Samotność Charlesa Darwina

Zaczniemy od cytatu z Thomasa Manna: „Gdyby pisarz od razu uświadomił sobie wszystkie trudności związane z dziełem i poznał jego samoistną wolę, nieraz bardzo odbiegającą od woli autora, opadłyby mu z pewnością ręce i nie starczyłoby odwagi do rozpoczęcia pracy. Dzieło posiada w pewnych okolicznościach swoją własną ambicję, która może iść znacznie dalej niż ambicja autora, i właśnie tak jest dobrze. Albowiem ambicja nie jest sprawą osobistą, nie może poprzedzać dzieła, lecz musi z niego wynikać i dopiero potem wpływać na nie. Myślę, że w ten sposób powstały wszystkie wielkie dzieła, a nie z ambicji, która z góry zakłada tworzenie arcydzieł” (Wstęp do Czarodziejskiej Góry dla studentów Princeton, 1939 rok, przeł. I. i E. Naganowscy).

Darwin nie był pustelnikiem, żył otoczony liczną rodziną i służbą, pisał mnóstwo listów do kolegów-przyrodników, do hodowców drobiu i gołębi, do podróżników – wszystkich, którzy mogli mu służyć jakąś ważną dla niego informacją albo przysłać interesujący okaz. Borykał się wprawdzie z kłopotami zdrowotnymi, lecz mimo to uczestniczył w wychowywaniu swych dzieci, był przyjazny ludziom i zwierzętom, zajmował się także wieloma sprawami, które go jakoś poruszyły. Odrazę budziło w nim niewolnictwo, zwalczał także powszechny wówczas sposób czyszczenia kominów przez spuszczanie do nich małych dzieci, mogących się przecisnąć przez przewód kominowy. Wielu właścicieli ziemskich nie widziało w tym procederze nic złego. Życie i zdrowie dziecka nie miało wielkiej ceny, zwłaszcza wśród ludzi biednych, mających więcej potomstwa niż środków do życia. Darwin należał do lokalnego stowarzyszenia zwalczającego ową praktykę. Nie był więc dziwakiem zamkniętym w pracowni i interesującym się jedynie swoją pracą. Jednak o najważniejszych jej wynikach mówił mało, z opóźnieniem i niezbyt chętnie.

Niewykluczone, że niektóre elementy przyszłej teorii ewolucji rozważał już podczas podróży na HMS Beagle, choć nie pisał o tym nawet we własnych notatkach. Także później, kiedy jego poglądy już się ukształtowały, mówił o nich lekko i w sposób niezobowiązujący: „Jestem prawie pewien (w przeciwieństwie do przekonania, jakie miałem na początku), że gatunki nie są (brzmi to jak wyznanie zbrodni) niezmienne” – pisze 11 stycznia 1844 roku do J. D. Hookera. Wiosną tego roku napisał zarys swej teorii, liczący 189 stron rękopisu. Napisał też list do żony z prośbą o opublikowanie tego zarysu, gdyby nagle zmarł, co przy jego stanie zdrowia nie byłoby zupełnym zaskoczeniem. Jesienią ukazała się anonimowa książka Vestiges of the Natural History of Creation wprowadzająca idee ewolucyjne w popularny, lecz bałamutny sposób. Vestiges odniosły ogromny sukces wydawniczy, choć pewnie nie takiego rodzaju, o jakim marzyłby Darwin. Książkę potępiali bowiem nie tylko duchowni, ale także wielu uczonych. Duchowni przywiązani byli do teologii naturalnej, w myśl której Stwórca przezornie zaopatrzył wszystkie istoty w to, co im potrzebne do życia, w związku z czym nie potrzeba żadnych dalszych zmian. Przyrodnicy, choć na ogół rozumieli już wtedy, że tak wygodny sposób myślenia nie daje się utrzymać, niechętnie myśleli o przemianach gatunków. Darwin zajął się na dobre parę lat wąsonogami, uważając być może, iż powinien zapracować na solidniejszą reputację wśród ekspertów, zanim wystąpi publicznie z tezą tak obrazoburczą jak zmiany gatunków bez żadnego opatrznościowego celu.

Po dziesięciu latach wrócił do – jak to nazywał – transmutacji gatunków. Poznał T.H. Huxleya, zoologa, który miał się stać „buldogiem” Darwina, na razie jednak był sceptyczny wobec ewolucji. Skrytykował np. bezlitośnie kolejne wydanie Vestiges, co Darwin skomentował z mieszanymi uczuciami: „Jest to niewątpliwie najlepsza recenzja tej książki, jaką czytałem. Myślę jednak, że jest Pan zbyt surowy dla biednego autora. (…) Może jednak nie jestem bezstronnym sędzią, ponieważ moje poglądy na sprawy gatunków (…) są równie nieortodoksyjne, choć mam nadzieję, że nie tak niemądre” (2 września 1854 do T.H. Huxleya, przeł. T. Opalińska).

Charles Darwin należał do niemal już wymarłego gatunku uczonych prywatnych. W minionych wiekach, kiedy instytucje naukowe nie były tak rozbudowane, stanowili oni całkiem pokaźne grono. Dziś są to pojedyncze postaci, jak np. Julian Barbour. W przypadku Darwina status uczonego prywatnego miał chyba decydujący wpływ na jego osiągnięcia naukowe. Nie był na co dzień pod presją poglądów kolegów, nigdy nie był członkiem żadnej grupy, mógł spokojnie robić swoje i, przede wszystkim: myśleć swoje. Latami dopracowywał swoją koncepcję. Przedstawił ją, kiedy był już gotów, kiedy zebrał liczne argumenty. Jego pozycja i dochody nie zależały od tego, czy teoria ewolucji zostanie dobrze przyjęta. Oczywiście, nauka współczesna jest bardziej skomplikowana i nie można badać w domu powiedzmy bozonu Higgsa czy genomu człowieka. Jednak w naukach teoretycznych ciągle liczą się indywidualne osiągnięcia. Wciąż nie da się myśleć zbiorowo, każdy skazany jest w tym względzie na własny mózg. Jak Andrew Wiles, który na siedem lat wycofał się z życia naukowego, by w skupieniu szukać dowodu wielkiego twierdzenia Fermata. Tyle samo lat spędził Hans Castorp na swej Czarodziejskiej Górze.

Nb. także i dziś niektórzy uczeni nie rozumieją, że ewolucja nie ma żadnego celu, jak o tym świadczy niniejszy tekścik: „Podstawowe założenia syntetycznej teorii ewolucji wykazują, że najważniejszym zadaniem każdego gatunku jest przekazanie genów następnemu pokoleniu. Stanowi ono motor ewolucji i podstawę istnienia gatunku„. Dreimal hundert Professoren – Vaterland, du bist verloren!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s