Wielka Akademia Lagadyjska

W Wielkiej Akademii Lagadyjskiej Lemuel Gulliver zapoznał się z wynalazkiem pewnego profesora służącym do tworzenia wiedzy.

„Wiadomo, jak trudno przychodzi każdemu człowiekowi nauczyć się kunsztów i umiejętności, lecz dzięki jego wynalazkowi człowiek najbardziej nawet niewykształcony potrafi niewielkim kosztem i po lekkim ćwiczeniu ciała pisać książki filozoficzne, poetyczne, rozprawy o polityce, teologii i matematyce bez najmniejszej pomocy naturalnych zdolności lub nauk. Zaprowadził mnie do warsztatu, przy którym uczniowie stali ustawieni w szeregach.

Była to wielka rama, mająca dwadzieścia stóp kwadratowych; powierzchnia jej składała się z małych kawałków drzewa w kształcie kostki; niektóre z nich były większe od drugich, a wszystkie połączone ze sobą przez cienkie druty. Na powierzchni sześcianów przylepione były kawałki papieru, na których napisano wszystkie wyrazy języka krajowego w różnych odmianach, koniugacjach, deklinacjach, ale bez żadnego porządku. Profesor prosił mnie, ażebym uważał, bo chce machinę poruszyć. Na jego rozkaz uczeń ujął jedną z czterdziestu antab w ramie będących i obróciwszy je odmienił rozkład wyrazów. Rozkazał potem trzydziestu sześciu chłopcom, ażeby wiersze powoli czytali. Kiedy znajdowali ciąg kilku wyrazów mogących stanowić część zdania, dyktowali je czterem innym chłopcom, którzy to pisali. Ta operacja powtórzona została kilka razy, za każdym obróceniem sześcianki naokoło się obracały i wyrazy coraz inne zajmowały miejsca.

Sześć godzin dziennie pracowali uczniowie przy tej nauce; profesor pokazał mi wiele foliałów powstałych z ułamków zdań, obejmujących, jak zapewniał, skarb wszystkich kunsztów i umiejętności, które ułożyć i wydać zamyśla”.

Urządzenie wyglądało następująco:

swift

Dzięki postępom techniki można dziś owo zmyślne urządzenie zaprogramować, by generowało nie frazy czy zdania, lecz całe teksty naukowe, rozprawki i mini-eseje. Na razie tylko w języku angielskim, ale stanowi on przecież łacinę współczesnej nauki. Oto próbka możliwości owego zaprawdę cudownego wynalazku:

Marxism, the poststructural paradigm of expression and cultural discourse

G. Paul Werther

Department of Ontology, University of California, Berkeley

1. The textual paradigm of consensus and Lyotardist narrative

The primary theme of the works of Spelling is not theory, but neotheory. But the characteristic theme of Long’s[1] analysis of Lyotardist narrative is the role of the poet as reader.

If one examines the textual paradigm of consensus, one is faced with a choice: either accept cultural discourse or conclude that society, somewhat surprisingly, has intrinsic meaning. Lacan’s critique of subsemanticist cultural theory holds that reality is intrinsically elitist. It could be said that Sontag uses the term ‘the textual paradigm of consensus’ to denote the bridge between narrativity and society.

“Sexual identity is meaningless,” says Marx; however, according to Hamburger[2] , it is not so much sexual identity that is meaningless, but rather the rubicon, and eventually the absurdity, of sexual identity. The main theme of the works of Spelling is not theory, as Lyotard would have it, but pretheory. Thus, Bataille uses the term ‘cultural discourse’ to denote the role of the artist as observer.

The characteristic theme of la Fournier’s[3] essay on the textual paradigm of consensus is not, in fact, appropriation, but preappropriation. But the subject is interpolated into a subcapitalist paradigm of reality that includes sexuality as a paradox.

The main theme of the works of Spelling is the stasis, and therefore the dialectic, of cultural reality. Thus, the subject is contextualised into a textual paradigm of consensus that includes narrativity as a reality.

Lacan uses the term ‘pretextual narrative’ to denote the role of the reader as artist. It could be said that the primary theme of von Ludwig’s[4] critique of Lyotardist narrative is a mythopoetical paradox.

Any number of materialisms concerning the textual paradigm of consensus may be found. In a sense, the subject is interpolated into a Lyotardist narrative that includes truth as a whole.

2. Contexts of failure

In the works of Spelling, a predominant concept is the distinction between feminine and masculine. The premise of subdeconstructive nihilism suggests that class has significance. But the subject is contextualised into a Lyotardist narrative that includes reality as a reality.

“Sexuality is part of the genre of consciousness,” says Derrida. If cultural discourse holds, the works of Spelling are empowering. In a sense, a number of discourses concerning the economy of conceptualist society exist.

If one examines Lyotardist narrative, one is faced with a choice: either reject Foucaultist power relations or conclude that the purpose of the participant is significant form, given that cultural discourse is valid. Sartre promotes the use of Lyotardist narrative to challenge capitalism. Thus, the subject is interpolated into a neodialectic desublimation that includes narrativity as a totality.

“Class is a legal fiction,” says Baudrillard; however, according to Werther[5] , it is not so much class that is a legal fiction, but rather the stasis, and some would say the paradigm, of class. In La Dolce Vita, Fellini analyses the textual paradigm of consensus; in 8 1/2, although, he affirms Marxist class. It could be said that the characteristic theme of the works of Fellini is the role of the writer as poet.

Debord suggests the use of cultural discourse to attack and modify consciousness. Therefore, Cameron[6] holds that we have to choose between Lyotardist narrative and materialist socialism.

