Rembrandt i promienie Rőntgena

Rembrandt w latach 1630/1631 namalował portret starego mężczyzny w stroju wojskowym. Wiadomo, że obraz został namalowany na innym, starszym portrecie. Dzięki wyrafinowanej technice rentgenowskiej można będzie ten wcześniejszy obraz ujawnić i to w kolorach. Metoda opiera się na fakcie, że różne pigmenty rozmaicie fluoryzują przy naświetlaniu. Na razie przeprowadzono próbę na obrazie namalowanym specjalnie do tych badań, przypominajacym jednak oryginał i przy użyciu takich samych farb, jakie stosował Rembrandt. Wynik jest co najmniej obiecujący.

upsidedowncompletehiddenportraitw_ghostfaceandarmorforposterWięcej informacji można znaleźć na stronie ośrodka DESY

Reklamy

Czy można ustrzec się bzdurnych przekonań?

W Stanach Zjednoczonych spora część wyborców republikańskich, tzw. birthers, jest przekonana, że Barack Obama nie urodził się na terytorium amerykańskim i wobec tego nie ma prawa zasiadać w Białym Domu. Z kolei wyborcy Demokratów byli bardzo często przekonani, że republikańska administracja nie zapobiegła zamachom z 11 września 2001 roku albo wręcz była w nie zamieszana. Wielu ludzi wierzy, że od szczepionki można dostać autyzmu, a globalne ocieplenie to bajka. Oszczędzę przykładów z polskiego podwórka.

Kłopot z takimi przekonaniami polega na ich odporności na racjonalne argumenty. I nie da się tego łatwo sprowadzić do głupoty, choć i ona ma tu swoje oczywiste zasługi. Jednak często ludzie skądinąd rozsądni gotowi są na pewne tematy wygłaszać sądy, delikatnie mówiąc, niesprawdzone i niewiarygodne, a czasem nawet bronić ich zażarcie. Także eksperci nie wypadają pod tym względem dużo lepiej od innych, zwłaszcza gdy opuszczają wąskie ramy swej specjalizacji. Do problemu przyczyniają się też media, ich poszukiwanie konfliktów i sprowadzanie każdej dyskusji do walki personalnej. Media mają też manierę przedstawiania „dwóch stron” – niedługo zamiast prognozy pogody będzie się zapraszać górala, co wierzy w opady śniegu, i powiedzmy, rybaka, co twierdzi, że śniegu nie będzie. Niech sobie pogadają. Prawda leży pośrodku.

Znany jest efekt bumerangu, polegający na tym, że atakując pogląd, w który ktoś mocno wierzy, jeszcze mocniej utwierdzamy go w dotychczasowych poglądach. Przeprowadzono np. eksperyment, w którym osobom niewierzącym i wierzącym przedstawiono raport, z którego wynikało, że biblijna historia o zmartwychwstaniu jest niewiarygodna. Okazało się, że wierzący jeszcze bardziej identyfikowali się z wiarą, odrzucając całkowicie przedstawione argumenty. Wyniki te zgodne są z klasyczną pracą L. Festingera, H.W. Rieckena i S. Schachtera, Gdy proroctwo zawodzi. Badali oni amerykańską sektę, której przywódczyni, Dorothy Martin, głosiła, że światu grozi powszechna powódź i tylko jej zwolennicy zostaną uratowani, ponieważ przylecą po nich latające talerze. Ludzie rzucali rodziny i sprzedawali majątki, aby dostać się do sekty. Katastrofa nie nadeszła, co grupa zinterpretowała nie jako sygnał do zwątpienia w proroctwa, lecz jako skutek swego zaangażowania. Z tym większą energią zaczęli odtąd nawracać na kosmiczną wiarę innych. Nie musi to koniecznie oznaczać, że ich wiara wyszła bez szwanku. Niektóre badania wskazują, że ludzie mający wątpliwości co do swoich przekonań, głoszą je bardziej intensywnie i mocniej się angażują. Autorzy pracy zatytułowanej wymownie: When in Doubt, Shout! dowodzą na podstawie swoich eksperymentów, że silna skłonność do nawracania innych może wynikać właśnie z braku pewności. Ktoś, kto manifestuje swój entuzjazm i pewność, w głębi ducha może być zżerany wątpliwościami.

Korzystałem m.in. z prac

S. Lewandowsky et al., Misinformation and Its Correction Continued Influence and Successful Debiasing, „Psychological Science in the Public Interest”, t. 13(3), (2012), s. 106–131.

David Gal, Derek D. Rucker, When in Doubt, Shout! : Paradoxical Influences of Doubt on Proselytizing, „Psychological Science”, t. 21 (11), (2010), s. 1701-1707.

