chyba edukację Jędrzeja Radka z Syzyfowych prac, rodzice z trudem łożyli na utrzymanie syna w mieście. Niewątpliwie pragnęli też zostawić mu gospodarstwo – był bowiem jedynym chłopcem. Po ukończeniu gimnazjum Johann przeniósł się na studia do Ołomuńca, wciąż brakowało mu pieniędzy, sporo chorował. Jego pilność i talent zwróciły uwagę jednego z wykładowców i młodzieniec został przyjęty do augustianów w Brnie. Przyjął zakonne imię Gregor.

Ojciec Gregor był zbyt delikatny i nieśmiały, aby dobrze czuć się w roli duszpasterza. Pasjonowała go natomiast przyroda, zajmował się klasztornym ogrodem, uczył w różnych szkołach, był jednym z założycieli lokalnego towarzystwa naukowego w Brnie. W lutym i marcu 1865 roku zreferował na kolejnych posiedzeniach owego Towarzystwa swoje badania dotyczące krzyżowania grochu. Nie było to zapewne gremium, które mogłoby docenić wyniki ojca Mendla. Być może zresztą jego wyniki na tyle odbiegały od ówczesnego rozumienia dziedziczności, że nawet gdyby ich autor nie był prowincjonalnym nauczycielem przyrody, i tak nikt by na nie nie zwrócił większej uwagi. Bywają prace, których w momencie powstania nikt nie czyta, a które później stają się początkiem nowej dziedziny. Tak było z pracą Mendla, około roku 1900 zrozumiano, że kładzie ona podwaliny pod nową dziedzinę wiedzy: genetykę.

Co w pracy Mendla tak bardzo odbiegało od tego, co uczeni pragnęli usłyszeć? Były to lata Charlesa Darwina, niewątpliwie ewolucja była tematem nr 1. Nawet w Brnie miesiąc przed referatem Mendla jeden z członków Towarzystwa omawiał właśnie ewolucję. Wiemy także, że Mendel przeczytał O powstawaniu gatunków. Darwin jednak niewiele miał do powiedzenia na temat zmienności i na temat mechanizmu dziedziczenia, a to, co mówił było zwykle bałamutne.

Mendel_seven_characters-ger.svg

Ojciec Gregor cierpliwie prowadził doświadczenia nad pewnymi określonymi wyraźnie cechami grochu: mogły one występować w jednej albo drugiej wersji: kwiaty mają jeden albo drugi kolor, łodyga jest niska albo wysoka itp. Prace Mendla dowodziły, że dziedziczenie ma charakter losowy i w dodatku dyskretny, cyfrowy: są pewne jednostki dziedziczenia, które łączą się w organizmie potomnym i określają jednoznacznie, która z ewentualności wystąpi: np. czy nasiona będą gładkie, czy pomarszczone. W dodatku Mendel założył, że gdy w roślinie zawarte są obie „skłonności”, to uwidacznia się tylko jedna z nich, a druga może być ukryta i ujawnić się dopiero w potomstwie. Wierzono wtedy raczej w jakieś mieszanie się cech, podobne do mieszania barw na palecie, a nie w coś tak zero-jedynkowego.

Także przypadkowość procesu dziedziczenia trudna była do przyjęcia. Często zarzucano Darwinowi, że Opatrzność chciałby zastąpić przypadkiem, ślepym losem. Prawdopodobnie nie było to prawdą w odniesieniu do poglądów samego Darwina, ale pokazuje, jak broniono się przed uznaniem roli losowości w świecie przyrody ożywionej.

Dopiero wiek dwudziesty wprowadził losowość i przypadkowość na naukowe salony. Zakrawa na ironię, że w 1936 roku Ronald Fisher, jeden z pionierów genetyki i statystyki matematycznej, zakwestionował wyniki liczbowe Mendla jako właśnie zbyt regularne jak na dzieło przypadku. Fisher zastosował do wyników Mendla test chi kwadrat i wykazał, że uzyskanie tak regularnych wyników jest niezwykle mało prawdopodobne. Wywołało to dyskusję, której echa do dziś przewijają się w literaturze dotyczącej genetyki oraz statystyki.