Lacan promotes the use of the subconstructive paradigm of expression to deconstruct hierarchy. However, Derrida’s essay on the textual paradigm of consensus states that society, perhaps ironically, has intrinsic meaning.

The figure/ground distinction depicted in Fellini’s Satyricon is also evident in 8 1/2, although in a more self-supporting sense. It could be said that the subject is contextualised into a Lyotardist narrative that includes narrativity as a whole.

If cultural discourse holds, the works of Fellini are modernistic. However, the main theme of Cameron’s[7] model of Lyotardist narrative is not desituationism, as cultural discourse suggests, but predesituationism.

Tilton[8] suggests that we have to choose between the subsemiotic paradigm of context and textual predialectic theory. Therefore, Lacan uses the term ‘cultural discourse’ to denote a cultural paradox.

3. The neocapitalist paradigm of expression and patriarchialist theory

In the works of Eco, a predominant concept is the concept of posttextual art. If patriarchialist theory holds, we have to choose between the textual paradigm of consensus and the semioticist paradigm of reality. Thus, the fatal flaw, and thus the dialectic, of patriarchialist theory intrinsic to Eco’s The Limits of Interpretation (Advances in Semiotics) emerges again in Foucault’s Pendulum.

Sontag uses the term ‘Baudrillardist hyperreality’ to denote not deconstruction, but neodeconstruction. In a sense, Abian[9] holds that we have to choose between patriarchialist theory and subdialectic capitalism.

Any number of modernisms concerning the textual paradigm of consensus may be discovered. Therefore, Sartre uses the term ‘patriarchialist theory’ to denote the meaninglessness, and some would say the economy, of deconstructivist class.

The premise of cultural discourse implies that sexuality is used to marginalize minorities. It could be said that many theories concerning a self-fulfilling reality exist.

1. Long, T. ed. (1989) The Dialectic of Consensus: Cultural discourse and the textual paradigm of consensus. Cambridge University Press

2. Hamburger, R. K. S. (1970) Cultural discourse in the works of Lynch. Loompanics

3. la Fournier, Y. ed. (1998) The Reality of Paradigm: The textual paradigm of consensus and cultural discourse. University of Georgia Press

4. von Ludwig, T. L. (1974) Cultural discourse, the materialist paradigm of discourse and Marxism. University of Oregon Press

5. Werther, W. ed. (1997) The Defining characteristic of Reality: The textual paradigm of consensus in the works of Fellini. Panic Button Books

6. Cameron, S. N. J. (1983) Cultural discourse and the textual paradigm of consensus. Yale University Press

7. Cameron, L. O. ed. (1979) The Discourse of Meaninglessness: Cultural discourse in the works of Eco. University of Massachusetts Press

8. Tilton, J. U. F. (1988) The textual paradigm of consensus and cultural discourse. Loompanics

9. Abian, D. T. ed. (1975) Deconstructing Lyotard: Marxism, cultural discourse and postcapitalist cultural theory. University of North Carolina Press.

A oto link do cudownej maszynki

W dalszej kolejności można by pomyśleć nad automatycznym rozsyłaniem płodów elektronicznego ducha do redakcji pism naukowych i poprawianiem ich tak, by zmaksymalizować współczynnik H.

Przeciw ciemności

Najkrótsze dni, długie noce, chłód. Przechodzimy przez zimowe przesilenie, najniższy punkt roku. Odtąd światło zacznie wygrywać z ciemnością. Ludzie od niepamiętnych czasów czuli, jak ważny to moment, starali się za pomocą różnych obrzędów zapewnić dalszy prawidłowy bieg cyklu przyrody. Bez światła słonecznego niemożliwe jest życie.

Rozumiano to już w XIX wieku, wiktoriański pisarz Winwood Reade, korespondent Darwina, pisał w jednej ze swych książek: „Rola świata roślinnego na Ziemi jest natury kulinarnej, a roślina, kiedy zostanie zjedzona, dostarcza zwierzęciu owego ciepła, które stanowi jego życie, tak samo jak węgiel (bryłka zwęglonych roślin) daje ciepło mieszkaniu, w którym zostaje spalony. Lecz to ciepło, bez względu na to, czy spoczywa ukryte w zielonej i rosnącej roślinie, czy w jej czarnych i skamieniałych szczątkach, zostało kiedyś otrzymane od Słońca. Promienny Apollo jest ojcem nas wszystkich. Ciepło zwierzęce jest ciepłem Słońca, rumieniec na policzku jest zbłąkanym promieniem słonecznym. Życie jest światłem słonecznym zamkniętym w butelce, a Śmierć to cicho stąpający kamerdyner wyciągający korek”.

Życie jest światłem słonecznym zamkniętym w butelce – formuła ta wydaje nam się dziś jeszcze bliższa prawdy, niż sądził Reade. Słońce bowiem nie tylko dostarcza nam energii, ale jest również źródłem niskiej entropii.

Życie jest zjawiskiem szczególnym: na pewien czas i w pewnym obszarze wytwarza się wysoce zorganizowana struktura, zdolna do rozwoju i do powielania się. Inne procesy wokół nas tak przebiegają, że w widoczny sposób powiększa się nieuporządkowanie, tymczasem w procesach biologicznych tworzy się porządek z chaosu. Wydaje się to sprzeczne z II zasadą termodynamiki, która mówi, że w przyrodzie nieuporządkowanie musi stale rosnąć, a procesy są nieodwracalne, jak rozbicie jajka na jajecznicę. Wiemy jednak, że jeśli umieścić zapłodnione jajko w odpowiedniej temperaturze, to za jakiś czas wykluje się z niego kurczak. Jak to możliwe? Zarodek kurczaka zawiera oprogramowanie pozwalające na kolejne procesy chemiczne, do których potrzebne składniki i energię pobiera z reszty jajka. Jest to swego rodzaju samotworzące się origami cząsteczkowe prowadzące aż do powstania kurczaka. Nieuporządkowanie całego świata rośnie, jednak kurczak jest wysoce zorganizowaną strukturą zdolną przez jakiś czas opierać się prawu dążenia do chaosu. Miarą nieuporządkowania jest entropia. Entropia całego świata rośnie, ale entropia jego drobnego fragmentu zwanego kurczakiem wcale nie musi.