Dagerotypy – wywoływanie duchów

Dagerotypia (nazwana tak od wynalazcy Louis-Jacques-Mandé Daguerre’a) była pierwszą techniką chemicznego zapisu obrazu, poprzedniczką fotografii. Obraz zapisywany był na posrebrzanej płytce miedzianej poddanej działaniu par jodu lub bromu. W ten sposób na powierzchni wytwarzała się warstwa jodku bądź bromku srebra. Podczas naświetlania srebro się uwalnia, dając ciemne obszary. Następnie trzeba jeszcze tę płytę utrwalić, do czego używano par rtęci oraz tiosiarczanu sodu. Każdy dagerotyp jest unikatowy, nie daje się powielić, zmienia też wygląd, gdy patrzy się na niego pod różnymi kątami.

Pisaliśmy już o wizerunku Annie Darwin. Waszyngtońska Biblioteka Kongresu udostępniła kolekcję dagerotypów, które kojarzą się nieodparcie z wywoływaniem duchów dawno zmarłych osób. Oto prezydent Buchanan (ten, który wysłał do królowej Wiktorii pierwszy telegram przez Atlantyk) i różne, nieznane już dziś osoby.

8357059567_c01693cea6_o8357063225_89f37ce101_o8358126690_e585fee022_oWięcej dagerotypów można obejrzeć tutaj.

Dla Polaków ważny jest dagerotyp Fryderyka Chopina z 1849 roku, a więc roku jego śmierci.

Frédéric_Chopin_by_Bisson,_1849

Dagerotypy są bardzo wrażliwe na uszkodzenia mechaniczne, można je zniszczyć dotykiem, niszczeją też pod wpływem wystawienia na światło. Dla tych, które jeszcze się zachowały, ratunkiem mogą kasety z argonem. Jak bowiem wykazały wieloletnie badania, pod powierzchnią dagerotypu wytwarza się sieć mikrokanalików. Gdy dostanie się do nich chlor i inne zanieczyszczenia, struktura psuje się niejako od wewnątrz. Więcej na ten temat można przeczytać w styczniowym numerze „Świata nauki”.  Opisane tam badania to piękny przykład zastosowania wiedzy nanotechnologicznej.

Historia paranoiczna

Mówi się czasem, że niczego nie należy przyjmować na wiarę, bez krytycznego zbadania. Jest to jednak zalecenie niewykonalne. Aby funkcjonować w świecie, musimy korzystać z wiedzy, której sami nie sprawdzaliśmy, zawsze trzeba polegać na jakichś autorytetach. Możemy co najwyżej od czasu do czasu przyjrzeć się bliżej jakiejś wybranej sprawie albo wartości jakiegoś autorytetu.

Badania takie mogą być cenne i pożyteczne. Historycy żyją niejako z rewidowania historii –  gdyby przeszłość była ustalona jednoznacznie raz na zawsze, nie byłoby sensu pisać nowych książek. Należy tylko wystrzegać się popadania w tanią sensacyjność albo w paranoję, która jest próbą nadmiernego zracjonalizowania wydarzeń, zwykle tak, aby wykryć ich złowieszczy bieg. W naszych czasach szczególnie modne jest kwestionowanie dobrych intencji, szukanie brudnych motywów albo chociaż ukrytych interesów w ludzkim postępowaniu. Historie sekretne i biografie „bez tajemnic” zalewają półki w księgarniach i media wszelkiej maści. Chwilami można odnieść wrażenie, iż żyjemy wewnątrz mózgu jakiegoś paranoika, który nie zaśnie, dopóki nie ułoży sobie wszystkich wydarzeń dnia w logiczną spiskową całość. I oczywiście, ta „prawdziwa prawda” musi odwoływać się do złej strony ludzkiej natury. Obawiam się, że mówi to więcej o nas samych, o tym, jak sami siebie oceniamy, niż o wydarzeniach w ten sposób relacjonowanych.

Dotyczy to także nauki i słynnych uczonych.
Pisano już o „zbrodni Ptolemeusza” – który rzekomo tak poprawiał dane obserwacyjne, aby mu lepiej pasowały do teorii. Robert Andrews Millikan, który pierwszy zmierzył ładunek elektronu i eksperymentalnie potwierdził, że ładunki w przyrodzie są zawsze jego wielokrotnością, podejrzewany był o wybiórcze traktowanie wyników doświadczeń – rzekomo wyselekcjonował do publikacji tylko te, które pasowały mu do wniosków. Podobne wątpliwości podnoszono też wobec najważniejszego w historii potwierdzenia Einsteinowskiej teorii względności: pomiaru zakrzywienia światła w pobliżu Słońca. Pomiarów tych dokonała ekipa astronomów z udziałem Arthura Stanleya Eddingtona w roku 1919. Wyniki były ogromnym triumfem teorii Einsteina. Od tamtego momentu datuje się sława uczonego, która nie zmniejszyła się nawet po jego śmierci, można powiedzieć, że zadomowił się on w wirtualnej rzeczywistości naszego gatunku na dobre. Może więc cała ta sława była niezasłużona? A przynajmniej nie należała mu się już w roku 1919?