Podstawą życia są rośliny i przebiegająca w nich fotosynteza. Dzięki niej, zarówno my, jak i wszystkie inne zwierzęta, mamy tlen do oddychania oraz cukier, który możemy spalić na potrzeby swego organizmu. Cykl procesów prowadzący do wytworzenia prostego cukru, glukozy, podsumować można jednym równaniem:

6H2O + 6CO2 → C6H12O6 + 6O2

Z pozoru jest to zwykłe przegrupowanie atomów. W istocie jednak jest to skomplikowany cykl procesów wymagający dostarczenia energii oraz zmniejszający entropię – z wielu cząsteczek tworzy się jedna większa: glukoza. Spontanicznie reakcja ta powinna zachodzić w przeciwnym kierunku: z glukozy i tlenu otrzymuje się wówczas wodę i dwutlenek węgla oraz energię. I rzeczywiście tak się dzieje, do tego właśnie sprowadza się oddychanie zwierząt.

Najciekawsza jest jednak fotosynteza, odbywająca się „pod prąd” zwykłemu biegowi świata.

Dzięki fotonom ze Słońca odbywa się rozkład wody na tlen i wodór. Jest tu do pokonania bariera energetyczna: trzeba sporo energii, aby rozłożyć tak silnie związaną cząsteczkę jak woda; trzeba też fotonów o niskiej entropii, aby po lewej stronie reakcji entropia mogła być mniejsza niż po prawej (po prawej stronie reakcji pojawiają się dodatkowe liczne fotony o niskiej energii i dużej entropii; czasem procesowi fotosyntezy towarzyszy też zamiana wody w parę wodną, co także powiększa entropię prawej strony równania).

Reade rozumiał, że Słońcu zawdzięczamy energię, ale w gruncie rzeczy zawdzięczamy mu światło o niskiej entropii – to jest prawdziwe źródło uporządkowania w świecie ożywionym. Dzięki niskiej entropii światła słonecznego możliwa jest reakcja fotosyntezy, a więc istnienie roślin oraz odżywiających się nimi zwierząt. Cały porządek obserwowany w przyrodzie ożywionej jest więc możliwy dzięki niskiej entropii promieniowania słonecznego. W tym sensie życie jest światłem słonecznym zamkniętym w butelce.

Procesy odbywające się podczas fotosyntezy są skomplikowane i ich poznawaniem zajmują się uczeni od stu lat. Dla fizyka jednym z najciekawszych etapów tego procesu jest jego początek. Światło słoneczne pochłaniane jest przez cząsteczki chlorofilu, tworzące coś w rodzaju anteny, zwanej kompleksem zbierającym światło (light-harvesting complex – w skrócie LHC, tak jak Large Hadron Collider). Energia fotonu przekazywana jest pomiędzy sąsiadującymi cząsteczkami chlorofilu do centrum reakcji. Uwolnienie jednej cząsteczki tlenu wymaga energii czterech fotonów docierającej do centrum reakcji. Układy LHC wyglądają na dość przypadkowe ułożenie cząsteczek chlorofilu podtrzymywanych przez białka.

zpq999099635001

Na rysunku szczególnie prosty układ tego typu, badany jako model pozwalający zrozumieć przebieg zjawisk. Energia światła z chlorofilu nr 1 i 6 przekazywana jest do cząsteczek nr 3 i 4, znajdujących się obok centrum reakcji. Droga wzbudzenia od 1 do 3 prowadzi przez 2, którego energia jest wyższa niż 1. Kwantowe oscylacje między 1 i 2 pozwalają wzbudzeniu dotrzeć do 3 (por. np. Graham R. Fleming, Gabriela S. Schlau-Cohen, Kapil Amarnath and Julia Zaks, Design principles of photosynthetic light-harvesting, „Faraday Discussions”, 155 (2012), s. 27-41).

Okazuje się, że LHC są niezwykle efektywne: przekazują energię do centrum reakcji ze sprawnością niemal 100%. W ostatnich latach żywo dyskutowana jest rola efektów kwantowych w tym procesie. Byłby to pierwszy przykład takiego zjawiska kwantowego zachodzącego w biologii: na poziomie bardzo złożonych układów i w stosunkowo wysokiej temperaturze, co na pierwszy rzut oka wydaje się nieprawdopodobne. I rzeczywiście kwantowe modele, budowane dla prostego LHC przedstawionego na rysunku, są chyba potwierdzane przez doświadczenia. Wbrew intuicji wysoka (jak dla fizyka kwantowego) temperatura sprzyja sprawności tego układu.

Mamy tu przykład działania ewolucji, o którym Darwinowi się nie śniło: skomplikowane układy cząsteczek chemicznych zachowują się jak zaprojektowane przez inżyniera ze znajomością mechaniki kwantowej i stanowią jeszcze jedno z niezliczonych potwierdzeń idei ewolucji.

Wykład Massouda Mohseniego o efektywności LHC

Czy Hitler jest późnym wnukiem Darwina?