Według wersji rewizjonistycznej Eddington, kwakier, pacyfista i teoretyk, nie chcąc brać udziału w wojnie i będąc zwolennikiem teorii względności, nie tylko dążył do zorganizowania wyprawy w celu zmierzenia zakrzywienia światła, ale również nie był obiektywny podczas opracowania obserwacji i forsował nieuzasadniony wniosek, że teoria Einsteina została potwierdzona.

Teoria Einsteina przewiduje, że zakrzywienie promienia biegnącego w odległości R od jakiejś masy równe jest 2r/R radianów, gdzie r jest pewną odległością, charakterystyczną dla danej masy  (klasycznie r jest równe promieniowi kuli, w jakiej należałoby zamknąć tę masę, aby prędkość ucieczki z jej powierzchni równa była prędkości światła c). Największą masą w naszym kosmicznym sąsiedztwie jest Słońce, dla którego promień r równy jest 3 km, a więc niedużo w porównaniu z promieniem naszej gwiazdy, wynoszącym 700 000 km. Dla światła biegnącego tuż przy powierzchni Słońca przewidywany kąt odchylenia równy jest 1,75” (sekundy kątowej, równej 1/3600 stopnia). Pomiary z dokładnością ułamków sekund kątowych nie były żadnym problemem, zwykle jednak nie można obserwować gwiazd w pobliżu Słońca, gdyż jest ono zbyt jasne. Idea polegała na przeprowadzeniu pomiarów podczas całkowitego zaćmienia, gdy tarcza naszej gwiazdy zostaje na kilka minut zasłonięta tarczą Księżyca. Obrazy gwiazd na fotografii wykonanej podczas zaćmienia powinny wykazać dodatkowe oddalenie od tarczy słonecznej.

r75Na rysunku a) widzimy, jak to wyglądało. Część b) pokazuje, jak zakrzywienie promieni w pobliżu jakiejś dużej masy prowadzi do soczewkowania grawitacyjnego, zjawiska dobrze znanego i przydatnego dziś w codziennej pracy astronomów.

Pas zaćmienia całkowitego 29 maja 1919 przebiegał od Afryki do Ameryki Południowej. Zorganizowano dwie ekspedycje, jedną do Sobral w Brazylii, drugą na wyspę Principe na zachód od kontynentu afrykańskiego. Obie ekspedycje wykonały pewną liczbę fotografii zaćmionego Słońca, przy okazji zaobserwowano wyjątkowo okazałą protuberancję – wybuch na Słońcu. Ten sam obszar nieba sfotografowano także wówczas, gdy nie było tam Słońca, ponieważ obejmował on gromadę otwartą Hiady, w okolicy było sporo względnie jasnych gwiazd. Klisze wyglądały następująco:

1919_05_29_Eddington1919_eclipse_positive

(kreskami zaznaczone są położenia gwiazd)

Położenia gwiazd na kliszach mierzono następnie za pomocą mikrometru. Nie wszystkie wyniki zgadzały się między sobą: rezultaty uzyskane za pomocą jednego z trzech przyrządów wyraźnie odbiegały od pozostałych dwóch – występował jakiś błąd systematyczny. Uczeni opracowujący dane, pod kierownictwem Astronoma Królewskiego, Franka Watsona Dysona, musieli zadecydować, którym wynikom bardziej ufać. Szczegółowe badania tej sprawy, ostatnio przez Daniela Kenneficka, przynoszą zawód amatorom spiskowej historii: Eddington nie brał większego udziału w opracowywaniu obserwacji, a astronomowie brytyjscy kierowali się swoim doświadczeniem i wyczuciem, nie mieli też szczególnego upodobania do teorii względności. O stosunku do osoby Alberta Einsteina w Anglii w tamtym okresie świadczy najlepiej fakt, że gdy chciano go odznaczyć złotym medalem Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego za rok 1919/20, sprawa się nie powiodła: Einstein uważany był za Niemca, a krwawa wojna dopiero się zakończyła. Medal otrzymał Francuz, a więc przedstawiciel koalicjanta, Guillaume Bigourdan, staranny obserwator, który przez wiele lat starał się wykryć ruch mgławic na niebie, co było, niestety, trudem tyleż heroicznym, co daremnym – obiekty te są zbyt daleko, aby widać było ich przesunięcia.

Na koniec jeszcze wykres z pracy Dysona, Eddingtona i C. Davidsona, podsumowującej odkrycie. Widzimy tu zaobserwowane odchylenia gwiazd w zależności od odwrotności odległości od Słońca. Gruba linia ciągła odpowiada przewidywaniom teorii względności, linia kreskowana dwa razy mniejszym przewidywaniom newtonowskim.

summary-figure

Korzystałem z pracy D. Kenneficka, Not Only Because of Theory: Dyson, Eddington, and the Competing Myths of the 1919 Eclipse Expedition, w: Einstein and the Changing Worldviews of Physics, red. C. Lehner, J. Renn, E. Stengler, Birkhäuser, New York 2012.