W wykładzie Lekcja biologii Czesław Miłosz powiedział: „the survival of the fittest w swojej zwulgaryzowanej formie dał asumpt do brutalnego naturalizmu w literaturze, ale także wytworzył ogólny klimat, w którym mógł powstać pomysł bezwzględnej likwidacji milionów ludzkich istnień dla celów rzekomej społecznej higieny. Zarazem nauka przecie dostarczyła technicznych możliwości ludobójstwa, tak jak dostarczyła trochę wcześniej narzędzi rzezi podczas wojny w okopach 1914-1918 roku” (Świadectwo poezji, Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku). Poeta czuł głęboką sprzeczność między „lekcją biologii”, naukową prawdą o łańcuchu żywotów, których jedynym sensem była walka o byt, prędzej czy później zakończona śmiercią, a prawdą religijną (i poetycką) umieszczającą człowieka, syna bożego, w centrum kosmosu. Albo jesteśmy cyfrą w statystykach, albo mamy duszę nieśmiertelną. Tertium non datur.

Miłosz był katolikiem (choć jego polscy współwyznawcy nieraz podawali to w wątpliwość), jednak zdawał sobie sprawę, że nic nie pomoże zamykanie oczu na obraz świata dostarczany przez naukę. Erozja religijnego obrazu świata dotyczy wszystkich: wierzących i niewierzących. Wojny kulturowe, rytualne pojedynki elokwentnych kaznodziejów z ateistami rozgrywają się na obszarze zupełnie nieistotnym. Prawdziwym i wspólnym problemem wszystkich ludzi jest rozpad kosmosu duchowego budowanego przez tysiąclecia.

Czy rzeczywiście tragedie ubiegłego stulecia były następstwem zwulgaryzowanego darwinizmu? Co najmniej od Rewolucji Francuskiej wiadomo było od strony praktycznej, że władcy nie są pomazańcami bożymi i lud może ich bezkarnie obalać (nb. do wytworzenia tej idei przyczynili się w XVII wieku jezuici). Dwaj najwięksi zbrodniarze XX wieku nie mieli wiele wspólnego z nauką. Jeden był niedoszłym popem, drugi nieudanym malarzem. Zwłaszcza w przypadku Rosji można wątpić, czy masy, które napędzały i same były niesione rewolucją, wiedziały cokolwiek o Darwinie. Bliższe były chyba temu idealnemu chłopu z fantastycznych wyobrażeń hrabiego Lwa Tołstoja. To dziecięca wiara ludu, a nie zatrute rezonerstwem miazmaty Zachodu, miały rzekomo wyzwolić Rosję i chronić od złego. Okazało się jednak, że pozostawieni samym sobie chłopi ci plądrowali pańskie dwory, wybijając przy okazji kogo się dało z niebywałym okrucieństwem, stanowiącym może skumulowaną reakcję na wieki upokorzeń. Niemcy to inny przypadek, społeczeństwo niewątpliwie nowoczesne i wykształcone. Jednak hitleryzm stanowił epokę rozkwitu wszelkich paranauk, pseudonauk, okultyzmów, bzdur o synach słońca i o czystej jasnowłosej rasie. Nie miało to z prawdziwą nauką więcej wspólnego niż poglądy Miczurina z genetyką Morgana. Choć trzeba uczciwie dodać, że Hitler miał zwolenników na wszystkich piętrach społecznych: od autentycznych luminarzy w rodzaju Richarda Straussa czy Martina Heideggera aż do czerwononosych bywalców monachijskich piwiarni. Można mieć wątpliwości, czy silniejsza wiara religijna Niemców mogłaby powstrzymać nazistów przed zbrodniami. Podobnie nie jestem pewien, czy do mordowania potrzebny jest darwinizm albo w ogóle jakakolwiek teoria. Współcześni terroryści islamscy są to ludzie niezwykle pobożni, podobnie jak byli nimi ci, którzy wytępili albigensów, nie zastanawiając się nawet, czy zabijają właściwych ludzi – ponieważ Bóg i tak rozpozna swoich. Jak niewiele w praktyce oznacza wiara religijna, widać na przykładzie okupowanej Polski. Polacy byli znacznie bardziej religijni od Niemców, ale przejmowali się jedynie losem własnej wspólnoty, niewielu było takich jak Władysław Bartoszewski i Zofia Kossak, którzy z pobudek moralnych i religijnych ratowali Żydów. Holokaust odbywający się pod polskimi oknami przeszedł prawie niezauważony przez wyznawców proroka z Nazaretu.

Losem wszystkich wielkich idei jest występowanie w niezliczonych zwulgaryzowanych odmianach. Ktoś wyznający wiarę religijną niekoniecznie staje się od tego lepszym człowiekiem. Gdybyśmy mieli obarczyć naukę odpowiedzialnością za totalitarne zbrodnie, to co z resztą historii, tą sprzed Darwina? Te wszystkie rzezie, noce św. Bartłomieja, wojny trzydziestoletnie i stuletnie, pogromy, zamieszki, najazdy Mongołów, wyprawy krzyżowe – zazwyczaj po obu stronach walczyli mężowie pobożni i szlachetni, a przynajmniej tak to przedstawiała każda ze stron. Nie sądzę mimo wszystko, żeby totalitaryzmy XX wieku były zjawiskiem jakościowo nowym. To raczej ludzki instynkt agresji znajduje sobie wciąż nowe ideologiczne uzasadnienia. Większość ludzi odczuwa głęboką potrzebę nienawiści i nawet Ewangelia im w tym nie przeszkadza (poza szlachetnymi wyjątkami). Jeśli coś może ten instynkt kiedyś powstrzymać, to poznanie jego mechanizmów, uświadomienie sobie, że jesteśmy w znacznej mierze zwierzętami, że wraz ze sprawnością umysłową dziedziczymy po przodkach cały aparat emocji, które zniekształcają świat, czasem w sposób przyjemny, a czasem niebezpieczny dla innych i dla nas samych. Nic nie pomoże myślowe oddzielanie się od zwierząt i pielęgnowanie mitu o naszym boskim pochodzeniu. Ziemia nie została nam oddana pod panowanie, to raczej my się jej wydarzyliśmy, mordując słabszych, innowierców, zwierzęta – czasem z konieczności, a przeważnie z przyjemnością.

Miłosz przytacza Williama Blake’a, romantycznego buntownika przeciw „szkiełku i oku” uczonych:

A co do mylnych pozorów jakie sobie wystawia rezoner
Kuli obracającej się w Pustce, jest to ułuda Ulro.

Otóż tak: żyjemy na kuli obracającej się w pustce (Pustce?). Ułudą Ulro jest porzucanie nadziei na zrozumienie naszego losu. Nikt nam w tym zadaniu nie pomoże, trzeba pamiętać o historii, ale nie tam leży rozwiązanie.

Najważniejsze wydarzenia w dziejach ludzkości

Zacznijmy od fraszki C.K. Norwida:

DOBRA WOLA

– Przepraszam państwo, lecz przyszła wiadomość,

Że się Uranus wstrząsa

*

– Mniejsza o to

– Co tam po niebie gdzieś patrzysz Jegomość,

To astronomów rzecz, niech sobie plotą…

*

– Przepraszam państwo – ale panna Klara

Na pannę Różę powiedziała: „stara” –

I ten pod wachlarz bilecik schowała…

*

– Gdzie?! jaki?! dawaj!… to rzecz doskonała!

Norwid pisał tu o niezgodnościach ruchu Urana ze znanymi faktami. Okazało się, że niezgodności owe wywołane są przyciąganiem następnej planety, Neptuna. Jej położenie najpierw obliczono, a następnie znaleziono ją na niebie niemal dokładnie w tym miejscu, gdzie wskazywały obliczenia. Samo wydarzenie jest dobrą ilustracją różnicy między nauką nowożytną a innymi przykładami działalności „naukopodobnej” prowadzonej w najróżniejszych cywilizacjach.

Fraszka Norwida wskazuje też na zjawisko szersze niż salonowy brak zainteresowania nauką. Jesteśmy istotami społecznymi, czasem może nawet zanadto społecznymi: w tym sensie, że skłonni jesteśmy uważać świat międzyludzki za cały wszechświat, a nas samych za istoty stworzone nie mniej, ni więcej, tylko na podobieństwo Boga.

David Christian jest zawodowym historykiem. Zrobił jednak coś, na co nie poważyłaby się większość jego kolegów: prowadzi kurs historii wszechświata, od Wielkiego Wybuchu do dziś. Siłą rzeczy większa część materiału pochodzi z innych dziedzin niż historia: z kosmologii, geologii, biologii itd. Spojrzenie z tej perspektywy na dzieje ludzkości uważam za niezwykle ożywcze. Nigdy nie mogłem się nadziwić pasji, jaką większość historyków wkłada w badanie faktów drugo- albo nawet dziesięciorzędnych: jakaś potyczka pod Straconką (w zasadzie trochę większa bójka) albo śledzenie meandrów polityki jakiegoś nieistotnego władcy. Oczywiście rozumiem, czemu można się zajmować tego rodzaju tematem, podobnie jak rozumiem, czemu można się zajmować badaniem jednego gatunku chrząszczy (a jest ich blisko pół miliona). I wcale nie lekceważę „badaczy owadzich nogów”. Nie rozumiem jedynie, czemu nie widzę prób syntezy, innego spojrzenia, mniej uwikłanego w politykę, mity narodowe, mity religijne; mniej prowincjonalnego geograficznie, kulturowo i cywilizacyjnie.

Jakie więc były najważniejsze wydarzenia w dziejach ludzkości? Większość z nich zaszła w prehistorii albo historii bardzo zamierzchłej: wynalezienie rolnictwa, różnych technik pozwalających odziać się, lepić garnki i przede wszystkim tworzyć narzędzia. W dziejach intelektualnych decydujące znaczenie miało pismo i jego ulepszenie w postaci pisma alfabetycznego: dzięki temu ostatniemu nie tylko zawodowcy mogli umieć pisać – była to rewolucja podobna do rozpowszechnienia w latach osiemdziesiątych XX wieku komputerów osobistych, pozwalających każdemu korzystać z narzędzia przedtem zarezerwowanego dla personelu w białych kitlach (sam pamiętam sale z komputerami typu „Odra”, do których nie wolno było wchodzić, należało zostawić przed wejściem karty perforowane z programem i mieć nadzieję, że przejdzie on pomyślnie kompilację, a może nawet się policzy). Nie jest przypadkiem, że cywilizacja grecka rozkwitła w tym samym czasie, gdy rozpowszechniło się pismo alfabetyczne.