Lamarck – siła przyzwyczajenia

Pięćdziesiąt lat przed Darwinem, arystokrata, żołnierz i przyrodnik, Jean-Baptiste Pierre Antoine de Monet, kawaler de Lamarck, starał się zrozumieć, skąd biorą się przystosowania zwierząt do ich środowiska i trybu życia. Otóż biorą się one z długotrwałego treningu i z przyzwyczajenia. Jego wyjaśnienia brzmią dziś naiwnie. Skąd biorą się rogi u zwierząt przeżuwających? „Mając niewiele siły w szczękach, które zaprawione są tylko w ścinaniu i miażdżeniu trawy, walczyć mogą jedynie uderzeniami głowy, kierując nawzajem ku sobie ich części szczytowe. W przypływach złości, które częste są zwłaszcza u samców, ich wewnętrzny sentyment silniej kieruje fluidy do tej właśnie części głowy i u jednych następuje wydzielanie materii rogów, a u innych materii kostnej zmieszanej z materią rogów, co prowadzi do powstania twardych wypukłości, dających zaczątek rogów i poroża, jakim uzbrojona jest głowa większości owych zwierząt”. Czemu żyrafa ma taką długą szyję? „Żyjąc w miejscach niemal zawsze suchych i pozbawionych roślinności, zmuszona jest skubać listowie drzew, wciąż wytężając się, by go dosięgnąć. Wskutek tego zwyczaju podtrzymywanego przez długi czas pośród wszystkich przedstawicieli tego gatunku, przednie ich nogi stały się dłuższe niż tylne, a ich szyja tak się wydłużyła, że zwierzę to może, nie stając na tylnych nogach, unieść głowę na wysokość nawet sześciu metrów” [Philosophie zoologique, Paris 1809, t. 1, s. 256-257].

Trzeba jednak wyjaśnienia Lamarcka oceniać na tle epoki. W roku 1802 wielebny William Paley ogłosił swoją słynną książkę Natural Theology, or Evidences of the Existence and Attributes of the Deity collected from the Appearances of Nature (Teologia naturalna, czyli dowody na istnienie i atrybuty Boga zebrane ze zjawisk natury). Paley twierdził, iż zwierzęta i rośliny są tak przemyślnie urządzone, że z całą pewnością nie może to być dziełem przypadku. To tak jakbyśmy na wrzosowisku natknęli się na zegarek – patrząc na niego, musielibyśmy wywnioskować, iż istniał jakieś rzemieślnik, który zaopatrzył go w cały ten sprawny mechanizm. Argumentacja Paleya była bardzo popularna, zwłaszcza w Anglii, przez całe półwiecze aż do Darwina. Niektórzy dopatrywali się działania Opatrzności nawet w tym, że zające mają białą łatkę pod ogonem – to po to, by myśliwym łatwiej było do nich celować.

Darwin także w zasadzie akceptował tezę Lamarcka, iż można dziedziczyć sprawności nabyte w trakcie życia. Nikt wówczas nie wiedział, jak funkcjonuje mechanizm dziedziczenia.

Zarówno Lamarck, jak i Darwin, starali się zrozumieć zjawisko życia, nie odwołując się do Stwórcy. Sądzę, że wysiłki tego rodzaju mają zawsze wartość, niezależnie od tego, co sobie wyobrażamy na temat religii. Po prostu hipoteza Stwórcy nigdy nie posuwa naszego zrozumienia jakiegokolwiek konkretnego zjawiska. Jeśli uda się coś zrozumieć w sensie naukowo sprawdzalnym, zawsze okazuje się, że nie trzeba było w tym celu fatygować Stwórcy. W XIX wieku zaczęło to być widoczne w biologii, wcześniej ulubioną dziedziną teologii naturalnej była astronomia. Newton uważał, że regularny ruch planet w jednej płaszczyźnie, wszystkich w jednym kierunku, niewątpliwie świadczy o działaniu ręki boskiego Architekta. Spekulował też na temat przyszłych boskich interwencji, które mogą stać się potrzebne, gdy grawitacja rozreguluje planetarny zegar. Sto lat później Pierre Simon Laplace wyjaśnił, że układ planetarny jest znacznie bardziej stabilny, niż przypuszczał Newton, a regularny ruch planet można wyjaśnić, jeśli się przyjmie, iż cały Układ Słoneczny powstał z jednego wirującego obłoku materii. Pytany przez Napoleona, czemu nie wspomina w swoim dziele o Bogu, Laplace miał odpowiedzieć: „Obywatelu Pierwszy Konsulu, nie potrzebowałem tej hipotezy”. Anegdota jest zapewne apokryfem. Jednak odpowiedź Laplace’a ma głęboki sens i powinna być wskazówką dla naukowców: starać się wyjaśnić jak największy obszar zjawisk w sposób racjonalny i sprawdzalny.

Zadziwiający wiersz o Lamarcku napisał na początku lat trzydziestych XX wieku Osip Mandelsztam. Przyjaźnił się on z biologami Borysem Sergiejewiczem Kuzinem i Nikołajem Leonowem. Kuzin siedział nawet jakiś czas w więzieniu za wyznawanie lamarckizmu. W tamtych latach można było siedzieć za wszystko, lepiej zresztą za lamarckizm niż za sabotaż. Nadieżda Mandelsztam, żona poety, wspomina, że „widok osobowych aut zawsze napełniał nas strachem” – burżujów już nie było, a pojazdów takich używał wiadomy resort.

Poeta interesował się biologią, czytał Darwina i Lamarcka i także innych autorów. Francuski uczony, który stracił pod koniec życia wzrok, wydawał mu się jedyną postacią szekspirowską w przyrodoznawstwie. Przyrównywał tę ślepotę do głuchoty Beethovena. Lamarck był dla niego człowiekiem, który przeżywa osobisty dramat, godząc się na ewolucję w świecie ożywionym.

„O honor żywej przyrody Lamarck walczył ze szpadą w ręku. Myślicie, że pogodził się z teorią ewolucji, jak te naukowe dzikusy z z XIX wieku? Jestem pewien, że smagłe policzki Lamarcka oblał wówczas wstyd za przyrodę. Nie wybaczył jej bowiem tej drobnostki, która nazywa się zmienność gatunków.
Naprzód! Aux armes! Zmyjmy z siebie hańbę ewolucji. (…)
Jest jakaś wielkość Dantego w Lamarcku, kiedy po drabinie żywych istot nie pnie się do góry, lecz schodzi na dół. Niższe formy bytu organicznego to dla człowieka piekło.
Długie siwe wąsy tego motyla miały ościstą strukturę i w gruncie rzeczy przypominały gałązki na kołnierzu francuskiego akademika i srebrne palmy ozdabiające trumny. Pierś silna, ukształtowana w łódeczkę. Głowa małoważna, kocia. Wielkookie skrzydła miał z pięknego admiralskiego jedwabiu, który bywał i w Cześnie, i w Trafalgarze. I nagle przyłapałem siebie na zdziczałym pragnieniu, aby spojrzeć na przyrodę wymalowanymi oczami tego straszydła” (Podróż do Armenii, przeł. R. Przybylski).

Dla poety idea bezdusznego, deterministycznego ewolucyjnego postępu była czymś głęboko nie do przyjęcia. Sam czuł się miażdżony machiną historii, która odbierała człowieczeństwo. W wierszu o Lamarcku zstępowanie do piekieł i wędrówka w dół drabiny stworzenia są ze sobą skojarzone. Zamiast dantejskich kręgów mamy wcielanie się w coraz niższe gatunki zwierząt, odejmowany jest kolejno wzrok, słuch i niepotrzebny już do niczego mózg. Rolę przewodnika w tym nieludzkim świecie odgrywa właśnie Lamarck.

Lamarck

Staruch był wstydliwy niczym chłopię,

Nieporadny, śmieszny nasz patriarcha.

Któż o cześć przyrody kruszył kopie?

Któżby, naturalnie, prócz Lamarcka!

Skoro na istnienia zmiętych kartkach

Wszystko brudnopisem jest zaledwie,

Ja najniższym szczeblem chcę w Lamarcka

Być drabinie, gdzie się życie lęgnie.
Ku rozgwiazdom zejść, ku wąsonogom,

W dół po stopniach giętkich w mroczną czeluść,

Gdzie jaszczurczy odrzucając ogon,

Zwinę się i zniknę jak Proteusz.

Płaszcz rogowy wdzieję, krwi wezbranej

Żar wygaszę, niepotrzebny odtąd,

Przyssawkami obrosnąwszy, w pianę

Oceanu wpiję się wilgotną.

Przeszliśmy owadów rząd z pełnymi

Kieliszkami oczu, z blaskiem na dnie.

Rzekł: „Przyrody próby się spełniły,

To spojrzenie twoje – już ostatnie.

Dość już – rzekł – harmonii pełnodźwięcznej,

Zduś niewczesny do Mozarta zapał:

Czas głuchoty zbliża się pajęczej

I musimy wszyscy w nią się zapaść”.

I przyroda lica odwróciła

Od nas, nie słuchając próśb ni pochlebstw,

I podłużny zbędny mózg wsadziła

Niczym szpadę zardzewiałą w pochwę.