Grecy stworzyli też matematykę ujętą w sposób aksjomatyczny – do dziś jest to ideał przedstawiania wiedzy ścisłej. Geometria grecka i jej najważniejsze zastosowanie: opis ruchu planet stworzyły podstawy przyszłego rozwoju nauki, choć ciąg dalszy nastąpił dopiero po piętnastu wiekach i nie był oczywisty. Cywilizacja przeniosła się na północny zachód Europy. Średniowieczne chrześcijaństwo pokazało swą wielkość w gotyckich katedrach, jak też w tym, że potrafiło zasymilować grecką filozofię i naukę – był to zresztą jego szczytowy moment. Reformacja, która podzieliła chrześcijan, była w znacznym stopniu ujawnieniem się nowej wrażliwości i nowego podejścia do świata, czegoś bardziej fundamentalnego niż dogmaty wiary czy uznawanie bądź nieuznawanie papieża. Nowoczesna cywilizacja wywodzi się z chrześcijaństwa zreformowanego w Europie północnej i w Stanach Zjednoczonych. Katolicyzm definitywnie utracił kontakt z nowoczesnością w wieku XVII, w czasach Galileusza. I sądzę, że nigdy go nie odzyskał, choć w każdej epoce aż do dziś wielu było uczonych katolików i niemal każdy papież deklarował, iż ceni i popiera naukę.

Reformacja związana była od początku z wynalezieniem druku: zapewne nie rozszerzyłaby się tak szybko w innych warunkach. Druk i powszechna umiejętność pisania (głównie jednak w krajach protestanckich) były kolejnym progiem udostępniania wiedzy szerokim rzeszom. Jednak nie podział religijny był najważniejszy w wieku XVI i XVII. Nawet wojna trzydziestoletnia z dłuższej perspektywy jest epizodem bez znaczenia. To rewolucja naukowa przesądziła o znaczeniu tej epoki, a także o znaczeniu Europy w dziejach naszej planety. Jakąś nauką zajmowały się wszystkie cywilizacje, lecz to europejska znalazła skuteczny klucz do poznania przyrody. Najpełniej widać to w dziele Isaaca Newtona: modele matematyczne ściśle opisują rzeczywistość fizyczną. Połączenie matematyki i eksperymentu pozwala dowiedzieć się rzeczy, o których się filozofom nie śniło i które są sprawdzalne. Tym się różnimy od innych cywilizacji, że nasze samoloty latają, nie musimy sobie tego jedynie wyobrażać.

Rewolucja naukowa XVII wieku nie dotyczyła biologii. Wydawało się, że istoty żywe nie podlegają dokładnie tym samym prawom, co reszta materii. Świat biologiczny stał się ostatnim azylem zwolenników celowości. Przypomnijmy: już Arystoteles doszukiwał się w przyrodzie przyczyn celowych. Stopniowo celowość została wyeliminowana z astronomii i fizyki. Nie pytamy: w jakim celu Układ Słoneczny zawiera te a nie inne planety krążące po takich a nie innych orbitach. Wydawało się jednak, że oko ludzkie „zostało stworzone” do patrzenia, podobnie jak piękne, smukłe ciało geparda do szybkiego biegania. Charles Darwin i Alfred Russel Wallace pierwsi zauważyli, że przystosowanie do funkcji jest skutkiem doboru naturalnego, a nie celem. Oko naszych przodków (również czworonożnych, również pływających) doskonaliło się stopniowo, aż osiągnęło dzisiejszy stan (wcale zresztą nie idealny: można dobrać soczewki indywidualnie korygujące wzrok, które sprawiają, że widzimy szczegóły, o jakich dotąd nie mieliśmy pojęcia). Podobnie gepardy doskonaliły się w sztuce biegania, w miarę jak gazele doskonaliły się w sztuce uciekania. Ewolucja za pomocą sekwencji niezliczonych drobnych kroków stworzyła całą biosferę. Wielu ludziom wydaje się to nadal trudne do pojęcia i z uporem szukają luk w teorii ewolucji. Ci sami ludzie nie czują na ogół skrupułów, gdy dzięki nowoczesnej terapii zostają wyleczeni. Podobnie jak niektórzy postmoderniści, którzy twierdzą, że fizyka jest formą dominacji białego człowieka i nie jest więcej warta od mitów jakiegoś plemienia, a potem wsiadają w samolot, aby udać się na kolejną konferencję, gdzie będą o tym nauczać młodzież, żądną zdobycia, jeśli nie wiedzy, to przynajmniej stopni naukowych.

Przedstawione poglądy są moje własne, nie Davida Christiana.

Wykład Davida Christiana: historia wszechświata w 18 minut

Czy można wierzyć fizyce matematycznej? Darwin i Kelvin o wieku Ziemi

Darwin

W 1859 roku ukazało się dzieło Charlesa Darwina O pochodzeniu gatunków. Przyrodnik pisał: „Liczba przejściowych i wymarłych ogniw między żyjącymi i wygasłymi gatunkami musiała być olbrzymio wielką. (…) można by mi dalej zarzucić, że nie starczyłoby czasu na tak wielkie przemiany organiczne, które tylko bardzo powoli odbywać się mogą” (przeł. Sz. Dickstein i J. Nusbaum). Zmiany ewolucyjne są przypadkowe, nieukierunkowane, więc aby powstało np. zwierzę tak skomplikowane jak gepard albo człowiek, niezbędny jest bardzo długi czas.

Darwin szedł w ślady geologa Charlesa Leyella, który sądził, że przeszłość naszej planety przypominała stan dzisiejszy. Doktryna ta, zwana uniformitarianizmem, odsuwała początek Ziemi w jakąś daleką i nieokreśloną przeszłość. Na podstawie obserwowanej dziś szybkości działania różnych procesów geologicznych typu wietrzenia czy osadzania się kolejnych warstw można było wnioskować o wieku rozmaitych formacji. Otrzymywało się w ten sposób bardzo długie czasy, Darwin w I wydaniu swej książki podaje przykład denudacji Weald w Kencie, której wiek oblicza na 300 milionów lat. Jasne jest, że Ziemia musi być starsza od tej formacji geologicznej.