Zaniedbała spuścić most zwodzony

I na zawsze zapomniała o tych,

Czyją dolą – ziemski grób zielony,

Migotliwy śmiech, gorący oddech…

(przeł. W. Woroszylski)

Wiersz jest olśniewający w całości i w różnych drobiazgach, które trudno oddać w przekładzie, jak rym мальчик – фехтовальщик albo owady z oczami jak pełne kieliszki: c наливными рюмочками глаз. Te owadzie skojarzenia miały się powtórzyć półtora roku później, gdy napisał o Stalinie:

Palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa,

Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.

Śmieją się karalusze wąsiska

I cholewa jak słońce rozbłyska.

(przeł. S. Barańczak)

Autor takich wierszy nie mógł umrzeć we własnym łóżku. A oto oryginał wiersza o Lamarcku.

Ламарк

Был старик, застенчивый как мальчик,

Неуклюжий, робкий патриарх…

Кто за честь природы фехтовальщик?

Ну, конечно, пламенный Ламарк.

Если все живое лишь помарка

За короткий выморочный день,

На подвижной лестнице Ламарка

Я займу последнюю ступень.

К кольчецам спущусь и к усоногим,

Прошуршав средь ящериц и змей,

По упругим сходням, по излогам

Сокращусь, исчезну, как Протей.

Роговую мантию надену,

От горячей крови откажусь,

Обрасту присосками и в пену

Океана завитком вопьюсь.

Мы прошли разряды насекомых

С наливными рюмочками глаз.

Он сказал: природа вся в разломах,

Зренья нет – ты зришь в последний раз.

Он сказал: довольно полнозвучья,–

Ты напрасно Моцарта любил:

Наступает глухота паучья,

Здесь провал сильнее наших сил.

И от нас природа отступила –

Так, как будто мы ей не нужны,

И продольный мозг она вложила,

Словно шпагу, в темные ножны.

И подъемный мост она забыла,

Опоздала опустить для тех,

У кого зеленая могила,

Красное дыханье, гибкий смех…

7 – 9 мая 1932

Thomas Mann, Moje czasy, 1950

W chwili pisania tego eseju Mann ma 75 lat i świadomość, że nie zostało mu wiele życia: „to właśnie są czasy mi dane, klepsydra dla mnie postawiona, a piasku przesypującego się delikatnym strumykiem tak niewiele u góry zostało, że mógłby mnie ogarnąć lęk, gdyby w wypadku czasu nie chodziło o coś tak osobliwie cennego i płynnego, że mała jego ilość wciąż jeszcze pozostaje ilością wielką”. Wzbrania się pisać o sobie, woli pisać o epoce, którą wyrażał w swoich książkach.

Mówi o swoim pokoleniu. „Nie chcemy, jak to powiedziano w dawnej niemieckiej kolędzie: «zazdrościć sobie darów» i chełpić się ich pięknem. Wszystkie pokolenia będą obdarowane. A jednak chciałbym podkreślić pewną zaletę, jaką mogą poszczycić się ludzie urodzeni w roku 1875 względem tych, którzy przyszli na świat w 1914 lub później: Nie jest bez znaczenia, że mogliśmy żyć w ostatniej ćwierci dziewiętnastego stulecia – wielkiego stulecia – że mogliśmy być obywatelami schyłkowej fazy kultury mieszczańskiej, epoki liberalnej, że mogliśmy żyć jeszcze w tym świecie, wchłaniać jego atmosferę…”. Były to czasy budowania potęgi Niemiec Bismarcka, zwycięskich w wojnie z Francją w 1870 roku. Czasy Reichsbanku, o którym mówiono, iż jest tak dobrze zorganizowany, że gdyby jego prezes oszalał, to jeszcze przez cały rok nie odbiłoby się to na działaniach podległej mu instytucji. Pisze Mann: „Fakt, że funt angielski wart był 20 marek, dolar cztery, że za jedną markę Rzeszy Niemieckiej kupić można było 120 centymów włoskich, szwajcarskich czy francuskich, wydawał się czymś nienaruszalnym i zgodnym z wolą Boga. Ktoś, kto nie miał w ręku złotych pieniędzy, ten nie poznał aurea aetas [złotego wieku] mieszczaństwa, dziś jeszcze, w głębokiej starości, odczuwam drżenie, wspominając, że pierwsze honorarium autorskie otrzymałem w postaci trzech złotych dziesięciomarkowych monet. Rysem charakterystycznym tej epoki były solidność i przyzwoitość”. Nie obnażano ciał, jedynie na uroczystych balach panie odsłaniały ramiona i dekolty. Za czasów Manna pojawił się kant na męskich spodniach i odstawiono do muzeum ostatni konny tramwaj w Monachium. Nastąpiła rewolucja, czy może nawet ciąg kolejnych rewolucji w oświetleniu: lampy naftowe, gazowe, potem elektryczne. Pojawiły się rowery, samochody, samoloty.

Niemożliwe są jednak zmiany ograniczone wyłącznie do sfery materialnej, nowe wynalazki i odkrycia bez wpływu na świat mentalny, wyobraźnię, poczucie moralne. Niełatwo tu zresztą ocenić, co jest przyczyną, co skutkiem, a co tylko przygodną zbieżnością w czasie. Równolegle do republiki uczonych, polityków, nuworyszów, dorabiających się majątku, na czym tylko się dało, płynął nurt romantyzmu, sprzeciwu wobec „szkiełka i oka”, dostrzegania tego, co wydawało się nieistotne, a nawet nieprzyzwoite – w imię prawdy uczuć czy prawdy społecznej. Za mieszczańską fasadą kształtowała się nowa buntownicza wrażliwość: Wagner, odsłaniający ciemną potęgę pierwotnych namiętności, miłość mocną jak śmierć i bohaterów, którzy muszą wypełnić swe przeznaczenie, choćby musieli przypłacić to życiem. Niepokojące sny zostały podniesione do rangi zbiorowego mitu. Niedaleko już było do Freuda i Junga. Nie jest też przecież przypadkiem, że festiwale w Bayreuth tak cenił Adolf Hitler. Pojawili się mistrzowie demaskacji, jak Nietzsche, z bolesnym zapamiętaniem odwracający znaki mieszczańskich wartości, jak Marks, doszukujący się w religii, instytucjach państwa i całym publicznym dyskursie nie ponadczasowych treści, lecz żałosnych prób uzasadnienia gnijącej cywilizacji kapitalizmu, przedłużenia krzyczącej niesprawiedliwości w podziale dóbr.

Stanem świadomości europejskiej na początku wieku XX zajmuje się Czarodziejska góra, dojrzała powieść Manna, która ukazała się w 1925 roku, gdy jej autor przekroczył półwiecze. O duszę jasnowłosego prostaczka Hansa Castorpa, niedoszłego inżyniera okrętowego z Hamburga, walczą tam różne siły, personifikowane przez Kławdię Chauchat, a także dwóch ideologicznych pedagogów: nacjonalistę i liberała Lodovica Settembriniego oraz jezuitę i rewolucjonistę Leona Naphtę. Kławdia jest Rosjanką, piękną, choć trawioną gorączką i mało sobie robiącą z konwenansów kobietą o oczach szkolnego kolegi, pierwszej miłości Hansa. To ona przywiązuje go na siedem baśniowych lat do międzynarodowego sanatorium Berghof w Davos, sprawiając, że zrywa wszelkie kontakty z „nizinami”. Siłą tej psychomachii jest rozdzielenie racji. Mannowi bliżej zapewne do Settembriniego, lecz za nieznośne uważa jego wzniosłe deklamacje o ludzkości i lepszym jutrze. Naphta jest zagrożeniem (mówiono, iż pierwowzorem tej postaci był György Lukács, filozof marksistowski), ponieważ lepiej rozumie, że człowiek niekoniecznie chce być dobry i że gotów jest popełnić niejedną zbrodnię choćby z ciekawości, obojętności albo dla poczucia wspólnoty. Jak mówi ćwierć wieku później sam Mann: „można postawić pytanie, czy człowiek, kierując się potrzebą psychicznych i metafizycznych więzi, od wolności nie pragnie bardziej grozy”.

Artysta, Thomas Mann, za swój obowiązek uważał zawsze służenie prawdzie – prawdzie artystycznej, gdyż naukowej zbytnio nie cenił. Być może uczeni są przy kimś takim jak Mann jedynie naiwnymi inżynierami z Hamburga, uruchamiającymi moce, nad którymi nie potrafią zapanować, ponieważ nie rozumieją sami siebie. Czy na gruncie uczciwego podejścia do prawdy mogliby się kiedyś spotkać? I czy są jeszcze pisarze, traktujący swe posłannictwo z taką mieszczańską sumiennością i odpowiedzialnością za słowo jak Thomas Mann?