William Thomson (lord Kelvin)

Piętnaście lat młodszy od Darwina William Thomson był w tych latach jednym z najwybitniejszych fizyków brytyjskich, niebawem miał otrzymać tytuł szlachecki, a z czasem i tytuł barona, przybrał wtedy nazwisko Kelvin, pod jakim jest powszechnie znany. Thomson był jednym z odkrywców II zasady termodynamiki, opisującej nieodwracalność procesów w przyrodzie, tytuł szlachecki zawdzięczał jednak nie swoim odkryciom, lecz talentom inżyniersko-organizacyjnym, które wykazał przy układaniu podmorskiego kabla telegraficznego między Stanami Zjednoczonymi a Anglią. Darwin nigdy nie otrzymał tytułu szlacheckiego, ponieważ jego prace uważano za zbyt wywrotowe.

Niedługo po ukazaniu się dzieła Darwina Thomson przedstawił swoją pracę na temat wieku Ziemi. Uważano wówczas, że Ziemia była niegdyś bardzo gorąca i stopniowo wystygła. Proces takiego stygnięcia opisany jest równaniem kiedyś wprowadzonym przez Josepha Fouriera (przy okazji tych rozważań wprowadził on szeregi dziś zwane od jego nazwiska, stosowane dziś powszechnie w fizyce i technice). Można było obliczyć, jak szybko rosnąć powinna temperatura, gdy przesuwamy się w głąb Ziemi (od dawna było wiadomo, że w głębi Ziemi panują wyższe temperatury). Na początku Ziemia była kulą o temperaturze 4000 ºC, tylko tuż przy powierzchni jej temperatura była mniej więcej równa 0 ºC. Z czasem strome zbocze wykresu ulega rozmyciu.

Kelvin

Linie przedstawiają profil temperatury po 1, 10 i 100 milionach lat. Nachylenie krzywej temperatury na wykresie szybko maleje z czasem (podlega ono prostemu prawu skalowania \propto t^{-\frac{1}{2}}). Znając z pomiarów dzisiejsze nachylenie wykresu, można było obliczyć wiek Ziemi. Thomson uzyskał 100 mln. lat. Należało przypuszczać, że we wczesnych okresach zjawiska cieplne były bardziej gwałtowne. Wnioski Thomsona poparte były także rozważaniami na temat świecenia Słońca, wydawało się bowiem, że może ono świecić najwyżej przez kilkadziesiąt milionów lat.

Obliczenia Thomsona wynikały z modelu matematycznego, jego dane liczbowe były starannie zmierzone i bliskie są dzisiejszym. Przez następne czterdzieści lat, aż do początku wieku XX, wnioski szkockiego uczonego mogły wydawać się nieodparte, geologowie i przyrodnicy wierzący w ewolucję nie mogli mu przeciwstawić nic podobnie ścisłego. Darwin w kolejnych wydaniach swego dzieła szacował ostrożniej wiek denudacji Weald jako leżący gdzieś w przedziale 100 do 300 mln. lat. Jeśli Thomson miał rację, teoria Darwina miała kłopoty. A jednak Thomson się mylił.

Czy należy wierzyć modelom matematycznym?

Przypomina to sytuację z Dzienników gwiazdowych Stanisława Lema, gdzie uczony Flament występuje gwałtownie przeciw możliwości istnienia dwunożnych istot: „Jak gdybym jeszcze dwadzieścia pięć Płomieni temu nie udowodnił, że istota dwunożna, ledwo byś ją postawił, natychmiast wywróciłaby się jak długa! Sporządziłem nawet odpowiedni model i wykres, ale cóż wy, leniuchy, możecie o tym wiedzieć?”

Ostatecznie okazało się, że model jest prawidłowy, ale Thomson się mylił. Założenia modelu nie są spełnione w przyrodzie. W roku 1902 Pierre Curie i A. Laborde zmierzyli ciepło wydzielane przez promieniotwórczy rad. Istnienie izotopów promieniotwórczych wewnątrz Ziemi zmienia zasadniczo jej bilans energetyczny.

Obecnie dość dokładnie znamy wiek naszej planety, który jest równy 4,5 mld. lat. Intuicje Darwina szły w dobrym kierunku, Ziemia jest stara, ewolucja miała dużo czasu na wytworzenie geparda i człowieka. Zabawne, że Darwin też się pomylił. Denudacja Weald nie jest bowiem taka stara, jak przypuszczał.

Tren dla Annie Darwin

W marcu 1838 roku Charles Darwin poszedł obejrzeć młodą samicę orangutana w londyńskim ZOO. Do tej pory nie widziano tam stworzenia tak bardzo podobnego do człowieka. Małpę nazwano Jenny, ubrano w dziecięce stroje i umieszczono w ogrzewanym pomieszczeniu razem z żyrafą – wiadomo było, że zwierzęta te są niezwykle delikatne i źle znoszą niewolę. Często zapadały na suchoty, jak nazywano wówczas gruźlicę, o której bardzo niewiele było wówczas wiadomo. Nie wiedziano nawet, czy jest chorobą zakaźną.

jenny-web-3933
Darwin zapisał w swoim notatniku: „Człowiek powinien zobaczyć oswojonego orangutana, posłuchać jak ekspresyjnie płacze, przyjrzeć się, jak rozumnie spogląda, gdy się do niego zwrócić – jakby rozumiał każde wypowiedziane słowo, ujrzeć jakim uczuciem darzy znane sobie osoby, przyjrzeć się, jak szaleje z wściekłości, dąsa się i okazuje rozpacz (…) i dopiero wtedy niech się spróbuje pochwalić swoją dumną wyższością (…) Człowiek uważa się w swej arogancji za coś tak wielkiego, że aż godnego boskiej interwencji. Z większą pokorą i, jak sądzę, prawdziwie, jest uważać go za stworzonego ze zwierząt”.