„Jako pisarz, jako psycholog, jako kreator tego, co ludzkie, zaprzysiągłem wierność prawdzie, jestem na nią skazany. Lubię jej wdzięk, lubię, gdy przenika mnie jej godność i pogarda dla nieprawdy”. Szczególnie ostre słowa ma Thomas Mann dla nieprawdy wykorzystywanej do celów politycznych. „Gregorovius w swoich Dziejach miasta Rzymu w okresie średniowiecza, tam, gdzie omawia powstanie Kościoła chrześcijańskiego i dogmatów jego wiary, na przykład prymat biskupa Rzymu, a zatem utrwalanie się władzy papieskiej, pisze z całym spokojem zdanie: «Jeśli zatem władza czcigodnej, spoczywającej na kilkuwiekowej wierze tradycji jawi się jako coś cudownego, to należy rozważyć kwestię, iż w obrębie wszelkiej kształtującej się religii tradycje i legendy tworzą fundament praktycznej działalności. Gdy tylko uzna je świat, stają się faktami.» Osobliwą grozą napawa mnie to flegmatyczne zdanie. Jak to jest? Legendy, gdy tylko «uzna je świat», stać się mogą prawdą – mity, baśnie, fałszerstwa, kłamstwa fundamentem dziejowej rzeczywistości? (…) W takim razie są one ohydną odmianą poezji, poezji przemocy, gdyż wszelkie usprawiedliwianie nieprawdy jest w końcu przemocą, podobnie jak nią jest choćby najłagodniejsze wykorzystywanie ludzkiej potrzeby wiary”. Mann odnosi swe refleksje do totalitaryzmu, który z kłamstwa tworzy nową religię. I rzeczywiście, totalitaryzmy najmocniej eksploatowały ludzką potrzebę wiary i wspólnoty, ale czy tylko one? Czy wszelka władza, kiedy tylko nie napotyka oporu, nie ulega totalitarnym pokusom? Czy abstrakcyjne, wirtualne wspólnoty dzisiejszego świata wolne są od fałszywych mitów założycielskich? Czy nie jesteśmy w coraz większym stopniu manipulowani przez specjalistów od wmawiania nieprawdy i odwracania uwagi?
Warto czytać Thomasa Manna.

Cytaty w przekładzie Huberta Orłowskiego za wyborem esejów Moje czasy, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2002.

Telegraf

Coraz mniej ludzi pamięta czasy, kiedy na urzędach pocztowych widniały trzy słowa: poczta, telefon i telegraf. Telegraf był pierwszym na świecie globalnym medium pozwalającym na wymianę informacji, zwykle krótkich (płaciło się za każde dodatkowe słowo ponad 10) – stąd pochodzi określenie „w telegraficznym skrócie”.

William Thomson otrzymał tytuł szlachecki nie za swe osiągnięcia naukowe (nawet tak wielkie jak II zasada termodynamiki), lecz za udział w projekcie ułożenia kabla przez Atlantyk. Opracował on i opatentował w tym celu różne urządzenia m.in. galwanometr zwierciadłowy – przyrząd mierzący słabe prądy, w którym rolę wskazówki pełnił promień światła odbity od ruchomego zwierciadła. W roku 1858 kabel został ułożony.

Atlantic_cable_Map

Królowa Wiktoria i prezydent James Buchanan wymienili depesze (co trwało po kilkanaście godzin w jedną stronę). W Nowym Jorku oddano salut ze stu dział, na ulicach wywieszono flagi, dzwoniły dzwony kościołów, a w nocy urządzono iluminację. To Stany Zjednoczone odczuwały wówczas dumę, że zostały połączone z centrum cywilizacji – Europą.

Pierwszy telegraf transatlantycki prawie natychmiast się popsuł, jednak po kilku latach ułożono drugi kabel i stopniowo sieć telegraficzna stała się nieodzowna w interesach. Z Londynu do Kalkuty depeszę przekazywano w pół godziny, co trzeba porównać z czasem podróży morskiej. Było to niezwykłe osiągnięcie, choć nie zawsze działało bez zarzutu, jak widzimy na rysunku z „Puncha” z 1863 roku.

Victorian-Cartoons-Punch-1863-01-10-20

Telegraf firmy London District Telegraph, nieoceniony dla człowieka interesu. „Pomyśl tylko, w jakich to czasach przyszło nam żyć. Weźmy na przykład parę albo gaz! Albo ułatwienia, jakie mamy dzięki elektryczności. Teraz jest godzina szósta i jesteśmy na Fleet Street, a ta depesza została wysłana z Oxford Street wczoraj o trzeciej po południu!”

Telegraf znalazł zastosowanie przede wszystkim w interesach, giełdy na całym świecie zaczęły odtąd pracować w zgodnym rytmie. Zwykłym ludziom służył do zawiadamiania o śmierci krewnych czy nagłym przyjeździe dawno niewidzianej cioci. Rabin Goldstein, jak pamiętamy, nie wzdragał się go użyć w fundamentalnej kwestii religijnej. Oto mapa połączeń telegraficznych w 1901 roku.

1901-eastern-telegraph-world-cable-map

Ciekawe, że dzisiejsza mapa połączeń internetowych w znacznej mierze powtarza strukturę dawnych połączeń telegraficznych. W ciągu ostatnich stu lat centrum przeniosło się wprawdzie na drugą stronę Atlantyku, cywilizacja globalna objęła swym zasięgiem Japonię, ale Chiny i Indie wciąż nie są ważnymi węzłami na tej mapie.

global-internet-map-2012-lW pełnej rozdzielczości mapę tę można obejrzeć na stronie http://www.telegeography.com/telecom-resources/map-gallery/global-internet-map-2012/index.html