Dziesięć lat później zmarł ojciec przyrodnika, Robert Darwin, lekarz i religijny sceptyk. Sam Charles w młodości omal nie został pastorem, choć jak się zdaje, pociągała go nie tyle posługa duchowa, co perspektywa zamieszkania na wsi, blisko natury, i możliwość oddawania się przyrodniczej pasji. W każdym razie teraz, pod koniec lat czterdziestych, oddalił się już znacznie od wiary religijnej. Jego motywy nie były wyłącznie naukowe czy racjonalne, myślał jak przyrodnik, ale był też pełnym empatii człowiekiem, dla którego wielkie znaczenie miały moralne skrupuły. Dżentelmeni z jego sfery bardzo poważnie i uczciwie zastanawiali się nad swoimi poglądami. Wiele lat później napisał w Autobiografii:

„Trudno mi doprawdy pojąć, że ktokolwiek mógłby sobie życzyć, aby wiara chrześcijańska była prawdziwa. Bo gdyby tak było, to bezpośrednia wymowa tego tekstu [tekstu Ewangelii – tłum.] jest jak się zdaje taka, iż ludzie, którzy nie wierzą – a do nich należy zaliczyć mego Ojca, Brata i prawie wszystkich moich najlepszych przyjaciół – są skazani na wieczne potępienie.
A to jest wszak okropna doktryna.
Chociaż o istnieniu Boga osobowego dużo myślałem dopiero w znacznie późniejszym okresie życia, podam tu ogólne wnioski, do których doszedłem. Stary, przytaczany przez Paleya, argument o celowości w przyrodzie, który dawniej wydawał mi się tak przekonywający, upada obecnie z chwilą odkrycia prawa doboru naturalnego. Nie możemy już dłużej utrzymywać, że np. piękne zawiasy skorupy małży musiały być wykonane przez istotę rozumną, tak jak zawiasy drzwi – przez człowieka. Nie więcej jest, zdaje się, celowości w zmienności istot żywych i w działaniu doboru naturalnego niż w kierunku, w którym wieje wiatr” (przeł. S. Skowron).

W 1851 roku umarła ukochana córeczka Darwina, dziesięcioletnia Annie. Dziecko zachorowało najprawdopodobniej na gruźlicę, nie mówiono o tym jednak głośno, ponieważ diagnoza taka oznaczała wyrok śmierci, chorych na nią nie przyjmowano nawet do szpitali. Ojciec miał nadzieję, że małej pomoże hydroterapia w zakładzie w Malvern, gdzie sam leczył wcześniej własne niedomagania. Miał może nadzieję, że Annie pomoże to samo, co pomogło jemu, ponieważ stale podejrzewał, iż jej choroba może być dziedziczna. Darwin spędził w Malvern przy Annie ostatnie dni jej życia, szalejąc z rozpaczy. Tydzień po pogrzebie napisał o niej wspomnienie, najbardziej emocjonalny tekst człowieka, który zawsze starał się zachować obiektywizm, ale i zrozpaczonego ojca, który czuł się winny śmierci córki. Annie była idealnym wiktoriańskim dzieckiem: łagodna, kochająca, posłuszna, niewinna, wesoła, pełna życia, lecz nigdy nie rozkapryszona, bardzo wrażliwa na każdy przejaw dezaprobaty ze strony rodziców, którzy nie musieli jej nawet karcić, wystarczyło trochę surowsze spojrzenie, by natychmiast odczuła niewłaściwość swego postępowania. I nie tylko cechy charakteru dziewczynki miały znaczenie, Darwin starał się zapamiętać także jej wygląd zewnętrzny. „Jej wzrok się iskrzył, często się uśmiechała. Chodziła elastycznie i pewnie, trzymała się prosto i często odrzucała nieco głowę w tył, jakby rzucając żartobliwe wyzwanie światu. (…) Dagerotyp jest bardzo do niej podobny, lecz zupełnie nie oddaje jej wyrazu: zrobiony został dwa lata temu, jej twarz się od tamtej pory wyciągnęła i nabrała urody. Ruchy miała żywe, energiczne i zazwyczaj pełne wdzięku, kiedy chodziła ze mną na spacer ścieżką dookoła domu, to mimo iż chodzę szybko, często wyprzedzała mnie, kręcąc piruety w najbardziej elegancki sposób i uśmiechając się słodko”.

Annie_Darwin

Dzieci na ówczesnych dagerotypach miały często nienaturalny wygląd, ponieważ musiały wytrwać bez ruchu przez całą minutę – tyle bowiem trwało naświetlanie zdjęcia. Widać, że dłonie Annie są nieostre, dziewczynka się poruszyła.

Śmierć dziecka była w tamtej epoce zjawiskiem częstym, ludzie pobożni pocieszali się mówiąc o lepszym życiu, do którego zostało przeniesione zgodnie z nieprzeniknionymi zamysłami Stwórcy. Charles Darwin nie próbował szukać pociechy tego rodzaju, jak się wydaje, śmierć niewinnej istoty była w jego oczach całkowicie sprzeczna z jakąkolwiek wizją dobrego Boga. Prawdopodobnie sądził też, że jakaś cząstka naszego współczucia należy się również istotom mniej od nas uprzywilejowanym – jak Jenny z ZOO, ofiara tej samej co Annie choroby.

Korzystałem z książki Randala Keynesa, Annie’s Box: Charles Darwin, His Daughter, and Human Evolution, London 2001. Na książce tej oparto scenariusz filmu BBC z roku 2009 pt. Creation.